Józef Krupa — Pisarstwo

opowiadania · bajki · wspomnienia · historyjki

Opowiadania i wspominki

2018 fotografowanie księżyca Co

2018.07.27 Fotografowanie księżyca

Od kilku dni już na to czekałem, dziś zrobię zdjęcia rzadkiego zjawiska z księżycem. Będzie to całkowite zaćmienie księżyca w dniu pełni i w ogóle najdłuższe zaćmienie. Patrzałem na godziny trwania tego zjawiska. Zapowiedziano u nas dobrą pogodę. Ostatnie dni były bardzo upalne, pojawiły się burze. Dziś wczesnym popołudniem też była burza. Po niej mogliśmy znów otwierać wszystkie okna i napuścić tego ozonowego powietrza. Robi to Irenie dobrze, bo ciągle odczuwa duszności i prosi o włączenie wentylatora. Już wczoraj przygotowałem sobie aparat ze statywem. Okazuje się, że nie będę musiał wychodzić przed dom, może uda mi się coś z balkonu zrobić. Okazało się, że widoczność nie była najlepsza. Księżyc był przysłonięty rozmytymi chmurami. Nie udało mi się zobaczyć początkowej fazy zaćmienia. Dochodzi 22.00 i chyba to czekanie okazało daremne. Było to jeszcze jedno czekanie, których ostatnio tak wiele. Drobne, większe i nieokreślone co do wielkości stanowią otoczkę na to największe z oczekiwań. Najchętniej jednak odrzucamy je, pomijamy, choć stanowi ono czekanie na to, co nieuniknione na koniec wszelkich oczekiwań. Na koniec naszego trwania. Czekania bywały już wcześniej różne, takie na pełnię radości, czasem z rozbudzoną ciekawością, czasem zaś obojętne, czy denerwujące. Czasem nawet dłuższe okresy życia były mniej świadomym oczekiwaniem. To najważniejsze, było na koniec wojny, potem zaś na koniec czasu komuny. Było też na wyzdrowienie ukochanej osoby, na powrót bliskiej osoby, choćby to było kilka godzin nieobecności, a czasami i nieco dłużej. Zawsze jednak istniało to przeświadczenie, że czekanie to czas przed spełnieniem.

Teraz oczekiwania stają się trochę inne. Wprowadzają niepokój, brak już tej cierpliwości i czas ucieka nam coraz szybciej. Czas, który jest niezmienny. Spowolnieliśmy, nie radzimy sobie z wszystkim tak jak kiedyś. Jakaś niezręczność w wykonywaniu dotychczas prostych czynności zabiera nam więcej czasu niż kiedyś. Denerwujemy się przy tym, że coś nie wychodzi tak szybko jak kiedyś. Stajemy się przy tym mniej dokładni. Łapię się i na tym, że wolniej myślę, przypominanie sobie nazw, prostych pojęć zabiera nieco więcej czasu, wymaga nawet zachodu, by sięgnąć do komputera, zapytać w GOOGLE.

Tu przerwałem pisanie, wyszedłem na balkon, by sprawdzić co z księżycem. Odkryłem go z trudem nad sąsiednim domem, jest spowity mgłą, chmurami, prawie niewidoczny. A miało być takie wspaniałe widowisko. To też przykład tego czekania na darmo. Może jednak, po to by się przekonać, jeszcze raz, że nie wszystko musi się spełnić zgodnie z oczekiwaniami.

To o spełnieniu. Teraz pod koniec życia należałoby sobie stawiać to pytanie, czy mijające życie było spełnione.

ABC czyli Dawno temu...

ABC czyli dawno temu…

Pierwszą część mego dzieciństwa przeżyłem w tak zwanej Polsce przedwojennej i trwało ono osiem lat. Po nim nastąpiła na pięć i pół roku ta moja niemiecka Kindheit. Odwrotnie niż u moich rodziców urodzonych w Westfalii, w Niemczech. Oni mieli wpierw dzieciństwo niemieckie z śląsko - polską otoczką. Potem już po pruskim okresie szkolnym przeżyli swą młodość w stronach rodzinnych obojga moich dziadków na Górnym Śląsku, który wrócił do Polski. Mój ojciec urodził się jako Kruppa, tak jak po odzyskaniu niepodległości pisano zniemczone nazwisko jego dziadka na niemieckim Śląsku podczas Kulturkampfu za czasów Bismarcka. Tu w Polsce usunięto urzędowo z nazwiska jedno P i tak zostałem w 1931 roku zapisany w moim dokumencie urodzenia w urzędzie gminy Biertułtowy. W czasie wojny Niemcy przywrócili znów pisownię nazwiska według oryginalnego niemieckiego   dokumentu urodzenia taty z Bottropu. Ja też podpisywałem się w czasie wojny, jak mój dziadek i tata Josef Kruppa. Po wojnie nastąpiła zmiana zapisu i byłem znowu zwykłą polską krupą. Młodość przeżywałem już w tej innej Polsce, która przyszła ze Związku Radzieckiego w na czerwono zabarwionej Polsce Ludowej.

Przed plebiscytem wracały rodziny moich rodziców na nadal niemiecki Śląsk, ale z nadzieją na przyłączenie tej ziemi po powstaniach do odrodzonej Polski. Tu na Górnym Śląsku trwała wówczas także powojenna bieda i bezrobocie. Rodzice nie przeżywali tu już takiej nędzy i głodu jak w okresie pierwszej wojny światowej w Westfalii. Gdy tu przyjechali na początku lat dwudziestych na jeszcze nadal niemiecki Górny Śląsk, przestali mówić po niemiecku, a używali gwary śląskiej, którą już znali z Westfalii. Język niemiecki mieli doskonale opanowany, bo w kraju swego urodzenia ukończyli tamtejsze szkoły podstawowe. Mama nie nauczyła się nigdy całkiem poprawnie mówić polskim językiem literackim. Jeśli coś pisała, to niemieckim pismem tak zwaną Langschrift (gotyk), którego się nauczyła tam w szkole. Przy zakupach liczyła po niemiecku. Często sięgała do niemieckich książek. Mama lubiła śpiewać i często przypominała sobie piosenki i pieśni, których nauczyła się jeszcze w szkole. Zapamiętałem, że śpiewała znaną balladę Lorelei Heinricha Heinego: Ich weiss nicht was soll das bedeuten, dass ich so traurig bin… Czasem jednak zaśpiewała: Germany, Germany, coście wy mi zrobiyły, wyście mego brata, mi na wojnie zabiyły… Ojciec potrafił jeszcze w późnym wieku recytować dwudziesto czterozwrotkowy wiersz Friedricha Schillera Die Glocke. Rodzice porozumiewali się czasem ze sobą po niemiecku, gdy poruszali ich problemy ludzi dorosłych, których my dzieci nie powinniśmy znać. Na co dzień mówiło się po śląsku. Tak rozmawiałem z rodzicami, z rodziną i kolegami. Gwara śląska była naszym językiem, nieco innym niż ten, którego uczyłem się potem w szkole powszechnej, a przedtem jeszcze w przedszkolu przyszpitalnym. Napływowi mieszkańcy mówili jak my to nazywaliśmy „czysto po polsku”. Ojciec z racji odbytej prawie trzyletniej ochotniczej służby wojskowej w orkiestrze pułkowej w Krakowie, a potem poprzez dokształcanie nauczył się poprawnie mówić. W trakcie służby wojskowej opanował w miarę dobrze grę na kilku instrumentach muzycznych, z tym że jego głównym instrumentem był róg, z niemiecka waltornia, a po naszemu trąba. Ja zawsze mówiłem kolegom, że mój tata gro na trombie. Zaś koledzy odpowiadali: a tyś skuli tego też je tromba.

Ojciec przeszedł przeszkolenie jako pielęgniarz i został zatrudniony w szpitalu psychiatrycznym w Rybniku. Zdobył ten zawód dzięki temu, że dyrektor szpitala miał ambicje posiadania własnej orkiestry dętej przy szpitalu. Zachowałem dyplom mianowania go pielęgniarzem przez wojewodę Grażyńskiego.

Odkąd pamiętam, w domu słuchałem dźwięków muzyki granej na różnych instrumentach. Ojciec ćwiczył sporo na rogu, bo przyszpitalna orkiestra dęta miała częste występy. Nie same marsze przygrywali, ale często odbywały się koncerty promenadowe dla pacjentów. Zapamiętałem też inne utwory na róg. Ojciec ćwiczył koncerty Mozarta, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaka to muzyka. Zapamiętałem te melodie i po latach, gdy je znów usłyszałem, rozpoznawałem je. Dziś często do nich wracam, jak do muzyki mego dzieciństwa. Ojciec ćwiczył je tylko dla siebie, bo wiedział, że nigdy nie wystąpi jako solista. Miał przyjemność z samego grania, z cieszenia się pięknem muzyki. Dopiero dziś to zrozumiałem, że można tworzyć, robić rzeczy ciekawe, szukać piękna dla siebie samego, żeby się rozwijać, próbować coś osiągnąć. Po prostu się tym cieszyć. Było u nas w domu sporo grania na instrumentach smyczkowych. Ojciec opanował także skrzypce, altówkę i cello. Polskiej nazwy instrumentu wiolonczela jeszcze wtedy nie znałem Chyba najwięcej ćwiczył na altówce, bo tata brał udział jako altowiolinista w występach kwartetu smyczkowego Antoniego Szafranka. Grał też w orkiestrze kameralnej braci Szafranków. Obaj bracia, jak tata urodzili się w Bottrop w Westfalii, z tym że obu udało się później w Berlinie ukończyć studia muzyczne. Po powrocie na Śląsk założyli w Rybniku pierwszą szkołę muzyczną i byli już przed wojną animatorami życia muzycznego w mieście.

Gdy miałem pięć czy sześć lat ojciec zapowiedział, że kupi mi połówki skrzypiec i zacznie mnie uczyć grać na nich. Nie potrafiłem tego zrozumieć, bo widziałem, że tata gra zawsze na całych „skrzypkach”, więc zacząłem się awanturować, że albo całe, albo żadne. Gdy tata przyniósł mi te skrzypce, okazało się, że były całkiem normalne, takie same jak taty, tylko nie tak duże. Nie były dosłownie połową wielkości skrzypiec taty, ale takie nieco mniejsze, w sam raz dla mnie. Wtedy słyszałem już dziwne rzeczy o tych smyczkowych instrumentach, choćby i to, że mają duszę. O duszy już słyszałem, to coś niewyobrażalnego, duchowego. Potem byłem rozczarowany, gdy tata wyjął ze skrzypiec duszę i pokazał, że to taki zwykły wystrugany kołek. Tata zaczął mnie uczyć, ale nie był dobrym pedagogiem, może robił to za nadto po wojskowemu, tak jak sam tego doświadczał w swoim czasie. Podejrzewam, że chciał bym ja spełnił jego marzenia, które się jemu nie spełniły, bym w przyszłości został zawodowym muzykiem. Na pewno nie byłem cudownym dzieckiem, ćwiczyłem niezbyt systematycznie, tylko wtedy, gdy mi to sprawiało przyjemność. Miałem już wówczas bardzo podzielone zainteresowania. Lubiłem malować „tuszkami”, czyli farbami wodnymi. Tych przyborów malarskich nie miałem nigdy za dużo, dobrego papieru też nie. Chętnie bawiłem się kompletami klocków z których można było przeróżne zamki zbudować. Lubiłem kombinować, coś skomponować choćby z prymitywnych elementów. Czasem, gdy coś obserwowałem, odkrywałem z małą dozą fantazji jakiś nowy kształt. Tak narysowałem chyba w wieku czterech lat swego pierwszego konia. Przyglądałem się naszej leżance w kuchni. Z profilu zaczęła mi się kojarzyć z cielskiem zwierza, chyba najbardziej konia. Do tej podwyższonej części dorysowałem oczy, zakreśliłem pysk, dodałem na górze uszy . potem jeszcze miotlasty ogon na końcu i pochwaliłem się, że narysowałem konia. W ten sposób wyszedłem z abstrakcyjnej miazgi kreskowania w rysowanie przedmiotowe. Czasem rozwijałem się bardziej w kierunku plastycznym, to znowu muzycznie. Muzyka, gdy były to wyłącznie ćwiczenia nudziła mnie. Musiałem odczuwać jakąś jej melodyjność, takie małe oczarowujące coś.

W tych wczesnych latach dzieciństwa chętnie ganialiśmy z kolegami po wałach ochronnych usypanych z piasku przy dawnej strzelnicy od strony Ul. Strzeleckiej. Zaraz obok, na rozległych ugorach graliśmy też w palanta. O prawdziwą piłkę do „Fussballu” było raczej trudno. Tata wolał zwykle, bym więcej ćwiczył i rozwijał się muzycznie. Zimą były sanki i łyżwy. Na ostatnich raczej nie jeździłem po lodzie, a po oblodzonej ulicy. Zanim otrzymałem od przyjaciół mamy używane łyżwy holenderki do przykręcania „na kurbla”, jeździłem jak większość kolegów na drewnianych pantoflach, pod którymi był przeciągnięty gruby drut imitujący płozę łyżew. Latem odciągało mnie od pilnego ćwiczenia przebywanie nad jedną i drugą rzeką. Tą drugą była Ruda, miejsce kąpieli nas chłopców z ulicy Wodnej. Tu nauczyłem się pływać. Woda w Rudzie była wtedy bardzo czysta, głębsza, a prąd wartki. Sam unosił i nauka pływania poszła łatwo. W pierwsze rzece łapaliśmy raki. Miałem też inne dorywcze zainteresowanie. O wyczynach sportowych nigdy nie marzyłem, bo zdawałem sobie z tego sprawę, że nie mam odpowiednich warunków. Nie byłem tak zwinny jak inni koledzy i męczyłem się znacznie szybciej. Przy grze w piłkę nożną grałem zawsze na „obronie”, gdzie było mniej biegania. Byłem lepszy w grze piłką rzucaną, którą nazywaliśmy „walka narodów”.

Dalej za łąkami i rzekami były lasy rybnicko paruszowieckie. Zaraz za rzeką Rudą był pierwszy las, wysoki sosnowy, za nim prowadziła od Ul. Gliwickiej w Wielopolu do Paruszowca leśna aleja, dziś ruchliwa obwodnica przed wjazdem do miasta od strony północnej. Za nią był drugi las, początkowo tylko same młodniki, a potem stary bór. Tam zbieraliśmy borówki i brusznice, po naszemu brusiny, a jesienią chodziliśmy na grzyby. Było tam też miejsce zwane burlochem (z niem. Bohrloch), gdzie wykonano dwukrotnie najgłębsze wiercenie geologiczne na świecie. W lesie znajdowała się wojskowa „prochownia”. Tu przed wojną przechowywał rybnicki batalion WP swoją amunicję. Wtedy był ten teren chroniony drutem kolczastym i przez uzbrojonych żołnierzy. W pobliżu ogrodzenia rosły zawsze najdorodniejsze grzyby. Dorosłym nie wolno było się tu zbliżać, a nam dzieciom żołnierze pozwalali. Gdy się szło wzdłuż pierwszej rzeki, docierało się do gęstych zagajników olchowych. Myśmy je wtedy nazywali olszynowym laskiem. Nieco dalej były już stawy Starej Rudy. Ostatni, przy samej ulicy Gliwickiej przekształcono w miejskie kąpielisko z plażą, przystanią dla łódek i kajaków, oraz zbudowano kabiny do przebierania się. Zbudowano tam dość wysoką skocznię - trampolinę. Niestety, za wstęp na kąpielisko pobierano jednak opłatę. Przed kąpieliskiem stał stylowy drewniany pawilon z restauracją, gdzie odbywały się przed wojną koncerty promenadowe i potańcówki. Występowała tam orkiestra kameralna braci Szafranków, w której grał i nasz tata. Na kąpielisko nas zbyt często nie zabierał, jak przypuszczam z powodu opłat za wstęp. Czasem jednak bywaliśmy tam i wtedy tata wypływał ze mną aż na środek stawu zabierając mnie siedzącego okrakiem na swych plecach. Byłem z wodą wcześnie oswojony i nie bałem się jej. Zachodziliśmy czasem z tatą nad stawy Starej Rudy, gdzie też się kąpaliśmy. Tu bałem się jednak bardzo pijawek, których było tam sporo. W pamięci utkwiły mi do dziś te czarowne miejsca, pełne pachnącego tataraku i żółtych irysów wodnych oraz białych nenufarów. Roztaczała się tam przejmująca woń, trochę zaprawiona bagiennym zapachem gnijących roślin, co ciągle jeszcze pamiętam. Było to jedno z najbardziej urokliwych miejsc mego dzieciństwa. W czasie wojny wstęp na kąpielisko był również płatny, ale mieliśmy swój sposób by dostać się tam omijając płot tuż przy rzece. Pamiętam jak cudownie śpiewały tam ptaki, bardzo mocno utkwiło mi w pamięci wołanie kukułki, ptaka którego wtedy odmalowywałem z ilustracji. Zapamiętałem szum lasu z wędrówek na grzyby czy jagody. W pierwszym lesie zbierano żywicę z ponacinanej kory do naczyń zawieszonych na pniach sosen. Ten silnie aromatyczny zapach, jak ten macierzanki I wrzosów jesienią utkwił w mej pamięci. W okresie kopania kartofli rozpalaliśmy ogniska, czyli nasze fojerki do pieczenia ziemniaków. Paliliśmy je z naci po wykopanych kartoflach. Zawsze udawało nam się znaleźć jeszcze parę ziemniaków na przekopanym polu. Robiliśmy kadzidła z jakiejś starej konserwy zamocowanej na pętli z drutu. Była to świetna zabawa, zwłaszcza o zmroku, gdy widać było żarzące się łuki, jakie zataczaliśmy naszymi kadzidłami. Na koniec robiliśmy zawody w wyrzucaniu Ich wysoko w górę, tak jak dziś oglądane startujące rakiety. Co to są rakiety, jeszcze nie wiedzieliśmy przed i na początku wojny. Dopiero później, gdy Niemcy posługiwali się V1 i V2, dowiedzieliśmy się jaką groźną bronią są rakiety atakujące Londyn.

W 1938 roku zacząłem uczęszczać do szkoły powszechnej imienia Józefa Piłsudzkiego. Była to nowo zbudowana szkoła tuż przy neogotyckim Kościele ( obecna bazylika). Nim poszedłem do pierwszej klasy, potrafiłem już czytać. Nikt się nie starał mnie tego uczyć. Miałem wcześniej kupiony elementarz Falskiego do pierwszej klasy, ten z Alą i Asem. Pytałem rodziców o poszczególne litery i poszło mi to bez problemów. Może był to jakiś dar kojarzenia abstrakcyjnych znaków w nowy sens? Przeczytałem go już w pierwszych dniach roku szkolnego w całości. Moje zdolności plastyczne odkryto teraz tu w pierwszej klasie. Chyba pokazałem swemu nauczycielowi narysowany portret marszałka Piłsudzkiego. Podczas lekcji zabierano mnie często z klasy do jakiegoś innego pomieszczenia, gdzie otrzymywałem dużo kolorowych ołówków i rozrysowane testy do pokolorowania. Bawiło mnie to, bo w domu takich wielobarwnych ołówków nie miałem. Ten portret marszałka Piłsudskiego odrysowałem ze zdjęcia w kalendarzu. Najlepiej wychodził mi ten profilowy trumienny, odrysowany ze kalendarza z 1936 roku. Kalendarz na dany rok był zawsze ważną książką w domu. Do dziś mam ten przechowany mi przez mamę z roku mego urodzenia, z 1931. Takie kalendarze były bardzo popularne na Śląsku, wydawali je zarówno Polacy jak i Niemcy. Były kościelne, jak i świeckie. Te niemieckie pożyczała mama od niemieckich sąsiadów mieszkających kilka domów dalej. Niemieccy sąsiedzi bywali różni. Jak Polacy, dobrzy i źli. Przy naszej ulicy mieszkały w pobliżu trzy spokrewnione niemieckie rodziny. Mówili wyłącznie po niemiecku i ich dzieci uczęszczały do niemieckiej szkoły. Jak bardzo byli antypolscy, przekonałem się 1. września 1939 roku, gdy we wczesnych godzinach rannych wybuchła wojna i Niemcy wkroczyli do Polski i do Rybnika już pierwszego dnia. Gdy niemieckie samoloty nadleciały najwyraźniej by zaatakować polskich żołnierzy chowających się w naszym domu w trakcie ucieczki z koszar przy ul. Gliwickiej. Trwało to parę minut, sam pozostałem na podwórzu, gapiłem się na samoloty z czarnymi krzyżami . Czekałem aż żołnierze pobiegną do okopów za naszym domem, które parę dni wcześniej już wykopali. Myślałem, że będą nas tam bronić. Zobaczyłem po raz pierwszy samolot tak nisko, z bliskiej odległości, że wyraźnie rozpoznałem na parę sekund twarz pilota. Nie strzelał, nie zrzucił bomby, pomachał skrzydłami i poleciał dalej. Widocznie uratowały nas przed atakiem wywieszone przez owych sąsiadów flagi ze swastyką, które mieli już od dawna przygotowane. Oni witali tak radośnie swojego Fuehrera. Polscy żołnierze nie walczyli już tu na naszym terenie i szybko pobiegli w kierunku wschodnim opuszczając miasto. Na paradach wojskowych, na które chodziłem w czasie uroczystości państwowych w ostatnim czasie, było tak wzniośle i bohatersko o tym, że nie oddamy ani guzika. Szpital taty zafundował karabin maszynowy tutejszemu batalionowi 75. pułku piechoty stacjonującego na terenie szpitala. Nie wiem, czy to był ten, który tata znalazł zaraz na początku wojny i zakopał w pobliskim lesie. Byliśmy tacy dumni z naszej armii, gdy odebrała niedawno Czechom Zaolzie. Teraz niektórzy żołnierze pogubili już pierwszego dnia wojny nie tylko guziki, ale i karabiny, niektórzy byli nawet bez bluzy mundurowej, przy której było tak dużo tych guzików do zapinania. Nie zdążyli, gdy Niemcy nagle napadli szosą od strony pobliskich Gliwic. Tak zaczęła się u nas wojna.

Zaraz w pierwszych dniach po jej wybuchu poszedłem z mamą i malutką Małgosią w wózku zrobić zakupy w naszym stałym sklepie kolonialnym, bo było wiadomo, że w Niemczech jest już wszystko przydzielane na kartki. Napotkany oficer okazał się bardzo sympatyczny, zagadał mamę o Małgosię, na którą zwrócił uwagę i wyjął z kieszeni tabliczkę niemieckiej czekolady, którą jej podarował. Zamienił z mamą kilka zdań po niemiecku. Mama powiedziała mi potem, że on też ma taką małą dziewczynkę we Wiedniu. Niemiecka czekolada mi zbytnio nie smakowała. Było w niej bardzo mało czekolady, a dużo marmolady. Niemcy od dawna już produkowali swoje Ersatz - produkty. Powiedziałem wtedy do mamy i trochę do siebie, że nasza czekolada jest dużo lepsza. Mama odpowiedziała mi na to krótko: Naszej już nie będzie. Widocznie przypomniała sobie, jak to w czasie pierwszej wojny w Niemczech żadnej czekolady nie było.

Wkrótce okazało się, że Polska została podzielona pomiędzy Niemcy hitlerowskie i komunistyczna Rosję Stalina. Żyliśmy teraz w niemieckiej rzeszy. Tak miało być już zawsze. Ich propaganda trąbiła, że Polska została raz na zawsze wymazana z mapy Europy. Dziadek Jan dostał się zaraz na początku wojny do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie został po jakimś czasie zagazowany, a dziadek Józef przyjeżdżał do nas i czytał nam wierszowane przepowiednie Wernyhory które budziły nadzieję i były o tym, że Polska znowu powstanie od morza do morza. Wojna zaczęta we wrześniu jednak trwała i obfitowała w różne nieszczęścia dla wielu. Rodzice zaczęli z konieczności uczyć nas po niemiecku, bo polskich szkół już nie miało być. Próbowali ze mną i z Bolkiem rozmawiać w tym języku. Siostra Małgosia, która miała wtedy półtora roku, jeszcze nie mówiła w żadnym języku.

Wiosną 1940 roku Niemcy zorganizowali dla nas wstępną naukę szkolną. Wpierw była to początkowa nauka języka niemieckiego. Byliśmy dość niechętni, nie przykładaliśmy się dostatecznie do tego. Nam wydawała się ta cała niemiecka zmiana raczej czymś przejściowym. Potrafiliśmy się doskonale porozumieć po śląsku i to nam wtedy wystarczało. Naszym nauczycielem został niedawny wysoki urzędnik oświaty, polski szkolny inspektor powiatowy pan Rak, ojciec mego kolegi po fachu (w orkiestrze szkolnej graliśmy na wiolonczeli, a później studiowaliśmy malarstwo na ASP w Krakowie)). Pan Rak studiował pedagogikę w Wrocławiu, ówczesnym Breslau, więc mógł teraz spełniać funkcję nauczyciela przejściowego. Tłumaczył nam, żebyśmy próbowali mówić po niemiecku i uczyć się tego języka, bo bez niego nie poradzimy sobie w najbliższym czasie. Mnie nauka niemieckiego szła łatwiej niż kolegom. Oni mówili prostszym, bardzo twardym językiem niemieckim. Inaczej niż moi rodzice, którzy do szkoły chodzili na zachodzie Niemiec.

Początkowo nie potrafiłem niczego z niemieckich książek przeczytać, bo litery były zgoła inne od tych, które znałem dotąd. W Niemczech pisało się i drukowano jeszcze wtedy szwabachą, czyli pismem gotyckim. Musiałem się jakby na nowo nauczyć pisać i czytać. Tata kupił mi zanim zacząłem do niemieckiej szkoły uczęszczać niemiecki elementarz dla szkół na Śląsku, o nazwie Schlesierfibel. Był to podręcznik dla pierwszej klasy, ale już wprowadzający w hitlerowską doktrynę. Był kolorowy, nie jak ten mój pierwszy polski elementarz z Alą i Asem. Było w nim pełno hakenkreuzów i i umundurowanych ludzi, tak młodzieży, jak i dorosłych. Niemcy stali się podczas wojny bardzo oszczędni. Nawet w nauce pisania. Ja uczyłem się w polskiej pierwszej klasie pisania atramentem na papierze zeszytowym. Teraz otrzymałem czarną mini tablicę oprawioną w drewnianą ramę, ale nie pisało się na niej kredą, a rysikiem. Cały zapis można było potem zmazać małą gąbką. Jak z tablicy. Zacząłem się uczyć pisania czarno na białym, a teraz odwrotnie, biało na czarnym. Po jednej stronie tabliczki była kratka do rachunków, a po drugiej linie do pisania. Tata i mama znali to pismo doskonale i szybko przy ich pomocy też je opanowałem. Zamiast dalszych przygód Ali i Asa z elementarza ukończonej pierwszej polskiej klasy, poznawałem niemiecką dziecięcą obyczajowość o hitlerowskim zabarwieniu. Niedługo czytałem biegle w nowo poznanym piśmie gotyckim, jak we wcześniej poznanym łacińskim. Jednak za rok Niemcy przeprowadzili reformę pisma. Pismo gotyckie poszło do lamusa, zaczęliśmy się posługiwać pismem łacińskim. Ci koledzy w klasie, którzy przybyli z głębi Niemiec, mieli z tym większe kłopoty, musieli się tak samo mozolić, jak my wcześniej nad gotyckim. My znaliśmy łacińskie pismo już z polskiej szkoły.

Jakiś czas po wybuchu wojny zaczęliśmy uczęszczać na lekcje przygotowawcze do pierwszej komunii św. Odbywały się one w starym budynku parafialnym. Początkowo odbywała się ta nauka jeszcze w języku polskim. Niemcy zaczęli szybko ingerować w sprawy kościoła. Polskie msze, nabożeństwa zostały zakazane. W ogóle posługiwanie się językiem polskim zostało zabronione. Wer polnisch spricht ist unser Feind. W połowie nauki katechizmu ksiądz zaczął prowadzić lekcje w języku niemieckim. gdy doszło do tematu spowiedzi, jeden z kolegów zgłosił księdzu, że on się po niemiecku nie będzie spowiadał, bo nie ma żadnych niemieckich grzechów, a jeśli o przeklinanie chodzi, to robi to tylko po śląsku i trochę po polsku. Od czasu do czasu zaglądałem jeszcze w te polskie książki, które były w domu. Wkrótce jednak trzeba było je gdzieś głęboko w schowkach umieścić, bo posiadanie ich było karane. Zdążyłem jeszcze przeczytać Króla Maciusia. Dostęp do polskich książek był w ogóle teraz dla mnie utrudniony.

Po jakimś czasie nauki niemieckiego tata zabrał mnie do miasta, do budynku dawnego ratusza przy rynku. Byłem tam po raz pierwszy, bardzo mnie oczarowało tamtejsze wnętrze. Biblioteka zajmowała całe piętro, były olbrzymie regały pełne książek. Taka darmowa wypożyczalnia dla czytelników. Tata mnie zapisał i pomógł wybrać pierwszą niemiecką książkę do czytania. Było to któreś z indiańskich opowiadań Gerstaeckera. Czytanie szło mi bardzo opornie. Na początku nie należały te opowiadania do tych lektur, które się wchłaniało, bo nastręczały mnóstwa trudności w rozumieniu wielu słów i to zniechęcało do czytania. Dopiero po jakimś czasie obudził się we mnie głód czytania książek przygodowych w nowym języku, takich jak kolejne tomy Karla Maya i inne, które wciągały mnie w świat przygód.

Zacząłem sporo czytać i chodziłem już sam do biblioteki miejskiej. Miałem też  inne zajęcia, jak narzucone mi przez tatę ćwiczenia na skrzypcach. Tata nauczał mnie bardzo regularnie. Od jesieni 1940 uczęszczałem już normalnie do szkoły, która nazywała się teraz Volksschule i mieściła się w budynku tak zwanej starej szkoły, obok starego kościoła. Dla mnie było to na drugim końcu miasta, trzeba tam było dotrzeć idąc  pół godziny przez całe miasto. W mej dawnej szkole bliżej domu Niemcy utworzyli szpital wojskowy. Ostatecznie polubiłem tę niemiecką szkołę, Trudności językowych już nie miałem. Spotkałem sporo nowych kolegów także z miasta, a nie tylko z mego sąsiedztwa. Wielu z tych, którzy mówili „czysto po polsku” poznikało już z Rybnika. Pojawiali się natomiast inni, którzy przyjechali z głębi Niemiec i często mówili trochę inaczej po niemiecku, nie językiem literackim tak zwanym Hochdeutsch, a zaciągali po dolnosaksońsku, czy berlińsku, takim ichnim śląskim. To były dzieci ewakuowane z silnie bombardowanych terenów przez Aliantów. U nas nie było nalotów bombowych prawie do końca wojny. Wyjątkiem były amerykańskie bombardowania dywanowe na niedaleki Kędzierzyn, na znajdujące się tam strategiczne zakłady produkujące paliwa. Nad Rybnikiem przelatywały tylko te formacje i poza tym, że ogłaszano alarmy, panował względny spokój. U nas mieliśmy początkowo prawie ciche dzieciństwo nieświadome zagrożeń wojny. Z czasem jednak i do mnie coś z tragicznych wieści powoli dochodziło. W rodzinie mówiło się szeptem o tym, gdzie zginął dziadek Jan. Zaraz po aresztowaniu na początku wojny umieszczony w obozie koncentracyjnym w Dachau przeżył tam do 1942 roku nim został zagazowany. Te listy które od niego przychodziły, były mocno ocenzurowane w ten sposób, że były w nich powycinane miejsca. Wujek Erwin, który był przed wojną policjantem dostał się do innego obozu koncentracyjnego, ale na szczęście przeżył. Z okazji mej pierwszej komunii św. Dziadek Jan napisał i kilka zdań z życzeniami do mnie. Było w nich i o tym, bym nigdy w życiu nie zajmował się polityką. Czy tego dotrzymałem? Chyba nie, bo w 1981 w stanie wojennym usunięto mnie z Telewizji Katowice, gdzie pracowałem od pierwszego dnia jej powstania. Nie zostałem zweryfikowany jako wrogi politycznie. Dziadek obozu nie przeżył, przyszło stereotypowe zawiadomienie, że zmarł na zapalenie płuc, bo o tym, że więźniów zagazowano nie było nigdy mowy.

Mój najstarszy kuzyn Hardi został powołany do niemieckiego wojska. Miał na imię Reinhardt, które otrzymał w Westfalii, gdzie się urodził. Listy, które do nas pisał spod Moskwy były po polsku, bo znał ten język lepiej od niemieckiego, on do szkoły chodził już w Polsce. Na samym początku wojny przyjeżdżał często do nas do Rybnika. Wtedy, we wrześniu 1939 roku bardzo obficie obrodziły kasztany, których dużo nazbierałem by robić z nich zabawki. Hardi potrafił wyczarować z nich małe zgrabne czołgi i staczaliśmy potem bitwy pancerne. Oczywiście wygrywały zawsze te polskie czołgi, inaczej niż w rzeczywistości. Niedługo potem przyszło mojemu kuzynowi brać udział w prawdziwych bitwach aż pod Moskwą, dokąd dotarł, ale już nigdy stamtąd nie wrócił. Poległ za nie swojego Fuehrera. Hardi miał tylko imię niemieckie.

Gdy miałem 11 lat, tata postanowił, bym zmienił instrument i zaczął się uczyć gry na wiolonczeli. Ten nowy instrument zainteresował mnie bardziej od skrzypiec, wydawał mi się dostojniejszy, jego dźwięk odpowiadał mi bardziej niż piskliwe skrzypce. Starałem się i ćwiczyłem dość pilnie. Tata zaczął teraz uczyć mego brata Bolka gry na moich dotychczasowych skrzypcach. Niedługo mogliśmy coś w trójkę zagrać. Zaczęliśmy od kolęd. To wspólne granie cieszyło nas chłopców, a tata był dumny, że ma w domu swój zespół rodzinny. To wspólne granie nie trwało zbyt długo, bo tata pracował w szpitalu tylko do końca lutego 1943 roku. W tym czasie losy wojny zaczęły się powoli odwracać, Niemcy ponieśli sromotną klęskę pod Stalingradem i odtąd już zaczął się powolny odwrót z Rosji. Powoływali teraz kogo tylko mogli do wojska, bo ponosili ogromne straty. Tata był obywatelem niemieckim, bo urodził się w Niemczech. Nie poszedł na szczęście na front wschodni, a dostał się do południowej Francji do ochrony wybrzeża pod Toulonem. Tam trwał spokój do sierpnia 1944 roku, gdy dwa miesiące po wylądowaniu w Normandii, alianci zaatakowali i południe Francji.

We wrześniu 1943 przyjęto mnie do niemieckiego gimnazjum. Zacząłem uczęszczać do Oberschule imienia Oberst Werner Moelders, asa pilota myślistwa, który zestrzelił najwięcej alianckich samolotów, ale wkrótce sam tez został zestrzelony. Uczyłem się tam bardzo pilnie, bo wszystko było znacznie ciekawsze niż dotąd w szkole podstawowej. Język niemiecki miałem już bardzo dobrze opanowany. Byłem bardzo przejęty, że chodziłem do takiej szkoły, gdzie mogłem się także uczyć języka angielskiego. Przedmiot o nazwie MUZYKA był tam ciekawie prowadzony, nie tylko jako śpiew, ale poznawaliśmy różne zagadnienia z teorii i historii muzyki. Gdy mój wychowawca się dowiedział, że gram na wiolonczeli, zaczął mnie namawiać, do wstąpienia do szkoły muzycznej, której był kierownikiem. W gimnazjum prowadził orkiestrę szkolną i brakowało mu wiolonczelistów, miał tylko jednego, mego o rok starszego kolegę, który jak ja później pracował w TV Kartowice. Leon też nie został muzykiem zawodowym choć i jego ojciec, który go uczył gry na tym instrumencie bardzo tego pragnął. Poszedłem do tej szkoły muzycznej, jednak w orkiestrze szkolnej nie zdążyłem zagrać. W gimnazjum miałem jeszcze inny przedmiot, znacznie bardziej atrakcyjny dla mnie. Była to SZTUKA. Naszym nauczycielem przedmiotu, którego odpowiednikiem w polskiej szkole jest rysunek był artysta malarz. Przy klasie, gdzie mieliśmy lekcje był aneks, który stanowił małą prywatną pracownię profesora. Stała tam sztaluga na której czasem można było zobaczyć aktualnie malowany przez profesora obraz. Kolegów najbardziej bawiło podglądanie obrazów z niezbyt ubranymi paniami. Dla mnie przedmiot był ciekawie prowadzony i dużo z niego skorzystałem. W klasie miałem kolegę, który przybył na Śląsk z Westfalii, gdzie się urodził, a jego rodzice pochodzili ze śląska Opolskiego. Wolfgang, z którym się zaprzyjaźniłem i później mieliśmy kontakt ze sobą aż do jego śmierci, był szalenie uzdolniony plastycznie. Nie wybrał zawodu artystycznego jak jego starszy brat, a został wybitnym naukowcem w dziedzinie chemii, piastował przez długie lata funkcję dziekana na uczelni w Bielefeld. W szkole zawsze rywalizowaliśmy ze sobą o najlepsze stopnie. Otrzymywaliśmy jednakowe. Wolfgang miał wspaniałe farby Pelikany i tworzył bardzo kolorowe kompozycje, a ja posługiwałem się prawie tylko ołówkiem. Dziwiłem się, że mamy takie same stopnie. Widocznie profesor widział we mnie jakieś zadatki zdolności plastycznych. Ta szkoła do której teraz uczęszczałem, mieściła się początkowo w przedwojennym polskim gimnazjum. Odwracające się losy wojny powodowały, że coraz więcej budynków szkolnych przekształcano w szpitale wojskowe. Tak stało się i z budynkiem naszego gimnazjum. Nasza szkoła została przeniesiona do budynku dawnego gimnazjum sióstr Urszulanek, gdzie teraz mieściło się niemieckie gimnazjum żeńskie. Dziewczyny miały lekcje do południa, a my chłopcy popołudniu. Pilnie uczyłem się angielskiego, bo łudziłem się, że gdy wojna się skończy, po klęsce Niemiec wkroczą do nas Amerykanie. Tymczasem walki trwały teraz już na dwu frontach. Na wschodzie z Rosjanami i na zachodzie z Aliantami już na północy Francji i na południu, gdzie przebywał nasz tata. Nie mieliśmy już od sierpnia, gdy tam Amerykanie wylądowali żadnych wiadomości, poza taką, że jest „vermisst”, czyli ani żywy, ani martwy, tylko zaginiony. Czekaliśmy w niepewności i martwiliśmy się.

Czasu miałem teraz coraz mniej. Musiałem mamie pomagać, bo taty nie było, a ja byłem pośród naszej piątki najstarszy. Mama najwięcej musiała zajmować się malutkim Piotrem, który w 1944 miał zaledwie rok. Zaczynały się już trudności aprowizacyjne, bo wojna zmierzała ku klęsce Niemców. System kartkowy zaczynał się załamywać. Dotyczyło to wszystkiego, butów, odzieży, a najbardziej żywności. Chodziłem do sklepu mięsnego i stałem w długiej kolejce, ale nie zawsze coś otrzymałem. Mama świetnie sobie radziła z ugotowaniem nam czegoś prawie z niczego. Od czasu do czasu wyjeżdżałem z ciocią Ciską pod Racibórz na wyhandlowanie za jakieś skarpety, czy szalik produktów żywnościowych i owoców. Jak wszyscy odczuwaliśmy na każdym kroku, że wojna zmierza ostatecznie do końca. Teraz zbliżał się do nas coraz bardziej front od wschodu. Wolelibyśmy wyzwolenia przez Amerykanów, ale Ruscy byli bliżej. Przyjaciółka mamy, która była lepiej politycznie zorientowana, bo jej mąż był przed wojną policjantem, opowiadała nam trochę o tym, co wiedziała jak jest w komunistycznej Rosji. Dla mnie było najistotniejsze to, że w takim państwie jest wszelka nauka darmowa i wszyscy mają pracę. Marzyłem o tym, by w przyszłości móc się nadal uczyć i kształcić. Na jakim kierunku, jeszcze wtedy nie wiedziałem. W naszym radiu „Volksempfaenger, gdzie dotąd można było tylko niemieckie stacje odbierać, pojawiła się amerykańska stacja w języku niemieckim, Solsatensender West. Mieliśmy odtąd prawdziwe informacje o sytuacji na frontach wojny. Pod koniec roku Rosjanie zaczęli się coraz szybciej posuwać na zachód. W grudniu 1944 roku skończyły się raz na zawsze niemieckie lekcje w szkołach. Ci, którzy przybyli na nasze tereny z głębi Niemiec, względnie tutejsi, którzy czuli się Niemcami zaczęli panicznie opuszczać Rybnik w kierunku zachodnim. Pociągi w tym kierunku były ponad miarę przepełnione. Wiedzieliśmy już, że Amerykanie nas nie wyzwolą. Czekaliśmy na zbliżający się koniec wojny dla nas od wschodu. Zaznaczałem w moim atlasie szkolnym sytuację na frontach. Miałem odnotowane ostatnio zasłyszane pozycje Rosjan na północ od Częstochowy i Łabęd pod Gliwicami. Potem skończyły się nasłuchy, bo wyłączono energię elektryczną, a my musieliśmy przez dwa miesiące zamieszkać w piwnicy. Mieszkaliśmy teraz na pierwszej linii frontu, który zatrzymał się u nas na prawie dwa miesiące pod Rybnikiem aż do końca marca, choć dużo dalej, na północny zachód od nas trwały już walki pod Berlinem. Trzeciego marca byliśmy zmuszeni opuścić Rybnik i w Biertułtowach u cioci doczekaliśmy się w kwietniu tego, co dotąd nazywano wyzwoleniem. Zaczął się teraz trudny okres powojenny i oczekiwaliśmy na powrót taty, bo byliśmy przekonani, że żyje i wróci do nas. Spełniło się to w wigilię Bożego Narodzenia w 1946.

Adwent

Adwent


Zdarzyło się to jakiś czas temu w jednym z familoków. Wszyscy sąsiedzi znali się tu dobrze i tworzyli wielką wspólnotę. Tak było kiedyś. W jednym z mieszkań żył sobie samotnie młody górnik, inwalida. Po wypadku na kopalni amputowano mu obie nogi. Po jakimś czasie opuściła go młoda żona, bo znalazła sobie kogoś, kto był zdrów, w pełni sił i miał obie nogi, a ona bardzo lubiła tańczyć.

Inwalida zachował mocne ramiona i od czasu do czasu poruszał się po ulicach osiedla na swoim wózku. Rozmawiał niechętnie z sąsiadami, bo to co przeżył, bardzo go odmieniło. Żył tylko przeszłością, wspominał czas sprzed wypadku, gdy miał żonę i był szczęśliwy. Unikał ludzi, a sąsiedzi oraz dawni przyjaciele też go z daleka omijali. Sprawił sobie protezy, które były bardzo doskonałe, bo dzięki nim poruszał się tak, że nikt obcy nie domyślał się u niego inwalidztwa. Może żona wróci do niego, gdy zobaczy jak porusza się tak samo sprawnie jak inni? Wprawiał się w tym „protezowym” chodzeniu już od wiosny. Minęło lato, jesień, przyszedł grudzień, ale żona nie wróciła, ani jej już nigdy nie spotkał.

W swoim oknie wychodzącym na ulicę wystawił jak inni sąsiedzi zapalone światełka adwentowe, świecące się przez cały dzień i całą noc. Może żona je zobaczy i wróci? Adwent to czas oczekiwania na przybycie, a on czekał tak bardzo, bo miał nadzieję, że coś się jeszcze w jego życiu odmieni.

O tej porze roku trudno chodzić po śliskiej drodze nawet tym, którzy mają zdrowe nogi. Dziś, dzień przed wigilią wyszedł z domu, mimo że miał kłopoty z poruszaniem się po gładkim chodniku. Na wszelki wypadek chciał kupić jakiś prezent dla żony, gdyby zechciała jutro do niego wrócić. Przy następnej przecznicy był przystanek tramwajowy i gdy tam przechodził przez jezdnię, poślizgnął się w momencie, gdy właśnie nadjeżdżał tramwaj. Upadł i tramwaj najechał mu na nogi. Jakie było przerażenie osób, które zobaczyły go pod kołami. Najbardziej przerażony był motorniczy. Leżący na torach człowiek odezwał się, że nic się nie stało, bo on ma jeszcze w domu wózek inwalidzki. Niektórzy byli oburzeni na takie głupie żarty. Wszyscy odetchnęli, gdy powiedział: ludzie, to nie nogi, to tylko protezy. Nie trzeba do szpitala, zawieście mnie do domu.


W oknie paliły się jak zwykle światełka adwentowe. Zaraz się położył, bo był bardzo zmęczony. Mimo obycia z niebezpieczeństwami, był to dla górnika bardzo stresujący dzień. Zanim zasnął, pomyślał że może jutro w samą wigilię wróci żona. Zaraz ogarnęła go wielka senność. .Chyba śnił o powrocie żony tak bardzo przejmująco, bo śnił już odtąd ciągle i nigdy się więcej z tego snu nie wybudził.


Potem, już dłuższy czas po Bożym Narodzeniu, wszyscy dziwili się tym stale palącym się światełkom. Uważali, że ich sąsiad był i tak zawsze dość dziwny. Nie pojawiał się ostatnio wcale na osiedlu. Myśleli, że to po tym wypadku, a teraz zimą trudno mu się poruszać na wózku inwalidzkim po śniegu.

Nadeszła wiosna, lato, jego skrzynka pocztowa była już przepełniona, niektóre listy prawie już wysuwały się na zewnątrz. W oknie paliły się nadal światełka adwentowe w dzień i w nocy. Nikogo to jednak nie zaniepokoiło, bo był przecież tym dziwnym sąsiadem. Nikt nie zapukał do jego drzwi, nikt nie włamywał się na siłę. Rachunki górnika były regularnie opłacane przelewem z jego konta, więc nikt do niego nie zachodził. On miał już swój adwent, swoje oczekiwanie za sobą. Teraz doznawał swego wiecznego spokoju przy ciągle palących się światełkach.

Dziwne bywało zachowanie psa sąsiadów, gdy przechodzili koło drzwi mieszkania górnika. Zawsze się tam zatrzymywał, obwąchiwał próg, warczał i próbował szczekać, ale właściciel karcił go i szarpał wtedy mocno za smycz i mówił do psa: cicho, nie wolno ludziom przeszkadzać.

1994

Amerykanski namiot 2018

Amerykański namiot


Na moim pierwszym obozie harcerskim po wojnie, mieliśmy do dyspozycji duże, wojskowe namioty. Nazywaliśmy je hangarami. W każdym mieścił się bardzo wygodnie cały zastęp druhów. Spaliśmy na słomianych siennikach, ułożonych rzędem na   zbitych z surowych żerdzi pryczach. Nad wejściem do naszego namiotu znajdowały się jeszcze ciągle dość wyraźne ślady malowidła przedstawiającego dość mocno roznegliżowaną damę.  

Pomimo kilkakrotnego szorowania po ustawieniu namiotu, obraz pozostał wyraźny, bo najwidoczniej był namalowany trwałymi farbami, jakimi piloci amerykańscy ozdabiali swoje latające fortece. Ta postać wraz z imieniem była talizmanem i zarazem nazwą danej superfortecy, której dziesięcioosobowa załoga spała w tym namiocie. Byliśmy najmłodszym zastępem, a dziwnym trafem zakwaterowano nas w namiocie z najbardziej sexy emblematem. Nasz opiekun drużyny, którym był dh harcmistrz, równocześnie nasz profesor i wychowawca w rybnickim gimnazjum, nie mógł pozwolić byśmy najmłodsi ulegali zgorszeniu na obozie harcerskim. Po mej niefortunnej ekologicznej przygodzie z kapliczką obozową,  dh harcmistrz uznał widocznie, że pomimo wszystko przejawiam jakieś zdolności plastyczne, więc wydał mi polecenie zamalowania dziewczyny z nadmiarem sex appeal. Najlepiej byłoby namalować na tym nasz znak zastępu Orłów Białych. Wszyscy koledzy użyczyli po trosze pasty do zębów, a jeden z kolegów oddał mi cały proszek do czyszczenia zębów, bo stwierdził, że przez wakacje, gdy go mama nie kontroluje, to nie czyści zębów. Miałem więc dość bieli, dh oboźny przydzielił mi trzy jajka, z których fachowo ukręciłem emulsję jako spoiwo. Zabrałem się do roboty i dość szybko rozrysowałem na prawie gołej damie godło naszego zastępu, białego orła  w locie nurkowym, takiego samego, jakiego zaprojektowałem do wyhaftowania na nasz proporzec.

        Znowu mnie na porannym apelu pochwalono, kierownictwo obozu uznało nawet, że zdobyłem tym samym kolejną sprawność artysty malarza, co wolno mi zaznaczyć odpowiednim znakiem na rękawie mundurka. Pogoda nam sprzyjała, życie obozowe było bardzo urozmaicone. Po kilkunastu dniach ulewne deszcze odmieniły wszystko, słowem, lało jak z cebra. Nasz pięknie ozdobiony białym orłem namiot wyglądał jak polany białą mazią. Ani biały ptak nie był wyraźny, ani  nie można już było rozpoznać szczegółów anatomicznych u panienki. Znów się nie sprawdziłem jako plastyk. Wiedziałem, że emulsja jajeczna wiąże farbę, ale widocznie w bieli pasty do zębów były nieznane mi środki chemiczne, które powodowały, że farba nie była zbyt trwała. Kierownictwo obozu zrezygnowało z dalszego przemalowania namiotu. Odtąd od świtu do nastania nocy, daszek nad wejściem do namiotu był stale podniesiony  i umocowany na czaszy namiotu, tak że przykrywał w ten sposób resztki namalowanej wcześniej girlsy i moje osobiste nieudane dzieło.  

W te deszczowe dni wszystko podmokło, wokół namiotów zrobiło się grząsko. Miałem pecha i podczas wybiegania na zbiórkę poślizgnąłem się, upadłem i zwichnąłem nogę. Mój przyjaciel Bernard .B., przyszły lekarz, który był obozowym sanitariuszem, spojrzał na moją stopę, która zaczęła szybko puchnąć. Wydał od razu diagnozę, mam  zwichniętą stopę w kostce i musi mi robić okłady. Mam się położyć na pryczy i kilka dni nie będę wychodził. Był to piątek, słowem zły początek. Nie będę mógł pójść, a dokładnie mówiąc pomaszerować w niedzielę około dziesięciu kilometrów z drużyną do Lądka na niedzielne nabożeństwo. 

                Nastąpiły teraz dość jednostajne chwile, bo leżałem i przewracałem się z boku na bok na pryczy. Któryś z kolegów przyniósł mi odpowiedni gruby kostur, by mi posłużył jako laska, tak że mogłem za potrzebą dojść do latryny na skraju lasu. Początkowo przynosili mi koledzy jedzenie do namiotu. Boczną ścianę namiotu mieliśmy w ciągu dnia podwiniętą i mogłem obserwować jak przebiega życie obozowe. Gdy koledzy gromadzili się w namiocie, otrzymywałem zawsze nieco relacji z różnych obozowych wydarzeń. To jednak nie to samo, co móc brać bezpośredni udział we wszystkich zajęciach. Na wieczorne ognisko w naszym obozie mogłem się udać i tam posiedzieć z kolegami. Jutro ma się drużyna udać na ognisko do sąsiedniej warszawskiej drużyny. Niestety, pozostanę na miejscu wraz z wzmocnioną wartą w obozie. 

           Czas mijał szybko, jakoś sobie radziłem w tej mojej przymusowej sytuacji. Nadeszła niedziela. Drużyna wymaszerowała zaraz po śniadaniu do kościoła. Został jeden z oboźnych, wartownicy i służba kuchenna, wszyscy potrzebni, by przygotować niedzielny obiad. Mnie było trudno wytrzymać bez ruchu w namiocie. Zgłosiłem się jako ochotnik do obierania ziemniaków, byłem gotów obrać je sam dla całej drużyny. Po jakimś czasie druh oboźny zwolnił mnie z tego zajęcia i polecił abym się położył w namiocie i odpoczywał. Męczyło mnie to leżenie na pryczy. Po chwili zacząłem kręcić się po namiocie. W jednym rogu namiotu odkryłem prawie niewidoczną kieszeń, przystosowaną jakby na jakieś dokumenty. W środku była wyścielona folią chroniącą przed przemakaniem. Sięgnąłem tam i wyjąłem złożoną kartkę z grubszego papieru.

Jakie było moje zdziwienie po jej rozprostowaniu, gdy zobaczyłem na jej lewej wewnętrznej stronie kolorowy projekt malowidła, czyli tej sexy panienki dokładnie wypracowany w kolorze. Pod tym był napis HONEY MARY. Domyśliłem się, że to malowidło z namiotu było zarazem swoistym znakiem rozpoznawczym jednego z amerykańskich  samolotów bojowych. Była załączona kartka. Próbowałem ją odczytać i tłumaczyć, co mi się częściowo udało. Pod spodem był podpisany jakiś sergeant Bob Spencer. Z treści wynikało, że w tym namiocie mieszkała załoga B-29 HONEY MARY, superfortecy, amerykańskiego bombowca. W czasie wojny, w sierpniu i wrześniu 1944 oglądałem nad Rybnikiem setki takich przelatujących samolotów z Brindisi w południowych Włoszech, by bombardować cele na Górnym Śląsku. Tam przy lotnisku mieścił się obóz tej załogi, której namiot przejęliśmy w posiadanie. Podpisany sierżant miał jakąś kontuzję stopy, nie zrozumiałem jaką i nie brał udziału w ostatnim locie jego samolotu. Nikt z jego kolegów nie przeżył. Jak pisał, no boy (żaden chłopak) nie wrócił już do tego namiotu. Załoga nowego samolotu nie chciała w nim zamieszkać. Malowidło przeszkadzałoby, bo mieli swoje własne nazwy dla samolotu. Cóż, okazało się, że nasz zastęp kwateruje w namiocie pechowej załogi. Nie udało się całkowicie wyzbyć śladów po pechowcach wojennych. Resztki malowidła ciągle tkwiły na namiocie. Postanowiłem nikomu o tym nie mówić, tę znalezioną kartkę złożyłem i schowałem do swego tornistra. Kolegom pokazałem po ich powrocie  tylko ten obrazek z HONEY MARY, gdzie na dole kartki był zaznaczony numer bombowca B-29. W pierwszej chwili koledzy wykrzykiwali, jeden przez drugiego, że to ja wymalowałem tę gołą dziewczynę podczas gdy oni byli na mszy. Szybko zorientowali się, że to jednak bardzo fachowa praca, chyba nie dałbym rady dziewczynę w takiej ponętnej pozie przedstawić.

 Nasz zastępowy pokazał rysunek drużynowemu, który uznał to jako doskonały materiał nadający się do  naszej kroniki drużyny. Mieliśmy druhów należących przed wojną do naszej drużyny, którzy w czasie wojny też latali w alianckim lotnictwie bombowym. Po naradzie na wyższym szczeblu nie włączono jednak owego "nieskromnego" obrazka do kroniki drużyny. Zadecydował głos naszego druha profesora, opiekuna drużyny. Ta dbałość o naszą moralność przyzwyczajała nas do innej cenzury, z którą mieliśmy odtąd przez wiele lat do czynienia. Za dwa lata rozwiązano nasze dotychczasowe harcerstwo i próbowano nam narzucić organizacje młodzieżowe na wzór komsomołu. Ślad po naszej kronice drużyny też gdzieś przepadł. Razem z przeze mnie namalowanym w niej obrazkiem . Nie była to oczywiście HONEY MARY, a odpowiednia scenka z życia drużyny. 


Gliwice, 29.10.2014

Barbara

Barbara czyli Spotkanie w muzeum


Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Telewizja Katowice nadawała cykl programów o obrzędach ludowych w różnych regionach Śląska. Większość programów realizowaliśmy w studiu i dodatkowo bywały one wzbogacone fragmentami filmowymi w odpowiednich plenerach. Ja przygotowałem scenografię. Jeden z programów postanowiliśmy zrealizować we wnętrzu muzealnej chaty beskidzkiej zrekonstruowanej w Muzeum Regionalnym w Żywcu. Wpierw trzeba było uzyskać odpowiednią zgodę w jednostce nadrzędnej, w muzeum w Bielsku Białej. Gdy tam przybyliśmy, redaktor K. przedstawił mnie pani kustosz z działu etnografii. Była to urodziwa pani magister o imieniu Barbara. Po chwili redaktor K. pozostawił nas samych, abym mógł przedstawić szczegóły naszych potrzeb przy realizacji widowiska. Pani kustosz była mniej więcej w moim wieku. Zastanawiałem się, czy nie spotkałem już kiedyś tej osoby? Na pierwszym roku studiów w Poznaniu poznałem dziewczynę o tym imieniu. Spotkaliśmy się tylko jeden raz, spędziliśmy dwanaście godzin w pociągu na trasie Poznań Katowice. Była to nocna jazda do domu na święta wielkanocne. Jechaliśmy samotnie w przedziale. Były to czasy, gdy pociągi bywały skąpo oświetlone lampami gazowymi, nie można było czytać i czas się dłużył. Spróbowałem nawiązać rozmowę. Wiedziałem, że moja towarzyszka podróży jest również studentką, bo na półce była biała czapka akademicka. Ja miałem swój charakterystyczny beret poznańskiej uczelni plastycznej nasunięty na oczy i udawałem, że śpię. W pewnym momencie pociąg szarpnął zbyt mocno i beret spadł mi z głowy na podłogę, a zaraz na mój beret jej biała czapka. Nie wymyśliłem niczego oryginalnego, by się odezwać. Powiedziałem: Dobrze, że to wpierw mój beret spadł, na nim nie ubrudzi się czapka koleżanki.

Dzisiejsza rozmowa z panią kustosz też się początkowo nie kleiła. Nie byłem pewny, czy jest na pewno tą dziewczyną z pociągu? Imię to samo, ale minęło już ponad dziesięć lat od naszego spotkania. Zapytałem, czy studiowała w Poznaniu, co potwierdziła mówiąc: ależ tak, jakby chciała coś więcej powiedzieć. Czy przypomina sobie naszą wspólną podróż do Katowic? Skinęła potwierdzająco głową i powiedziała, że prawie o tym zapomniała, ale uśmiechnęła się tak jak wtedy, bo zapamiętałem ten uśmiech. Teraz po latach byłem bardziej ośmielony i mimo woli zwróciłem się do niej per ty. Była zdziwiona, że zapamiętałem jej imię. Wtedy zbliżyliśmy się nieco do siebie w trakcie naszej rozwijającej się długiej rozmowy. Oboje byliśmy po przejściach. Rytm kół pociągu skłaniał nas do wyrzucania z siebie coraz większej ilości słów. Ona jednak nie o wszystkim mi opowiedziała, a ja chyba też nie. Wypowiadaliśmy nasze żale. Oboje byliśmy po rozstaniu z naszymi dotychczasowymi sympatiami. Moja ówczesna dziewczyna zapewniała mnie w swoim ostatnim liście, jaki do mnie do Poznania dotarł, że mnie nigdy nie zapomni. Wychodzi jednak za mąż za kogoś, kogo jej rodzice wybrali, solidnego sztygara. Chłopak mej współtowarzyszki rozmyślił się, bo ma przejąć gospodarstwo po rodzicach, zrezygnował ze studiów i najbardziej pomogłaby mu teraz córka sąsiadów, a nie ona, przyszła pani magister od spraw mało praktycznych w gospodarstwie.

Barbara urodziła się w małej beskidzkiej wiosce, gdzie spędziła pierwsze lata dzieciństwa i chodziła do podstawówki. Do szkoły średniej uczęszczała w Bielsku. Opowiadała mi trochę o swym życiu w prostych i surowych warunkach górskich, o swych pierwszych latach szkolnych. Lubiła się uczyć i postanowiła pójść do liceum, a potem na studia etnograficzne. Ten chłopak, to była miłość z czasów szkolnych, mieszkał w tej samej wiosce co ona. Bardzo lubiła góry i tamtejszy folklor, ale później odwiedzała swe strony niechętnie, by się z nim nie spotykać.

Podczas studiów spędziła sporo czasu na badaniach etnograficznych podczas górskich wędrówek. Jej praca zawodowa pochłonęła ją tak dalece, że po jakimś czasie zapomniała o tej nie udanej miłości. Potem znalazła mężczyznę, którego pokochała, a on ją. Jest lekarzem. Są rodzicami dziewczynki i chłopca. Udaje się jej godzić pracę zawodową z obowiązkami matki, bo mieszkają z pomagającymi im rodzicami męża.

O mnie niczego więcej nie słyszała, nie poznała wtedy mego nazwiska, ani ja jej. Nie spotkaliśmy się więcej w Poznaniu, bo w następnym roku przeniosłem się z architektury wnętrz na wydział malarstwa ASP w Krakowie.

W czasie tej jazdy pociągiem czas nam mijał coraz szybciej. Nabraliśmy do siebie zaufania i w rozmowie snuliśmy marzenia o przyszłości, o tym co chcielibyśmy w życiu osiągnąć. W przedziale było dość chłodno, jakoś mimo woli usiedliśmy teraz bliżej siebie, nie jak na początku podróży, naprzeciw, a obok siebie. Już wiedziałem, że ma na imię Barbara. Objąłem ją ramieniem i było to naturalne, że siedzieliśmy zbliżeni do siebie. Trudno powiedzieć, czy byliśmy gotowi na nowe uczucie. Czas wspólnej podróży dobiegał jednak końca, zbliżaliśmy się już do Chorzowa, gdzie trasa pociągu prowadziła tuż obok huty Kościuszko, wtedy w dużej bliskości wielkich pieców. Przez chwilę czerwona łuna rozświetliła nasz przedział. Twarz Barbary nabrała jakieś ciepłej barwy, wydawała się prawie przepojona gorącem. Doznałem jakiegoś nagłego impulsu, by ją pocałować. Wyczułem, że ona też tego chce. Gdy nasze usta się już zbliżały do siebie, odsunęła się nagle gwałtownie i powiedziała cicho: to przecież dziś Wielki Piątek. Nie, nie można, muszę ją zrozumieć, jest luteranką, a dla nich to największe święto jej wiary. Na zrozumienie i zastanowienie się nie pozostało wiele czasu, bo zbliżaliśmy się do Katowic. Barbara miała przesiadkę do Bielska, a ja do Rybnika. Spieszyliśmy się, nie umówiliśmy się w tym pośpiechu. Skończyła się wspólna podróż, nasze drogi się rozeszły. Jakoś łatwiej mi było w Rybniku przeboleć tamto poprzednie rozstanie z moją dziewczyną, której tak jak Barbary już nigdy później nie spotkałem.


W trakcie rozmowy redakcyjnej w Bielsku próbowaliśmy jeszcze przywołać w pamięci jakieś fragmenty wspomnień ze wspólnej podróży, ale pozostały w nas już tylko okruchy wydarzeń tamtego piątku sprzed lat. Na koniec zapytałem Barbarę, czy wówczas, gdy się poznaliśmy, mógł to być początek czegoś nowego, lepszego niż to, czego przedtem doświadczyliśmy. Powiedziała, że tak, tylko szkoda, że to było w piątek, a do tego w Wielki. Jako etnograf zna wierzenia ludowe i to powiedzenie, że piątek, to zły początek.


9.11.2013.

Bimbaj

Bimbaj


Dziś święto Trzech Króli mamy przy innej pogodzie niż w te ostre zimy w czasach szkolnych, gdy zawsze było biało. Teraz jest ciepło, zakwitają nawet na trawnikach pierwiosnki. Jednak takiej pogody jak na Hawajach, które właśnie na ekranie telewizora z serii WYSPY MARZEŃ oglądam, nie mamy. Dowiedziałem się co znaczy słowo ALOHA. Przypomniał mi się zaraz kolega z naszej drużyny harcerskiej. Nie chodziliśmy do tej samej klasy gimnazjalnej, on o rok wyżej. Mówiliśmy do niego Bimbaj. Nie miał w swym wyglądzie niczego w sobie, co kojarzyłoby go z Hawajami. On był zakochany w Hawajach. Nie tyle geograficznie, co muzycznie. Wspaniale śpiewał tamtejsze piosenki z własnymi tekstami. W każdej z nich było refrenowe słowo ALOHA. Jego występy należały do repertuaru każdego ogniska na obozie harcerskim. Sam sobie akompaniował na gitarze. Myśmy wtedy podśpiewywali w refrenie to tajemnicze słowo ALOHA. Jak się dziś dowiedziałem, jednym ze znaczeń tego słowa jest być czymś wypełnionym. Wtedy nie wiedzieliśmy, jakie marzenia go wypełniały. Bimbaj chyba też nie znal wszystkich znaczeń tego słowa.

Którejś nocy miał Bimbaj wartę nocną razem ze swoim przyjacielem Jankiem. Przyjaźnili się bardzo, choć nigdy razem nie śpiewali. Janek się często modlił, ale robił to sam. Owej nocy rozległ się niezbyt głośny śpiew, piosenka hawajska, którą nucił sobie przy akompaniamencie gitary Bimbaj. Opiekun naszej drużyny na obozie, dh harcmistrz, nasz profesor gimnazjalny miał lekki sen i zaraz obudził wszystkich jego donośny głos ALARM, ALARM. Wszyscy do nocnego alarmu, zbiórka. Szybko jak tylko mogliśmy, stanęliśmy z załadowanymi plecakami na zbiórce. Dh harcmistrz zbeształ wartę, za karygodny wybryk. Była to kara w ramach odpowiedzialności zbiorowej. Zarządził marsz nocny na pobliską górę. Szliśmy bardzo zmęczeni, mocno senni na szczyt. Bimbaj miał wyrzuty, że to przez niego i szeptaną pocztą obiecał nam zaśpiewać wszystkie hawajskie piosenki, które zna. Na szczycie dh harcmistrz wygłosił krótką pogadankę, w której zganił bardzo ostro dwu przyjaciół wartowników, podkreślając ich nieodpowiedzialność. Zaraz po powrocie do namiotów padliśmy i zasnęliśmy kamiennym snem. Przy rannym apelu okazało się, że nie ma dwu nocnych winowajców. Obaj opuścili obóz samowolnie. Bimbaj czuł się w swej dumie urażony i postanowił natychmiast opuścić obóz. Janek wybrał odejście z przyjacielem. Obaj udali się na wędrówkę w pobliskie Pieniny. Krążyły dziwne opowieści o tej wędrówce. Janek spadł rzekomo ze skały, ale jego plecak zaczepił się tak szczęśliwie o korzeń, wisiał tak, że nie spadł w przepaść. Bimbaj powoli go wyciągał na swym pasku. Po tej przygodzie, która mogła się tragicznie skończyć, przyjaciele opuścili od nowego roku szkolnego nasze gimnazjum. Udali się każdy sam na swoją wędrówkę, bo wybrali bardzo różniące się drogi życiowe. Janek poszedł do misjonarzy Werbistów do Braniewa. Bimbaj do szkoły morskiej w Szczecinie, gdzie skończył studia na wydziale żeglugi morskiej i został kapitanem. Przed laty niektórzy z kolegów otrzymali pocztówki zdjęciowe z Hawajów. Na zdjęciu był pośród gromadki urodziwych tancerek hawajskich nasz kolega Bimbaj . Pocztówka była z tych modnych przed laty pocztówek dźwiękowych. Nagrana była na niej piosenka hawajska. Nie śpiewał jej sam, ale piosenkarz hawajski. Naturalnie, powtarzało się to ALOHA jak wtedy, gdy śpiewał je nasz kolega, który został kapitanem obieżyświatem, spełnił swe marzenia z czasów harcerskich i powitał nas i pożegnał tym wieloznacznym ALOHA.


6.01.3014.

Boże Narodzenie

2015.12.16. BOŻE NARODZENIE

Właśnie usłyszałem w niemieckiej tv: Weihnachten ist die schoenste Zeit des Jahres. Może nie chodzi tylko o zewnętrzne dekoracyjne piękno tego czasu, ale o nastrój, który w latach dzieciństwa odczuwaliśmy. Wszystko to zapisało się głęboko w nas na całe życie. W naszej pamięci odcisnął się czas, gdy byliśmy najszczęśliwsi. Pamiętam to do dziś, po osiemdziesięciu latach życia. To chwile szczęścia, które się później już nigdy nie powtórzyły, choć bywały inne szczęścia, ale już nie z tej samej bajki. W tych kolejnych dniach świąt w mego późnego wieku myślę czasem, że może zapytam mych synów, czy oni mieli szczęśliwe święta w dzieciństwie. Czy to możliwe, że my z Ireną, potrafiliśmy im też takie święta sprawiać? Wydaje nam się teraz, że te nasze własne były jednorazowe, tylko my mogliśmy takie przeżywać. Nie mam odwagi zadać im tego pytania, czy i u nich pozostała pamięć o tych dawnych jedynych wigiliach? Czy stworzyliśmy im coś, co i oni zachowają w swej pamięci na całe życie?

Burmistrz rybnicki i król pruski Fryderyk II

Burmistrz rybnicki i król pruski Fryderyk Wielki


W czasie swoich częstych wizyt na Górnym Śląsku pruski król Fryderyk Wielki przybył powtórnie wizytować Rybnik. Wizyta odbywała się po ulewnych deszczach. Ówczesny rynek rybnicki nie był jeszcze wybrukowany, więc stanowił teraz wielki staw. To zdarzało się bardzo często, ale nie trwało długo, bo w piaszczyste podłoże woda szybko wsiąkała i poza kilkoma kałużami nie pozostawiała większych śladów.

Król nie miał pojęcia o naturze, która sama potrafiła szybko zadbać o należyty wygląd rynku, więc zdziwił się, gdy tym razem zobaczył wielki staw w środku miasta. Orszak królewski zatrzymał się i król zwrócił się o wyjaśnienie do obecnego tam burmistrza odpowiedzialnego za porządki miejskie. Król wskazując na rozlewisko i pływające na nim śmiecie zapytał: jakie byłyby to koszta by rynek utrzymać sucho i w czystości? Ten niezbyt lękliwy urzędnik o ciętym języku odpowiedział natychmiast królowi: Tylko dwie godziny słońca, Wasza Królewska Mość, niczego więcej.

Król się na to uśmiechnął, bo odpowiedź się spodobała i odpowiedział: Tego nawet ja król, nie mogę wam zapewnić.


Ze zbioru Oberschlesischer Sagenspiegel

( W lustrze śląskich legend )

Było to chyba w 1966 roku

Było to chyba w 1966 roku. Współpracowaliśmy z Telewizją Ostrava. Oni zrobili program rozrywkowy u nas, a my u nich. Ten wyjazd do Ostrawy nam się opłacił, bo zarobiliśmy trochę koron. Wtedy ich sytuacja gospodarcza była lepsza niż nasza. Kupowaliśmy tam niektóre u nas niedostępne artykuły. Byłem z reżyserem Włodkiem Gawrońskim w jakimś domu towarowym i szukałem czegoś odpowiedniego na prezenty dla synów. Włodek odzywał się raczej po czesku, bo doskonale znał ten język z czasów studiów w Pradze. Polakom tu niechętnie coś sprzedawano. W pewnym momencie powiedziałem po polsku do ekspedientki: ja szukam… Włodek szturchał mnie i przepraszał ekspedientki próbując mnie wytłumaczyć. Byłem bardzo zdziwiony. To co powiedziałem znaczy po czesku ja dupczę.  Czasem wydaje nam się, że nasze języki są do siebie bardzo podobne, ale nie zawsze.

Choinka na święta w 1946

Choinka na święta w 1946




Zapowiadało się kolejne białe Boże Narodzenie, rzecz normalna w tamtych latach, gdy zimy przychodziły w zgodzie z kalendarzem. Gruba warstwa śniegu pokryła pola i ulice już na wiele dni przed świętami. Miałem teraz swoje pierwsze prawdziwe narty. Były to białe wojskowe „kandahary” po niemieckich Gebirgsjaegrach, które mi odstąpił mój kolega Janek S. za kilka książek. Wtedy zjeżdżaliśmy na nartach ze zbocza „Birkenwaldu” na Paruszowcu. Nie było to daleko, bo mieszkałem wówczas w ostatnim domu przy ul. Wodnej. Po drodze zjechałem kilka razy z dość stromego nasypu kolejowego przy „pierwszej rzece”. Podejście było bardzo trudne, więc wygodniej było na Birkenwaldzie.

Uważałem się już za wprawnego narciarza, więc postanowiłem tuż przed świętami wyruszyć na nartach do lasu po choinkę. Bałem się, aby mnie leśniczy nie złapał. Żyliśmy wtedy bardzo biednie, bo tata jeszcze nie wrócił po wojnie do domu i był to dla mnie jedyny sposób, zaopatrzenia nas w choinkę na Boże Narodzenie.

Ostatnia niedziela adwentu wydawała mi się odpowiednim dniem na wyprawę do lasu. Poszedłem do kościoła na ranną mszę, na roraty, a potem udałem się na nartach do lasu. Liczyłem na to, że żaden leśniczy, czy gajowy nie będzie się dziś przechadzał po lesie.

Na wyprawę zabrałem ze sobą mały toporek, który mogłem łatwo schować za paskiem spodni. Miałem też z sobą długi sznur do wleczenia choinki w bezpiecznej odległości za sobą. Nie wybrałem się zbyt daleko, bo młodnik z choinkami był zaraz za „pierwszym lasem” za rzeką Rudą. Wkrótce wypatrzyłem odpowiednie drzewko, mniej więcej półtora metrowe. Starałem się nie hałasować, nie rąbać. Udało mi się obciąć choinkę ostrzem toporka. Zaraz uwiązałem drzewko na końcu sznura i wlokłem je kilka metrów za sobą, tak jak to sobie zaplanowałem. Gdyby pojawił się leśniczy, mogłem sznur odrzucić a choinka pozostałaby daleko za mną. Na szczęście nie natknąłem się na nikogo i nie zauważony wróciłem z choinką do domu. Młodsze rodzeństwo ucieszyło się bardzo, że gwiazdkę spędzimy jak zwykle przy udekorowanym drzewku.

Jeszcze przed świętami zadał nam pan profesor Libura wypracowanie domowe z języka polskiego: Mój udział w przygotowaniach do świąt. Postanowiłem napisać o mej wyprawie po choinkę. Mniej było o praktycznym zdobyciu choinki, a bardziej zależało mi na opisie przyrody. Opisałem bardzo górnolotnie poranny las o zimowej porze.

Profesor nie poświęcił wiele uwagi temu wypracowaniu, z którego byłem tak dumny. Ważniejsze dla niego było to, dlaczego bez zezwolenia wyciąłem tę choinkę, bo z pewnością zrobiłem to w nieodpowiednim miejscu. Harcerz nie powinien manifestować swej miłości do przyrody poprzez jej opisywanie, a przez odpowiednie postępowanie. Na opracowaniu nie było stopnia, a tylko uwaga: brak zrozumienia i pogłębienia tematu. Byłem trochę zawiedziony, bo ten zimowy las mnie wtedy naprawdę zauroczył, przeżywałem jego piękno na swój sposób. Dziś rozumiem, że dla profesora ważniejsze było nauczyć nas jak żyć, aniżeli jak ładnie opisać najpiękniejszy krajobraz podziwiany w trakcie niechwalebnej wyprawy.




Katowice, 62 lata później

Chustki w fanfarach

W 1948 pod koniec roku szkolnego sportowcy naszego liceum brali udział w międzyszkolnych zawodach sportowych na stadionie w Rybniku. Impreza zyskała nasze gorące poparcie, bo mieliśmy wolny dzień od zajęć szkolnych. Na czele naszego pochodu do stadionu mieli maszerować fanfarzyści naszej 4. drużyny harcerskiej. Było nas chyba sześciu, którzy potrafili zagrać poprawnie niektóre sygnały, co robiliśmy już z większym, czy mniejszym powodzeniem na ostatnim obozie harcerskim w Piwnicznej. Nikt jednak nie dorównywał Cześkowi Gawlikowi. Był on znakomitym rysownikiem karykaturzystą, a zarazem wielkim i zdolnym fanem jazzu. Czesiek grał znakomicie na akordeonie, ale i na innych instrumentach. Zarzucił dość szybko klasyczne kształcenie się w grze na fortepianie, bo pokochał jazz, który objawił nam się zaraz po wojnie. Czesiek poświęcił wszystkie swoje umiejętności tej muzyce, tworząc świetne zespoły jazzowe, których był bezspornym animatorem.

W czasie pochodu, po kilkakrotnym zagraniu sygnałów w rytmie marszowym na terenie miasta, już pod koniec przemarszu, na wysokości szpitala psychiatrycznego (?) nastąpił pełen luz. Czesiek wytłumaczył nam, że teraz spróbujemy zagrać tak jak amerykańska orkiestra dixielandowa. Właściwie to tylko on sam to potrafił, a my mieliśmy mu tylko w miarę możliwości akompaniować. Abyśmy nie byli za głośni, nakazał nam włożyć do fanfar chustki, mające zastąpić tłumiki, jakie stosuje się w trąbkach. Mieliśmy wydawać z naszych fanfar tylko kilka podstawowych akordów akompaniamentu. Czesiek nie miał fanfary, a sygnałówkę, na której można było od biedy zagrać jakąś melodię. Na jego znak zaczęliśmy to nasze dixielandowe

granie. To ożywiło zaraz niektórych kolegów tuż za nami. Przyłączyli się do tej zaimprowizowanej muzyki czy to grą na grzebieniach, lub w inny sposób udając instrumenty jazzowe. Na pewno nie była ta przez nas zaimprowizowana muzyka równie wspaniała, jak spontaniczna zabawa, którą mieliśmy w drodze na stadion.

Impreza sportowa miała się rozpocząć bardzo oficjalnie. Myśmy mieli zagrać na fanfarach hejnał, potem flaga na maszt i przemówienia inaugurujące zawody. Stanęliśmy w szeregu przed masztem. Na znak Cześka dźwignęliśmy fanfary do ust i staraliśmy się głośno zadąć. Dźwięki, a właściwie ich częściowy brak mimo usilnego dmuchania nie były żadną melodią, a krótkimi dźwiękami z poprzedniego akompaniamentu. Słychać było tylko solówkę samego Cześka na sygnałówce. My zaczęliśmy dmuchać tak silnie, że wreszcie każdemu z nas wyleciała długim łukiem chustka, wcześniej wepchnięta do fanfary. Temu towarzyszyły bardzo nieartykułowane, głośne, jakby wybuchające dźwięki, zupełnie nieadekwatne dla takiej sytuacji.

Czesiek został zaraz przywołany do dyrektora, aby wytłumaczyć tę kompromitującą wpadkę, jaka zaistniała przy tak poważnym wydarzeniu. Wybrnął z tego w ten sposób, że zdołał dyrektora przekonać o konieczności zestrojenia fanfar z jego sygnałówką za pomocą chustek, a my chcąc dobrze wypaść, zatrąbiliśmy nazbyt głośno. Dyrektor nie mógł zrozumieć, dlaczego największa czerwona chustka rozwinęła się jak flaga i została najdalej wyrzucona. Na szczęście nie potraktowano naszego nieudanego występu jako demonstracji politycznej.

costplay

Costplay (Costiumplay)

Młode japońskie pokolenie przestaje sobie radzić z określeniem swej osobowości i wynalazło sobie na to lekarstwo, przebieranie się w postacie z ulubionych komiksów. Ten nowy trend staje się tam powoli stylem , sposobem na zaistnienie w życiu codziennym. I u nas znamy podobne zabawy, bale przebierańców. Stać się na chwilę kimś innym, przeżyć małą przygodę, a najlepiej nie zostać przy tym nie rozpoznanym. Niektórzy próbują przemiany całkowitej, uciekają się nawet do operacji plastycznych, by zacząć nowe życie. Zdarzało się, że ktoś gubił pamięć o swym minionym życiu i poszukiwał bezskutecznie swych zagubionych dni. Ktoś próbował odnaleźć siebie samego, tylko ciągle nie był zdecydowany w jakim kierunku wyruszyć, długo zwlekał, aż starość zapukała do drzwi. Uciekamy wtedy od swego dzisiejszego ja w krainę wspomnień. Niektórym wydaje się nawet, że wrócili do tamtych lat i żyją znów tak jak wtedy, w czasie minionym. Podobnie bywało i w odniesieniach politycznych. U nas niektórzy przez długi czas tkwili w tym, co pamiętali z przed wojny, tak próbowali swe życie kształtować w realnym socjalizmie, a w Niemczech zaistniało pokolenie wiecznie wczorajszych, die ewig Gestrigen, którzy nie mogli się pogodzić ze skutkami przegranej wojny i dążyli do odwetu, a przynajmniej by odzyskać to, co utracili. Pojawiają się i tu u nas młodzi przebierańcy, stosują w ubiorze akcesoria minionej epoki hitlerowskiej, choć oni nie mają powodu do niej nawiązywać..

Cudowny obraz

Cudowny obraz



Było to już pod koniec wojny, w sierpniu 1944 roku. Z doniesień niemieckiej propagandy i amerykańskiej stacji radiowej SOLDATENSENDER WEST, dowiedzieliśmy się o wylądowaniu Aliantów w południowej Francji. Tam w okolicach Toulon przebywał nasz tata, który został na wiosnę 1943 roku powołany do niemieckiego wojska, do formacji ochrony wybrzeża. Byliśmy pełni obaw i lęku o życie ojca. Tego lata obserwowałem codziennie przelatujące nad naszym domem w drodze powrotnej do Anglii setki amerykańskich samolotów po zbombardowaniu rafinerii w Kędzierzynie. Dudnienie wybuchów było słychać aż u nas, w Rybniku. Robiło to na mnie wielkie wrażenie i dawało pojęcie o potędze amerykańskich sił, a tym samym budziło przerażenie, czy ojciec tamtejsze naloty przeżyje.

Mama zachęcała nas do modlitw o szczęśliwy powrót taty z wojny. Wtedy często wychodziłem do lasu zbierać jagody, z których mama robiła nam pyszną marmoladę. W czasie zbierania modliłem się i pracowałem, takie moje dziecięce ORA ET LABORA. Tak bardzo chciałem, aby tata wrócił. W tym czasie byłem bardzo przejęty swoim malowaniem. Tworzyłem małe kompozycje tematyczne, takie jak grupę dzieci z instrumentami przed kapliczką pod drzewem, rodzaj nabożeństwa majowego. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, aby zawrzeć z Panem Bogiem układ w intencji taty. Dużo czytałem już przed wojną w czasopismach katolickich o cudownych obrazach. Nie pomyślałem o pielgrzymce do jakiegoś z nich, aby się tam pomodlić o ocalenie taty. Miałem całkiem inny pomysł. To ja namaluję cudowny obraz, jeśli tata wróci do nas żywy. Ja miałem ten obraz Panu Bogu namalować, a reszty miał On dokonać. Nie miałem jeszcze żadnego pomysłu na to, co namaluję, wiedziałem tylko, że zrobię to w przyszłości, jak się poduczę w malowaniu.

Po jakimś czasie przyszła wiadomość, że tata jest ”vermisst”, czyli zaginął, ale nie zginął. To wzmocniło nasze nadzieje na powrót taty. Wojna się niedługo skończyła. Moje zainteresowania malarstwem były raz większe, raz mniejsze. Miałem zdobyczne farby, które od Rosjan ciocia Melania dla mnie zachowała, bo rodzina dostrzegała jakoby talent malarski u mnie. Ja zaś byłem w gimnazjum rozdarty pomiędzy zainteresowaniami muzycznymi, a nawet literackimi. Ćwiczyłem nadal na wiolonczeli, grałem też w orkiestrze szkolnej i uprawialiśmy z kolegami tak popularne na Śląsku muzykowanie domowe. Odbywało się to najczęściej w domu Bernarda B. Czekałem na powrót taty i nie chciałem mu sprawić zawodu, bo chciałem abyśmy po jego powrocie znowu wspólnie coś zagrali. Tata wrócił z Anglii do nas po wojnie w 1946, w sam wieczór wigilijny. Tego dnia mogliśmy już wspólnie zagrać kolędy z nut, które tata przywiózł.

Mało teraz myślałem o namalowaniu tego obrazu, który stałby się tym cudownym. Wtedy bardziej niż o studiach malarskich myślałem o dziennikarskich, o czymś bardziej praktycznym, niż polonistyka, na którą mnie moja pani profesor języka polskiego zachęcała. Czytała moje wiersze i robiła mi nadzieje. Odważyłem się też wysłać kilka wierszy do ówczesnej młodzieżowej gazety codziennej, do SZTANDARU MŁODYCH. Przyszła opinia, która mnie bardzo zniechęciła. Był to list od zupełnie mi wtedy nieznanego, dobrze się już zapowiadającego, młodszego ode mnie o rok Ryszarda Kapuścińskiego, późniejszego wielkiego mistrza reportażu. Wierszy do druku nie przyjęto, radził mi więcej czytać. Jestem mu wdzięczny za to, że zniechęcił mnie do naśladownictwa Majakowskiego, którym wtedy byłem zafascynowany. Tuż przed maturą zdecydowałem się jednak na studia w uczelni plastycznej. Jeszcze nie na wydziale malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, a w Poznaniu na wydziale architektury wnętrz. Zawód architekta wnętrz byłby w tamtych czasach odbudowy kraju bardziej praktyczny niż artysty malarza. Moja dziewczyna bardzo ulegała opinii swoich rodziców, którzy uważali, że artysta to taki niepraktyczny i nie rokujący dobrze zawód. Rodzice F. znaleźli jej szybko solidnego kandydata na męża, młodego sztygara. Przestałem się wkrótce martwić o praktyczną stronę bycia artystą. Po pierwszym roku studiów w Poznaniu, przeniosłem się do ASP w Krakowie, na wydział malarstwa.

W czasie studiów nie nauczyłem się tego, jak namalować cudowny obraz. Dowiadywałem się o zaś tym, jak wspaniale malowali różni dawni mistrzowie, jakie piękne madonny wychodziły z pod ich pędzla, choć wcale nie stawały się cudownymi obrazami. Z cudów słynęły raczej inne, namalowane przez na ogół nieznanych malarzy, czasem zaś przypisywano pochodzenie cudownego obrazu Świętemu Ewangeliście Łukaszowi, patronowi malarzy.

Zaraz po studiach starałem się znaleźć bardziej konkretną, rokującą pewnymi dochodami pracę, aby łatwiej utrzymać rodzinę którą już posiadałem. Nadarzyła się taka okazja w nowo tworzącej się Telewizji Katowice w 1957 roku. Odtąd odszedłem na niespełna dwadzieścia pięć lat prawie całkowicie od malowania obrazów. Tych o tematyce religijnej w ogóle nie próbowałem malować. Wtedy tworzyłem te nieliczne obrazy abstrakcyjne i wiele rysunków realistycznych, głównie na wakacjach. Tworzyłem za to mnóstwo dekoracji do wielu rozmaitych programów telewizyjnych.

Ten telewizyjny okres skończył się w pamiętną grudniową noc, gdy uzbrojeni po zęby żołnierze w hełmach kazali nam opuścić studio. Dla mnie okazało się, że to odejście z TV będzie już bez powrotu. Nie zostałem zweryfikowany do pracy w jednostce zmilitaryzowanej, jaką się TV wtedy stała. Teraz wróciłem do malowania. Były to w dużej mierze madonny, wzorowane na ruskich ikonach, które się wtedy w Desie i innych galeriach szybciej sprzedawały, niż moje Sentymentalne Powidoki, kompozycje Pejzaży Scenograficznych bez tytułów, oznaczonych jedynie skrótowo literami PS i kolejnym numerem w rzymskich cyfrach. Kiedyś zrobiłem dość udaną kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Gdy zaniosłem ją do galerii, pani kierownik oznajmiła mi, że jej nie przyjmie na stan do sprzedaży, bo sama ją chętnie prywatnie dla siebie kupi. Nie musiałem tak jak zwykle długo czekać na przelew bankowy, a nieco mniejsze pieniądze otrzymałem od razu do ręki.

Po kilku latach, gdy owa galeria, jak wiele innych przestała już istnieć na skutek spadku popytu na obrazy, spotkałem ową panią. Zatrzymała mnie, bo miała mi coś ważnego do przekazania. Okazało się, że było to i dla mnie bardzo istotne przesłanie. Wyjęła z torebki małe zdjęcie przedstawiające typową madonnę, gdzie niewiele części malowanych można było zobaczyć, bo większość przysłaniała złotawa, wykuta w miedzianej blasze tak zwana ozdobna koszulka. Zapytała mnie, czy rozpoznaję ten obraz. Zaprzeczyłem, bo wydawało mi się, że nigdy czegoś takiego nie namalowałem. Wtedy przypomniała mi ową madonnę, którą przed laty jej sprzedałem. To był właśnie w nieco zmienionej formie, mój obraz.

Ta kopia Madonny Częstochowskiej miała już teraz swoją osobliwą historię. Powędrowała z Bytomia do jej cioci do Lwowa, która pozostała tam po wojnie. Owa madonna stanowiła dla niej coś świętego, a zarazem polskiego. Jej ciocia była od dawna sparaliżowana i nie opuszczała już swego pokoju. Tak bardzo ceniła sobie otrzymany z Polski obraz przedstawiający słynącą z cudów Matkę Boska Częstochowską, że za zaoszczędzone wdowie ruble zamówiła złotą koszulkę na ozdobienie obrazu u znanego metaloplastyka lwowskiego. Nie była ona ze złotej blachy, czy nawet srebrnej, a zwykłej mosiężnej. Mistrz ją tak wypolerował, że gdy blask zachodzącego słońca pokój rozświetlał, obraz nabierał złotego blasku.

Nikt nie potrafił zrozumieć tego cudu, jaki się wydarzył pewnego majowego dnia. Sąsiadka, która się tą starszą panią opiekowała, zastała ją klęczącą przy łóżku, zwróconą do obrazu i gorliwie modlącą się. Później powiedziała sąsiadce, że gdy niezwykły blask rozświetlił obraz, wydało jej się, że ktoś do niej mówi aby wstała. Udało jej się samej zsunąć z łóżka i uklęknąć. Długotrwała terapia dała potem dobre wyniki w wychodzeniu ze skutków paraliżu. Wpierw jednak był ów cud, w który ciocia uwierzyła. Niedługo udało jej się pojechać do rodziny do Polski i także na Jasną Górę podziękować Św. Panience za cudowne uzdrowienie.

Po śmierci cioci jej historia stała się znana i obraz oddano do jednego z lwowskich kościołów jako wotum. Teraz pewno inni modlą się tam o cud dla siebie.

Myślę, że już nie będę musiał się wywiązać z naiwnej obietnicy sprzed lat, że namaluję cudowny obraz.


Katowice, 28.11.2007.

Czas odnaleziony

Czas odnaleziony

Wracam w przeszłość, ale niczego, ani nikogo już nie odnajduję. W kalendarzu zaginionych imion odnalazłem Asię. Śliczna wesoła blondynka z Rybnika. Chemiczka, od września 1952 uczęszczała do klasy maturalnej w Śląskich Zakładach Naukowych w Katowicach. Codziennie dojeżdżała pociągiem ze stacji Paruszowiec do Katowic. Wtedy byłem na drugim roku studiów ASP w Krakowie. Miałem jeszcze miesiąc wakacji. Często wychodziłem na dworzec po Asię, która przyjeżdżała wieczornym pociągiem i odprowadzałem ją do domu. Te piętnaście minut na pokonanie drogi z dworca pod jej dom przeciągało się często do prawie godziny. Asia starała się mnie pocieszyć po mej poprzedniej nieudanej miłości. Mówiła, że nie chce, bym cierpiał po wielkim zawodzie, zapewniała mnie, że ona mnie nigdy nie zostawi. Muszę się jednak z tym pogodzić, że tymczasem jej oddanie będzie tylko połowiczne, bo ma przed sobą maturę. Potem będziemy już razem w Krakowie, bo i ona wybiera się tam na studia na wydziale chemicznym w politechnice. Nasze randkowe spotkania dawały nam poza pocałunkami także okazje do poważnych rozmów, bo Asia patrzała na świat poważnie, analitycznie i jej zainteresowania związane z przyszłym zawodem skłaniały ją do poszerzania swej wiedzy poza zakres wiadomości z szkoły średniej. Nie wiem, czy dlatego że zbliżyliśmy się do siebie zainteresowała się chemią farb. Ja opowiadałem Asi jak sam wyrabiałem sobie farby olejne z dostępnych środków, nie posiadając żadnej wiedzy technologicznej w tej dziedzinie. Moje farby nie były zbyt trwałe, olej lniany wypływał po jakimś czasie na wierzch. Asia potrafiła mi ciekawie opowiedzieć, że zamiast farb olejnych do malowania obrazów wejdą niedługo w użycie inne farby, będą sprzedawane w tubach jak te dotychczasowe, ale będą rozpuszczalne w wodzie w trakcie malowania. Będą szybciej schnąć i nie będą z czasem ciemnieć jak farby olejne na skutek stałego wchłaniania tlenu z otaczającego powietrza. Było coś o polimerach i żywicach epoksydowych, które są składnikami tych farb, które pojawiły się wówczas na początku lat pięćdziesiątych na rynku amerykańskim. Nie będę już miał na ubraniu tylu źle oczyszczonych plam po farbach olejnych jak to zauważyła. Na pewno będą to o wiele tańsze farby. Z tych wyjaśnień Asi poznałem nowe słowo akryl. Na wykładach z technologii malarstwa jeszcze nie mówiono nam o tych farbach. Tak zwane chodzenie z Asią nie było wcale nudne, bo w przyjemny sposób zdobywałem także wiedzę.

Moje wakacje szybko się skończyły i przebywałem odtąd tylko w Krakowie. Mieszkałem w domu akademickim. Pozostały nam listy, jednak nie pisaliśmy ich zbyt często. Na początku grudnia wysłałem do Asi dłuższy list. Było w nim o feriach świątecznych, o naszych kolejnych spotkaniach. Stęskniłem się za Asią i dawałem temu wyraz pisząc do niej. Była nawet propozycja spotkanie się w określonym miejscu na dworcu w Katowicach, byśmy w ostatnim dniu przed feriami świątecznymi pojechali już do Rybnika razem. Nie doczekałem się odpowiedzi. Mimo to poszedłem na zaproponowane miejsce na dworcu, ale nie spotkałem tam Asi. Wróciłem z Katowic mocno rozczarowany. Asia przepadła, więcej jej nie spotkałem, a po jakimś czasie przestałem już czekać na list od niej. Powoli oddalałem się od Asi. W Rybniku przebywałem coraz rzadziej. Absorbowały mnie studia, a na horyzoncie pojawiały się nowe dziewczyny, koleżanki z uczelni. Chemię farb poznawałem teraz wyłącznie na zajęciach z technologii malarstwa, teraz nie dowiadywałem się niczego nowego o farbach na randkach.

O Asi zapomniałem całkowicie, jedyne, co mi po niej pozostało, to zdobyte w 1952 roku wiadomości o farbach akrylowych, którymi się na początku studiów podzieliłem z kolegami. O ich źródle, o Asi nie wspominałem. Do końca studiów farby akrylowe nie były jeszcze u nas dostępne. W 1956 roku odezwała się Asia. Był to jednak tylko echo z CZASU UTRACONEGO. Teraz po kilku latach nadszedł do mnie list Asi wysłany na początku grudnia 1952 roku. Zaadresowany był do mnie na adres w domu akademickim na Zakrzówku w Krakowie, gdzie wtedy mieszkałem. List dotarł jednak do wsi Zakrzówek w województwie łódzkim, był mocno pokreślony, widniały na nim moje kolejne adresy, w końcu jednak dotarł do mnie. Niestety o wiele za późno. Byłem tuż przed ślubem z moją obecną żoną. List mi wszystko wyjaśnił, ale niczego już nie zmienił. Tamta miłość przeminęła, nic już nie pozostało, prócz utrwalonej w pamięci wiedzy o farbach akrylowych zdobytej od Asi, która wówczas bardzo poważnie zachorowała. Do świąt nie mogła już uczęszczać na zajęcia szkolne. Leżała obłożnie chora, wpierw w szpitalu, potem w domu. Była mocno zaniepokojona czekającą ją maturą. Tęskniła za mną, podobnie jak ja. Było mi jej wówczas brak. Do kontynuacji naszych spotkań jednak nie doszło. Nie tylko z winy poczty. Chyba wykazałem za mało wytrwałości w szukaniu kontaktu z nią. Zbyt szybko uwierzyłem w złe fatum, myśląc że kolejna dziewczyna zostawiła mnie na lodzie. Asi już nigdy więcej nie spotkałem.

Gdy ostatnio czytałem Prousta, zacząłem wspominać dziewczyny z dawnych lat i przypomniałem sobie także Asię. Dowiedziałem się o niej co nieco z Google, że Asia już nie żyje, została wybitną chemiczką, zajęła się faktycznie chemią farb. Przypadek, a może przyczyniły się do tego i nasze randkowe rozmowy? Asia wyjechała z Polski i osiedliła się w Szwecji, gdzie w Sztokholmie została profesorem na wydziale chemii.

Niedawno skończyłem czytanie siódmego tomu Prousta. Jego tytuł: Czas odnaleziony. Asi nie odnalazłem, przekonałem się, że utraconego czasu już nie odnajdę. Trochę odnalezionych szczegółów w pamięci, to jednak nie czas odnaleziony.

Grudzień, 2019

Dawne lata w cieniu zakładu i ansztaltu

Dawne lata w cieniu zakładu i ansztaltu



Od wczesnego dzieciństwa byłem związany z Zakładem Psychiatrycznym w Rybniku. Nasz tata był tam zatrudniony jako pielęgniarz, a równocześnie był także członkiem zakładowej orkiestry dętej, którą ówczesna dyrekcja bardzo wspierała. Tata grał na rogu, czyli jak się tu mówiło, na waltorni. Orkiestra występowała z koncertami dla chorych, jak i przy różnych okazjonalnych uroczystościach. Niezależnie od tego, ojciec grał w kameralnym zespole orkiestralnym i kwartecie smyczkowym Braci Szafranków, którzy jak on przybyli tu z Bottropu.

W wieku pięciu lat zacząłem uczęszczać na terenie szpitala do przedszkola, czy raczej jak się to wtedy nazywało, do ochronki. Po jakimś czasie rodzice pozwalali mi już samemu pokonywać drogę z ul. Wodnej na Gliwicką do przedszkola. Zajmowało mi to jakieś 15 minut. Wtedy nie było jeszcze wielkiego ruchu na drodze i nie miałem żadnych problemów z bezpiecznym dotarciem tam. Byłem bardzo dumny, bo paradowałem z przewieszoną przez ramie skórzaną torebką na pasku, jaką wszyscy przedszkolacy wtedy nosili. Nie otrzymywaliśmy wtedy na miejscu drugiego śniadania, tylko je sami przynosiliśmy, a tam dostawaliśmy tylko jakiś gorący napój.

Zajęcia były bardzo urozmaicone, różne robótki ręczne, jak wycinanki, rysowanie i malowanie, śpiew i zabawy na wolnym powietrzu, na terenie parkowym szpitala. Niedaleko naszego przedszkola usypano nam specjalną górkę do saneczkowania. Lubiłem to przedszkole i chodziłem tam chętnie. Bywały i różne dodatkowe imprezy, jak jesienne ogniska z pieczeniem kartofli na terenie szpitalnego folwarku. Z okazji Świąt Wielkanocnych urządzano szukanie koszyczków z łakociami pozostawionych dla nas przez „zajączka” na terenie parku.

Nasza pani wychowawczyni opowiadała nam o wielu interesujących wydarzeniach, uczyliśmy się przez zabawę poznawać świat. Nie wiem czemu, ale zapamiętałem to, jak wytwarza się świece woskowe. Mógłbym tę technologię i dziś zastosować w praktyce. Pamięć naszego dzieciństwa jest bardzo wybiórcza. Nie utrwalamy wszystkiego jednakowo dokładnie w pamięci.

Przyzwyczailiśmy się do spotykanych w różnych miejscach pacjentów szpitala psychiatrycznego, byli dla nas trochę inaczej zachowującymi się ludźmi. Tata nigdy nie mówił w domu o wariatach, tylko o chorych, którymi się opiekuje. Koledzy z mojej ulicy, z których nikt do przedszkola nie chodził, pytali czy nas tam też z wariatami zamykają. Dla mnie ten przedszkolny czas był wspaniały, mimo że to przedszkole znajdywało się za wysokim czerwonym murem, co mnie wcale nie przerażało. Dopiero po latach słyszałem opinie różnych ludzi , dla których ten mur był granicą dzielącą świat na ludzi normalnych i wariatów. Wtedy uczyłem się już łaciny i wiedziałem, że varius, znaczy inny, różny. Wielu wybitnych artystów i naukowców miało swe życiowe epizody, że czasowo bywali INNI. Były nawet momenty, gdy myślałem o tym, czy nie poświęcić się psychiatrii.


Zdarzało się czasem, że jakiemuś pacjentowi udawało się niepostrzeżenie opuścić szpitalne mury. Wtedy przed wojną mieszkaliśmy w ostatnim domu z numerem 30 przy ulicy Wodnej. Za naszym domem były już tylko pola i łąki, dwie rzeki i lasy. Jakiegoś letniego popołudnia zobaczyliśmy przed naszym domem gromadę dzieci i kilku dorosłych gapiów. Patrzyli w górę na okienko naszego strychu i twierdzili, że wariat który chodził po polu uciekł do nas do domu i się chyba na strychu schował. Tata tego dnia już jakiś czas temu wrócił z pracy. Jak zwykle nie wchodził od razu do mieszkania, tylko przebierał się na strychu. Tam zdejmował czarny mundur pielęgniarski i ubierał domowe ubranie. To z obawy, by nie przenosić do domu jakichś groźnych zarazków dla nas dzieci. Pacjenci szpitalni byli łatwo rozpoznawalni, bo mieli na sobie pasiaste drelichowe ubrania. Ów uciekinier skorzystał z okazji i przebrał się w taty mundur. Tata musiał go przekonać do ponownego przebrania się, sam wdział ponownie swój mundur i poszedł pacjenta przekazać do szpitala. Przebranego za pielęgniarza byłoby owego pacjenta trudniej odnaleźć.

Przypominam sobie różne imprezy muzyczne, w których grał także tata. Na Rudzie, przedwojennym kąpielisku był stylowy drewniany pawilon z restauracją gdzie odbywały się koncerty. Przed nim stała wysoka topola na której czubku mieściło się na kole od furmanki duże gniazdo bocianie. Nie było żadnych problemów, gdy koncertowała dość głośno szpitalna orkiestra dęta. Kiedyś w czasie koncertu Braci Szafranków, w trakcie jakiejś bardzo cichej partii utworu odezwał się bociek ze swoim kle,kle,kle. Robił to tak głośno, że wybijał wszystkich muzyków z rytmu. Skonfundowany pan dyrygent musiał ustąpić i zrobić przerwę, aż bociek odleciał po nową porcję żab dla potomstwa.


W czasie wojny nie byłem nigdy na terenie szpitala. Szpital miał teraz na powrót swoją niemiecką nazwę jak w czasach pruskich: Landes Heil~ und Pflegeanstalt. Tata tam pracował, ale niechętnie o pracy mówił. Z nowych źródeł wiadomo, że i w tym szpitalu stosowano hitlerowską eksterminację pośrednią, choć na mniejszą skalę niż gdzie indziej. Bywali tam od czasu do czasu specjaliści z Niemiec i wyznaczali niektórych nieuleczalnie chorych na przeniesienie do innych szpitali, gdzie ich w taki czy inny sposób zgładzono, bo nie odpowiadali wymogom wyższej rasy panów.

W styczniu 1945 radzieckie linie frontu zbliżyły się aż pod mury szpitala. Pierwszy radziecki czołg, który próbował z ul. Gliwickiej na wysokości kąpieliska skręcić w prawo do szpitala pomylił się i zjechał z szosy nie na drogę, a spadł z mostu parę metrów w dół do rzeki- kanału. Chorzy przez kilka miesięcy, prawie bez personelu i odpowiedniego zaopatrzenia wegetowali zamknięci w szpitalu. Szpitalne budynki były ostrzeliwane i poniosły duże szkody. Gdy krasnoarmiejcy wkroczyli na teren szpitala, usłyszeli okrzyki chorych w języku niemieckim. Wtedy nastąpiła eksterminacja chorych przez czerwonoarmistów. Do chorych w szpitalnej sali poszły śmiertelne salwy z pepesz. Zginęły też pielęgniarki i pielęgniarze.

Po powrocie taty z Armii Andersa w 1946 nie otrzymał od razu pracy w szpitalu, więc skorzystał z zatrudnienia w orkiestrze dętej kopalni Knurów. Władze w nowym ustroju potrzebowały odpowiedniej oprawy swych imprez propagandowych, więc takie instytucje jak kopalnie zatrudniały orkiestry na etatach górników dołowych. Po jakimś czasie tata wrócił do pracy w szpitalu. Czasem zaglądałem do świetlicy szpitalnej na potańcówki urządzane dla chorych, gdzie tata również grywał w zespole przygrywającym do tańca. Dziwne to czasami bywały momenty na takich „balach” dla pacjentów. Nie było nigdy żadnych konfliktów damsko męskich, Czy męsko męskich. Bywały za to spontaniczne wystąpienia polityczne, jak przemówienie agitacyjne za Marszałkiem Piłsudzkim, czy agitka jakiegoś zwolennika Stalina. Stał sobie taki na środku i przemawiał, a reszta tańczyła obojętnie wokół niego. Neogotycki kościółek na terenie szpitala został w czasie działań wojennych spalony i zniszczony. Nabożeństwa odbywały się w świetlicy, tam gdzie i tańce. Pan K. nasz sąsiad pielęgniarz z aspiracjami kompozytorskimi skomponował na Boże Narodzenie muzykę do mszy. Partię na wiolonczelę musiałem ja zagrać. Choć to było w takim „innym” miejscu, to miałem straszną tremę, ale poszło mi dobrze.

Co mnie jeszcze łączyło ze szpitalem, to tamtejsze łaźnie z których korzystaliśmy, bo u nas w mieszkaniu nie było łazienki. Poznałem też kilka dowcipów o „wariatach”, jak o tym gdy lekarz badał chorego, czy naprawdę jest wariatem i zadał mu pytanie: Powiedzcie mi, czy gdyby Wam obcięto uszy, to widzielibyście na oczy? Pacjent odpowiedział: Nie panie doktorze. – A to czemu? –Bo czapka spadłaby mi na oczy. Tata pracował w szpitalu jeszcze dwa lata powyżej wieku emerytalnego. Moja bratowa Terenia, która jest lekarzem, pracowała w szpitalu do swej emerytury na stanowisku ordynatora. Teraz jest tam zatrudniona moja bratanica jako psycholog, a jej mąż lekarzem psychiatrą. Psychiatrą jest też córka mego brata Bolka i bratowej Tereni, ale już nie tu w szpitalu, a we Wrocławiu. Jeszcze jedno co pamiętam, to że każdej wiosny, przed budynkiem dyrekcji szpitala zakwitały najpiękniejsze drzewa magnolii, bo takich okazałych gdzie indziej nie widziałem. Teraz po latach drzewa te wycięto, bo chorowały i też „dziwnie” wyglądały.

Dawne święta

Dawne święta


Gdy wspominam te dawne święta, dotyczy to oczywiście świąt Bożego Narodzenia. Gdy mówiło się o ŚWIĘTACH, było wiadomo, które się ma na myśli. Inne święta wymieniało się zawsze z nazwy, Wielkanoc, czy Zielone Świątki. W latach dzieciństwa były naszymi najważniejszymi świętami roku. Czekało się na nie od końca listopada. O tej porze bywało biało, czasem pobieliło śniegiem już na św. Marcina. Czekaliśmy, aż przyjedzie na swym białym koniu przez ośnieżone pola. Nie bardzo mógł się równać z tym ważniejszym dla nas świętym, św. Mikołajem, bo nie przynosił żadnych prezentów, ale jakoś przypominał nam o tym, że niedługo pojawi się św. Mikołaj. Wtedy trwał już adwent, coraz częściej mówiło się w domu o świętach, ale babcie rozprawiały wtedy jeszcze o godach. Przed wojną chodziłem do przedszkola, które znajdowało się na terenie szpitala, gdzie tata pracował jako pielęgniarz, a właściwie chodził codziennie do służby, a nie do pracy. Może dlatego tak się wtedy mówiło, bo ludzie byli przekonani, że robią coś ważnego, że swą pracą służą innym. Nasz tata służył pomocą chorym w szpitalu. Tam w przyszpitalnym przedszkolu, nazywanym wtedy ochronką, bawiliśmy się, uczyliśmy się śpiewać kolędy w okresie przedświątecznym i robiliśmy z kolorowego papieru zabawki choinkowe. To pobudzało nasze oczekiwania na same święta. Nadejście Bożego Narodzenia sygnalizowały pierwsze wypieki domowych smakołyków przez mamę. Zaraz na początku adwentu były to pierniki, które potem przez kilka tygodni musiały jeszcze przeleżeć, ale ich masa bywała powoli uszczuplana, bo mama wydzielała nam od czasu do czasu po kilka sztuk tych wspaniałości. My dwaj starsi z Bolkiem odkryliśmy wnet schowek tych przysmaków, którym był duży niebieski garnek, wielki kocioł do gotowania bielizny przed praniem. Nieraz dobieraliśmy się sami do tych pysznych pierników.

W tamtych czasach nie byliśmy jeszcze pod wpływem żadnej medialnej kultury obrazkowej, nie znaliśmy reklamowych ilustracji świątecznych. Okolicznościowe wystawy sklepowe nie bywały nachalne, w większości jakieś skromne akcenty choinkowe z lampkami. Wtedy w sklepach cukierniczych i piekarniach pojawiały się różne wypieki piernikowe z nalepionymi obrazkami Mikołaja, czy aniołków, a przynajmniej ich głów. Czasem, jakiś cukiernik wykonał tak jak potrafił coś, co miało stanowić szopkę z ciasta piernikowego, bardzo pobieloną cukrem pudrem, udającym śnieg.



W sklepach z zabawkami było oczywiście sporo różnych, wspaniałych, dla nas nie osiągalnych, drogich zabawek. Pamiętam, że największą atrakcją dla mnie było popatrzeć na wystawę okienną z zabawkami u Woolworth’a. Niestety, mama tam z nami niechętnie wchodziła. Powód był prosty, trudno było potem z nami wyjść, a kupić nam zabawek naszych marzeń pod choinkę mama nie była w stanie.

Któregoś przedwojennego roku w okresie przedświątecznym byliśmy z mamą w kinie, które znajdywało się przy placu Lohny- Wolności. Wyświetlono kilka bajek i film o Obronie Częstochowy podczas szwedzkiego potopu. Pamiętam , że Szwedzi nie zdobyli klasztoru, bo Matka Boska otuliła swym niebieskim płaszczem całą Jasną Górę. Kule armatnie odbijały się od jej płaszcza i nie wyrządzały żadnej szkody. Najeźdźcy musieli odejść. Ten film mnie wtedy mniej zainteresował, aniżeli krótka, kolorowa kreskówka o św. Mikołaju poruszającym się na saniach zaprzęgniętych w jelenie, czy reny. To był przedsmak tej późniejszej wszechogarniającej nachalnej kultury obrazkowej z filmów rysunkowych Disney’a. Oglądało się zjawiska z pogranicza oszałamiających czarów. Mikołaj wychodził z sań na dachu, aby przez komin wejść do domu i obficie obdarować dzieci, lub co najmniej wrzucał przez komin prezenty. Pamiętam, że później też oczekiwałem na takie wydarzenie, bo śniegu u nas także było sporo i pierwsze konne zaprzęgi z saniami pojawiały się już na ulicach. Na takiego św. Mikołaja czekałem jednak na próżno. Widocznie nie byłem dość grzeczny, choć rodzice mnie stale przestrzegali, że święty staruszek wszystko widzi. Na prezenty trzeba sobie zasłużyć, czy jak też mówiono: każdemu według jego zasług.

Na kilka dni przed samymi świętami zaczęła się u nas dzieci wzmagać gorączka świąteczna. Nie pisaliśmy nigdy listów do świętego Mikołaja, bo ten u nas przynosił zazwyczaj tylko trochę łakoci, żadnych zabawek. Te otrzymywaliśmy w wigilię od dzieciątka, bo taki był u nas zwyczaj. Za bardzo się tym Mikołajem wchodzącym w wigilię przez komin nie przejmowałem, bo wiedziałem, że to w dalekich krajach takie wizyty się zdarzają, gdzie kominy są specjalnie obszerniej zbudowane.

Choinkę mieliśmy jak pamiętam od zawsze. Tę przynosił tata i wstawiał jeszcze na parę dni do szopy. Choinkę wnoszono do pokoju i dekorowano dopiero w wigilię. Pod nią stała kolorowa składana szopka. My nazywaliśmy ją betlejemką, czy stajenką. Jedną z pierwszych kolęd, którą potrafiłem zaśpiewać, a potem i

zagrać na skrzypcach, była kolęda PRZYBIERZELI DO BETLEJEM PASTERZE… Z czasu gdy byłem mały, nie pamiętam żadnej pasterki, bo droga do kościoła, tej wspaniałej nowogotyckiej świątyni była dla mnie za daleka. Noce zimowe bywały wówczas bardzo mroźne, a kościoły były wtedy nie ogrzewane i marzłem w nogi. Nas dzieci mama przyprowadzała w dzień do kościoła, abyśmy mogli się swobodnie poruszać i pooglądać wszystkie postaci szopki. Figury były prawie naturalnej wielkości. Stajenka przykrywała prawie cały ołtarz. Nad namalowaną panoramą miasteczka Betlejem unosiła się gwiazda z długim promienistym ogonem. Mnie najbardziej interesowały postaci Trzech Króli. Ci zaś nie pojawiali się od wigilii, bo wstawiano je dopiero w ich święto, w dniu szóstym stycznia. Fascynował mnie ten odmienny król o czarnej barwie skóry. Długo mi mama musiała tłumaczyć, że gdzieś daleko w ciepłym kraju żyją ludzie nie brudni, nie pomalowani na czarno, ale o takiej ciemniejszej barwie ich ciała. Wiedziałem już, że diabły są czarne, bo widziałem jak biegały z Mikołajem przebierańcy na naszej ulicy Wodnej. Jakiś czas potem ustawiono figurę murzynka w kościele. Trzymał w rękach skarbonkę. Stał już ciągle na tym miejscu, nie jak tam ten duży murzyn , co tylko na jakiś czas od święta Trzech Króli się pojawiał. Bardzo lubiłem wrzucać grosiki do tej skarbonki, bo wtedy zawsze skłaniał głowę w podziękowaniu. Wiedziałem, że nazywa się to ofiara dla dzieci na misjach w Afryce. Pieniążki miały zostać przeznaczone na wspomaganie i nawracanie na naszą wiarę murzynków. Czytałem też historię o Królu Maciusiu, który miał czarnoskórą przyjaciółkę Klu-Klu. Ją też bardzo polubiłem.

Gdy uczęszczałem do pierwszej klasy czytałem już biegle i pożyczałem od naszych sąsiadów roczniki Tygodnika Katolickiego. Gdy w okresie świąt w 1938 przeglądałem zeszłoroczny oprawiony tom z tygodnikami, uderzyło mnie wtedy dziwne ujęcie tematu bożenarodzeniowego. Był to w bardzo drobne szczegóły wypracowany sztych. Przedstawiał zimowy pejzaż, jakąś pustkę zimową, była tam samotna chata, gdzie przez okno widać było palące się świece na choince. Na pierwszym planie był krzyż przydrożny z Ukrzyżowanym, mocno przysypany śniegiem. Księżyc na niebie w pełni, przysłonięty romantycznie chmurami. Tytuł: Boże Narodzenie. Chociaż byłem jeszcze dzieckiem, skojarzyłem to sobie: to początek i zarazem koniec. Ta grafika wywarła na mnie wielkie wrażenie i zapamiętałem ją do dziś. Formalna doskonałość dzieła artystycznego i zawarta w nim myśl urzekła mnie.

.

W pierwsze święta wojenne w 1939 roku zrobiłem swoje małe polityczne spostrzeżenia. Ukończyłem pierwszą klasę szkoły powszechnej jeszcze przed wakacjami i potem nie chodziliśmy w ogóle przez dłuższy czas do szkoły. Niemcy nie otwarli jeszcze dla nas szkół, a w kościele zakazali odprawiania nabożeństw w języku polskim. Większość ludności na ogół nie znała niemieckich pieśni kościelnych, kolęd w tym języku. Najchętniej śpiewano kolędę Cicha noc… Niemcy mieli tę swoją słynną Stille Nacht…bo była to kolęda pochodzenia austriackiego śpiewana na całym świecie w każdym możliwym języku. Śpiewano dosłownie wszystkie zwrotki z nabożnym zapałem i po polsku i po niemiecku. Językowo wymieszało się to w jeden głośny , trochę niezrozumiały tekstowo chór. Był to jednak bardzo radosny śpiew kolędowy, bo były w nim słowa o pokoju na ziemi, podczas gdy od paru miesięcy trwała wojna. Gdy polski tekst stawał się za głośny, organista grał tę cichą noc bardziej fortissimo. Może rodziło to wtedy nadzieję, ale ta musiała jeszcze zaczekać przez pięć lat na jej spełnienie.

Lata wojny upływały naznaczone śmiercią i cierpieniem w wielu rodzinach. Byłem już nieco starszy i chodziłem teraz już sam nie tyle na pasterkę, co na „Hirtenmesse”. Było mroźno, śnieg chrzęścił pod stopami, była cicha noc, i ciemna noc. Cicho, bo dzwony nie dzwoniły, zostały zarekwirowane, przetopione na niemieckie armaty. Było ciemno, lampy nie świeciły, bo trwało wojenne zaćmienie. W kościele światło było bardziej niż skąpe. Wojna się miała powoli ku końcowi. Inaczej niż na początku wojny, widziało się teraz w ławkach bardzo wielu niemieckich żołnierzy inwalidów z pobliskiego szpitala, który mieścił się w mej pierwszej szkole tuż przy kościele, bo Niemcy zamienili ją, jak wiele innych szkół na szpitale wojskowe.

Zaraz po wojnie też nie było dzwonów, ale zastosowano na wieżach olbrzymie głośniki z demobilu i odtwarzano nagrania dzwonów z płyty. To nic, że jak to często bywało ze starą płytą na patefonie, zacinała się i miast dzwonienia zacharczała. To jednak wtedy wcale nie przeszkadzało. Dzwony ogłaszały radość bo wojna się skończyła, choć nie tak jak oczekiwaliśmy. Wolność przyszła, ale inna i nie z tej strony, z której jej oczekiwaliśmy





.

Katowice 4. grudnia 2011

Defenestracja

Defenestracja


Wybrałem się na wycieczkę górską w okolicach Zakopanego, by porobić trochę zdjęć. Dużo chodziłem w ciągu dnia i wieczorem ogarnęła mnie dość szybko przemożna senność. Przedtem spoglądałem sennym wzrokiem na największy mebel w malutkim pokoju, na potężną rzeźbioną szafę w stylu góralskim. Nie otwierałem jej, bo nie miałem na tę jedną noc niczego w niej do przechowania. Przyglądanie się szafie przyspieszyło zapadanie w sen.

Nie spałem jednak zbyt długo, bo tuż po północy obudził mnie straszny rumor na korytarzu, jakieś nieartykułowane krzyki: „ona tu jest” i gwałtowne dobijanie się do różnych drzwi. Słychać było trzask rozbitej szyby, brzęk szkła sypiącego się na kamienną posadzkę korytarza. Rozległo się trzaskanie i do mnie i krzyki jakiegoś pijanego osobnika: ona tu jest… Wtedy otworzyły się skrzypiące drzwi szafy w moim pokoju i na tapczan osunęła się bardzo powoli w łagodnym ruchu naga dama. Była to nadmuchana, bardzo realistyczna lalka naturalnej wielkości i na dodatek łysa. Jej ruda peruka zsunęła się z głowy i leżała przed szafą. Jej jedynym owłosieniem były bardzo długie rzęsy. Wydawało mi się teraz, jakby dama usiłowała się unieść z tapczanu. Otworzyłem pospiesznie okno i wysunąłem tę nagą panią szybko na zewnątrz. Dokonałem defenestracji damy lekkich obyczajów. Bałem się, że ten osobnik może próbować włamać się do mego pokoju i mógłby się awanturować z jej powodu. Trudno byłoby mi wytłumaczyć, że mnie żadne intymne, czy nie intymne stosunki z tą panią nie łączyły. Schyliłem się jeszcze po perukę i ją też wyrzuciłem. Tymczasem ruch na korytarzu ustał, wszystko na moim piętrze się uspokoiło. Położyłem się po chwili i usiłowałem na powrót zasnąć. Drzwi szafy pozostały otwarte i teraz patrząc do wnętrza szafy, czekałem na kolejną fazę snu.

Rano, gdy zszedłem na dość wczesne śniadanie dowiedziałem się, o nocnej awanturze i związanym z nią morderstwem. Z okna została wyrzucona naga kobieta. Była martwa, gdy rano idący do kościoła mieszkańcy zobaczyli leżącą na śniegu nieodzianą postać. Trochę przysypali jej nagość białym puchem nie ruszając zwłok. Zaraz wezwano policję i pogotowie, a potem jeszcze straż pożarną, by zdjąć z drzewa tuż obok budynku drugą nagą ofiarę tych nocnych tragicznych, ale i dziwnych wydarzeń. Szybko się okazało, że wisząca na gałęziach dama to nie druga martwa ofiara jakiegoś dziwnego mordu, a zwykła męska zabawka gumowa, wypełniona powietrzem, która zawisła na drzewie.

Tą rzeczywiście zamordowaną panią wyrzuconą z okna była żona miejscowego górala, o którym mówiono, że jest szalenie zazdrosnym pijakiem i awanturnikiem, który ją tym razem nakrył w owym pensjonacie, gdzie i ja nocowałem. Mord na pani na dole łatwiej było wyjaśnić, niż skąd ta dziwna postać mieszcząca się na drzewie. Były różnice zdań, do kogo należała ta ruda peruka, do martwej kobiety, czy do łysej lalki, ale o tym wiedziałem ja, a może jeszcze ktoś, kto tę lalkę w szafie pozostawił, czy przechowywał.


Katowice, 19. marca, 2013

Draperia

Draperia


Podczas pobytu w ośrodku wczasowym Zagroń, położonym dość wysoko na zboczu Klimczoka robiłem sporo zdjęć z balkonu. Miałem już wszystkie możliwe ujęcia Skrzycznego, więc potem były fragmenty lasu na zboczu góry, gdzie znajdował się nasz hotel. Na jednym z drzew, wysoko na gałęziach odkryłem rozwieszoną draperię. Przez teleobiektyw zobaczyłem, że znajduje się tam wspaniała, jasna, a możliwe, że kiedyś nawet biała tkanina. Na pewno nikt tam nie wchodził po drabinie i nie udekorował tak wymyślnie tego wysokiego drzewa na skraju lasu. Zrobiłem kilka zdjęć i potem długo myślałem nad jakąś sensowną historyjką, o tym skąd tam wysoko znalazła się ta tkanina. Może popadłem w drzemkę w jesiennym słońcu i coś mi się śniło.

Po drugiej stronie góry znajduje się tuż przed szczytem Klimczoka nieco niższa góra Szyndzielna, na którą można wjechać wagonikami kolejki linowej. Młoda para postanowiła urządzić swe ślubne przyjęcie tam w schronisku z restauracją. Późną nocą, gdy humory już wszystkim bardzo dopisywały i pozostali już tylko rówieśnicy z młodą parą, ktoś rzucił hasło: rozbierać pannę młodą Niektórzy uczestnicy weselnej zabawy przystąpili z ochotą do zdejmowania welonu. Ktoś zaczął zrywać z dekoracyjnych girland kolorowe baloniki i doczepił do nich welon. Odezwały się teraz głosy: Panna młoda ma zdjąć suknię ślubną i zatańczyć na stole. Pan młody nie oponował i pomagał swej małżonce zdjąć suknię, a ta chętnie pokazała gościom swą pełną uroku bieliznę, wykonując kilka piruetów na stole. Suknię doczepiono do welonu z balonikami i towarzystwo wybiegło na zewnątrz, by zobaczyć jak pofrunie w dal. Młoda para skorzystała, aby się szybko ulotnić do siebie. Noc była wietrzna, ślubny strój szybko uniósł się w górę i poleciał w ciemności letniej nocy nad górami. Wydawało mi się, że ta właśnie suknia wylądowała wysoko na drzewie i tam pozostała na zawsze. Dziwne, że te gałęzie, gdzie zawisła, szybko uschły. Biel sukni z biegiem czasu przestała już być dziewiczo biała. Może wstydliwy rumieniec panny młodej zdążył ją jeszcze nieco na różowo zabarwić?

Po powrocie do domu wgrałem zdjęcia do komputera i powiększałem je. Gdy doprowadziłem do maksymalnego zbliżenia tkaniny, mocno się zdziwiłem. Moja romantyczna powiastka o pochodzeniu draperii okazała się wielkim fałszem. Przy maksymalnym powiększeniu odkryłem, że w niektórych miejscach odwinęła się ta różowa draperia na jej prawą stronę, choć politycznie poprawną byłaby jednak strona lewa. Uwidoczniła się czerwona, choć już mocno wyblakła tkanina, dziś już różowa, na której były wypisane duże białe litery jak na transparentach za czasów komunistycznych. Nie była to na pewno suknia ślubna. Nawet najbardziej zagorzała aktywistka ZMP nie poszłaby do ślubu w czerwonej sukni z wypisanym hasłem propagandowym na niej.

Ta elegancka draperia nie miała nic wspólnego ze strojem ślubnym. Zaskakujące było hasło jakie ze szczątkowo zachowanych na zdjęciu liter można było spróbować

zrekonstruować: LUDZIOM GÓRNICZEGO TRUDU

WYPOCZYNEK W ORLIM GNIEŹDZIE.

Powyżej naszego hotelu znajdował się nadal niedokończony jeszcze hotel gigant na miarę gierkowskiej dekady sukcesu. Nazywał się ORLE GNIAZDO. Przed kolejnym świętem państwowo partyjnym zawieszono to hasło na fasadzie budynku od strony Szczyrku. Sekretarz organizacji miejskiej się wściekł, gdy zobaczył na olbrzymim gmaszysku taki mały transparent. Zadzwonił do dyrektora hotelu i kazał mu go natychmiast usunąć. Dyrektor otrzymał polecenie natychmiastowego wykonania nowego hasła o wielkości liter na miarę hotelu giganta. Hasło miało być teraz znacznie krótsze, ale jak twierdził tow. sekretarz, aktualne na każde święto: NARÓD Z PARTIĄ, PARTIA Z NARODEM. Ma to być widoczne i czytelne z każdego miejsca w dolinie i z pobliskich szczytów. Litery do hasła wykonano z trwałego materiału, ale jak się okazało, ustrój okazał się nie tak trwały i niedługo upadł. Gdy wówczas dyrektor nakazał robotnikom zdjąć to poprzednie hasło, został zrozumiany dosłownie, gdy powiedział: zrzućcie to. Pracownicy chętnie w ten sposób zadanie to wykonali i zrzucony transparent pofrunął swobodnie z wiatrem. Poszybował trochę w przestworzach, aż spoczął wysoko na drzewie i je ozdobnie udrapował. Nikt z daleka tych niewidocznych liter już nie odczytał. Podobnie i ja ich początkowo nie zauważyłem. Tamta weselna historia mogła mi się przyśnić w czasie drzemki na balkonie. Gdyby nie powiększenie zdjęcia, sam myślałbym nadal, że ta draperia znalazła się tam z jakieś romantycznej przyczyny.


Wrzesień 2012





POST SCRIPTUM


W trakcie ponownego pobytu w hotelu Zagroń wiosną tego roku, wspomnianej draperii nie było już na drzewie. Próbowałem podejść bliżej, bo sądziłem, że może draperia tkwi tam schowana za nowymi gałęziami, ale jej już nie zobaczyłem na drzewie. Podszedłem trochę niżej w kierunku gospodarstwa, skąd odzywał się teraz głośny krzyk pawia, ptaka o pięknym, długim ogonie, ale i o bardzo charakterystycznym i przerażającym krzyku. Draperia, a właściwie dość długi transparent został najwidoczniej w trakcie zimowej wichury zrzucony z drzewa. Gospodarz wiedział jak go wykorzystać, pociął tkaninę na dość szerokie pasy, by po przybiciu ich do palików wbitych w ziemię tworzyły ogrodzenie wybiegu dla pawia. Nikt już nie pamiętał, jakiemu celowi służyła kiedyś ta wypłowiała tkanina z resztkami wypisanego hasła. Po chwili znalazłem pawie pióro z charakterystycznym kolorowym oczkiem. Podnieść je, czy nie, bo pawie pióra przynoszą rzekomo nieszczęście. Zostawiłem je i przypomniał mi się Wyspiański: Miałeś chamie…, czapkę z piór, czapki wicher niesie, róg hula po lesie…

Pewno teraz pióro z wichrem uleci, przyniesie komuś nieszczęście, a zamiast dźwięku rogu, krzyk pawia zabrzmi nad zboczem Klimczoka. Może Wyspiański nie będzie już musiał przestrzegać nas jak w Weselu, może już na zawsze przeminął czas kłamliwych transparentów.


Katowice, 06.06.2013.

Dziwny sen

Dziwny sen


Jestem w mało majowym nastroju. Miałem dziwny sen. Obudziłem się co prawda późno, bo o ósmej, ale się mocno zastanawiałem, czy żyję. Śniło mi się że staliśmy z Ireną na korytarzu, gdy pojawił się tam nasz dawno już zmarły sąsiad, pan „proszę pana”. Parę dni przed śmiercią (rak) był się z nami pożegnać i oznajmił nam, że przenosi się na ul. Sienkiewicza. O śmierci się nie mówiło. Przy ul. Sienkiewicza jest cmentarz, gdzie leży pochowany. Zostało mu jeszcze trochę bardzo twardych gwoździ do wstrzeliwania w beton, które mi dziś przyniósł i zostawił. Bo się mogą przydać. Przysłowiowe gwoździe do trumny jak z opowieści Dickensa „Opowieść wigilijna”? Sąsiad wyglądał dziś rano dość dziwnie. Zapytałem go skąd się wziął, bo choć to było w śnie, wiedziałem, że przecież od dawna nie żyje. Dał mi do zrozumienia, że teraz i ja przebywam z nim, jesteśmy już razem. Próbowałem szybko Irenie powiedzieć DO WIDZENIA, bo zdawałem sobie sprawę, że to koniec. Nie potrafiłem jednak się odezwać. W tym momencie obudziłem się. Gdy po chwili ochłonąłem, tak jak zwykle to rano czynię, zanotowałem w kalendarzu, że jest to dziś mój 29 235 dzień życia. Teraz już wiedziałem na pewno, że tylko śniłem.


Katowice, w maju 2011 roku

Eigentlich war das damals

Eigentlich war es damals, in der Kriegszeit eine schoene Kindheit. Dzieciństwa, nawet te przypadające na najgorsze czasy, wojny, różne kleski , wspominane potem z dłuższej perspektywy wydają nam się piękne, pełne uroku, uważamy je za czas szczęśliwy.

Inaczej niż u moich rodziców, miałem wpierw polskie dzieciństwo, a potem nastąpiło na pięć i pół roku to niemieckie, zaś młodość stała się znowu polska. Rodzice mieli wpierw niemieckie dzieciństwo w kraju swego urodzenia, a potem polską, może raczej bardziej śląską młodość w krainie dzieciństwa ich rodziców. Było ono może trudniejsze, zaznali większej biedy w czasie pierwszej wojny światowej. Myśmy tu na Górnym Śląsku jednak w czasie tej drugiej wojny nie głodowali, było nam znacznie lepiej niż wielu kolegom na terenie dawnej, wtedy okupowanej Polski. Niemcy uważali Górny Śląsk za swoje tereny, bo należał od wielu wieków do państwa niemieckiego. Nie został zdobyty zbrojnie, a polscy władcy się go zrzekli wpierw na rzecz Czech, a potem przechodził już z rąk do rąk. Na początku 20 wieku Ślązacy sami zdecydowali po pierwszej wojnie światowej poprzez trzy zbrojne powstania o swej przynależności do odrodzonej Polski.

Epizod ślubny

Epizod ślubny


Z okazji naszej pięćdziesiątej rocznicy zawarcia związku małżeńskiego zostaliśmy dzień 24. maja 2007 roku zaproszeni na uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego. Obecny pan prezydent miasta Katowice wręczył nam medale za tak zwane długoletnie pożycie małżeńskie. Kopertę z gotówką otrzymaliśmy zaraz po przybyciu i zgłoszeniu się w biurze. To ostatnie było właściwą przyczyną wzięcia udziału w tej uroczystości. Rocznica minęła właściwie już w ubiegłym roku.

Ślub cywilny braliśmy z Ireną w Urzędzie Stanu Cywilnego w Rybniku, dokąd przyjechaliśmy z Krakowa, gdzie studiowaliśmy i po drodze z dworca spotkaliśmy dwu moich kolegów, Jurka C. i Stefana K., którzy bez większych oporów zgodzili się zostać w urzędzie naszymi świadkami. W tym czasie zawarcie związku małżeńskiego nie miało żadnego uroczystego charakteru, a było zwykłą formalnością, rejestracją urzędową. Był to co prawda rok 1956, ale do października, tego PAŹDZIERNIKA Gomułki było jeszcze kilka dni. Gdy nieco wcześniej załatwiałem sprawy terminu ślubu i zwróciłem się do przyjmującego mnie urzędnika poprzez PROSZĘ PANA , zostałem strasznie zrugany: Wy student nie wiecie, że u nas już dawno nie ma panów, macie burżuazyjne nawyki. To was tego nie uczą? Opowiedziałem o incydencie Jurkowi i Stefanowi. W dniu ślubu Jurek zwrócił się do owego urzędnika, mającego nam udzielić ślubu specjalnie akcentując to OBYWATELU KIEROWNIKU URZĘDU STANU CYWILNEGO. Zyskał tym wielkie uznanie za takie wyrobienie obywatelskie, którym ja się nie wykazałem. Wyjaśnił przy tym, że kolega , niby ja, wyznał na zebraniu organizacji młodzieżowej ZMP swój błąd i przeprowadził ostrą samokrytykę za swe nieodpowiedzialne zachowanie w urzędzie. Obywatela urzędnika to bardzo podbudowało. My zaś mimo powagi chwili, mogliśmy się z trudem powstrzymać od śmiechu. Byłem wtedy na szóstym roku studiów w krakowskiej ASP ( wtedy nie jak przed wojną Akademii Sztuk Pięknych, a Akademii Sztuk Plastycznych). Październikowe zmiany, nastąpiły dopiero za kilka dni. Artykuły w POPROSTU rozbudziły nasze nadzieje na zmiany w Polsce. Jednak „odwilż polityczna” trwała zbyt krótko, tragiczna węgierska lekcja oporu zbrojnego przeciw Rosji odniosła u nas swój skutek. Zmiany stały się raczej kosmetyczne. Nazwę naszej akademii zmieniono na przedwojenną, podwyższono nam odrobinę stypendia i otrzymaliśmy pomoc w postaci darmowych farb olejnych. Na akademii gremialnie rozwiązaliśmy uczelnianą organizację młodzieżową ZMP. O niej wkrótce pisano w pierwszym wydaniu Małej Encyklopedii Powszechnej w tym roku: ZMP to skompromitowana organizacja młodzieżowa, rozwiązana w Październiku 1956. W kolejnych wydaniach już tej notki nie było. Musieliśmy sporo lat poczekać na inny polski miesiąc, na Polski Sierpień 1980, który też poza nadziejami na istotne zmiany ustrojowe nie zdołał usunąć w niepamięć tych różnych obywateli milicjantów, obywateli generałów w wojsku i rządzie, tych różnych towarzyszy i WY WIECIE... Nie przypominam sobie, żeby w latach studiów zwracaliśmy się na uczelni do naszych profesorów inaczej niż PROSZĘ PANA, PANIE PROFESORZE... Z przyzwyczajenia zwróciłem się wtedy w urzędzie w ten nieobywatelski sposób do urzędnika. Przypomniałem sobie o tej historyjce gdy odnalazłem tamten dokument ślubu, bardzo już nieczytelny na pożółkłym papierze, niechlujnie spisany. Teraz po pięćdziesięciu latach, gdy tym dokumentem musiałem potwierdzić, że już tyle lat jesteśmy małżeństwem, zwrócono się do mnie PROSZĘ PANA, czy pan może mi to sam jeśli nie odczytać dosłownie, to powiedzieć, co w nim wtedy pan urzędnik napisał?


***

Katowice, 25.05.2007.

FELA

FELA


Rok przed maturą przeniosłem się do jednorocznego technikum administracji gospodarczej, żeby tam uzyskać świadectwo dojrzałości i zarazem dyplom technika. Na wszelki wypadek miałbym jakiś zawód, gdybym nie mógł studiować. W domu się nie przelewało a ja byłem najstarszy z pięciorga rodzeństwa. Chciałem bardzo pójść na studia. Myślałem raz o malarstwie, to znowu o dziennikarstwie. Maturą nie przejmowałem się za bardzo, ciągle jeszcze grałem na wiolonczeli i sporo czasu zajmowały mi próby w orkiestrze szkolnej, zwłaszcza że grałem teraz w o wiele większym zespole, niż w gimnazjum, bo występowaliśmy z dużym szkolnym chórem. Były nawet publiczne koncerty i nagranie w Radiu Katowice. Jak na tamte czasy mieliśmy odpowiedni repertuar, tak popularną wówczas Kantatę o Stalinie. Było też coś z polskiego lirycznego repertuaru, jak preludium Chopina przerobione na utwór chóralny z orkiestrą: „Ach czemu sercu smutno…” Oj bywało czasami smutno, w tym wieku chmurnym, górnym (częściej durnym), gdy pojawiały się miłosne tęsknoty. W tej nowej szkole poznałem Felę i od razu połączyło nas wielkie wzajemne uczucie. Snuliśmy pierwsze nieśmiałe plany na wspólną przyszłość, ale jej rodzice mnie nie zaakceptowali, bo nie chcieli malarza dla córki. Na Śląsku był to zawsze zawód mało poważany, taki skazujący na głód i nędzę. U tutejszych liczyło się coś konkretnego, związanego z górnictwem, najlepiej notowany był sztygar, inżynier. Okazało się potem, że upatrzyli sobie już takiego dla Feli. Nasze wspaniałe chwile trwały do mego wyjazdu na studia. Zamiast malarstwa wybrałem kierunek bardziej praktyczny, czyli architekturę wnętrz w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych Poznaniu. Zdecydowałem się na studia w tamtejszej uczelni plastycznej także ze względu na wspaniałą wtedy Operę Poznańską. Wybraliśmy to miasto z moim przyjacielem Bernardem B., z tym, że on poszedł na medycynę. Jak na skrzydłach wracałem jak często mi się udawało z Poznania do Rybnika, choć jazda pociągiem trwała wówczas około 14 godzin.

Coraz częściej zdarzało się, że na próżno wychodziłem po Felę, aby się z nią spotkać, gdy kończyła pracę w banku. Wyczuwałem, że zaczyna mnie unikać. Przegrałem jako daleki nieobecny nie tyle z nią, co z jej rodzicami, którzy już zaplanowali ślub swej córki z kandydatem jakiego chcieli. Fela miała siedemnaście lat, gdy zdawała maturę, była posłuszna i uległa woli rodziców.

Około Wielkanocy 1952 roku otrzymałem od niej list, w którym mi oznajmiła, że wychodzi za mąż, za co mnie bardzo przeprasza i przyrzekała, że mnie nigdy nie zapomni. Nie wiem, czy mnie długo pamiętała, bo się już w ogóle do mnie nie odezwała. Nigdy się już nie spotkaliśmy. Jeszcze pod koniec naszych kontaktów namalowałem Feli na Boże Narodzenie obraz. Była to martwa natura w typowo mieszczańskim stylu, wszystko jak żywe, tak aby się mogło podobać nie tylko Feli, ale i jej rodzicom (niby jaki zdolny jestem), ale ten obraz już niczego nie odmienił. Kiedyś po czterdziestu latach przypomniałem sobie o tym i byłem ciekaw tego obrazu namalowanego wtedy, podczas pierwszego roku studiów. Myślałem o ewentualności sfotografowania tego płótna. W książce telefonicznej odnalazłem rybnicki numer telefonu jej brata, bo nazwiska Feli po mężu nie znałem. Na pytanie, czy ma siostrę Felę, dowiedziałem się, że miał siostrę, ale już nie żyje. Zaprosił mnie do siebie do Rybnika i opowiedział mi nieco o losie siostry. Fela zmarła na raka mózgu. Miała dwie córki. Tak się złożyło, że coś z naszej przeszłości do niej wróciło, bo starsza córka wyszła za artystę plastyka i wyjechała z nim do Stanów w poszukiwaniu lepszego losu, zabierając ze sobą także młodszą siostrę.


Nie było już Feli, a mój obraz gdzieś przepadł. Pamiętam, że namalowałem na nim także kilka czerwonych jabłek. Owoce te mają swe symboliczne znaczenie, są symbolem szczęścia. Czy je komu przyniosły? Feli nie, mimo imienia, które zawierało pierwiastki szczęścia.. Bardzo często umieszczałem te owoce na moich metaforycznych obrazach z cyklu powidoki sceniczne czy sentymentalne. Nie zaklinałem nimi szczęścia. Wystarczyło, że dawały mi radość malowania.

Ferdynand Szypuła

Ferdynand Szypuła

Umówiliśmy się z Heniem Bzdokiem, by za trzy dni odwiedzić Freda z okazji jego 87 urodzin. Niestety, Fred nie doczekał tej rocznicy. Pójdziemy wtedy na jego pogrzeb. Pamiętam jak 67 lat temu w Rybniku zastanawialiśmy się, jaką wybrać uczelnię plastyczną. On dostał się do Katowic, a ja do Poznania. Fred był w młodości świetnie zapowiadającym się sportowcem rowerzystą. Przez dłuższy czas dojeżdżał codziennie z Rybnika do Katowic rowerem. Zaraz po studiach udało mi się dostać pracę w Telewizji Katowice i potem namówiłem Freda by również tam dołączył. Początkowo byliśmy obaj operatorami kamery tv, by po jakimś czasie poświęcić się scenografii telewizyjnej. Często wspólnie z Fredem wyjeżdżaliśmy na transmisje do Wrocławia, czy do Krakowa. Jego rower poszedł w odstawkę, a pokonywaliśmy tę trasę na jego skuterze Lambretta. Raz tylko mieliśmy na śliskiej jezdni upadek. Nikomu nic się nie stało, ja zgniotłem dokumentnie 20 arkuszy papieru bristol, które wiozłem. Leżałem na nich spory kawałek od Freda, a on wołał, czy mi się coś stało. Mogłem odpowiedzieć że nic, tylko zgubiłem buty. Bywało, że kiedyś pojechaliśmy na transmisję do Wrocławia z kolegą reżyserem samochodzikiem marki Mikrus, który był mniejszy od fiata malucha. W połowie drogi nasz kierowca Rysiu był bardzo senny i zrobiliśmy postój. Fred zaproponował, byśmy spróbowali podczas snu kierowcy pojechać samochodzikiem kawałek polną dróżką. To była pierwsza samodzielna jazda Freda samochodem. Jazda do przodu szła mu bardzo dobrze. Trzeba było jednak wrócić. Na szczęście byliśmy w stanie owego mikrusa dźwignąć i odwrócić w odwrotnym kierunku i dojechać na miejsce do nadal śpiącego kolegi. Choć Fred był wybitnym twórcą, to w takim dniu jak dziś, wolę nie o jego sukcesach mówić, a wspominać o zwykłych sprawach, które nas łączyły. Chcę dodać, że byliśmy kiedyś w teatrze tv, do którego wspólnie projektowaliśmy scenografię, także aktorami statystami, włoskimi karabinieri patrolującymi włoskie miasteczko.


Józef Krupa

Katowice, 16 stycznia 2018

gdzie ta keja

Gdzie ta keja…


Po osiemdziesięciu dwu latach Jurek dopłynął do tej kei, o której śpiewał. Ma teraz inną koję i odpoczywa po długim rejsie. Mały Nynek z Sosnowca zaczął swą dużą przygodę ichtiologiczną najpierw z drobnymi rybkami hodowanymi w licznych akwariach w mieszkaniu rodziców przy Olejniczaka w Bytomiu. Jeszcze go wtedy nie znałem, ale wiem o tym od mej żony Ireny, jego starszej siostry. Gdy stał się moim szwagrem, bardzo się polubiliśmy. Przez jakiś czas gdy zamieszkałem z Ireną przy Olejniczaka w jego rodzinnym domu, Jurka już tam nie było, bo podobnie jak my wcześniej i on studiował teraz w Krakowie. Zaczął od biologii na UJ, a prawie drugim fakultetem była nauka gry na trąbce i jazz. W tym czasie zaprzyjaźnił się z późniejszym słynnym pianistą jazzowym Adamem Makowiczem i razem grywali. Po magisterium wrócił do Bytomia, do pracy w szpitalu jako biolog, ale nie długo tam pobył, bo ciągło go nad morze, do większych ryb. W Świnoujścia znalazł swe miejsce w Morskim Instytucie Rybackim już na stałe, aż do emerytury. Biolog przekształcił się w ichtiologa, wkrótce z doktoratem. Mało co, była by i habilitacja, ale coś z dawnych muzycznych pasji pozostało w nim. Szanty, a dokładniej ballady, które komponował, tworzył do nich teksty i śpiewał je rybakom podczas rejsów, przeszkodziły Jurkowi zająć się wyłącznie karierą naukową. Jego praca badawcza odbywała się często na statkach specjalistycznych, jak „Profesor Siedlecki”, ale częściej podczas długich rejsów na dalekomorskich traulerach rybackich. Jurek zwiedził spory szmat świata, lądy i oceany, łącznie z lodową Antarktydą. Tam dotarł w pogoni już nie za rybami, a za krylem, który stał się na jakiś czas jego specjalnością. W tych rejsach prócz prac badawczych, sięgał w wolnym czasie po gitarę. Gdzieś na małej przestrzeni statku śpiewał dla małej grupy odpoczywających po pracy rybaków. Te ballady były oparte na doraźnych przeżyciach na statku, takie wyśpiewane opisy nastroju, czy pracy rybaków. Jego własna odmiana szant, opisujących życie marynarskie. Zabawiał w ten sposób załogę. Z czasem po kolejnych rejsach repertuar się poszerzał, rozniosło się, że Poręba śpiewa, daje na statku występy dla załogi. Po takich rejsach bywał Jurek często u nas w domu i wtedy z Ireną i synami cieszyliśmy się naszymi prywatnymi koncertami domowymi. Było śpiewanie dla nas, dla Ireny, dla naszych dwu synów i dla mnie, ale i niekończące się opowieści opływającego różne morza obieżyświata. Irena uległa w swej twórczości fascynacjom Jurka zaczęła tworzyć malarski świat fantazyjnych statków – ryb. Bywało, że przyjeżdżał po rejsie do nas na Wigilię Bożego Narodzenia. Mieliśmy wtedy nie tylko świeże, nieznane nam smakowite ryby, ale i opowieści o tym jak i gdzie je złowiono. W święta było więcej wolnego czasu nie tylko na śpiew, ale i na długie opowieści Jurka. Nie namalowałem portretu Jurka żeglarza shantymana, ale scharakteryzowałem jego postać nieco metaforycznie w jednym z moich obrazów. Szemrana sława szerzyła się, wkrótce Jurek zyskał uznanie pośród kolegów śpiewających podobny repertuar, założyli wspólny zespół szantowy Stare dzwony. Wydali wspólną płytę CD. Odtąd miał Jurek coraz częściej swe własne występy pośród braci żeglarskiej organizowane na różnych koncertach, czy szantowych spotkaniach w różnych miastach Polski, takich jak Kraków, Wrocław , Giżycko. W swym własnym mieście, z jego żoną Helenką zainicjowali stały festiwal piosenek morskich i żeglarskich WIATRAK. Jurek stał się mimo woli osobą bardzo znaną, popularną w Polsce. Pośród tej pływającej braci piosenka, czy szanta Gdzie ta keja stała się nieformalnym hymnem. Wszyscy żeglarze ją znają i śpiewają na rejsach czy przy ognisku. Jurek ma na swoim koncie kilka kolejnych wydanych płyt CD, bo jego utwory liczą już dziesiątki. A na YOUTUBE wystarczy wypisać tylko Poręba i ma się do dyspozycji jego niezliczone pozycje utworów. Jurek już odpłynął do swojej kei, ale jego szanty rozbrzmiewają nadal, te nagrane przez niego, innych wykonawców, ale i śpiewane przez zwykłych żeglarzy.

Katowice, 21.08.2021 JózekK

Gizela

Gizela


Do dziś nie wiem, czy owa Gizela z którą miałem kontakt podczas czterech lat zamieszkiwania u teściów w Bytomiu była tą samą osobą, z którą już wcześniej zetknąłem się w Rybniku. Właściwie, to żadnego kontaktu nie było, poza tym jedynym, tą dziwną ostatnią posługą. Zastanawiam się, czy była tą samą niemiecką dziewczyną o imieniu Gisel, czy jak brzmiało pełne imię, Gisela. Miałem 13 lat, dojrzewałem. Ona była pierwszą, nieco starszą ode mnie, dojrzałą nagą dziewczyną, jaką zobaczyłem po raz pierwszy. To nie były żadne próby podglądania z mej strony. Tylko przez chwilę widziałem ją całkowicie nagą, choć z większej odległości. Nowe nieznane, odmienna płeć. Było to podczas wojny w 1944 roku, u nas na kąpielisku Ruda. Za plażą wzdłuż wody rosły gęste krzaki stanowiły miejsce do przebrania się po kąpieli. Przypadkowo znaleźliśmy się tam w tym samym celu. Dziewczyna mnie zobaczyła, pogroziła palcem, a ja zaskoczony i skonsternowany widokiem odwróciłem się szybko i oddaliłem. W pobliżu tego miejsca, ale już na samej plaży ujrzałem tę samą śliczną dziewczynę z długim blond warkoczem, teraz już ubraną w zgrabny mundur pomocniczych jednostek wojskowych. Na ramieniu miała oznaki służb telefonicznych. Towarzyszyli jej dwaj chłopcy w mundurach jednostek pomocniczych artylerii przeciw lotniczej. Młodzi ludzie w wieku przedmaturalnym. Odniosłem wrażenie, że to nie miejscowi, że znaleźli się tu przypadkowo, by skorzystać z kąpieli w czasie wolnym od służby. Jeden z chłopców zawołał do niej Gisela i powiedział, że muszą się pospieszyć, by zdążyć na ostatni pociąg z Rybnika do Kędzierzyna.

W czasie lata 1944 roku nasiliły się alianckie naloty bombowe bardzo dużych formacji na zakłady rafinerii w Kędzierzynie, gdzie Niemcy mieli nadal możliwość produkcji benzyny syntetycznej, której im coraz bardziej brakowało. Bronili tych zakładów wszelkimi możliwymi środkami. Nawet młodzi chłopcy, jeszcze przed maturą, zostali powołani do służby w artylerii przeciw lotniczej. My w Rybniku mieliśmy coraz częściej okazję oglądania setek amerykańskich bombowców przelatujących nad miastem. Rano przed pójściem do szkoły czekaliśmy na komunikaty lotnicze. Gdy usłyszeliśmy, że alianckie jednostki zbliżają się z południowych Włoch już na północ od Alp, wiedzieliśmy że lekcje szkolne zostaną odwołane, bo zostanie ogłoszony alarm lotniczy. Teraz były wakacje, pogoda wspaniała do kąpieli, ale i dla amerykańskich lotników. Coś już wtedy do mnie dochodziło, że im więcej takich nalotów, tym szybciej zakończy się wojna. W niemieckiej szkole uczyłem się wówczas bardzo pilnie angielskiego. Niestety, nie doczekaliśmy się wyzwolenia przez Amerykanów. Do nas, jak i do Bytomia wkroczyli na początku 1945 roku Rosjanie, czy jak się wówczas mówiło radziecka armia czerwona.


Po studiach i po ślubie mieszkałem przez jakiś czas z żoną u jej rodziców w Bytomiu. Tu zetknąłem się jeszcze raz z imieniem Gisela, czy też z jego spolszczoną wersją Gizela.

Nasi sąsiedzi z parteru mieli tak zwaną pomoc domową, o imieniu Gizela. Dawali nam do zrozumienia, że jest chyba niespełna rozumu i zna tyko język niemiecki. Zastali ją tu bardzo zaniedbaną i wygłodzoną, gdy zajęli zaraz po wojnie parter domu. Nie zdołała jak większość niemieckich mieszkańców opuścić miasta przed nadejściem frontu. Naszym sąsiadom było wygodnie udzielić jej pomocy w załatwieniu polskich formalności meldunkowych, tak że nie otrzymała nakazu wyjechania z transportami wysiedlanych do Niemiec. Mieli więc cichą, wygodną i tanią pomoc domową, zwłaszcza, że była z nimi matka sąsiada, osoba w dość podeszłym wieku, która wymagała stałej opieki. Gizela robiła na mnie wrażenie osoby strasznie dotkniętej przez los. Wiedzieliśmy z różnych opowiadań o tym, jak Rosjanie zachowywali się wobec kobiet, gdy wkroczyli na tereny dawnej rzeszy i także tu do Bytomia, który był pierwszym niemieckim miastem za przedwojenną granicą Polski. Miały miejsce gwałty kobiet, ale i zbiorowe morderstwa, jak w dzielnicy Bytomia Miechowice.

Wtedy Gizela nie była jeszcze starszą panią, a młodą osobą bardzo zniszczoną zdrowotnie, może znacznie bardziej psychicznie niż fizycznie. Próbowałem się do niej odezwać po niemiecku, ale jakoś do normalnej rozmowy nigdy nie dochodziło. Gizela rozumiała już cośkolwiek po polsku. Ona sama nie odczuwała potrzeby porozmawiania z kimś, a sąsiedzi też takiej potrzeby nie mieli. Wydawała się wszystkim zwykłą niedojdą, z którą nie ma o czym rozmawiać. Sprawiała wrażenie osoby znacznie starszej niż była rzeczywiście poprzez pochyloną mocno postawę, jakby chowała się nie tylko przed ludźmi, gdy tak szybciutko dreptała małymi kroczkami, jakby uciekała przed sama sobą.

Czasem szperałem z ciekawości w piwnicy, gdzie było jeszcze sporo starych gazet zgromadzonych tam w czasie wojny przez ówczesnych właścicieli budynku. Były też czasopisma fachowe związane z budownictwem i architekturą. Z gazet był też Der Oberschlesische Wanderer, który znałem jeszcze z lat wojny. W pokoikach przy strychu, tak zwanych służbówkach było sporo niemieckich książek. Od czasu do czasu coś przeglądałem, później niektóre zabrałem do naszego nowego mieszkania. Były to doskonałe materiały dla mnie przy opracowaniu scenografii. Niemieccy mieszkańcy domu byli ludźmi wykształconymi. Trudno mi było określić osobę Gizeli w tym domu. Czy należała do rodziny? Nie udało mi się czegokolwiek od sąsiadów dowiedzieć.

Było to już pod koniec naszego zamieszkiwania u teściów w Bytomiu. Nastał późny wieczór, przed chwilą wróciłem z pracy w TV, gdy z dołu przerażonym głosem zawołała pani sąsiadka. Była sama. Widocznie nie mogła się porozumieć z Gizelą. Weszła do łazienki i zastała ją nieruchomą półleżącą na sedesie. Wołała głośno Gizelę. Potem już tylko mnie, bo domyśliła się, że Gizela jest martwa. Przerażona uciekła do swego pokoju głośno szlochając. Wszedłem do łazienki i to co mogłem zrobić, to przede wszystkim ściągnąć jej spódnicę i próbować samemu przeciągnąć martwe ciało z łazienki do pokoju na tapczan. Razem z sąsiadką ułożyliśmy Gizelę do wiecznego snu. Gizela zakończyła swoje życie choć u siebie, to jednak pośród obcych.

W trakcie przeglądania pozostawionych na strychu książek znalazłem coś, co umknęło mi dotąd uwagi. Był to pamiętnik. Papier już mocno podniszczony, nieraz przemoczony, pożółkły, zapisany szwabachą, którą doskonale znałem, ale nie można było już wiele przeczytać. Mniej więcej w środku kończyły się zapiski. Na jednej stronie była wielka data: 27 Januar 1945. Na kolejnej stronie jeszcze ostatnie słowa w tym pamiętniku: Schrecklich, wilde Tiere. Ich kann nicht mehr leben, ich kann das nicht beschreiben was ich erlebt habe. ENDE. Nigdy się już nie dowiem, czy był to pamiętnik Gizeli, czy to ona spisała przeżycia ze stycznia 1945 roku, które naznaczyły tak tragicznie jej los.


Nigdy się nie dowiem, czy mimo woli zobaczone obie nagości w tak odmiennych warunkach czasu i przestrzeni o tym samym imieniu można łączyć z tą samą osobą?



28.06.2018.

Gliwickie notatki 2014

Gliwickie notatki 2014


2014.04.22. Niestety, musiałem dziś rano pojechać do Katowic, bo nie zabrałem jednego lekarstwa urologicznego, choć miałem je zapisane na liście. Pojechałem autobusem. O 12.00 byłem w domu, Podlałem kwiaty, zabrałem leki i znowu dość szybko wróciłem, bo zaraz miałem autobus. O 14.00 byłem w domu w Gliwicach trochę zmęczony, położyłem się i okazało się, że przespałem burzę. Wieczorem rozmawiałem z Grzegorzem na Skype. Jeździli na nartach, mają pogodę.


2014.04.21. Drugie święto, pogoda w kratkę, jest i trochę słońca, tak że wyciągam Irenę na krótkie spacery po ogrodzie. trawa im strasznie wysycha. Kontaktujemy się, wieczorem rozmawiałem z Dominiką i Asią, bo trzeba już dziś wieczorem na jutro wystawić odpady w workach. Tu wszystko posortowane, nie jak u nas. Rozmawiałem i z Szymonem, oraz z Marysią. U Szymona byli na wycieczce typu safari. Wieczorem oglądałem film Wajdy SOLIDARNY WAŁĘSA. moim zdaniem dobry film. A że Wałęsa jest jaki jest, to inna sprawa. Jesteśmy zadowoleni z pobytu tutaj.

2014.04.20. WIELKANOC, PIERWSZE ŚWIĘTO, wstaliśmy dość wcześnie i przygotowaliśmy śniadanie. Nie było wielkiej celebry z życzeniami jajkiem, powiedziałbym, einfachowo, ale cieszyliśmy się pobytem tutaj. Mieliśmy kontakt z Grzegorzem i Tomkiem. Żurek przygotowaliśmy sobie dopiero na kolację, a był znakomity. Irena patrzała sporo na tv , a ja miałem komputer.

Gołąb dla Anity

Gołąb dla Anity


Na początku marca 1945 roku musieliśmy opuścić nasze mieszkanie w domu, który znajdował się po niemieckiej stronie na pierwszej linii frontu. Był on ostatni przy ul. Wodnej, a za nim tylko trochę nieużytków i łąki przedzielone rzekami ciągły się aż do rosyjskich linii pod lasem. Zaraz po przejściu frontu, gdy już wróciliśmy do mieszkania wynajmowanego u naszych gospodarzy Jaroszów, wojna się jeszcze nie skończyła, tylko przesunęła się dużo dalej na zachód już bliżej Berlina. Był to nadal bardzo ciężki czas dla nas, jak i dla wszystkich sąsiadów. Z trudem zdobywaliśmy coś do jedzenia. Czteroletnia Anita, wnuczka naszych gospodarzy chorująca już od jakiegoś czasu na gruźlicę, zapadła teraz i na zapalenie płuc. Służba lekarska nie istniała w obecnym chaosie, babcia leczyła wnuczkę tym co miała, głównie kozim mlekiem, bo naszym gospodarzom uchowała się jedna koza. Przetrwała w chlewie zaopatrzonym w siano i wodę podczas ich dłuższej nieobecności, gdy tak jak my byli ewakuowani.

Stan czteroletniej Anity pogarszał się coraz bardziej, nasi gospodarze mówili, że niknie im w oczach. Sama miłość babci i dziadka, ich serdeczna troskliwość o dziewczynkę, bez pomocy lekarskiej nie wystarczyła, by zachować to kruche życie schorowanego dziecka. Anita dogorywała, już się wcale nie uśmiechała. Usychała, bo tę chorobę nazywaliśmy wtedy suchotami. Jeden ze starszych synów sąsiadki z domu obok, siedemnastoletni Alojz przejął się tak bardzo tragedią u swych sąsiadów, że postanowił Anicie na swój sposób pomóc.

Alojz był zawziętym gołębiarzem, takim, co hodował rasowe gołębie pocztowe, które czasem nabywał drogą kupna, a często też miał obce, zwabione do swego gołębnika, które potem trzymał w nim tak długo, aż się do nowego miejsca przyzwyczaiły i potem już pozostały u niego na zawsze. Czasem jednak odlatywały, jeśli pamięć o ich dawnym gołębniku była silniejsza. Teraz po przejściu frontu, pozostał Alojzowi jeden jedyny gołąb, który przeżył w gołębniku tak jak ta koza swoją samotną niedolę, podczas naszej ewakuacji. Alojz przyszedł z tym gołębiem do pani Jaroszowej i powiedział: On chciałby, żeby na gołębim mięsie ugotować Anicie rosołu, który ją może uzdrowić. Wtedy był zwyczaj karmić chorych na gruźlicę rosołem i mięsem gołębim, bo wierzono, że ma to leczącą moc. Z daleka usłyszałem co Alojz mówił do naszej gospodyni, zobaczyłem potem, że idzie tam ku szopie gdzie stał specjalny pień, na którym dobijano kury. Zapytałem go, czy mogę gołębia jeszcze na chwilę wziąć do ręki i pogłaskać. Nie pozwolił mi, mogłem to zrobić, gdy on go trzymał. Powiedział, że to jest także mój gołąb, który ma pomóc wyleczyć Anitę. Do ręki mi go nie da, bo chyba pamiętam jak to wtedy było, gdy przestraszyłem tego wspaniałego pocztowego gołębia, który mu potem na zawsze odleciał. Przypominałem to sobie doskonale, bo zapamiętałem łzy w oczach Alojza. Tylko nie wiedziałem wtedy, czy były one powodowane wielkim żalem za utratą gołębia, czy ze złości na mnie. To mnie wówczas bardzo wzruszyło, czułem swoją winę i chciałem to jakoś naprawić. Hodowaliśmy wówczas króliki. Ja miałem swojego ulubieńca, który nigdy nie miał być zjedzony. Mama mi to przyrzekła. Uprosiłem mamę, bym go mógł dać Alojzowi w zamian za gołębia, który mu z mej winy na zawsze odleciał. Alojz miał go sobie zamienić na innego gołębia. Tak zrobił i to był właśnie ten gołąb, którego teraz podarował Anicie, by ozdrowiała.

Alojz mnie zaraz odpędził i nie pozwolił patrzeć. Gołąb już nigdzie nie odleciał, tylko zobaczyłem, jak wiatr unosi jego piórka szybujące w górę. Alojz wrócił do naszej gospodyni z już oskubanym gołębiem. Pani Jaroszowa radziła się naszej mamy, jakby najlepiej ten rosół ugotować i co do niego dodać. Na pewno był to najsmaczniejszy rosół na gołębim mięsie, którym dogorywającą Anitę przez trzy dni próbowano z mizernym efektem dokarmiać. Niestety, lek ten nie przyniósł ratunku, Anita gasła. Potem już nawet wody nie piła, tylko zwilżano jej delikatnie usta. Anita odeszła. U naszych gospodarzy nastała rozpacz, żal i boleść.

Alojz , gdy tylko dowiedział się o śmierci Anity, domyślał się, że powstał problem ze zdobyciem trumienki dla dziecka. Zaoferował się, że wykona sam takową, bo kiedyś starszy syn pani Jaroszowej uczył go fachu stolarskiego. Pozwolono mu rozejrzeć się w pozostawionych deskach i sklejkach. Z bardzo grubej dykty wykonał małą dopasowaną trumienkę dla dziewczynki. Znalazło się jeszcze trochę farby do malowania okien, której wystarczyło na pomalowanie trumny i Anitę można było w nią położyć do wiecznego snu.

Ojciec Anity nie zdołał tu dotrzeć, a nawet przez długi czas nie wiedział o śmierci córki. Postanowiono Anitę tymczasowo pochować w ogrodzie koło domu. Zbyt wiele było wtedy przeszkód, by urządzić normalny pogrzeb. Przez cały okres przechodzenia frontu do dziś, rodziny grzebały tymczasowo swoich bliskich w ogrodach koło domu. Była wojna, ludzie nagle odchodzili, często po cichu. Było to tak samo bolesne dla bliskich jak dziś, tylko mniej było celebrowania bólu, żałoby obnoszonej w czarnych strojach, czy tylko z czarnymi opaskami na ramieniu przez dłuższy czas. To nie prawda, że wojna zobojętnia na śmierć, bo ta zawsze odciska swój ślad dramatu w nas, przeżywamy wtedy najcięższe chwile w ciszy.


Katowice 24.09.2017

Gołębie

Gołębie


Włodek S. powiadomił mnie mailem, że od dawna już planowana operacja jego biodra odbędzie się 8.lipca. Dzień wcześniej udał się do szpitala. Mimo że on też „dochtor”, był pełen obaw przed tym, co inne „dochtory” z nim zrobią.

Włodek polecał mi się, abym za niego „porzykoł”. Nawet napisał, że jak już „z pamiyńci ni moga, to żebych z ksionżki”. Tamtego dnia moje myśli ciągle wybiegały stąd do dalekiej Kanady do niego, gdzie przez wiele lat pracował jako lekarz anestezjolog teraz już na emeryturze.

Następnego dnia, wcześnie rano obudziło mnie trzepotanie skrzydeł czarnego gołębia u mnie w pokoju. Ptak szalał latając od ściany do ściany i siadał w nieodpowiednich miejscach. Spróbował też na dużym bukiecie zasuszonych kwiatów w wazonie, który się przewrócił. Potem usiadł na moim portrecie na ścianie, który mi jeszcze w młodości namalował w Rybniku mój zmarły już przed laty kolega , zdolny portrecista. Same dziwne znaki, nadmiar symboli.

Udało mi się jakoś spokojnie wyjść z pościeli i nie spłoszyć zbytnio tego czarnego nieproszonego gościa. Wyszedłem bardzo powoli do drugiego pokoju, gdzie zobaczyłem jeszcze jednego gołębia. Ten był biały. Oba dostały się do środka przez otwarte nocą drzwi balkonowe. Ten czarny przywędrował stamtąd do mojego pokoju. Białego wypłoszyłem, a za nim wyleciał zaraz czarny, bo widocznie usłyszał trzepotanie skrzydeł towarzysza.

Dwa symbole, który dotyczą Włodka?

Niedługo potem wyszedłem z mieszkania i na drzwiach sąsiedniej klatki schodowej naszego budynku zauważyłem klepsydrę. Zmarł zaprzyjaźniony sąsiad, mój rocznik. Wyszedł od neurologa i przewrócił się. Leczył się po wylewie. Teraz miał kolejny, tym razem już ostatni wylew. Został po nim 45 letni niesprawny syn, którego matka zmarła przy porodzie. Sam go wychowywał.

Myślę, że ten czarny gołąb dotyczył sąsiada, a nie Włodka. Niech mu biały gołąb dobrze wróży, jak gołębica w arce Noego po potopie.

Włodek operacji nie miał, zrezygnował z niej wówczas.


9.lipca 2009

Hanka (niem.)

Hanka


Ein Jahr vor dem Abitur habe ich an einem Privattanzabend ein schönes braunhaariges Mädchen mit einem langen Haarzopf kennengelernt. Es war Hanka. Sie gefiel mir und ab und zu waren wir miteinander verabredet wobei wir dann bis in die späten Abendstunden spazierten. Meine Heimatstadt Rybnik hatte einen sehr musikalischen Ruf, es gab verschiedene Konzerte, aber eine Oper gab es nicht. Von Zeit zur Zeit fuhr ein Sonderzug mit Gästen zu einer Vorstellung nach Bytom ins dortige Opernhaus. Als nächste Vorstellung wurde La Traviata von Verdi angesagt. Hanka hatte den Wunsch mit mir zu fahren. Die Oper hatte uns sehr gefallen, die sterbende Kurtisane Violetta sang bis zum letzten Atemzug ihrem Liebhaber Alfredo die Liebeserklärung und Abschiedsarie zugleich. Als ich zur Hanka hinsah, bemerkte ich Tränen in ihren Augen. Sie hatte es sehr innig erlebt.

Während der Rückfahrt waren wir im Abteil allein. Damals waren die Züge sehr spärlich mit Gaslampen beleuchtet. Kein Schaffner kontrollierte die Fahrkarten und wir hatten es sehr gemütlich, da wir während der weiteren Reise ungestört blieben. Es war Winter und wir fühlten die Kälte viel weniger, da wir ziemlich nahe umarmt saßen. Ich versuchte Hanka zu küssen, doch sie wendete sich von mir ab und sagte: Sie möchte es nicht wie diese La Traviata Violetta, was ich nicht verstehen konnte.

Die Reise dauerte noch einige Zeit und irgendwann kamen wir uns wieder näher. Wir küssten uns doch. Wieder sah ich in Hankas Augen Tränen. Sie zog sich weg von mir und sagte: Es war das letzte Mal, dass wir uns küssten. Sie sei krank, es ist Tuberkulose. Sie weinte noch mehr und bat mich um Verzeihung, weil sie Angst hatte mich mit dieser Krankheit anstecken zu können.

Bald gingen unsere Wege für immer auseinander. Es dauerte viele Jahrzehnte bis ein Krankheitskeim der Tuberkulose mich infizierte. Das war keine Lungenkrankheit, es hatte meiner Niere angetan. Der Arzt erklärte mir, dass ich bestimmt in meiner Jugendzeit mit diesen Krankheitserregern Kontakt hätte.

Trotz Allem mag ich bis heute die Oper La Traviata, was mich veranlasst manchmal an Hanka zu denken. Es war nur ein reiner Zufall, dass wir diese Vorstellung besucht haben, die auch uns beiden im Libretto keine gute Fortsetzung unserer Beziehungen ansagen konnte.


Katowice, Januar 2014.

Hans z Gogolina

Hans


W latach przedwojennych przyjeżdżała do naszych gospodarzy rodzina z Niemiec, mieszkająca w Gogolinie, skąd i nasi gospodarze przenieśli się po powstaniach śląskich do polskiej części Górnego Śląska. Siostra naszych gospodarzy mówiła po polsku, czy raczej po śląsku, a dwójka dzieci, chłopak w moim wieku o imieniu Hans i jego młodsza siostra Heidel wyłącznie po niemiecku. Bawiliśmy się razem, ale nie potrafiliśmy się porozumieć. Często on, albo ja zwracaliśmy się do naszych mam, by interweniowały w kwestiach spornych, gdy Hans wykrzykiwał swoje racje po niemiecku, a ja po śląsku, czy po polsku. Nigdy się jednak nie pobiliśmy. Łączyły nas wspólne zabawy, choć mój kolega był dla mnie niemy, był Niemcem. W ciągu miesiąca poznałem kilka niemieckich słów, a Hans polskich. W czasie wakacji w 1939 przyjechali już bez ojca, bo został wtedy powołany do wojska i jak siostra naszej gospodyni się domyślała, był skoszarowany gdzieś nad polską granicą i czekał tam, na dzień wybuchu wojny. Matka Hansa była przekonana, że wojna zacznie się wkrótce, bo propaganda hitlerowska przekonywała o tym codziennie i szerzyła hasła. antypolskie. Hans ukończył już przed wakacjami drugą klasę szkoły powszechnej, bo u nich w Niemczech chodziło się od sześciu lat do szkoły, a ja skończyłem zaledwie pierwszą klasę. Obaj sięgaliśmy już po książki, on czytał coś, co było zapisane niezrozumiałym dla mnie drukiem, gotyckim pismem. Porównywaliśmy nasze książki i przekonywaliśmy się, że różnimy się, że jesteśmy inni. W jego podręcznikach do następnej klasy, które zabrał ze sobą było pełno kolorowych ilustracji propagandowych. Pokazał mi tytuł podręcznika i przeczytał go: Schlesierfibel Moje podręczniki z Alą i Asem, które mu dałem do oglądania nie wzbudziły u niego żadnego zainteresowania. Były czarno białe, a litery też inne, nieczytelne dla niego. Hans już jako dziecko był pod wpływem hitlerowskiego systemu wychowania. Chciał ciągle byśmy się bawili w żołnierzy. Nie potrafiliśmy tego jednak uzgodnić, jakimi żołnierzami mieliśmy być. Powtarzał mi często: Mein Papa ist Soldat, brał wtedy jakiś kij i udawał że strzela. W połowie sierpnia Hans z matką i siostrą zaczęli się nagle pakować i szybko wyjechali do Niemiec. Z rozmów mej mamy z gospodynią wynikało, że coś się szykuje, że ma się ku wojnie. Ryszard, syn gospodarzy, z zawodu stolarz, zbudował szczelne drzwi przeciw gazowe prowadzące do piwnicy. Najbardziej bał się ataków gazowych nasz gospodarz, który brał udział w pierwszej wojnie światowej, w której używano gazów bojowych.

W którymś roku już trwającej wojny, gdy Hans przyjechał jak dawniej na wakacje do swej ciotki, mogliśmy się już swobodnie po niemiecku porozumiewać, bo teraz i ja chodziłem do niemieckiej szkoły. Mówił mi, że zawsze mi to tłumaczył, że oni zwyciężą. tylko ja wtedy tego nie rozumiałem. Niemcy są najsilniejsi i pokonają wszystkich wrogów. Po wojnie cała Europa będzie do nich należeć. Hans palił się do tego, żeby jak jego ojciec zostać żołnierzem Fuehrera. Martwił się tylko, by wojna nie skończyła się za szybko, bo chce jeszcze zdążył walczyć za Vaterland. Było to w 1941 roku w czasie wakacji, gdy Niemcy hitlerowskie niedawno zaatakowały Rosję. Jego ojciec też tam teraz walczył i Hans był bardzo dumny z ojca. Ulubioną lekturą Hansa były teraz broszurowe wydania KRIEGSHEFTE, które w przygodowy sposób gloryfikowały waleczność niemieckich żołnierzy.

Hans przyjechał jeszcze raz z mamą i siostrą Heidel w 1944 roku na wakacje do cioci. Byli krócej, mama Hansa miała mało urlopu, bo zmuszona była do podjęcia pracy. Ich ojciec zaginął w wirze bitwy stalingradzkiej. Istniała nadzieja, że żyje, że dostał się do niewoli. Hans nie wygłaszał mi już zapewnień o ostatecznym zwycięstwie. Front wschodni zbliżył się wtedy już blisko dawnych granic niemieckich do Prus Wschodnich i zbliżał się do Wisły pod Warszawą. Na zakłady chemiczne w bliskim Gogolina Kędzierzynie, gdzie jego mama pracowała, odbywały się codziennie masowe naloty amerykańskich bombowców. Latały wysoko nad nami tu nad Rybnikiem i obserwowaliśmy je z Hansem. Byliśmy kolegami, ale nie przyjaciółmi. Hans złorzeczył Amerykanom, którzy teraz swobodnie i bez przeszkód wracali po zrzuceniu bomb na dużej wysokości do Anglii. Ja zaś po cichu cieszyłem się, że wojna, którą Niemcy wyraźnie przegrywają na wszystkich frontach, ma się powoli ku końcowi. Tego jednak nie miałem mu odwagi powiedzieć. Bardziej niż jego lubiłem teraz jego siostrę Heidel, która wyrosła na śliczną panienkę. Powtarzała to, co jej mama, że wszystkiemu winna wojna, że ich ojciec zaginął.


Hans przyjechał do Rybnika jeszcze raz po wojnie, chyba w 1946. Nawet nie podaliśmy sobie rąk. Nie dlatego, by były sprawy, które nas nadal dzieliły. Hans nie miał prawej dłoni i przedramienia. Gdy wiosną 1945 roku front był już blisko Gogolina, został powołany na zbiórkę do Volksturmu. Zaledwie wyszedł na podwórze, zaczął się niespodziewany ostrzał artyleryjski i od wybuchu granatu w pobliżu został zraniony w rękę. Z braku natychmiastowej pomocy medycznej miast amputacji samej dłoni, trzeba było potem usunąć cale ramię. Postanowili wyjechać na stale do Niemiec, by tam czekać na powrót ich ojca z niewoli. Może uda mu się wmówić władzom, że walczył w Volkssturmie i został ranny. Powiedział mi na pożegnanie, że gdyby nie ta wojna, o uczestnictwie w której kiedyś marzył, nie musiałby jako inwalida opuścić swój Heimat.

Im Advent (niem.)

Im Advent


Diese Geschichte aus dem oberschlesischen Industriegebiet geschah nicht so lange her. In einem Mehrfamilienhaus aus roten Backsteinziegeln wohnte in der Nähe der Grube ein junger Bergmann. Bei einem Unfall unter Tage gelang es ihm mit dem Leben davon zu kommen, aber es kostete ihn den Verlust beider Beine. Nach einiger Zeit hat ihn ein weiterer Schicksalsschlag getroffen. Seine junge Frau hatte ihn verlassen, weil sie sehr schnell einen anderen gefunden hatte, der bei voller Manneskraft war. Der einsame Kumpel konnte sich auf seinem Invalidenwagen ganz gut umher bewegen. Er wurde immer schweigsamer und galt als ein sehr kontaktloser Mensch. Er verschaffte sich gut angepasste Beinprothesen und durch fleißige Űbungen kam er dazu, dass man nicht wahrnehmen konnte, er wäre ohne Beine. Er hatte die Hoffnung gehabt seine Frau auf der Strasse zu begegnen und sie dann űberzeugen zu können wie gut er sich bewegen kann. Die Jahreszeiten wechselten sehr schnell und der Winter ist wieder angekommen. Es war schon im Advent. Zu dieser Zeit war es Brauch die Fenster mit Adventskerzen zu schműcken, die schon am frűhen Abend fűr die ganze Nacht eingeschaltet wurden. Vielleicht wűrde mal seine Frau diese Zeichen des Advents, des Ankommens erblicken und zu ihm zurűckkehren? Er wartete darauf in den Tagen der Vorweihnachtszeit.

Es gab jetzt oft Schnee- und Eisglätte, was sogar Menschen die nicht behindert waren in Schwierigkeit brachte. Am Vortag des Weihnachtsabends hatte er noch einiges zu erledigen und begab sich in die Stadt. Nicht weit von seinem Haus an der nächsten Kreuzung war eine Straßenbahn Haltestelle. Er versuchte die Strasse zu űbeberqueren, doch auf der glatten Oberflache ist er ausgerutscht und umgefallen, als plötzlich eine Straßenbahn angefahren kam. Auch sie konnte nicht mehr bremsen und es kam dazu, dass die Leute voller Entsetzen sahen, wie seine Beine unter die Räder gelangen. Er lag auf den Schienen, konnte sich nicht bewegen, die Leute schrien und riefen um Hilfe. Da sagte er etwas, was nicht besonders zu diesem Geschehen passte: Leute, es ist doch nicht so schlimm, denn ich habe noch zuhause einen Invalidenwagen. Manche meinten er sei von Sinnen gekommen, aber er meinte, es wären nur seine Prothesen unter die Räder gekommen und ihm sei eigentlich nichts passiert. Man braucht ihn nicht ins Krankenhaus bringen, aber nur nach Hause.

Schon bei sich in der Wohnung hatte er auch heute die Lichter eingeschaltet und da er sehr erschöpft war, legte er sich gleich ins Bett. Es war ein Tag, der viel tragischer enden konnte. Sogar fűr einen Bergmann der schon viele schreckliche Abenteuer unter Tage hinter sich hatte, war das alles nicht so einfach zu verkraften. Es war ein sehr tiefer Schlaf der auf ihn gekommen ist. Vielleicht brachte er ihm gute Träume von der Wiederkehr seiner Frau, oder auch die völlige Erlösung von all seinem Leiden. Sein Advent hatte kurz vor Weihnachten das Ende erreicht. Später, als es schon lange nach Weihnachten war, wunderten sich manche Leute űber die Tag und Nacht brennenden Lichter. Manche sahen es wie das ewige Licht der Lampe vor dem Altar in der Kirche. Da der einsame Kumpel ein ziemlich merkwűrdiger Kauz war, sollte man sich űber sein Verhalten nicht zu sehr wundern. Den ganzen Winter hindurch hatte man ihn nicht gesehen, aber es ist schon so, dass ein Behinderter ungern auf Schnee und Eis spazieren geht.

Der Sommer kam, sein Briefkasten im Hausflur war schon űberfűllt, manche Briefe steckten etwas heraus. Weiterhin brannten die Lichter. Niemand hatte daran gedacht etwas zu unternehmen. Kein Nachbar klopfte an seine Tűr. Seine Rechnungen waren vom Bankkonto aus beglichen, warum sollte ihn jemand stören? Nur der Hund der Nachbarn von Oben hat sich immer etwas länger vor seiner Tűr aufgehalten. Er schnűffelte etwas, aber er durfte nicht bellen und wurde an der Leine gleich weiter gezogen. Zwar sind die brennenden Adventskerzen jetzt mitten im Sommer ziemlich merkwűrdig, aber sie stören ja Niemanden. Man sollte dem Kumpel seine Ruhe lassen und die hatte er nun. Seine ewige Ruhe.



Im Advent 2005

Inne jezioro zapomnienia

jezioro zapomnienia


To nie o takim jeziorze zapomnienia, jak to leśne uroczysko, które opisałem. Ono tkwi głęboko w naszym wnętrzu. W nim jest zatopiona nasza pamięć.

Anna miała kochającego męża i żyła z nim szczęśliwie w innym mieście niż teraz. Wyjechała stamtąd, bo nie potrafiła się teraz spotykać z tamtejszymi ludźmi, którzy ją znali dobrze i próbowali się z nią kontaktować. Nie znała ich już, a oni ją świetnie znali. Z tamtego miasta przyjechała z nim. Jest jej przyjacielem. Wie, że mieszkali ostatnio razem, choć go nie kochała. Wytłumaczono jej, że był jej mężem, ale nie pamięta tego, nie wie jakich chwil z nim zaznała w poprzednim życiu. Niczego nie pamięta, ich małżeństwa, o którym jej tyle opowiadał i które trwało długo w tamtym mieście. Urodziła się jakby na nowo gdy miała trzydzieści lat. Była znów dzieckiem, on uczył ją mówić, jak trzeba jeść, jak się ubrać, zawiązać sznurowadła, wszystkiego, jak każde dziecko. Uczył ją jak żyć.

Po kilku latach dzięki niemu, który ciągle jej powtarzał, że ją kocha, poczuła się znów normalną, dojrzałą kobietą. Jan, jej przyjaciel nie potrafił jej jednak przekonać, że jest jej mężem sprzed lat. Wszystko co się wydarzyło przed tym strasznym wypadkiem zostało zatopione w głębi jej niepamięci. Anna wie, że nigdy nie będzie już miała wspólnych wspomnień z Janem, choć on jej pokazuje ich stare zdjęcia sprzed laty, gdzie jest młodą szczęśliwą mamą z małą dziewczynką. Jan tłumaczy, że to ich córeczka Ania. Na jej grób Jan jeździł zawsze sam. Anna nie miała nigdy córeczki, ani męża. Tylko Jan miał je obie. Zamiast żony, ma teraz przyjaciółkę, która często słucha jego wspomnień, choć nie dociera to do niej, że dotyczą także jej sprzed lat, zanim runął w niepamięć ich wspólny świat w strasznym wypadku. Wspomnienia zachował tylko on, choć dotyczą ich obojga. Ona ma tylko przyjaciela, który więcej o niej wie, niż ona o sobie samej. On ją nauczył na nowo żyć. Teraz i ona chodzi z nim na grób tej małej dziewczynki, którą on tak czule wspomina.

Jan pozwolił jej wtedy prowadzić samochód. To nie była jej wina, on to doskonale wie. Anna nie ma wyrzutów sumienia, bo niczego nie pamięta.

IRENA - Wspomnienia ciągle duchem młodej PRA babci malarki

Wspomnienia ciągle duchem młodej babci malarki, spisane dla wnucząt i prawnucząt



Było to w Sosnowcu gdzie się urodziłam w wieku pięciu lat, kiedy to mama podarowała mi komplet kredek i blok rysunkowy, żebym mogła malować swoje światy. Potem wracałam często do motywów z dzieciństwa. Malowałam wspomnienia, czy też malując wspominałam.

Spędzałam wtedy sporo czasu u babci. Pokój sypialny był tam wąski i długi, z jednego końca nieco zakrzywiony, gdzie stała olbrzymia trzydrzwiowa szafa z wielkim kryształowym lustrem. Było ono nadzwyczajne, przywiezione przez dziadka aż z Wiednia z okazji jakieś rocznicy. Babcia się w nim często przeglądała, szczególnie nieco dłużej przed wyjściem na rozliczne bale i rauty. Dbała ona o swoją urodę, co dokumentuje pokaźna ilość zdjęć, w tym nawet kolorowe. Widać na nich bardzo piękną i urodziwą panią. Dziadek z babcią bywali też na koncertach, na przedstawieniach operetki i opery. W sobotnie południa, kiedy babcia przygotowywała niedzielne obiady, miała zwyczaj, by sobie beztrosko podśpiewywać – „W blasku zórz trzy boginie spór zacięty wiodły już, która z nich piękniejszą będzie…” Największym pokojem w mieszkaniu był salon. Wisiały tam dwa wielkie portrety babci i dziadka w strojach balowych. Były to możliwie największe zdjęcia na specjalne zamówienie, jakie wówczas wykonywano. Dziadek zapraszał swoich najznakomitszych gości do salonu. Tam również było wielkie kryształowe lustro. W nim odbijało się wszystko to, czego na pierwszy rzut oka nie można było ogarnąć. Bujna i obficie kwitnąca chińska róża w barwnej majolikowej donicy stawała się jeszcze bujniejszą rośliną. W salonie stał też na wysokim stoliku gramofon z pomarańczowo turkusową tubą. Babcia dbała o umuzykalnienie rodziny. Lubiła posłuchać swoich ulubionych płyt, a wtedy i ja zapamiętałam niejedną melodię operetkową. Moja mama i ciocia Krysia miały do swej dyspozycji fortepian. Pamiętam, że zachwycałam się walczykami w wykonaniu mamy. Wujek Zdzisiek nie grał na żadnym instrumencie, ale jego pasją była muzyka jazzowa, którą odtwarzał z płyt.

Kiedyś babcia zwierzyła mi się w tajemnicy, że głęboko w szafie ma ukryty kupon tkaniny w amarantowym kolorze. Dziadek przywiózł ten materiał dla babci z zagranicy, gdzie ten kolor był bardzo modny, ale u nas jeszcze się nie przyjął. Babcia chciała sobie uszyć z niej wystrzałową suknię balową, ale ciągle z tym zwlekała, bo czekała aż ten kolor i u nas stanie się modny. Później, gdy już studiowałam w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przekonałam się, że na moich obrazach używam najczęściej amarantu, mego ulubionego koloru wraz z kobaltem, fioletem i ultramaryną. Tuż przed wojną, na piąte urodziny otrzymałam trzy sukienki. Jedną w kratkę koloru różowego, drugą seledynową z drobnymi wianuszkami, a trzecia była niebiesko turkusowa. Od babci otrzymałam komplet różnych kolorów wstążek do moich długich włosów, pośród których nie zabrakło i amarantowej. Pamiętam, że BARDZO KOCHAŁAM BABCIĘ I DZIADKA. Dziadek nosił zawsze u szyi zawieszony dwumetrowy centymetr i miał pod szyją zawiązaną bordową muszkę. Niestety, już w pierwszych dniach po wybuchu drugiej wojny światowej odszedł od nas dziadek. Widzę jak przez mgłę nasze spacery w kierunku Pałacu Schoena a potem poczęstunek wodą z szafirowego syfonu. W pracowni dziadka uwijało się kilku czeladników i uczniów krawiectwa. Zawsze istniał tam wielki ruch. Przenoszono i rozwijano tam i z powrotem bele tkanin w różnych kolorach. Dziadek dobierał odpowiednie tkaniny, rysował na nich biała kredką modele i przycinał dużymi nożycami materiał. Dziadek uchodził za najlepszego krawca w Sosnowcu, bo nawet tak znakomity aktor jak Julian Osterwa zlecał mu swe garnitury do uszycia. Dowiedziałam się o tym aktorze z książki, obszernego opracowania historycznego, poświęconego Teatrowi Polskiemu tamtych czasów, która znajdowała się w bibliotece rodziców. Było w niej kilka reprodukcji witraży Wyspiańskiego, które zachwyciły mnie kombinacją kolorów turkusu, kobaltu i fioletów. Zafascynowanie tą gamą kolorów pozostało mi do dziś i często ją wykorzystuję w swoim malarstwie.

Nie wspomniałam jeszcze o domu, w którym mieściła się pracownia dziadka. Była to trzypiętrowa kamienica, ze sklepem od frontu. Do kamienicy przylegała jeszcze oddzielona beczkowato sklepionym holem od strony podwórza piekarnia rodziny Kiepurów. Właścicielami piekarni byli rodzice słynnego śpiewaka operowego Jana Kiepury. Z piekarni dochodziły na przemian odgłosy znanych arii operowych czy pokrzykiwania uczniów ładujących bułki i chleby na wózki. W oficynie na podwórku grałam z dziećmi w klasy w klasy i inne gry dziecięce. Tam poznałem małą Salcię, którą się trochę opiekowałam. Na trzecim piętrze, gdzie mieszkali moi dziadkowie mieszkała także rodzina Salci. Jej babcia w podzięce za opiekę nad wnuczką zapraszała mnie na pyszną macę, przysmak żydowskich mieszkańców. Tutaj żyły blisko siebie rodziny polskie i żydowskie. Mimo zdarzających się małych sprzeczek i drobnych kłótni istniały dobre międzysąsiedzkie stosunki. Gdy przychodziłam do domu dziadków wchodziłam jakby w jakiś inny zaczarowany świat. Ta dość obszerna kamienica miała w swym wnętrzu niezwyczajne miejsca. Takie były korytarze i poszczególne mieszkania. Korytarz był zgoła magiczny. W ścianach i suficie znajdowały się liczne szpary przez które przenikało kolorowe światło. Czasem wpadała szafirowa ważka a czasem ptak polujący na nią, okazało się że była to jaskółka, których kilka gniazd znajdowało się tuż pod sufitem. Mama Salci zawołała nas i zaprosiła do kuchni. Było to duże pomieszczenie pomalowane na biało z olbrzymim piecem w którym piekły się mace. Na górze pieca już prawie pod sufitem było dla nas miejsce do wygrzewania się. Kiedyś mama Salci wsadziła nas nagle do dużej szafy, z której przez szparę widzieliśmy za otwartymi drzwiami do sypialni kilku zebranych tam mężczyzn. Wszyscy byli ubrani w lśniące czarne chałaty z takimi samymi kepi na głowie. Do nakryć głowy były tasiemkami przyczepione małe pudełeczka. Mężczyźni kiwając się zaczęli tajemniczo szwargotać. Po chwili szwargot przemienił się w piękny śpiew. Nagle drzwi szafy się otwarły i obydwie z Salcią wylądowałyśmy w sieni przed drzwiami do kuchni mej babci. Któregoś dnia zjawił się młody sąsiad z kamienicy i poprosił babcię, czy może nas zabrać do siebie i pokazać nam coś ciekawego. Zaprowadził nas do swego jasnego małego pokoju. Był to młodzieniec o jasnych długich włosach i szafirowych oczach. W moich dziecięcych wyobrażeniach wyglądał jak archanioł Gabriel czy mój anioł stróż. Pokazał nam zadziwiający przedmiot. Dziś wiem, że był to kalejdoskop. Gdy się zajrzało przez otwór do środka obracając go wkoło, pojawiała się orgia zmieniających się nieustannie kształtów i kolorów. Po dłuższym oglądaniu podziękowałam mu i poszłam odprowadzić Salcię, a sama pobiegłam do babci i mamy. Przytuliłam do nich pełna emocji i powiedziałam, że już wiem kim będę w życiu. Chcę zostać malarką i będę malować takie niezwykłe kolory i kształty, jakie widziałam w kalejdoskopie.

A tak wygląda mój autentyczny życiorys: urodziłam się 25 lipca 1934 roku w Sosnowcu na ulicy Nowej 8, w budynku wielokrotnie nagrodzonym za innowacje i nowoczesność. Mieszkanie miało mały balkon od strony ulicy. Od wczesnych lat lubiłam stamtąd podglądać śpieszących się ludzi, rowery furmanki a nawet bryczki i karety zaprzęgnięte w czwórkę koni. Na balkonie o piętro niżej w sąsiedniej kamienicy zauważyłam śliczną dziewczynkę o blond włosach z oczami koloru chabrów. Jak się później dowiedziałam, miała na imię Dobrochna. Udało mi się z nią zaprzyjaźnić. Miałyśmy jeszcze trzecią koleżankę Teresę Wojtyłko, której tata był znanym dentystą. Teresa nosiła okulary bo miała dużą wadę wzroku. Mama Teresy przypominała urodą Lolo Brygidę. Z trójki naszych mam uważała się za najładniejszą. Według mnie moja mama była najpiękniejsza, ale jeśli już, to pierwsze miejsce można by przyznać mamie Dobrochny. Jej włosy stanowiły istną burzę loków, a oczy były przepastnie szafirowe i przekazywały samą dobroć i radość. Wymarzyłam sobie, by Dobrochna była moją najlepszą przyjaciółką. Zapraszałam ją na spacery z moim młodszym bratem Nynkiem, z którym jeździłam w wózku pod opieką niani. Z koleżankami wymyślałyśmy sobie przeróżne zabawy. Zachodziłyśmy na pobliskie kolejowe osiedle, gdzie znajdowały się komórki w których właściciele hodowali kury i króliki. Karmiłyśmy i rozpieszczałyśmy je. Gdy przebywałam z koleżankami u mnie w domu, miałam do dyspozycji bardzo duży zestaw lalek. Do powstania tego zbioru doszło głównie z inicjatywy mego ojca chrzestnego. Zauważył on widocznie niedługo po narodzinach mego młodszego brata Jurka, że stałam się bardziej osowiała i smutna. Faktycznie poczułam się jakby odstawiona do drugiego szeregu w rodzinie. Z okazji moich kolejnych urodzin podarował mi mój majętny chrzestny aż 13 lalek. Był to zestaw od małych bliźniaczych laleczek, do bardzo dwu dużych. Jedna nawet zamykała oczy. Od babci zaś otrzymałam lalkę z prawdziwymi włosami, a na dodatek potrafiła płakać, ronić prawdziwe łzy. Od cioci Krysi dostałam pluszowego misia. Koleżanki przyjęłam czekoladą z pianką i ciastkami z cukierni państwa Jaskólskich.

W latach przedwojennych miałam bardzo urozmaicone dzieciństwo, bo przez jakiś czas, uczęszczałam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. Przypominam sobie moje pierwsze sukcesy plastyczne. Dla sosnowieckich przedszkoli ogłoszono konkurs na wycinankę z kolorowego papieru na projekt torby. Zdobyłam w nim pierwszą nagrodę. Ja i rodzice ze mną byli uszczęśliwieni.

Sporo czasu spędzałam także z babcią. Pewnego razu babcia zwróciła się do mnie bardzo tajemniczo, że czeka mnie dziś niespodzianka. Musi mnie wyjątkowo ładnie ubrać, bo udamy się do bardzo ważnej osoby w bardzo w ważnym miejscu. Babcia zaplotła mi starannie dwa warkocze, a w nie dodała okazałe wstążki. Ubrała mi sukienkę w pepitkę, którą miałam na specjalne okazje, zaś na to modną wtedy pelerynkę. Dwie elegantki, babcia i wnuczka udałyśmy się do miasta. Po drodze mijałyśmy narożny budynek z dwoma dużymi wystawowymi oknami, gdzie znajdował się sklep z artykułami elektrycznymi, którym kierował mój tata. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed witryną, bo była tam wystawiona bardzo atrakcyjna nowość, rozległa plansza z jeżdżącą kolejką elektryczną. Zabawka przykuwała mój wzrok, musiałam się na nią napatrzeć. Tata nas zauważył i zapraszał do środka, ale babci było już pilno pójść dalej. Pospiesznie ruszyłyśmy w drogę. Po chwili przemierzałyśmy już różne zaułki miedzy oficynami, aż znalazłyśmy się przed wejściem do pomieszczenia, gdzie czekała na nas bardzo miła uśmiechnięta pani. Była to osoba nieco pochylona, dość niskiego wzrostu. To koleżanka babci, pani Miecia Mieszkowska, autorka wielu mi znanych zdjęć, jakie wisiały w salonie mej babci. Pani zaprosiła nas do dość obszernego pomieszczenia. Było tam bardzo jasno, bo jedna ze ścian, jak i sufit stanowiły przeszklone powierzchnie przez które wpadało do środka mlecznie białe światło. Na ścianie za małym podwyższeniem były rozwieszone różne tła, a przed tym na środku stał drewniany statyw. Na nim był umieszczony duży drewniany aparat fotograficzny. Pani Mieszkowska postanowiła dziś spełnić prośbę babci, by wykonać nam kilka zdjęć. Pierwsze zdjęcie miało być wspólne. Zostałyśmy przez panią Miecię odpowiednio upozowane jako witająca się babcia z wnuczką. Do następnych zdjęć byłam już ustawiana w różnych pozach, między innymi z wielkim słonecznikiem. Babcia już wcześniej pozowała kilkakrotnie pani Mieci do zdjęć, bo była widocznie dobrą modelką dla swej fotografującej przyjaciółki. Pani Miecia jako jedna z pierwszych zaczęła odpowiednimi farbami zdjęcia podkolorowywać. Robiła to z dużym wyczuciem i bardzo subtelnie. Wiele z tych zdjęć znajdowało się w albumach fotografii rodziców, ale było i jedno dziadka w stroju krakowskim, które wisiało u babci w salonie. To zdjęcie zdobyło nagrodę w konkursie fotograficznym.

Od dnia wybuchu wojny wszystko się całkowicie zmieniło. Pierwszego września 1939 roku, we wczesnych godzinach porannych Niemcy zaatakowali Polskę. Zaczęła się druga wojna światowa. Ojciec próbował nas wywieść poza Sosnowiec, dalej na wschód, aż się sytuacja uspokoi, bo nikt nie sądził, ze wojna potrwa parę lat. Zaistniała panika, trudno było o środki lokomocji. Tatusiowi udało się zdobyć jedynie furmankę konną. Musiał udać się do swej jednostki wojskowej w Buzku Zdroju. Pojechaliśmy tam razem. W trakcie tej ucieczki przejeżdżaliśmy przez płonący Pińczów. Musieliśmy się rozstać z ojcem. Po licznych kłopotach związanych z powrotem do Sosnowca rozpoczęliśmy nasz trudny okres wojennego bytowania. Nie był to jednak ten sam wygodny budynek, a rudera w starej części Sosnowca, dokąd nas Niemcy wysiedlili.

Podczas wojennych lat nie uczęszczałam w ogóle do szkoły. Miałyśmy z koleżankami tylko ukryte nauczanie, tak zwane tajne komplety raz u nas w domu, albo u koleżanek. Musiało to mieć charakter zabawy, bo tego typu nauczanie było pod groźbą surowych kar zakazane. Te wojenne rygory zaczęły coraz bardziej włączać i nas dzieci w swe ponure tryby. Zwolna dochodziło do mnie, że mój ojciec udziela się w tajnej organizacji wojskowej, należał bowiem do AK, czyli do armii podziemnej. Teraz musiała moja mama zadbać o środki na życie, musiała pójść do pracy. Znalazła zajęcie jako sklepowa. Podczas nieobecności mamy opiekowała się nami starsza pani. Zapamiętałam ją jako bardzo zgarbioną staruszkę o pobielałych włosach spiętych małym koczkiem na czubku głowy. Czasem zabierała nas do siebie, do swego mieszkania, znajdującego się opodal mieszkania babci. Wdrapywałyśmy się tam stromymi schodami na trzecie piętro, na poddasze. Całe mieszkanie stanowił mały pokoik, który stanowił bardziej kapliczkę, gdzie centralnym miejscem był ołtarzyk z figurą Matki Boskiej z Lourdes tonący w kwiatach jaśminu i bzów. Od sufitu zwisały powiązane zasuszone bukiety ozdobnych ziół i kwiatów, co dodatkowo nadawało uświęconego charakteru temu miejscu pełnego dziwnych zapachów. Siostra Ela jak do niej mówiłyśmy, opowiadała nam historie z życia dzieciństwa Jezusowego. Dla mnie urządziła nieco mniejszy ołtarzyk z figurką Matki Boskiej u nas w domu przy moim łóżeczku. Tam wspólnie z mamą odmawiałyśmy litanię do Matki Boskiej.

Pod koniec wojny chodziłam na katechizm i przygotowywałam się do Pierwszej Komunii Świętej. Nadszedł uroczysty dzień, ale wcale się takim nie stał dla mnie, bo ojciec został tego dnia wcześnie rano aresztowany. Mieliśmy właśnie udać się z mamą do kościoła, gdy w domu pojawili się gestapowcy, czyli tajni hitlerowscy policjanci. Jeden z nich mówiący po polsku przystawił mi do skroni lufę rewolweru i powiedział, że skłamałam w rachunku sumienia, bo podczas przeszukiwań znalazł też moją karteczkę. Podczas wypytywania mnie przez gestapowca nie powiedziałam mu o znanych mi tajemnicach z działalności wojskowej ojca. Zdenerwowana i przejęta zaistniałą sytuacją z ojcem ogryzłam nieco wosku świecy przygotowanej do kościoła. Bardzo się tym przejęłam, że nie przyjęłam potem komunii św. na czczo. Ojciec został przez dłuższy czas zatrzymany w więzieniu Monte Luppich w Sosnowcu. Często podchodziłam z mamą możliwie jak najbliżej murów więzienia. Wypatrywałyśmy możliwości kontaktu z ojcem, poprzez podrzucane grypsy. Czasem jakieś dochodziły. A bywało tak, że w tym i ja pomagałam na swój dziecięcy sposób. Udawałam, że bawię się grając w klasy możliwie najbliżej miejsca podrzucenia grypsu pod murem więzienia. Niby przesuwałam kamyki, a udało mi się znaleźć i zebrać podrzucony gryps. Gestapo podejrzewało, że w domu mogą się znajdywać wiadomości od ojca i przychodzili dlatego kilka razy na rewizje. Gestapowiec przebiegle wykorzystał naiwność mego małego brata Jurka i dowiedział się od niego, że mama coś w piecu przechowuje. Po jakimś czasie Niemcy wypuścili ojca, licząc na to, że będzie pod obserwacją. Wojna miała się ku końcowi aż wreszcie na początku 1945 roku w styczniu wkroczyli do nas Rosjanie. Przedtem słyszeliśmy jakby groźne dudnienie z daleka i front od strony Krakowa zbliżył się szybko do Sosnowca. Pośród rosyjskich żołnierzy zobaczyłyśmy młodego Polaka w znanym nam mundurze w czapce rogatywce z orzełkiem, ale bez korony, nie takim jak przed wojną. Jego dowódca zezwolił mu wstąpić do nas na kilka godzin i wypocząć. Zmęczony wojak usiadł na małym zydelku w kuchni, zdjął buty i poprosił o miskę z wodą, którą mu nasza niania zaraz przygotowała. Nawiązała się między nimi nić sympatii, bo oboje pochodzili z tej samej wsi. Okazało się potem, że ta sympatia przerodziła się w głębsze uczucie i młodzi się pobrali, a przy ślubie pomogła im moja mama. Trudny czas wojny, wszystkie te przykre i niebezpieczne momenty, a nieraz czas głodowania skończył się dla nas. Niania sprowadzała nam jeszcze niedostępne wiktuały, takie jak masło od siebie ze wsi.


Byliśmy znów wszyscy razem. Nastąpiły szybkie zmiany w miejscach zamieszkania. Zaraz po zakończeniu wojny ojciec został skierowany do służby cywilnej i zaczął pełnić funkcję pełnomocnika od spraw mieszkaniowych w Bielsku Białej. Wobec zmiany miejsca pracy ojca rodzice postanowili zamieszkać w przydzielonym im wygodnym mieszkaniu w tamtejszej atrakcyjnej okolicy. Mieszkanie w podgórskiej miejscowości sprzyjało także zdrowiu nas dzieci. W Bielsku zapisano mnie do szkoły, ale nie było to jeszcze w pełni zorganizowane i nie wywołało u mnie zbytniego entuzjazmu. Nie zdążyłam się tam zadomowić, bo ojca przeniesiono na powrót do pracy w centrum województwa. Beskidami nie zdołałam się zbyt długo nacieszyć. Wróciliśmy znowu na krótko do Sosnowca, do tego samego budynku, gdzie mieszkaliśmy przed wojną, tyle że do większego mieszkania, tym razem na pierwszym piętrze.

Następna przeprowadzka prowadziła już do Bytomia. Otrzymaliśmy mieszkanie na pierwszym piętrze domu przy ul. Olejniczaka 5, które stało się odtąd moim domem rodzinnym. Parter domu zajął wspólnik ojca. Niedługo obaj utworzyli prywatną firmę produkcyjną, bo w okresie powojennym istniała potrzeba wzbogacania rynku przez drobną produkcję. Wiodło się nam nie najgorzej, jako że należeliśmy do tak zwanej wówczas prywatnej inicjatywy, którą komuniści wkrótce nie tolerowali zbyt chętnie, a wręcz nękali podatkami.

W międzyczasie także Dobrochna znalazła się ze swoją mamą w Bytomiu, gdzie w krótce spotkałyśmy się. Zaprosiły Teresę i mnie na kilkudniową wyprawę do Świerklańca. Tam nad wielkim jeziorem znajdywał się uroczy pałac na wzór tego słynnego wersalskiego. Przybrany ojciec Dobrochny był zarządcą dóbr w Świerklańcu i miał możliwość zapraszania nas tam na krótkie pobyty. Mama Dobrochny dojeżdżała z Bytomia do Świerklańca karetą zaprzężoną w dwie pary karych koni. W trakcie jazdy doszło w okolicy Piekar do gwałtownej burzy i piorun uderzył w starszego człowieka szukającego schronienia pod drzewem. W ośrodku zamieszkałyśmy w małej willi położonej w uroczym kwitnącym ogrodzie. Nasze pomieszczenia były typowymi pokojami dla dzieci , udekorowane ilustracjami z bajek Disneya. Po kolacji mama Dobrochny zaintonowała pieśni majowe i modlitwy wieczorne. Nasz pobyt w prześlicznym ogrodzie w Świerklańcu, sny i marzenia w różowym łóżeczku minęły zbyt szybko. Pierwsze powojenne lato powoli się kończyło i razem z koleżankami miałyśmy wreszcie od września zacząć uczęszczać do szkoły, tak bardzo upragnionej przez te lata wojny. Wkrótce, choć z dużym opóźnieniem miał się zacząć ten mój czas szkolnej nauki. W domu czekał już na mnie wybrany tornister, elementarz i zeszyty. Był też piórnik z małym „plastusiem” i przyborami do pisania. To miała być ta prawdziwa szkoła, której podczas wojny nie miałam. Podobnie jak wszystkie koleżanki miałyśmy teraz na uroczystość otwarcia roku szkolnego przygotowane granatowe mundurki marynarskie. Potrafiłam już czytać, bo przedtem nauczyłam się tego na kompletach, oraz pomagała mi w tym starsza koleżanka, córka państwa Jaskólskich, właścicieli pobliskiej kawiarni. W okresie karnawału urządzano tam coroczne bale kostiumowe, w których uczestniczyli także moi rodzice razem z innymi sąsiadami. Moja mama szyła swoje kreacje sama, bo jako córka krawca miała w tym kierunku duże zdolności i rozwiniętą pomysłowość. Suknie te były bajecznie kolorowe i kwieciste, uosabiające nadchodzącą wiosnę. Zdarzyło się że mama została okrzyknięta królową balu. Wtedy zaśpiewała jeszcze arię z operetki Lehara: Widziałam motyla tańczącego pośród drzew… i zyskała dodatkowo duży aplauz. Nastał czas, by myśleć poważnie o szkole, o nadrobieniu straconego czasu lat wojny i tego zaraz po jej zakończeniu. Wtedy nasze życie nie było jeszcze całkowicie unormowane. W pierwszym bytomskim okresie zamieszkała także z nami babcia. Mama zaczęła organizować moje pójście do szkoły. Przedtem miałam poddać się badaniom lekarskim. Mama odkryła w pobliżu prywatny gabinet lekarski. Z listy uczniów dowiedzieliśmy, że córka owego lekarza, moja przyszła przyjaciółka Nina Głowińska pójdzie ze mną do tej samej klasy. W ten sposób moi rodzice zaprzyjaźnili się z państwem Głowińskimi, a ja z Niną. Mama Niny zaprosiła nas na kolację do nich do domu, co stało się początkiem nawiązania bliskich stosunków towarzyskich. Mieszkanie państwa Głowińskich składało się z dwu olbrzymich pokoi o czterdziestu metrach kwadratowych powierzchni urządzonych meblami gdańskimi. W gabinecie pana domu wisiał nad biurkiem duży portret pędzla znanego na Śląsku malarza, Mariana Wyrożemskiego. Prócz tego wisiał tam obraz Vlastimila Hoffmana przedstawiający dwie główki dziecięce, oraz półakt rudej kobiety. Z Niną spotykałam się odtąd coraz częściej i stałyśmy się bardzo bliskimi przyjaciółkami. Tylko z nią przetrwała sprawdzona przyjaźń do naszej późnej starości.

Pod koniec lat czterdziestych powodziło się już mojej rodzinie nieźle. Tata dobrze prosperował jako współwłaściciel prywatnej firmy przewijania silników. Wyjeżdżaliśmy zazwyczaj na wczasy do Zakopanego. W willi Kosówka nad potokiem Młynówka wynajmowaliśmy dwa pokoje z werandami. W potoku bawiliśmy się z Jurkiem skacząc z kamienia na kamień. A gdy po deszczu potok przybierał, puszczaliśmy w jego nurcie stateczki z papieru lub z kory. Przy brzegu tego potoku poznaliśmy młodego geologa, który nam dzieciom pokazał jak się szuka śród kamieni ciekawych minerałów, a nawet prehistorycznych skamielin. Jurek i ja kontynuowaliśmy później dalsze zbieranie minerałów i skamielin i mieliśmy w domu dość pokaźne kolekcje. Posiadaliśmy kolorystycznie ciekawe kwarcyty w różowych odcieniach. Starsza pani, właścicielka Kosówki dbała o nasze całodzienne wyżywienie. Jeden z synów tej pani, był rudzielcem, mnie podobało się to, co malował i rzeźbił. Niestety, studiów na ASP nie zdołał ukończyć. Potrafił mi jednak sporo ciekawych spraw o sztuce opowiadać, więc często przesiadywałam w jego pracowni i przypatrywałam się jego pracy. Trudnił się wyrobem modnych wówczas góralskich piórników. Były to dekoracyjnie rzeźbione i podmalowywane pudełka na szkolne przybory do pisania. Ku mojemu zadowoleniu pozwalał mi spróbować podmalowywać kolejne piórniki, które sprzedawane były na Krupówkach. Okazało się, że stałam się jego zdolną pomocnicą i zaczęłam w ten sposób zarabiać uprawiając sztukę dekoracyjną. Ów Jaś próbował podrywać moją mamę na góralskie sanie z konnym zaprzęgiem, z czego i my z Jurkiem korzystaliśmy, bo mieliśmy przy okazji kulig. Ja próbowałam jechać za saniami na nartach, ale nie radziłam sobie z tym i często się przewracałam. Mama poprosiła drugiego z braci, pana Adama by zajął się moją nauką jazdy na nartach. Ten czarnowłosy mężczyzna o szafirowych oczach, o wspaniałej sportowej figurze, był znanym miejscowym narciarzem, który został zatrudniony do wówczas kręconego filmu Czarci Żleb, gdzie był podczas karkołomnych zjazdach dublerem mniej zdolnych sportowo aktorów. Pan Adam próbował nauczyć mnie jazdy na nartach na łagodnych stokach Antałówki. Podczas kolejnego zjazdu miałam jednak pecha, bo gdy się przewróciłam, skręciłam nogę do tego stopnia, że nie byłam w stanie wrócić do domu i wymagałam opieki lekarskiej na miejscu wypadku. Felczer opatrzył i zabandażował mi nogę. Pan Adam zachęcił mnie bym go mocno objęła za szyję, a on wziął mnie na ręce i jadąc na nartach zawiózł do domu. Po drodze bili nam inni narciarze brawo i tak dojechaliśmy do Kosówki, gdzie mama z panią gospodynią zaczęły ubolewać nad moim losem. Poprosiły jeszcze pana Adama by mnie wniósł do naszego pokoju na pierwsze piętro. Położył mnie na łóżku i pocałował mocno w usta. Po tym pocałunku byłam na zabój zakochana w panu Adamie. Po powrocie do domu chodziłam kilka razy do kina na film, w którym pan Adam występował, by zobaczyć choć sylwetkę mego ukochanego. To nowe uczucie przytłumiło moją pierwszą miłość do Czarka, do nieco starszego chłopca, który robił dla mnie latawce i uczył mnie je puszczać. Chodziłam z Czarkiem na spacery śród łanów zbóż, gdzie obficie porastały maki i chabry, które Czarek dla mnie zrywał, a ja potem wiłam sobie wianek. Gdy wracaliśmy, ja z wiankiem na głowie, siostry Czarka widziały w nas żelazną parę. Podziwiałam u niego w mieszkaniu namalowaną przez niego różę i marzyłam o tym, kiedy i ja taką namaluję. Zaraz po wojnie nastąpiła nasza przeprowadzka do Bielska i była wielka rozpacz, bo musieliśmy się rozstać. Na pożegnanie Czarek wraz z siostrami wręczyli mi efektowny album fotograficzny z dedykacją. Były obietnice pisania do siebie listów, ale z braku adresów nasze kontakty się skończyły. Wiele lat później, gdy byłam już późną artystką malarką, odwiedziłam z synem miejsca mego dzieciństwa w Sosnowcu. Wróciły wspomnienia, o których nie tylko piszę, ale i namalowałam też obraz, na którym umieściłam Czarka i siebie z latawcami.

W tamtym powojennym czasie poszerzał nam się w Bytomiu krąg znajomych i sąsiadów. Do budynku naprzeciw wprowadzili się państwo Mrozikowie, podobnie jak my ze Sosnowca, co nas po sąsiedzku do nich zbliżyło. Stanowili ciekawą parę, pani Usia, drobniutka blondyneczka a on pan Zbyszek, szczupły wysoki blondyn, oboje o błękitnych oczach. Mieli cztery córki. Moja mama została matką chrzestną ich córki Bożenki. Jak to w pobliskim sąsiedztwie, prawie codzienne były niezapowiedziane wizyty. Gdy na świat przyszła następna córka Martusia, podobna jak dwie krople wody do starszej Bożenki, chodziłam z nimi na spacery do pobliskiego parku. Później, gdy zaczęłam studia na ASP, malowałem je obie, bo były ślicznymi cherubinkowatymi modelkami. Podczas wakacji w Milówce, na rok przed moim egzaminem na studia do ASP w Krakowie urządzaliśmy sobie z panem Mrozikiem wspólne plenery malarskie. Malowaliśmy snopki siana w najprzeróżniejszych konfiguracjach na tle górskich pagórków od świtu po kolorowy zmierzch. Prawie jak impresjonista Monet. Zebrało mi się około dwudziestu prac. Przypadkiem znalazł się pośród nich jeden pejzaż pana Mrozika, co według niego przyczyniło się, że zostałam przyjęta na ASP.





Przedtem jednak nastał okres szkolny. Zaczęłyśmy z Niną uczęszczać do klasy wstępnej szkoły przy ulicy Piekarskiej. Zaraz po wojnie szkolnictwo przechodziło różne przemiany i reformy. Po ponad roku zostałam najpierw uczennicą gimnazjum, a potem liceum przy tej szkole.

Starałam się zbyt szybko nadgonić utracony czas lat wojny, bo do matury przystąpiłam w wieku 16 lat. Nim do tego doszło, czas szkolny nie upływał mi tylko na nauce, ale było jeszcze mnóstwo innych zajęć, także zabaw, do których się chętnie garnęłam. Może czasem za bardzo, bo miałam dość dobrze rozwinięte zdolności organizatorskie w tym kierunku. Zawsze miałam okazję popisać się moimi jeszcze dość nieśmiało ujawniającymi się zdolnościami plastycznymi. Moje pierwsze obcowanie z prawdziwymi dziełami malarskimi nastąpiło poprzez oglądanie obrazów jeszcze w Sosnowcu, w mieszkaniu rodziców Teresy. Pan Wojtyłko, ojciec Teresy chciał w młodości studiować malarstwo, ale warunki materialne jego rodziców mu wtedy na to nie pozwoliły. Został dentystą i po jakimś czasie mógł sobie pozwolić na gromadzenie obrazów. Szczególnie urzekły mnie dwa duże pejzaże z rzekami w zdecydowanie chłodnej gamie kolorystycznej. Były też dwa obrazy przedstawiające jeden akt dziewczyny, a drugi matkę z dzieckiem. Do zbioru należały jeszcze trzy martwe natury. Całe mieszkanie było zaprojektowane z dużym smakiem niedoszłego malarza. Dom Teresy nacechowany był także niezwykłą tragedią rodzinną państwa Wojtyłków. W okresie niemowlęcym jej młodszy brat uległ wypadkowi. Dziecko upadło tak nieszczęśliwie na podłogę, że zostało głucho niemym kaleką, choć w przyszłości wraz z postępem medycyny jej brat uzyskał już jako mężczyzna słuch i mowę.

W obszernym bytomskim mieszkaniu rodzice zafundowali Jurkowi i mnie akwarium. Te zainteresowania przeniosłam i na teren szkolny, gdzie zostałam przewodniczącą kółka przyrodniczego, a gdy ogłoszono konkurs na zagospodarowanie akwariów szkolnych przystąpiłam do niego, wygrałam go i otrzymałam nagrodę pieniężną. Moją panią profesor od przyrody była pani Kubrychtowa, dla której byłam ulubioną uczennicą. Pani profesor zwracała naszą uwagę swoją elegancją w ubieraniu się. Swoje stroje łączyła z wyszukaną biżuterią. Ta była bardzo ciekawie zaprojektowana, przypominała miniaturki rzeźb. Świadczyło to o jej wyrobionym smaku. Pod koniec nauki otrzymałam od niej w prezencie drobiazg, wisior na łańcuszku, który później na ASP podziwiały moje koleżanki. W szkole lubiłam deklamować wiersze. Profesor Cygan uważał, że mam miły tembr głosu i odpowiednio akcentuję frazy. Powierzył mi do zadeklamowania na akademii szkolnej Odę do młodości Adama Mickiewicza. Część pedagogów widziałaby mnie nie na ASP, jak sama tego chciałam, a w szkole aktorskiej. Poza nauką szkolną były organizowane różne koła zainteresowań. Między innymi także kucharskie, kelnerskie, kółka krajoznawcze.

W którejś z klas licealnych pojawił się w zastępstwie na lekcji fizyki młody profesor Janusz Wilusz, świeżo po studiach. Był przystojny, o ciemnej czuprynie i migdałowym wykroju szafirowych oczu. Zamiast zapowiedzianej klasówki, wyszedł z inicjatywą byśmy ożywiły i ozdobiły naszą pustą klasę. Zaproponował nam wykonanie poziomego fryzu dokoła całej klasy. Miały to być wycięte z kolorowych papierów liście akantu na czarnym tle. Podsunął nam pomysł na wiosenną wycieczkę w Pieniny połączoną ze spływem tratwami na Dunajcu. Wycieczka do Czorsztyna była bardzo udana, mieliśmy mnóstwo emocji i ciekawych wrażeń. W trakcie wycieczki przy ognisku z pieczeniem kiełbas doszło do ad hoc zorganizowanej potańcówki połączonej z konkursem na zaimprowizowany strój. Moja koleżanka Staszka i ja wygrałyśmy ten konkurs, ona pierwszą nagrodę, a ja drugą. Choć cała klasa kochała się w naszym młodym profesorze, to ja przetańczyłam z nim prawie wszystkie tańce. Byłam z tego bardzo dumna, ale i zadowolona bo mogłam porozmawiać o moich przyszłych studiach na ASP w Krakowie, a równocześnie dowiedziałam się od mego partnera że sam startował do ASP, ale się nie dostał i ukończył fizykę na uniwersytecie.

Któregoś dnia , spieszyłam się bardzo spóźniona do szkoły. Gdy wskakiwałam do tramwaju spostrzegłam, że zaraz za mną dołączył wysoki, szczupły no i przystojny blondyn z kręconymi włosami. Natychmiast zauważyłam u niego cudowne chabrowe oczy, którymi mnie z miejsca zauroczył. Zatrzymaliśmy się tuż obok siebie, nie mogąc złapać tchu, nie potrafiliśmy zacząć rozmowy. Po chwili młody człowiek się przedstawił, że jest Kaziu Juzwa i zdaje właśnie maturę w liceum męskim. Rozmowa trwała trochę i dowiedziałam się od niego, że przybył z liczną rodziną do Bytomia z kresów. W ten sposób poznałam Kazia, przyszłego męża Niny jeszcze przed nią. Gdy dotarliśmy na końcowy przystanek wspólnej jazdy, czekała już na mnie Nina z innymi koleżankami. Tam zapoznałam Ninę z Kaziem. Razem wstąpiliśmy jeszcze na krótko do szkolnego kościoła I rozeszliśmy się z Kaziem. Gdy my dotarłyśmy do szkoły, czekała tam już na nas uczniów pani Godzińska, dyrektorka szkoły. Była to bardzo godna, dama w pełnym tego słowa znaczeniu, nasza przez wszystkich ulubiona pani dyrektor i pedagog. Zaprowadziła nas zaraz do auli, gdzie w kilku słowach przekazała swe obowiązki, wyznaczonej przez władze nowej pani dyrektor.

U mnie w domu wysłuchiwałam stale różnych arii ze znanych oper, na które rodzice chodzili do tutejszej opery. Tata miał bardzo dobrze ustawiony głos, śpiewał barytonem, a mama sopranem. Ja niestety im nie dorównywałam, choć próbowałam jak mogłam. Tata mi opowiadał, że w dzieciństwie podśpiewałam dość wdzięcznie razem z chórem nadawaną w radiu kołysankę Mozarta. Moje zainteresowania muzyką operową kształtowały się też poprzez częste bywanie na spektaklach operowych. Najczęściej wybieraliśmy się do opery z moją przyjaciółką Niną i Kaziem, który był również wielkim fanem muzyki operowej. Brat ojca, mój stryj Marian przebywający we Francji od początku wojny przyczynił się jednak najbardziej do tego, że u nas opera była jakby udomowionym zwierzęciem domowym.

Stryj Marian uczył się śpiewu jeszcze przed wojną w kraju u znanej nauczycielki śpiewu, pani Horbaczewskiej. Potem był w wojsku i brał udział w kampanii wrześniowej, tak że po zajęciu Polski dostał się do Francji. Zaraz na początku wojny doszło do nadzwyczajnego spotkania w Lourdes z jego drugim bratem, moim stryjem Władysławem, którego również losy wojenne sprowadziły do Francji. Tam Marian spędził wojnę, brał udział w walkach podziemia antyniemieckiego, kształcił się dalej i później występował na wielu scenach operowych miast francuskich i zagranicznych, miał także spotkania w Bayreuth, siedzibie sztuki wagnerowskiej. Był wtedy znanym tenorem i zyskał sławę poprzez występy w różnych operach wagnerowskich. Przyjeżdżał również do Polski i śpiewał w Aidzie na scenie Opery Śląskiej w Bytomiu. Na tym spektaklu byłyśmy razem z moją przyjaciółką Niną i mogłyśmy się zachwycać wspaniałym głosem mego gorąco oklaskiwanego stryja.

Pani profesor Szumska organizowała nam zwiedzanie najpierw miejscowych zabytków, a potem i gdzieś dalej w kraju. Zainteresowania te przekształciły się w kółko krajoznawcze, które miało na celu organizować naszą działalność poznawczą. Na początek zaplanowaliśmy obóz krajoznawczy na Dolnym Śląsku. Pamiętam, że z różnych względów nie mogła w nim Nina uczestniczyć. Na obozie zaprzyjaźniłam się z koleżanką z klasy Staszką Czerner. Była to śliczna dziewczyna o czarnych oczach, kręconej czuprynie i prześlicznych dłoniach, na których wzorując się, usiłuję je zawsze malować na swoich obrazach. Do upamiętnienia wydarzenia miałyśmy prowadzić kronikę wyprawy, którą ilustrowałam ja i Staszka. Pamiętam że ja narysowałam ołówkiem popiersie księżny Piastówny, a Staszka portret jakieś świętej. Nasza wyprawa, jak oba rysunki i cała kronika były udane, przyjęte przez dyrekcje szkoły z dużym uznaniem. W sklepach brakowało butów turystycznych. Będąc jeszcze mało doświadczoną turystką wybrałam się na obóz wędrowny w świeżo kupionych twardych butach narciarskich trzymających sztywno stopę i do tego na zmianę sandałki z pasków, które ocierały mnie i powodowały pęcherze oraz otarcia na stopach. Po obozie musiałem długo leczyć powstałe rany.

Do tradycji naszego liceum należało urządzanie balów kostiumowych. Na jednym z nich wystąpiłam jako królowa nocy. Strój wypożyczyłam z Opery Śląskiej za pieniądze pochodzące z nagrody uzyskanej w wspomnianym konkursie na urządzenie akwariów. Na balu pomaturalnym wystąpiłam jako egipska księżniczka. Dzięki mamy zdolnościom plastycznym i krawieckim wyszła znakomita kreacja kostiumowa. Sama przyczyniłam się do wykonania elementów zdobień jak koraliki i liczne bransoletki. Jedynie perukę z Aidy trzeba było w operze wypożyczyć. Udało mi się do dziś zachować zdjęcie w tym kostiumie wykonane przez znany rodzinny zakład fotograficzny Idziaka, z którego wywodzi się cieszący się wielkim uznaniem operator filmowy. Przed maturą dyskutowałyśmy z Niną o tym jaki kierunek studiów wybrać. Nina wykazywała uzdolnienia do przedmiotów ścisłych jak i humanistycznych. Podobnie jak ja dobrze rysowała, ale malarstwo jej nie pociągało, a połączeniem jej zainteresowań była architektura. Razem z rodzicami Niny i moimi uznaliśmy, że dobrze byłoby się fachowo przygotować do egzaminu z rysunku, mieć wykonany zestaw odpowiednich prac do pokazania na uczelni. Osobą która miała nam w tym pomóc, był znany artysta malarz, mieszkający po sąsiedzku, Marian Wyrożemski. Do odniesienia pełnego sukcesu przy egzaminie wstępnym z teorii musiałyśmy pogłębić także wiadomości z historii sztuki. Tu miałyśmy do współpracy trzecią koleżankę, Elżbietę Dobrzańską, która wybierała się na historię sztuki przy UJ w Krakowie. Bywało, że w naszej małej grupie często zachodziłyśmy do naszego muzeum w Bytomiu, które posiadało jedne z najlepszych zbiorów malarstwa polskiego. Okazało się że dzięki temu miałam na egzaminie wcale nie gorsze wiadomości o malarstwie niż koleżanki i koledzy, którzy ukończyli licea plastyczne. Prócz wspólnego uczęszczania z Niną na lekcje rysunku, wkuwaniu do matury, spędzałyśmy nieco czasu u nas w ogrodzie przy ulicy Olejniczaka 5. Ogród był przegrodzony od sąsiedniego pergolą z rozłożystą wierzbą nad nią. Jej długie zwisające gałęzie muskały nasze rozpalone głowy. Wiosna szalała. Upojne zapachy jaśminów, fiołków i bzów dochodziły do naszych nozdrzy. Niebieskie wieczne pióro ze złotą stalówką, którym miałam pisać maturę, a było prezentem od mego stryja Mariana, niepostrzeżenie wypadło mi pomiędzy kwitnące fiołki i nie potrafiłam go odnaleźć. Musiałam maturę napisać całkiem innym piórem, zaś tamto znalazł mi w tym samym miejscu po dziesięciu latach mój przyszły mąż Józek. Nina była najlepszą uczennicą w klasie, a ja prześlizgiwałam się z przedmiotów humanistycznych na matematyczne i fizyczne, z których byłam znacznie gorsza. Przy maturze byłam jednak szczęściarą. Dostałam pytania z prawa Newtona i z budowy silników co miałam dobrze wykute. Oceną były piątki z plusem ku wielkiemu zdziwieniu profesorów. Świetny matematyk Zuber, jak go nazywaliśmy, był postawnym mężczyzną zawsze w eleganckim szarym garniturze. Miał srebrną czuprynę i czarny farbowany wąs pod nosem. Tłumaczył nam świetnie zawiłe meandry matematyczne swego przedmiotu. Drugi z profesorów, fizyk był profesorem uniwersyteckim, pracowicie dorabiający w naszej budzie. Tak jak Zuber doskonale uczył, tak on w pracowni fizycznej przeprowadzał ciekawe eksperymenty. Gdy moja mama poprosiła go o prywatne lekcje dla mnie, przychodził do nas na Olejniczaka i był do czwartej godziny. Podczas gdy ja odrabiałam zadania, on opowiadał mamie o swoim trudnym życiu. Miał ciężko chorą żonę, która ciągle płakała po utracie syna jedynaka. Niektóre z pań plotkowały, że moja mama uwodziła obydwu. Z historii, klapa. Na żadne z zadanych pytań niczego nie odpowiedziałam. Był to koniec przesłuchań. Profesor Szumska, dyrektorka egzaminów dała mi dostateczny stopień z historii, bo znała moje wiadomości z poprzednich odpowiedzi i wiedziała, że wybieram się na studia artystyczne w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.




Na egzamin wstępny do ASP w Krakowie pojechałam razem z mamą. Widocznie mimo zdanej już matury ciągle byłam jeszcze tą potrzebującej opieki córeczką. Miałam wtedy zaledwie16 lat. Przed samym egzaminem doszło do zabawnej sytuacji. Gdy w kolejce do egzaminu stałam z mamą, byłyśmy prawie jak dwie koleżanki, bo moja urodziwa mama wyglądała ciągle bardzo młodo i profesor Sawulak zwrócił się do nas, no która to z was przystępuje do egzaminu? Może mój zbyt młody wiek i to, że faktycznie wyglądałam jak podlotek, egzamin co prawda zdałam, ale zostałam przyjęta warunkowo jako wolny słuchacz. W czasie egzaminu wstępnego podczas rysunku w dużej sali usiadł obok mnie nieco starszy kolega. Zaproponował mi zrobienie korekty, bo wyjaśnił mi, że cośkolwiek się na rysunku zna, gdyż ukończył już trzeci rok studiów na architekturze. Przedstawił mi się, że jest Wiesiek Pater. Był niewysokim blondynem, o szarej zmęczonej twarzy. Nosił zwykle kapelusz, który ocieniał mu twarz, ale jego małe turkusowe ślepka mocno wyzierały spod ronda i zauroczyły mnie na pierwsze dwa lata studiów. Byłam szczęśliwa, kochałam chłopca i cały świat, w którym gdziekolwiek się z nim ruszyłam, rysowałam. Razem spędzaliśmy dużo czasu. Mieliśmy wspólne zajęcia na uczelni, w południe zjadaliśmy razem obiady, a potem był czas na poznawanie Krakowa, w czym Wiesiek był mi doskonałym przewodnikiem, bo Kraków był jego miastem rodzinnym. Pochodził z Krowodrza, miał bardzo ciężkie dzieciństwo za sobą, bo ojciec wcześnie zmarł i wychowywała go tylko matka, a do tego gdy nadszedł czas wojny i Wiesiek jako młodziutki chłopak wylądował po łapance w niemieckim obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Matce udało się go stamtąd po jakimś czasie wydostać. Z jego opowiadań podczas naszych spacerów dowiedziałam się dużo o jego trudnym dzieciństwie. Czasem wstępowaliśmy do miejskiego domu kultury, gdzie odbywały się zajęcia rysunku z modela, z czego chętnie skorzystałam. Najczęściej przemierzaliśmy trasę plantami do Wawelu i potem do mego aktualnego miejsca, gdzie mogłam tylko przenocować, bo stałego mieszkania nie mogłam znaleźć. Przez jakieś kilka miesięcy udało mi się mieć bardzo skromne miejsce w klasztorze u sióstr Duchaczek. Jakiś czas mieszkałem w wspólnym pokoju blisko budującej się wówczas Nowej Huty. Tu jazda tramwajem trwała trochę dłużej, Wiesiek prawie codziennie jeździł ze mną tramwajem. W polu czy między resztkami drzew owocowych powstawało jak mówiono nowe socjalistyczne miasto. Znany nam z krakowskiego Przekroju poeta Ildefons Gałczyński napisał tekst do piosenki : Popatrz jaki deszcz. Pewnego dnia padało wtedy, gdy staliśmy z Wieśkiem przemoczeni pod parasolem na przystanku w Nowej Hucie i z głośnika popłynęła melodia tej piosenki. To piosenka, którą od tamtego czasu do dziś pamiętam, bo było w niej o ludziach co mają smutne miny, a my roześmiani, a my zakochani w taki deszcz . Wiesiek zajmował się też fotografiką i zrobił mi wtedy dużo zdjęć. Kiedyś Nina przyjechała mnie w Krakowie odwiedzić i pozostały nam wspólne zdjęcia zrobione na Salwatorze przez Wieśka.

Bywało, że mój cały dobytek osobisty miałam przy sobie w dużej skórzanej teczce, którą mi Wiesiek nosił. Tak wyglądał dzień po dniu mój krakowski tydzień, a potem w sobotę jechałam aż cztery godziny pociągiem do domu do Bytomia. W poniedziałek wstawałam już o czwartej, by znów zdążyć na zajęcia w Krakowie. Byłam bardzo pilną studentką, zajęcia mnie szalenie interesowały. Powoli wchodziłam towarzysko w kręgi nieco starszej ode mnie młodzieży. W latach powojennych na opóźnione studia zgłaszało się sporo osób znacznie dojrzalszych i starszych niż ja, które często wykazywały już bardzo daleko rozwinięte uzdolnienia plastyczne. Nie zniechęcało mnie też to, że duża część koleżanek i kolegów miała ukończone licea plastyczne i rozwinięte umiejętności fachowe. Głównym zajęciem praktycznym na pierwszym roku był rysunek poranny i wieczorny w dużej amfiteatralnej sali, gdzie pozowały zawodowi modele, panie i panowie. Największe kłopoty bytowe jakie mnie w Krakowie wtedy trapiły, to było mieszkanie. Ciągle gdzieś mieszkałam kątem, bo Kraków był istną Mekką studentów i wciąż trudno było o mieszkanie. Korzystałam też z wszelkich możliwości konsumpcji kultury, sztuki i rozrywki jakie Kraków studentom oferował. Do nieodzownych przyborów nas studentów ASP należał szkicownik, kredki czy ołówki. Nawet na koncercie w filharmonii się szkicowało, nie mówiąc o plantach, czy kawiarniach. Trwała pierwsza krakowska miłość, zaczęłam nawiązywać nowe znajomości i przyjaźnie. Pierwszy rok szybko minął i ku mojej wielkiej radości zostałam już na drugi rok pełnoprawną studentką z indeksem i legitymacją studenta ASP. Odtąd zaczęłam jako pełnoprawna studentka nosić czapkę akademicką.

Po trwającym aż trzy miesiące wakacyjnym wypoczynku myślałam już pod koniec o przygotowaniu się na ponowny wyjazd do Krakowa. Chyba poczułam się już teraz w pełni studentką i na dodatek stałam się pełnoletnia, miałam nareszcie osiemnaście lat. Chciałam by było widać, że jestem studentką uczelni artystycznej, w czym mnie i moja mama utwierdzała, no i pomagała. Mama jako córka mistrza krawieckiego była wspaniałą krawcową, choć z pracowni dziadka tego nie wyniosła, po prostu miała w tym kierunku talent. Z ojca koszul wyczarowała mi kilka modnych bluzek, których wzory podglądnęłyśmy w zachodnich żurnalach. Z przysłanej mi przez wujka Mariana kolorowej wełenki w kratę mama wyczarowała mi efektowną spódnicę solejkę, a do tego jeszcze wąziutkie spodnie z brązowej wełenki i kamizelkę z tegoż materiału. Do tego doszedł jeszcze sweter w kolorze jaskrawego żółtego ugru, w którym zostałam uwieczniona na portrecie namalowanym dla rodziców przez naszego przyjaciela Mariana Wyrożemskiego. Pozuję na nim jako młodziutka malarka z paletą i pędzlem w ręku.

Babcia otrzymała od swej klientki przywiezioną z zachodu czarną lakierowaną torebkę ze skóry. To cudo było wewnątrz wykładane aksamitnym, turkusowym pluszem. Mieściło w sobie jaskrawo czerwony notesik z ołóweczkiem. W kosmetyczce znajdowała się puderniczka, szminka jasno różowego koloru i tusz do malowania rzęs. Było w niej jeszcze długie i wąskie lusterko pozwalające obejść się bez korzystania z zewnętrznego dużego lustra. W tym czasie nosiłam bardzo długi warkocz i mama uradziła ze swą przyjaciółką Żenią, że należałoby moje włosy bardziej malarsko zabarwić jak na przyszłą artystkę przystało. Wtedy brak było jeszcze na rynku tych różnych barwników do włosów jakimi dziś dysponujemy i panie wymyśliły, że zrobią to prontosilem. Mój długi i gęsty warkocz nabrał swoistego blasku i koloru. Zdarzyło się, gdy potem w Krakowie przechodziłam z moją nową koleżanką Krystyną Wacławik przez AB na rynku, jacyś studenci z Jagiellonki głośno zauważyli, że od tego warkocza bije rudy blask.



ASP - te trzy ważne dla mnie literki stanowiły w czasach socjalizmu inny skrót niż dziś i przed wojną. Moje studia rozpoczynałam na Akademii Sztuk Plastycznych. Gdy już byłam na piątym roku zmieniono nazwę mej uczelni na Akademię Sztuk Pięknych. Było to podczas tak zwanego polskiego października, czasu politycznej odwilży, odchodzenia od stalinizmu, częściowych reform i usuwania wypaczeń ustroju socjalistycznego. Wtedy fascynowaliśmy się zachodnim malarstwem, które zaczęliśmy poznawać, jazzem, zachodnio europejskimi filmami, tym wszystkim czego nam wzbraniano jako antysocjalistyczną kulturę. Ustrój po odnowie miał teraz być socjalizmem o ludzkiej twarzy. Kierunkiem artystycznym, nakazowo obowiązującym dla wszystkich dziedzin sztuki był dotąd realizm socjalistyczny, który od czasów politycznej odwilży odchodził powoli do lamusa historii. Na wystawach zaczęła się znów pojawiać abstrakcja. Nasi ówcześni profesorowie pozostali jednak wierni kierunkom, które do nas już przed wojną docierały głównie z Francji. Był to postimpresjonizm, a z tego rozwinął się u nas koloryzm polski. Część starszych profesorów hołdowała tym kierunkom, a młodsi już nowszym prądom, temu co do nowej sztuki wnosili Picasso, Braque, Leger, Matisse i inni. Może niezbyt wiele rozumiałam w czasach szkolnych z twórczości Picassa, ale samego mistrza spotkałam we Wrocławiu w 1948 roku, gdy przybył na Kongres Pokoju do Polski. Siedziałam bardzo blisko tego znanego artysty przy stoliku tuż obok w kawiarni na terenie Wystawy Ziem odzyskanych. Dopiero później, gdy zapoznałam się z twórczością wielkiego i oryginalnego mistrza, byłam dumna, że spotkałam go tu w Polsce.

Na drugim roku studiów dostałam się do pracowni profesora Zygmunta Radnickiego. To były moje początki studiów malarstwa. Profesor darzył mnie chyba szczególną sympatią, byłam w pracowni najmłodszą studentką, co dopiero uzyskałam pełnoletniość. Profesor poświęcał mi wiele uwagi, przychodził często na korekty i potrafił mi wiele spraw z malarskiego rzemiosła wytłumaczyć i dzięki tym rozmowom zaczęłam już cośkolwiek z malarskich tajemnic rozumieć. W tej pracowni wylądował również mój przyszły mąż Józek, który tu na akademię przeniósł się po pierwszym roku z poznańskiej uczelni. Parą jednak nie zostaliśmy tak od razu, to dojrzewało jeszcze przez kolejne lata studiów, nim doszło do zawarcia związku małżeńskiego na piątym roku studiów w 1956 roku, bo bywało różnie, jeszcze byli inni przed Józkiem, ale najbardziej emocjonalnie przeżywałam moje malowanie, próbowałam się w nim spełniać. Teraz na trzecim roku stałam się już studentką wydziału malarstwa w pracowni profesor Cybisowej. Pani Hanna Rudzka - Cybisowa była tym wspaniałym pedagogiem, który pomógł mi zdobyć i ukształtować moje osobiste malarskie widzenie świata. Profesor budziła w nas duszę artysty. Sama już wiele doświadczyła, była po paryskim pobycie studiów u mistrza Pankiewicza. Od niej dowiadywaliśmy się o wielkich postaciach impresjonizmu i postimpresjonizmu, o Mekce malarstwa, jakim był wtedy Paryż. Pani profesor stała się dla mnie poważnym autorytetem, ale też osobą która nawiązywała z nami bliski kontakt, Było, że gdy pani profesor zachorowała, pracownia wydelegowała mnie z koleżanką w odwiedziny do chorej. Drzwi otworzyła nam pani którą natychmiast rozpoznaliśmy, bo widzieliśmy już jej portret namalowany przez panią profesor. Była to jej serdeczna koleżanka, która się nią teraz opiekowała. Wprowadziła nas do dużej wybielonej pracowni z antresolą, pełno tu było artystycznego nieładu, tu pani profesor tworzyła, ale i mieszkała. Zobaczyliśmy ustawiona martwą naturę, którą pani profesor najwyraźniej ostatnio malowała. Zawsze zwracałam uwagę na wygląd pani profesor, z odpowiednim makijażem, modnie i elegancko ubraną. Na co dzień nosiła czarne kapelusze na kruczo czarnych włosach i w jej bladej twarzy wyróżniały się dość jaskrawo czerwono pomalowane usta. W chłodne dni nosiła, a właściwie występowała w pelerynie z rudych lisów sięgającej stóp. Gdy wychodziła na ulice Krakowa, budziła zawsze powszechną uwagę. Jednym z naszych asystentów w pracowni został dziś sławny malarz Andrzej Wróblewski. Przypadkowo byłam świadkiem jak do tego doszło do jego zaangażowania. Byłam wtedy już po drugim roku studiów i siedziałam na ławce w korytarzu na trzecim piętrze, gdzie mieściły się pracownie malarskie. Wtedy czekałam na panią profesor, by móc zapisać się do jej pracowni. Obok na drugiej ławce siedział starszy nieco ode mnie mężczyzna, niewysoki blondyn, ubrany w brązową sztruksową marynarkę. Wtedy jeszcze nie miałam o nim żadnego zdania, nie wiedziałam że siedzę obok jednego z największych polskich malarzy współczesnych. Gdy pani profesor wyszła z pracowni, mężczyzna podszedł do niej i ja usłyszałam mimo woli ich rozmowę. Prosił panią profesor o przyjęcie go na jej asystenta. Mówił o swoim dorobku i po chwili pani profesor wyraziła zgodę na pracę u niej od zaraz. Po chwili weszli razem do pracowni, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę czekałam. Po wyjściu pani profesor poprosiłam z dużą nieśmiałością o przyjęcie mnie do jej pracowni. Musiałam nieco o sobie opowiedzieć, nawet się pochwaliłam że pochodzę z artystycznej rodziny, że mój kuzyn Antoni Porębski już u niej studiował, co doskonale pamiętała, oraz że mam też wuja śpiewaka operowego we Francji. Po chwili sympatycznej rozmowy, w której pani profesor zwracała się do mnie per moje dziecko i zakończyła, bym w październiku zgłosiła się u niej w pracowni. Wyszłam dumna i szalenie ucieszona.

Gdy 1 października wróciłam do Krakowa na rozpoczęcie roku akademickiego, miałam już problem mieszkaniowy rozwiązany. Teraz najważniejszą sprawą dla mnie było zacząć studia u pani profesor Cybisowej. W pracowni było już kilku kolegów i koleżanek. Czekaliśmy na panią profesor i nastąpiło zaskoczenie, gdy weszła nie tyle znana malarka, a dama ubrana elegancko i zadbana w każdym szczególe garderoby i makijażu. Było kilka słów na powitanie i potem każdy ze studentów musiał coś o sobie opowiedzieć, oraz pokazać swoje wakacyjne prace. Do nowych studentów w pracowni należałam ja, jeszcze jedna koleżanka i nasz późniejszy przyjaciel Adaś Falkiewicz. Nam pani profesor poświęciła nieco więcej uwagi. Potem nastąpiła ceremonia ustawienia martwej natury do malowania. Zauważyłam, że Józek Halama –„Zizi” był ulubionym studentem pani profesor i w związku z tym pierwszym pomagającym w wybieraniu i ustawianiu martwej natury. Był to niewysoki blondyn, o jasno niebieskich oczach i prawie zawsze uśmiechnięty. Tak jak ładnie malował, ale też i zgodnie z zaleceniami pani profesor, Zizi ładnie śpiewał i akompaniował sobie na gitarze. Nieco zmęczeni malowaniem, urządzaliśmy sobie w pracowni istne koncerty aktualnej muzyki rozrywkowej, ale i operetkowej czy nawet operowej. Wiele wnosili w ten repertuar Adaś Falkiewicz, oraz jeszcze jeden kolega, trochę oryginał, wysoki i nieco dziwnie lustrujący każdego swym przenikliwym spojrzeniem Andrzej Meisner. Najważniejsze jednak były bezpośrednie kontakty z panią profesor w trakcie malowania przy sztaludze. W trakcie korekty dowiedziałam się bardzo dużo o roli koloru i światła w malarstwie. Pani profesor zachęcała nas do szukania własnych środków wyrazu poprzez samodzielną interpretację formy i koloru. Naszą profesor uzupełniali poprzez swoje korekty jej asystenci z których na pierwszym miejscu wymieniłam bym doskonałego malarza, dziś uznanego za wybitną osobowość w polskim malarstwie, Andrzeja Wróblewskiego. Żal, że tak krótko przebywał z nami z powodu jego tragicznej śmierci. Drugim asystentem z którym miałam już kontakt do końca studiów był malarz Józef Ząbkowski. Na rysunku wieczornym przeprowadzali nam korekty profesorowie Zbigniew Pronaszko, Emil Krcha, Jonasz Stern i sporadycznie Jan Swiderski. Poza malarstwem sztalugowym u pani profesor, miałam możliwość wyboru dwu dodatkowych specjalizacji na wydziale grafiki, a mianowicie uczęszczałam na zajęcia z grafiki warsztatowej, na litografię, oraz później na grafikę książki u pana profesora Witolda Chomicza. Bardzo mnie pochłonęła ilustracja i jako zadanie do zilustrowania książki wybrałam bajkę „ Siostra siedmiu kruków”. Moje pierwsze próby ilustracji wykonanych wyłącznie jako rysunki piórkiem i tuszem zostały przez profesora mocno skrytykowane jako zbyt ubogie w wyrazie. Profesor polecił mi wykonać ilustracje bardziej malarskimi środkami , co też zrobiłam i byłam mocno zdziwiona zyskując za nie same pochwały. Ostatecznie powstała pełna makieta książki jak do druku, uzyskała pełne uznanie i tym samym została pokazana na wystawie prac wydziału na koniec roku. Jeszcze na trzecim roku zapisałam się dodatkowo na zajęcia z projektowania plakatu u profesora Macieja Makarewicza. Pamiętam, że tutaj moim najważniejszym dokonaniem był plakat do opery Eugeniusz Oniegin. Wykorzystałam tu tworząc postać Tatiany narysowany przeze mnie portret mej ślicznej koleżanki z pokoju w domu akademickim Krystyny Wacławik. Plakat ten znalazł się na wystawie końcowej roku i otrzymałam zań nagrodę. Uzupełnieniem dla mojego malarstwa sztalugowego stało się malarstwo ścienne u pana profesora Wacława Taranczewskiego. Na początek otrzymałam do zrobienia projekty do namalowania kompozycji na murze o wielkości 2m x 1,5m . Porobiłam liczne szkice, a że było ich faktycznie dużo, profesor pochwalił mnie za pracowitość. Zaprojektowałam scenę baletową w szaro różowej tonacji. Po zaakceptowaniu projektu, przystąpiłam do malowania. Ten rodzaj malarstwa bardzo się różnił od tego, do czego się przyzwyczaiłam w malarstwie olejnym. Kładzenie farby na tynku było bardziej pracochłonne i wymagało więcej czasu i cierpliwości. Dobrze zaczęłam, ale przy trudnościach jakie ta technika stwarza, nie wszystko mi wyszło jak zaplanowałam. Nie mniej otrzymałam bardzo dobry stopień. Pan profesor okazał się wspaniałym pedagogiem, ale też służbistą i pedantem. Obok mnie malowała swój murek Masza, koleżanka z niższego roku, późniejsza żona poety i znanego dramatopisarza Ireneusza Iredyńskiego, a wtedy pełnego fantazji młodego chłopaka często przebywającego w murach akademii a także na naszych plenerach urządzanych gdzieś w kraju. Już wtedy sympatyzowali ze sobą. Próbował nawet Maszy pomagać w namalowaniu jej muralu. Niestety robił to mniej umiejętnie niż pisał i Masza miała potem konflikt z panem profesorem za nieudolne traktowanie pracy.

Nie tylko studia mnie pasjonowały, choć trwałam bardzo przejęta w swoim malarskim żywiole. To był Kraków, bywały różne imprezy, wielka mnogość wystaw malarskich, mnie także pociągały koncerty w krakowskiej filharmonii. Zapamiętałam i przywiązałam się do niektórych utworów na zawsze, tak było choćby z koncertem b-moll Czajkowskiego. Wykonawcą był światowej sławy rosyjski pianista, Światosław Richter, dotąd nigdy nie wypuszczany przez radzieckie władze za granicę. Gdy go teraz po latach znowu usłyszę, przypomina mi się Kraków. Po niektórych koncertach, na które chodziło wielu studentów ASP można było potem przez jakiś czas słyszeć na korytarzu akademii główne melodie czy lejtmotywy z granych utworów muzycznych, czy to śpiewane, czy gwizdane. Mój kuzyn Antoni Porębski wprowadził mnie także w inny świat muzyki, która teraz ożywała. Były to mające wówczas wielkie powodzenie koncerty jazzowe zespołu Kurylewicza, w których śpiewała Wanda Warska. Z przestawień teatralnych pamiętam szczególnie te z Teatru Poezji, który był kontynuacją Teatru Rapsodycznego, w którym w jego wojennych początkach występował też Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. Było też nowe kino, tak inne od tego czym nas raczyły filmy radzieckie. Mieliśmy specjalne pokazy takich arcydzieł filmowych jak dwuczęściowy Komedianci, potem filmy nowej włoskiej fali jak Cud w Mediolanie.

W okresie letnim odbywały się plenery malarskie w różnych odpowiednio dobieranych miejscowościach, a w okresie zimowym odbywały się plenery zimowe na Harendzie w Zakopanem. Szczególnym plenerem z tych zimowych, gdy poza malowaniem pejzaży w najbliższej okolicy, był ten gdy odważyłam na wypad na narty na Gubałówkę i powrót na nartach przez Grapę, gdzie przypadkowo wjechałam na skocznię, którą sobie chłopcy zbudowali i niechcący wykonałam mój jedyny w życiu skok narciarski, niestety z upadkiem. To co nas wszystkich uczestników na tym plenerze jednak bardzo pochłaniało, to słuchanie transmisji z konkursu szopenowskiego z Warszawy przez radio. Byliśmy zachwyceni i dumnie poruszeni, gdy ten konkurs wygrał krakowski pianista, przystojny, znany osobiście wielu naszym koleżankom Adam Harasiewicz. Przyjazd na ten plener miał także początek quasi muzyczny. To był rok 1955, nasz, bo tak już muszę powiedzieć, nasz wspólny czwarty rok studiów, Józka i mój. A więc staliśmy się parą. Nim to nastąpiło, byli przedtem jeszcze inni, ale o tym za chwilę. Przed samym wyjazdem pociągiem do Zakopanego zaznaliśmy uczty muzycznej. W Polsce zatrzymał się na dwa występy w drodze do Moskwy światowej sławy amerykański zespół operowy Every Man Opera z operą Gershwina Porgy and Bess z samymi czarnoskórymi wykonawcami. Jeden z dwu występów odbył się w Katowicach i dzięki hojności mej cioci, mającej wpływ na rozdział biletów mieliśmy z Józkiem tę wspaniałą okazję zobaczyć doskonałą inscenizację i usłyszeć wspaniałe wykonanie muzyczne nieco innego utworu, aniżeli dotychczas nam znane widowiska operowe z Bytomia. Potem nucono też w murach akademii główną melodię z tej opery: Summertime i inne popularyzowane przez radio. To było coś amerykańskiego, może przez komunistyczne władze tolerowane, bo widziano w tym folklor murzyński. W Krakowie powstawały w tym czasie pierwsze zespoły jazzowe i ta muzyka bywała grana w klubach studenckich. To też było amerykańskie. Władze próbowały to traktować jako wrogie i dosłownie zohydzać. W olbrzymim gmachu muzeum narodowego odbyła się w tym czasie wystawa pod tytułem Oto Ameryka. Pokazywano ten kraj tak wrogo jak tylko się dało, kłamliwie i prawie rynsztokowo.

Na ten spektakl w teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach przyszliśmy wtedy z Józkiem ubrani jak na narty, ze sprzętem narciarskim i płótnami oraz kasetami malarskimi. Nocna podróż pociągiem trwała dosyć długo. Byliśmy chyba ciągle pod urokiem spektaklu , sami w przedziale no i stało się, pocałowaliśmy się po raz pierwszy i już odtąd nie jedyny.

Na samym początku jak już wspomniałam, był Wiesiek, ale po pierwszym roku wszystko się skończyło i przez jakiś czas to przeżywałam. Na kolejne wakacje dostałam od ojca skierowanie na wczasy do Żegiestowa. Tam poznałam Włodka. Staliśmy się na dwa tygodnie parą, która sporo wspólnie wędrowała po malowniczej górskiej okolicy. Zdarzyło się, że schodząc z Góry Parkowej w Krynicy, dokąd też dotarliśmy w naszych wędrówkach, spotkaliśmy znanego malarza samouka Nikifora wracającego z jakiejś wyprawy malarskiej. Próbowaliśmy z nim porozmawiać, ale malarza trudno było zrozumieć, jedynie to, że chciał nam sprzedać obrazek, lecz nie wykazaliśmy zainteresowania. Po dwu wspólnie spędzonych tygodniach, nastąpiło rozstanie z Włodkiem i dzieliła nas odległość. Włodek wrócił do Poznania, gdzie już pracował, a ja do Bytomia i Krakowa. Łączyła nas odtąd regularna co tygodniowa wymiana listów. Wtedy bardzo tęsknie wyczekiwałam na korespondencję, zaglądałam często do miejsca na odbiór listów na ASP. Moje uczucia i odczucia rozdwajały się jednak i na to czym zajmowałam się w czasie dalszych studiów. Byłam zawsze bardzo emocjonalnie nastawiona do wszystkiego co robiłam w ramach studiowania na ASP. Cieszyły mnie moje małe sukcesy, które głęboko przeżywałam. Cieszyło mnie każde wystawienie moich prac na wystawach i pochwały profesorów. Byłam pilną i pracowitą studentką, jak każdy młody artysta pragnęłam osiągnąć sukces.

Po długiej korespondencji z Włodkiem doszło wreszcie do spotkania w Poznaniu, gdzie mój ojciec w tym czasie pracował i go odwiedziłam. Były nowe spotkania, czy to w mieszkaniu Włodka, także w palmiarni, ale i na koncercie gdzie byliśmy w trójkę. Tym trzecim była prawdziwa sympatia Włodka, nie ona, a on. Włodek był gejem. Wtedy jeszcze nie określił swego stosunku do mnie, a ja nadal traktowałam nasze stosunki jak poprzednio. Czekałam nadal tęsknie na jego listy. Włodek odwiedził mnie w Krakowie, gdy byłam chora, był i u mnie w domu w Bytomiu. Było wiele zawiłych tłumaczeń, może i dawał mi w zakamuflowany sposób do zrozumienia swoją sytuację, ale wszystko zrozumiałam dopiero z listu napisanego bardzo symbolicznie czerwonym atramentem. Ostatecznym wnioskiem i jego zaleceniem w tym liście było to, żebym więcej do niego nie pisała. Zaskoczyło mnie to, przeżyłam to bardzo negatywnie, jeszcze się buntowałam i mimo jego zalecenia próbowałam jeszcze wysyłać listy do Włodka, choć już bez odzewu. Byłam bardzo młoda, kochałam i ufałam, może jeszcze zbyt mało życiowo doświadczona, trudno mi było zrozumieć sytuację damsko męską, w jakiej się znalazłam. Jednak i to minęło, bo pozostały studia, które dawały mi radość spełnienia się. Był jeszcze ciągle bardzo przyjacielski Józek, bo tak go traktowałam do tej pory. Nie brałam pod uwagę jego ewentualnego stosunku uczuciowego do mnie. Bardzo dużo czasu przebywaliśmy razem, zbliżaliśmy się po prostu do siebie, bywało nam ze sobą dobrze. Był ten moment zbliżenia się w czasie jazdy do Zakopanego, no i stało się. Zostaliśmy parą. Jeszcze nie wiedzieliśmy wtedy, że na zawsze, do końca.

Czasy studiów zbliżały się powoli ku końcowi, po piątym roku nadszedł moment uzyskania absolutorium. Kolejny szósty rok miał być rokiem dyplomowym. W Krakowie miałam wynajmowane mieszkanie na Dębnikach, a Józek mieszkał w akademiku ASP przy ulicy Leya. Bardzo często odwiedzaliśmy się. Józek odprowadzał mnie codziennie do mej kwatery. Była to droga przez most na Dębnikach przez Wisłę z nieodmiennym widokiem na Wawel. Bywały potem spotkania podczas wakacji, Józek odwiedzał mnie i u mnie w domu, oraz urządzaliśmy sobie wycieczki jak tę pamiętną na Górę św. Anny. Chyba po niej wiedzieliśmy, że związliśmy się już na zawsze. Poznałam rodzinę Józka w Rybniku. Jeszcze przed zakończeniem wakacji, bo 29 września wzięliśmy w rybnickim urzędzie ślub cywilny. W Krakowie zjawiliśmy się już jako para małżeńska. Trzeba było zabrać się do pracy nad dyplomowymi pracami malarskimi. Malowałam z entuzjazmem, ale niedługo okazało się, że jestem w ciąży . W listopadzie mieliśmy skromny ślub kościelny w Krakowie. Byli tylko moi i Józka rodzice, oraz Małgosia i Jurek. Nie życzyliśmy sobie okazałego celebrowania. Po jakimś czasie musiałem często poddawać się kuracji w szpitalu, byłam pod opieką ojca Niny Głowińskiej, który był w Zabrzu w klinice docentem na Śląskiej Akademii Medycznej. Niestety, mieliśmy z Józkiem konflikt krwi Rh i wykryto u mnie toksoplazmozę. Ojciec Niny, który specjalizował się w tych problemach rozwoju ciąży, zabierał mnie często na badania do szpitala. To niestety doprowadziło do tego, że z wielkim żalem musiałam się wycofać z przystąpienia do obrony dyplomu w tym roku. Byliśmy teraz na początku naszego małżeństwa dość często rozdzieleni, ja w Bytomiu u rodziców, a Józek pracował nad dyplomem w Krakowie. Czasy były wtedy pełne emocji. Przeżywaliśmy polski październik. Władysław Gomułka wrócił do władzy, nastąpił czas nadziei na socjalizm o ludzkiej twarzy. Entuzjazm trwał dość krótko, powoli wracało stare. Na akademii początkowo też powiało nowym. ASP przybrało starą nazwę Akademia Sztuk Pięknych. Socrealizm, którym nas początkowo straszono upadł całkowicie. W bibliotece akademii zaczęły się pojawiać szwajcarskie wydawnictwa Skira z malarstwem zachodnim. Zaczęliśmy się nim zachłystywać. Wystawy malarstwa stały się inne, wracały trendy nowoczesne i tu do nas, do Krakowa.. Wielu malarzy którzy do tej pory malowali a nie wystawiali, zaczęli zaskakiwać swoim odmiennym spojrzeniem malarskim. My tkwiliśmy jeszcze mocno w tym, czego uczyli nas nasi profesorowie kapiści. Mimo wszystko, we wspaniałym polskim koloryzmie. Pod koniec studiów zaczęliśmy nawet darmowe farby i inne środki malarskie otrzymywać. Socjalizm dla malarzy. Malowaliśmy w Bytomiu z Józkiem wspólnie ustawioną w kuchni martwą naturę. Józek swoją oddał z pracami dyplomowymi na akademii. Moja mi została i bywało, że jeszcze po latach ją poprawiałam i obecnie wisi jako równoprawna praca u nas w mieszkaniu. To jedna z ważnych pamiątek malarskich naszej wspólnej przeszłości. Była jeszcze taka druga praca, ten sam temat, który malowaliśmy wspólnie. Pejzaż na Harendzie z widokiem na Giewont. Ja namalowałam obraz na płótnie, a Józek zrobił tylko gwasz i pamiętam, że było dość mroźno, tak że mokra farba zamarzała mu na papierze. Ma za to ciekawą fakturę. Trzyma go do dziś w teczce, lubię go przy okazji oglądać, może dlatego, że też coś przypomina. Mój pejzaż wisi obecnie u mnie w pokoju. Został też wielokrotnie poprawiany, nawet Józek zabierał się do tego, jakby to była jego praca.

7 czerwca 1957 urodził się w Zabrzu nasz pierwszy syn Tomasz Jan. Imiona po jednym i drugim z naszych dziadków. Mieliśmy zdrowego i wspaniale rozwijającego się syna. To była nagroda za mój tegoroczny nieudany start do dyplomu. Józek tego dnia uzyskał swój dyplom artysty malarza. Byliśmy małżeństwem z dzieckiem, co prawda jeszcze na garnuszku moich rodziców, ale staraliśmy się też wnosić trochę udziału w zarabianie pieniędzy malowaniem. Nie było to jednak ambitne malowanie obrazów, sprzedawanie ich, a współudział w malowaniu tkanin na jedwabiu, który to biznes prowadziła moja mama. Dawało jej to wówczas niezłe dochody. Jednak już w lipcu dowiedział się mój tata o planach otwarcia Ośrodka Telewizji Polskiej w Katowicach na Barbórkę tego roku. Zachęcił Józka, by się tym zainteresował i ten nie dawał się zbyt długo namawiać, pojechał do Katowic do Polskiego Radia, gdzie przyjmowano zgłoszenia chętnych na przyszłych operatorów kamer tv. Józek łudził się, że może byłby to pierwszy krok, a później może uda się zająć także i opracowaniem scenografii. Nowym decydentom tv zależało bardziej na plastykach po dyplomie na kandydatów na operatorów, niż na zwykłych chętnych. Józek został po prostym egzaminie przyjęty. Już od 1 września miał etat. Otrzymywał 2 000 zł i we wrześniu musiał już pojechać na miesięczne na szkolenie do warszawskiej TV. Mieliśmy już jakieś zabezpieczenie na podstawowy byt. Tegoroczna Barbórka była na Śląsku ważnym wydarzeniem dla władz, ale także z innych względów dla nas. Józek pracował w dniu 3.grudnia 1957 jako operator kamery tv. Wóz transmisyjny był ustawiony przy Operze Śląskiej w Bytomiu, słowem pracował dziś na miejscu, nie musiał dojeżdżać do Bytkowa, gdzie mieściło się studio telewizyjne. TV transmitowała wówczas tak zwaną uroczystą akademię z udziałem tow. Władysława Gomułki. W części artystycznej nadawano spektakl baletowy Różyckiego Pan Twardowski. To był chrzest bojowy Józka, ale i naszego późniejszego przyjaciela, Tadzia Wróblewskiego. Oczywiście myśmy tego nie oglądali, bo nie posiadaliśmy wtedy jeszcze odbiornika telewizyjnego. Takich było wówczas na Śląsku bardzo mało, były dostępne głównie dla górników z okazji ich święta.

Józek musiał zapomnieć o tym, co chciał robić po ukończeniu studiów. O malowaniu nie było mowy, praca w TV pochłaniała mu szalenie dużo czasu, zdążył tylko, by od czasu do czasu coś porysować. Ja byłam bardzo zajęta malutkim Tomkiem, który się wspaniale rozwijał. Początkowo też nie malowałam, a przeważnie tylko rysowałam. Nawet w szpitalu porobiłam szkice. Niedługo jednak nastał czas, bym mogła się zabrać do moich prac dyplomowych. Ustaliłam z panią profesor Cybisową, że złożę je na uczelni w czerwcu 1958 roku i stawię się do obrony dyplomu. Rodzice zajmowali się sporo Tomkiem, by mi zostawić czas na malowanie. Nie było to dla mnie łatwe, ale udało mi się przygotować zestaw prac dyplomowych. W przeddzień wyjazdu do Krakowa miałam wszystkie prace przygotowane w pracowni na poddaszu, którą w międzyczasie nam się udało urządzić, częściowo zbudować z dużym oknem 2m x 3m w skośnym suficie. Udało się to dzięki pomocy mego ojca. Tu uciekałam w każdej wolnej chwili, wykorzystywałam momenty, gdy Tomek spał i malowałam bez opamiętania. Chciałam nie tylko sobie, ale też mojej pani profesor udowodnić, że te pięć lat studiów nie poszły na marne. Prace miałam poustawiane w szeregu na podłodze, przygotowane do spakowania, by jutro rano z nimi pojechać pociągiem do Krakowa. W międzyczasie byłam zajęta jakimiś przygotowaniami na piętrze. Nie wiem, kiedy Tomkowi udało się wejść na czworakach na górę do pracowni, bo widocznie mnie szukał. W tym czasie jeszcze nie chodził, ale przemieszczał się doskonale na czworakach nawet po schodach. Gdy poleciałam za nim na górę do pracowni, zobaczyłam co tam robi i czego już dokonał, mało co nie dostałam zawału. Wszystkie prace były pomalowane czerwoną farbą. Tomek miał w rączce pędzel umaczany w czerwonej farbie i śmiało smarował, czy domalowywał kolorowe plamy na kolejnym obrazie. Do dyspozycji miał rozłożone farby na palecie. Pośród całej gamy barw, wybrał cynobrową czerwień. Prace nie były jeszcze całkowicie wyschnięte, nie dało się z nich domalowanych przez Tomka plam usunąć. To nie ja miałam gotowe prace dyplomowe, a mój syn. Odtąd dbaliśmy o to, by nigdy nie próbował zostać malarzem. Miałem kolejne nowe i przykre tłumaczenie się mojej pani profesor. Dyplom musiałam przełożyć o kolejny rok. W międzyczasie współpracowałem także z Józkiem, który ilustrował cykl audycji dla dzieci, Wujcio Adaś i Kajtuś.. Robota była jak to w TV zawsze na wczoraj, czyli prawie na ostatni moment. Moja pomoc była więc nieodzowna, bo Józek pracował jeszcze nadal jako operator. Mieliśmy często noce spędzane na pilnej pracy w pracowni. Dzięki tym dodatkowym zleceniom honoraria Józka wzrastały, żyło nam się lepiej. Poprzez TV Józek zapisał się do Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej i mieliśmy szanse na początku lat sześćdziesiątych przeprowadzić się do Katowic, do trzypokojowego mieszkania. Dla Józka skończyłyby się dość uciążliwe dojazdy o różnych porach do TV w Bytkowie. Tak jak rozwijała się działalność telewizyjna Józka, tak rozwijał się i Tomek. Jako dwulatek był już pierwszy raz na wczasach w Świnoujściu, dokąd zaczęliśmy co roku wyjeżdżać na miesięczne pobyty. Tak się stało, że Świnoujście stało się na stałe naszą letnią Mekką wczasową, bo niedługo zawitał tu na stałe mój brat Jurek, który zaczął pracować w Morskim Instytucie Rybackim. Miał swoją kawalerkę i często nam ją na lato odstępował, podczas gdy on wypływał na kilka miesięcy jako naukowiec na statkach rybackich. Po tych rejsach Jurka często coś i nam się dostało z tego co przywoził, były fantastyczne w kształtach muszle, zdjęcia z rejsu i była nawet książka , którą Jurek napisał. Była jeszcze ta specyficzna atmosfera panująca w jego kawalerce, chyba pachniała morzem, gdy spędzaliśmy tam wakacje. Skłoniło mnie to, bym i ja weszła w tę quasi marynistyczną tematykę. Namalowałam sporo gwaszy nie tylko tych na plaży, ale te z barkami w porcie. Spróbowała jednak stworzyć bardziej syntetyczny, może trochę, metaforyczny temat gdy, połączyłam statki i rybie kształty w jedną całość, w rybo - statki, czy statki – ryby. Tak powstał duży cykl obrazów czy to na papierze, jak też olejne i później akrylowe na płótnie. Moje pierwsze statki ryby namalowałam oczywiście dla Jurka. Mój brat zrobił w międzyczasie doktorat, ale stawał się też znany jak szantymen. Na długich rejsach nie zajmował się wyłącznie pracą naukową, ale zaczął komponować piosenki związane z życiem i pracą rybaków na morzu. Początkowo było to okazjonalne śpiewanie dla rybaków na statku. Później już chyba sam nie wiedział, czy bardziej jest specjalistą od ryb, kryla, czy też od piosenek – ballad o życiu na morzu, czyli szant. Później, gdy związał się jak sądzę bardzo szczęśliwie z Helenką, zorganizowali sobie duże mieszkanie w mieście i zbudowali atrakcyjnie widokowo położony domek nad Zatoką Szczecińską, dokąd i my kilka razy przyjeżdżaliśmy. Później z wiekiem moje kontakty z Jurkiem stawały się rzadsze, nastał czas wyłącznie telefonicznych kontaktów. Nie tylko mnie, ale i młodszemu Jurkowi dokuczało to i owo, staliśmy się już mniej mobilni. Jurek darował nam zawsze swoje kolejne płyty z nowymi nagraniami szant. Był czas, że wydał ich sporo, stał się chyba najpopularniejszym polskim szantymenem, jego piosenka Gdzie ta keja rozbrzmiewała pod żaglami, na nabrzeżach i przy ogniskach gdzieś na Mazurach, a nawet tu na Śląsku. My też bywaliśmy zadowoleni słuchając Jurka poetyckich ballad, bo większość nie była tylko piosenkami a świetnie skomponowanymi utworami w autorskim wykonaniu Jurka.

W tych bytomskich latach moich kłopotów dyplomowych wychodziłam też w plener pomalować. Więcej jednak na spacery z Tomkiem do parku obok. Spotykałam się w tym czasie także z moją przyjaciółką Niną. Ona z Kaziem przeżyli swoją pierwszą tragedię. Nina urodziła chyba dzień po mnie dziewczynkę we Wrocławiu, gdzie kończyła studia. Z dzieckiem wróciła do Bytomia. Tu nastąpiło nieszczęście, córeczka Niny udusiła się w czasie snu śpiąc na ceratce. Potem mieli synka, Szymona, który wyrósł na wspaniałego młodego mężczyznę. Jak dziadek, został lekarzem. Często pływał jako lekarz pokładowy na dużych jachtach żaglowych z młodzieżą. Była też wyprawa na Karaiby, gdzie tuż przed wigilią Bożego Narodzenia zakończył życie zamordowany na pokładzie przez miejscowego rzezimieszka, gdy Szymon próbował mu zagrodzić drogę na pokład w pogoni za dziewczyną z jachtu. Podziwiałam Ninę, że potrafiła znieść tę podwójną tragedię i poświęcić się pracy. Nina była architektem, ale mniej potem projektowała i budowała, a uczyła młodych na politechnice. Została długoletnim dziekanem wydziału architektury. Na szczęście mają jeszcze córkę Majkę, która również została lekarzem jak Szymon i tak jak jej dziadek, tata Niny. Przyjaźniliśmy się z nimi, bo i Kaziu okazał się wspaniałym przyjacielem, który nas jednak wcześniej opuścił.

Dwa lata od mego pierwszego nieudanego terminu dyplomowego szybko minęły, tak jak szybko rósł Tomek. Przy drugim podejściu do dyplomu gdy przychodził do pracowni nie próbował mi już pomagać w malowaniu. Na początku czerwca 1959 roku uzyskałam swój upragniony dyplom. Mogłam mojej pani profesor podziękować i się z nią na dłuższy czas pożegnać. Po kilku latach spotkałam się z nią, ale nie w Polsce, a w Paryżu. Tymczasem mieszkaliśmy jeszcze przez dwa lata w Bytomiu. Mogłam mimo różnych obowiązków pomalować w pracowni, a także wychodzić w plener. Pracowałam też jako instruktor w domu kultury kopalni Dymitrow. Byłam instruktorem malarstwa zespołu amatorskiego. Tam zaprojektowałam też kostiumy i scenografię dla innego zespołu amatorskiego. Było to do sztuki teatralnej Aleksandra Fredry Damy i huzary. Nie tylko Józek opracowywał scenografię, ale i ja też, co się jeszcze później kilka razy zdarzało, ale już dla teatrów zawodowych. Moja mama zachwycona wnukiem chętnie się nim opiekowała. Józek po trzech latach przestał być operatorem, a pracował już tylko jako scenograf. Został nawet wkrótce głównym scenografem TV Katowice. Ja mogłam nadal przy różnych programach współpracować z Józkiem, co prawda nie byłam oficjalnym współautorem, ale nie przywiązywałam do tego uwagi, pracowałam jako murzyn, choć do wspólnej kasy. Nastał rok 1961, byliśmy na wczasach w Świnoujściu. Nie było to pod względem pogody udane lato. Prawie cały czas padało. Wyjechaliśmy dlatego już w połowie sierpnia do Katowic, dużo wcześniej niż zaplanowaliśmy, uciekliśmy od deszczu i komarów. U nas w Katowicach była wspaniała pogoda, a co najważniejsze, czekało na nas nowiutkie mieszkanie przy ul. Brzozowej, z dala od miasta , przy ogródkach działkowych po drugiej stronie ulicy. Te ogródki miały obiecującą nazwę dla chętnych podróży: Pod Alpami. Co prawda były zaraz za ogródkami jakieś wzniesienia, ale to były hałdy po hutnicze. Chodziliśmy tam na spacery, ale i także porysować te resztki budynków starej huty cynku. Byliśmy już teraz mieszkańcami Katowic. Tomek zaczął tu uczęszczać do przedszkola. Powoli próbowaliśmy się w nowym mieszkaniu w Katowicach zasiedzieć. Były to czasy siermiężnego socjalizmu, nie wszystko można było kupić, o czym się marzyło, bo brakowało potrzebnego sprzętu domowego w sklepach. Mówiło się wtedy, że się coś dla domu „zdobywało”. Nasz pierwszy odkurzacz radziecki Czajka Józek „zdobył” stojąc w tłumie na rynku, gdy otwierano dom towarowy Zenit. Odkurzacze „rzucono” do sklepu na otwarcie, które zazwyczaj bywały filmowane i potem to pokazywano w TV. Udało mu się wtedy, bo w kolejnych dniach odkurzaczy już nie było. Józek zarabiał bardzo dobrze, mieliśmy pieniądze, lecz trudniej było coś kupić. Po dwu katowickich latach w 1963 urodziłam drugiego syna Grzegorza, nie było już problemów z konfliktem Rh krwi, mieliśmy już drugie zdrowe dziecko. Przy samym Tomku mogłam sobie już pozwolić na rozwijanie mego malowania. Teraz cieszyły mnie jedno i drugie dziecko, oraz moje nieco ograniczone malowanie. Zaraz po narodzinach Grzegorza była znowu przerwa, paleta z farbami zaczęła zasychać. Myślenie twórcze też. Przyszedł jednak czas przedszkolny Grzegorza, zaczęłam powoli od rysunków, szybkich szkiców gwaszami na papierze i powolny powrót do płócien. Najwięcej jednak pracowałam zawsze podczas wakacji w Świnoujściu. Malowałam cykle swoich gwaszy na plaży.

Farb i innych materiałów malarskich mieliśmy pod dostatkiem, bo zaopatrzenie w sklepie związkowym działało dobrze i było nas na wszystko stać. Były też pierwsze wystawy okręgowe w których brałam udział. Indywidualnej wystawy nie udało mi się jakoś zorganizować. Ani sił, ani czasu, a Józek był tak swoimi sprawami w TV zaabsorbowany, że na niego nie mogłam liczyć. Chciałam też, by chłopcy mogli zawsze na mnie liczyć, by mieli najlepsze dzieciństwo jakie w trudnych czasach socjalizmu mogliśmy im zapewnić. Gdy Grzegorz podrósł, mogłam sobie na to pozwolić, by wyjechać na zaproszenie wuja Mariana do Paryża. Zwiedzałam tam wystawę po wystawie, często bywałam w olbrzymim gmachu Louvre. Zachwycałam się moimi ulubionymi impresjonistami w Musee de Pommes, znanymi mi dotąd z reprodukcji. Udało mi się być na jubileuszowym otwarciu wielkiej wystawy Braque’a. Zachodziłam do galerii na współczesne wystawy i otwierały mi się oczy coraz bardziej, bo zobaczyłam nowe trendy w sztuce, u nas jeszcze mniej znane. Tam pod sam koniec mego pobytu w Paryżu spotkałam na ulicy swoją panią profesor Cybisową. Rozpoznała mnie natychmiast i przywitałyśmy się serdecznie i by nieco porozmawiać wstąpiłyśmy do kawiarni. Pani profesor przyjechała na spotkanie swoich uczniów mieszkających aktualnie w Paryżu a potem miała dalej ruszyć konferencję do Londynu. Miała dla mnie propozycje innych spotkań tu w Paryżu, ale ja już byłam przed powrotem do Polski. Zwróciła mi jeszcze uwagę bym koniecznie zwiedziła Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie dotąd nie byłam i potem zaraz je zwiedziłam, gdy mi wyjaśniła gdzie to jest.

Telewizja uprawiała nadal swoją propagandę, Józek projektował scenografie do bardzo dużych programów, jak i do małych. Chciano żeby ludziom żyło się lepiej, jak mawiał Gierek, a gdy już lepiej nie mogło być, to przynajmniej ludzie mieli w miarę dobry program telewizyjny, dużo rozrywki, by niezadowolenie nie przerodziło się w buntowniczą SOLIDARNOŚĆ. Tak się jednak stało, nasz papież Jan Paweł II był przedtem w Polsce, potem też, obudził „tę ziemię”. Polacy zaczęli być sobą. Partia i rząd postanowiły jednak wziąć na powrót władzę mocno w swoje ręce, naród z pomocą wojskowych i milicyjnych działań utrzymać nawet krwawo w karbach i w tym celu ogłosili stan wojenny. Nas to też dotknęło, bo Józka zwolniono z pracy w TV. Bali się widocznie by nie projektował wrogich scenografii w programach rozrywkowych. Związek Plastyków rozwiązano, wystaw nie było. Zaczęliśmy malować ikony, Sprzedawaliśmy je, żyliśmy z tego. Józek nawiązał kontakty i udało mu się sprzedać obrazy w Niemczech, ale sprzedawaliśmy i tu w Katowicach w Desie, czy prywatnie i także w Galerii Kareńskich w Poznaniu. Później związaliśmy się z galerią AB w Krakowie. Jakoś przeżyliśmy trudny czas. Józek otrzymał w 1984 rentę inwalidzką, ja nieco później i jakoś dało się przetrwać. Wiodło się nam nie najgorzej, ale nigdy źle. Nie weszliśmy na szczyty, ale też z nich nigdy nie spadaliśmy. Na ogół żyliśmy bez niezadowolenia i nigdy nie musieliśmy rozpaczać. Mieliśmy prawie dobre, spokojne życie bez większych sukcesów, ale i porażek. Zawsze cieszyli nas synowie, którym się tęż zawodowo powiodło, a dużo radości wnosiło także dalsze potomstwo.


Epilog


Gdy to piszę, mamy za sobą tak zwane złote gody, obchodziliśmy 50. rocznicę ślubu. Było to uroczyste przyjęcie w urzędzie miejskim razem z innymi jubilatami obchodzących tę uroczystość, na której wręczano nam medale i dyplomy. Zaś 60. Rocznicę obchodziliśmy z licznie zgromadzoną rodziną w restauracji gdzieś pod Rybnikiem, blisko domów Piotra i Besi. Sama się dziwię, że tyle lat udało nam się razem z Józkiem przeżyć. Po długim, ciekawym i chyba dobrym życiu będę niedługo obchodzić moje 85 urodziny. Ostatnio były też w moim życiu i tak zwane momenty. Znalazłam się już po drugiej stronnie lustra, gdy ubiegłej jesieni znalazłam się znienacka w szpitalu. Tkwiłam przez kilka dni w śpiączce, maszyny sercowa i płucna, a może i coś więcej czuwało nade mną, aż po kilku dniach udało się mnie lekarzom w pełni świadomą i bez żadnych uszczerbków wybudzić. Potem był konieczny miesięczny pobyt w sanatorium, by dojść ruchowo do siebie. Niestety, tak sprawna w poruszaniu się jak dawniej już nigdy nie będę, muszę się z tym godzić, że jestem osobą niepełno sprawną. Jeszcze próbowałam wracać do malowania, ale mam już z tym duże kłopoty. Chyba wszystko co mogłam już namalowałam. Teraz mogę prawie wszystko oglądać z dokumentacji, którą Józek przez lata wykonywał, wyświetlanej na dużym telewizorze. To są chwile podsumowujące moją działalność twórczą. Mam wtedy przed sobą moje malarstwo podzielone na cykle. Są te najwcześniejsze kompozycje statki – ryby, kompozycje figuralne dzielone na poziome i pionowe. Są pejzaże, martwe natury, liczne gwasze, przeważają przede wszystkim te ze Świnoujścia malowane podczas wakacji. Bardzo liczny jest zestaw wszelakich rysunków. Sporo z nich było bardzo wypracowanymi rysunkami piórkiem na dużym formacie. Mimo różnych obowiązków, czy to z wychowaniem dzieci, czy wszelkimi domowymi, widzę to dziś, że starałam się bywać twórcą, na ile mi się udawało. Miałam swoje prace na wszystkich wystawach okręgowych ZPAP. Chciałoby się więcej, ale jestem zadowolona, bo udało mi się wychować synów Tomka i Grzesia, malować ile się dało, a także czasem pomagać Józkowi przy niektórych pracach telewizyjnych. Cieszy mnie, że synowie „wyszli na ludzi”, mają swoje osiągnięcia zawodowe, że mają udane życie rodzinne, a ja z Józkiem doczekaliśmy się jednego wnuka Szymona, szkoda tylko że mieszka dość daleko stąd bo aż w Szkocji z żoną Marzeną i naszą prawnuczką Mayą,. Jest jeszcze córka Tomka i żony Basi, Agatka z ze swoim Jackiem, którzy mają rocznego synka Tymka, naszego prawnuka. Są i trzy córki Grzegorza i jego żony Asi: najstarsza też Asia jak mama, Dominika i Dorotka, które wybrały na miejsce swego zamieszkania Warszawę, gdzie wszystkie trzy mają interesującą i dającą zadowolenie pracę. Teraz ucieka nam każdy dzień coraz szybciej, czas robi swoje, a my robimy coraz mniej. Wspominam swoje przyjaciółki, te których już nie ma, albo prawie nie ma. Odeszła już na stałe Halina Lerman, nasza sąsiadka, świetna malarka, autorka impresjonistycznych pejzaży, choć grafik z wykształcenia i z długą praktyką w projektowaniu graficznym. Spotykaliśmy się często i długo trwały nasze w podwójnym sensie późne rozmowy. Jakby kontynuacją przyjaźni z Haliną zostały częste kontakty z jej córka Izą, oraz jej mężem panem Tomkiem, szalenie sympatycznymi i przyjaznymi dla nas ludźmi, choć mieszkającymi w Bonn. Była Hania Czuma., koleżanka jeszcze ze studiów, wtedy para z Adamem F., przyjacielem Józka. Nie związali się ze sobą, ale wróciła bliska przyjaźń na późne lata, i spędziliśmy sporo wspólnych chwil, czy to w domu Hani, czy u nas. Wracaliśmy razem do naszego Krakowa, choć znaliśmy to czeskie powiedzenie: to se nevrati. Jest jeszcze koleżanka ze studiów Zuzanna Kusek, żona przyjaciela Józka, zmarłego przed laty Freda Kuda. Z nią prowadziłam przez długie lata prawie codzienne rozmowy telefoniczne aż je przerwała postępująca choroba Zuzanny. Rozmowy stawały się coraz krótsze i lakoniczniejsze, aż i te się urwały. Pozostały za to częste kontakty z jej córką, też Zuzanną, poetką i malarką mieszkającą już nie w Rzeszowie, gdzie miała galerię, w której też kilka moich obrazów sprzedałam. Mieszka obecnie w Łańcucie, gdzie opiekuje się więdnącą coraz bardziej mamą Zuzanną, której śliczne malarstwo mam ciągle przed oczami. Zaprasza nas do swego domu z ogrodem, ale to już nie dla mnie czas na takie podróże. Zachorował poważnie także Adam i skończyły się powoli nasze kontakty z nim. Podobnie Jurek Kałucki też już nie odpowiada na listy. Mamy już coraz mniej przyjaciół, jak mówi poeta, coraz mniej listów i telefonów, bo ludzie tak szybko odchodzą…

Jest jeszcze stale będąca ze mną w kontakcie Nina, moja serdeczna przyjaciółka z lat dziecinnych, już bez Kazia, który odszedł kilka lat temu. O niej wspominałam już od początkowych stron tego pamiętnika. Do niedawna jeszcze pracowała zawodowo, Nina, pani profesor jeździła z wykładami z dziedziny architektury nawet do Łodzi, gdzie tam i tu na politechnice miała promocje swoich doktorantów. Gdy telefonujemy do siebie, mamy sobie ciągle dużo do powiedzenia, a czasem mnie Nina odwiedza. Chyba jeszcze nadal co jakiś czas za sobą zatęsknimy i jest nam ten kontakt potrzebny. Mam jeszcze przyjaciółkę mieszkającą w pobliżu, na naszym osiedlu Barbarę Skr., jak ja Sosnowiczankę. Z nią trwa przyjaźń od czasu zamieszkania w 1961 roku na naszym osiedlu, gdy mieliśmy jeszcze małe dzieci. Muszę się pochwalić, że mieszkanie Basi, to spora galeria moich obrazów. Spotykaliśmy się dość często, bywaliśmy i u niej w jej domku w Czekance, ale teraz i Basi nie po drodze do mnie ze względu na jej dolegliwości. Trwa przez lata przyjaźń z sympatyczną Teresą Ch. poznaną z przez Barbarę, choć teraz zdrowie i mnie i jej nie pozwala już na wzajemne odwiedziny. U niej w domu też mam sporo swoich obrazów, bo Teresa zawsze interesowała się sztuką i zgromadziła sporo prac tutejszych plastyków. Od czasu do czasu przyjedzie do mnie czy do nas Bogna, która nas też do siebie zabierała, dopóki mogłam się ruszyć. Poznałam ją przez współpracującego w TV Józkiem z jej mężem Antonim Halorem, bardzo sympatycznym reżyserem, też często do nas wpadającym na chwilę rozmowy o sztuce, o Śląsku, o życiu, w którym dłuższej starości Antoni nie doczekał. Pomyślałam, że póki jeszcze czas, spróbuję zapisać choć część historii mego życia dla wnuków, prawnuków i tych, którzy zechcą to przeczytać, dowiedzieć się kim byłam, jak żyłam. Z samym pisaniem miałam już trudności, ale nieodzowny Józek był mi w tym pomocny. Nasza synowa Asia pomogła nadać temu odpowiedni kształt i z Grzegorzem doprowadzili do wydania książeczki drukiem.


Skończone w czerwcu 2019 roku

Irena Porębska - Krupa

Isia, Irena _ No I... co

Isia, Irena - No I… co zostało


Dawno temu, gdy nie było jeszcze przedszkoli, ani zerówek, uczęszczałem do ochronki podobnie jak inne dzieci, których ojcowie pracowali w szpitalu psychiatrycznym. Miałem wtedy pięć lat i otrzymałem nową skórzaną torebkę noszoną na długim pasku przewieszonym przez ramię. Byłem bardzo dumny, bo to tak jakby mnie wyposażono prawie w szkolny tornister. Nosiłem w niej przygotowane przez mamę śniadanie. Początkowo chodziliśmy co rano w większej grupie dzieci z naszej okolicy do szpitala. Nasza ochronka mieściła się w małym budynku na samym końcu za pawilonami szpitalnymi. Tam organizowano nam nasze dziecięce zabawy, wycieczki, uczyliśmy się piosenek i dowiadywaliśmy się ciekawych dla nas rzeczy. Chodziłem bardzo chętnie do ochronki, bo bardzo odpowiadały mi wspólne zajęcia i polubiłem tam szczególnie jedną z dziewczynek, która miała na imię Isia. Nawet nie wiem, czy i ona wtedy na mnie uwagę zwracała. Uczyliśmy się nie tylko piosenek, ale i wierszyków. Isia deklamowała je szczególnie ładnie. Ja nie pamiętam, bym się wtedy wyróżniał jakimiś uzdolnieniami czy to plastycznymi, czy muzycznymi. Chyba nie miałem czym Isi zaimponować.

Niedługo mieliśmy po siedem lat, skończył się przedszkolny czas i w 1938 poszedłem do pierwszej klasy szkoły powszechnej im. Józefa Piłsudzkiego, do nowego budynku obok nowego kościoła. Niestety, nie uczęszczaliśmy razem do tej samej klasy. Pierwszy rok mijał, Isię spotykałem bardzo rzadko na terenie szkoły . Ona popisywała się nadal jako recytatorka, zaś ja doznałem swej pierwszej wielkiej porażki na forum publicznym. Z okazji 11. listopada wystąpiłem na akademii szkolnej z recytacją wiersza o marszałku Rydzu-Śmigłym i zaraz na początku nastąpiła wielka kompromitacja. Po pierwszym zdaniu zapomniałem całego tekstu, zamilkłem i zszedłem ze szkolnej sceny bez wygłoszenia rymowanych pochwał na cześć marszałka. Była to moja wielka przegrana. Nieco później przegrał także sromotnie i marszałek, którego miałem w wierszu wychwalać. Do drugiej klasy już nie poszliśmy, bo pierwszego września 1939 wybuchła wojna. Mówiono potem, że marszałek uciekł z kraju. Dopiero po kilku miesiącach zaczęliśmy znowu uczęszczać do szkoły. Była już inna, nie w tym budynku, a starej szkole, no i nie polska, a niemiecka. Teraz uczęszczaliśmy z Isią do tej samej klasy. Wróciło tamto pierwsze wczesne zauroczenie Isią, rodziło się jakieś niejasne uczucie teraz już do Irki, czy raczej na jakiś czas Irene. Było trochę sztubackiego zachowania, przekomarzania się z mej strony, ona znacznie szybciej dojrzewała ode mnie. Ja tkwiłem w epoce nieuświadomionej tęsknoty za czymś, co miałem kiedyś poznać jako das ewig Weibliche. Bywało, że byliśmy kilka razy w kinie na niemieckim, czy raczej austriackim filmie muzycznym. Było to Mozarcie. WEN DIE GOETTER LIEBEN. Bogowie kochali Mozarta, ale nasza miłość dojrzewała z trudem. Tym wypadom do kina patronowała zawsze jej starsza siostra Hela. To nie były jeszcze randki w pełnym znaczeniu tego słowa. Szukałem bliskości Irki. W klasie informowały, mnie usłużne koleżanki, że Irka pisze do mnie listy, których ja jednak nigdy nie otrzymywałem, choć doskonale znałem ich treść od koleżanek, które je czytały. Było w nich o tym, że będziemy zawsze razem i ja będę jej grał na skrzypcach. Koleżanki wołały mnie jej nazwiskiem, a ja byłem przewrażliwiony i wtedy publicznie zaprzeczałem mym uczuciom do Irki. Kiedyś moja ciocia zapytała mnie wprost przy rodzicach, czy mam już dziewczynę, to zaprzeczyłem kilka razy i wyparłem się Irki jak św. Piotr swego Pana.

Po wojnie Irena szybko doroślała, zaczęła się obracać w innym kręgu kolegów, na ogół starszych ode mnie. Sama też była odrobinę starsza ode mnie, a nawet chodziła teraz o jedną klasę wyżej niż ja. Raz jeszcze miałem okazję być z nią przez krótki czas razem, choć nie sam na sam. To było w 1946 roku, gdy po obozie harcerskim w kotlinie Kłodzkiej przebywaliśmy jeszcze przez dwa tygodnie na kolonii letniej naszego gimnazjum w Karpaczu. W trakcie wycieczki na Śnieżkę wchodziliśmy razem na szczyt, niby blisko siebie, ale z osobna. Każde z nas miało teraz swój własny świat i swoje własne marzenia. Irena była dziewczyną, która brylowała w towarzystwie, miała w swych oczach głęboką otchłań błękitu nieba i potrafiła już wtedy doskonale modulować głos, próbowała już wtedy być aktorką. Miała licznych adoratorów i wielu kolegów podkochiwało się w niej .

Czasem spotkałem się z Ireną u mego przyjaciela Bernarda B., który mieszkał w jej sąsiedztwie. Były to raczej koleżeńskie spotkania towarzyskie. Kiedyś umówiłem się z Ireną na wypad do kąpieliska na Paruszowcu i na kajaki. Był to sympatyczny spacer drogą przez las. Idąc tym romantycznym traktem odczułem jak dawniej chęć bycia blisko Ireny. Zabrakło odwagi okazania jej tego, może zdawałem sobie sprawę, że to co kiedyś ledwo zaczęło kiełkować, zwiędło zbyt wcześnie i nie odżyje już. Dotarliśmy zbyt szybko do stawu przy Hucie Silesia. Cieszyłem się bliskością Ireny i chciałem by ten spacer leśną drogą trwał i trwał. Wracało coś z czasu wczesnego dzieciństwa. Było to jednak tylko wspólne wiosłowanie na kajaku bez bliższego kontaktu. Pływanie pośród nenufarów odbywało się w ciszy, bez zbędnego odzywania się, bo świat, który dokoła oglądaliśmy, był piękny i nie próbowaliśmy go nazwać wspólnymi słowami. Nad białymi liliami wodnymi latały szmaragdowe ważki i mąciły moje myśli. Burze myśli, chęci i pragnienia tłumił czas.

Jest taka piosenka: Co nam zostało z tych lat? I…. co? Zostaną wspomnienia i słowa. Wypowiedziane i te niewypowiedziane, zapisane i niezapisane, oraz rzadkie telefony. Te zaś nie dotyczą tego dawnego czasu, który minął, a naszych dolegliwości późnych lat. Nie próbowaliśmy się spotkać, czasem tylko to rozważaliśmy, ale pozostały nam te okruchy wspomnień po wielu latach.


Katowice, 08.06.2013.

Jacek

Jacek


Gdy Jacek się urodził, jego rodzice byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Kochali swego synka w przekonaniu, że jest najśliczniejszym dzieckiem na świecie. Chcieli, żeby maleństwu nie zbywało na niczym i postanowili, że tata Jacka zmieni pracę na korzystniejszą finansowo zagranicą. Będzie co jakiś czas wracał do kraju, by zobaczyć się z żoną i nacieszyć się synkiem.

Mama Jacusia doskonale sobie radziła i zapewniała męża w częstych rozmowach telefonicznych, że daje sobie doskonale rady i zawsze czeka na rychłe odwiedziny męża. Po kolejnej wizycie z Jacusiem u lekarza okazało się, że dziecko nie rozwija się jak należy. Następowały dalsze badania w klinice, pobyty Jacusia w szpitalu, ale nikt nie potrafił postawić trafnej diagnozy choroby dziecka. Mężowi początkowo nie mówiła o wszystkim. Teraz, gdy dotarła do niej, ta najstraszniejsza wiadomość, która zabrzmiała wręcz jak wyrok, zawiadomiła o wszystkim męża. Prosiła go o szybki przyjazd do kraju.

Jacuś cierpiał na bardzo rzadką i nieuleczalną chorobę i może nie dożyć dłużej niż do dziesięciu lat. Mamie Jacusia tego tak wprost nie mówiono, tyle tylko, że Jacuś będzie żył, jeśli będzie miał niezbędną opiekę lekarską i domową. Tata Jacka był bardzo zrozpaczony, postanowił przedłużyć urlop i pozostać nieco dłużej z rodziną. Jako pilot wykonywał zadania specjalne na małych samolotach. Był przekonany, że da rady zapewnić dziecku dobre leczenie i opiekę.

Mama opiekowała się synkiem z dużym poświęceniem i mały Jacuś powoli stawał się ślicznym i bardzo mądrym chłopczykiem, tyle że nieubłaganie ciążył nad nim okrutny wyrok. Jak dotąd, medycyna nie była w stanie go cofnąć. Jacek miał już cztery lata, gdy któregoś dnia jego mama miała telefon z państwa afrykańskiego, gdzie mąż obecnie latał. To był kolejny nieubłagany wyrok. Jej mąż zginął w wypadku lotniczym. Nawet pogrzebu nie było, bo samolot z pilotem spalił się dokumentnie. Po dwu dniach zatelefonował kolega jej męża i opowiedział jej trochę szczegółów. Zrelacjonował też ostatnie rozmowy z jej mężem. Głównym ich tematem był synek, troska o jego zdrowie. Ojciec Jacka bywał czasem nieco przepracowany. Nie oszczędzał się, bo liczył że wkrótce będzie mógł sobie pozwolić na długi urlop w kraju. Cieszył się na przebywanie z rodziną, z chorym dzieckiem. Już znał szczegóły dotyczące tej choroby, jakie są rokowania, wiedział że ratunku prawie nie ma. Może i to wpłynęło na jego mniejszą odporność stresową w trudnym zawodzie pilota.

Do świadomości synka jeszcze nie docierało to okrutne wydarzenie. On i tak widywał ojca prawie wyłącznie na zdjęciach. Tata w czapce pilota uśmiechał się do niego radośnie. Tak było dawniej, gdy zaczął tatę rozpoznawać i tak będzie już zawsze. Mama mówiła mu, że tata lata tam wysoko i przebywa w chmurach. Jacuś często powtarzał : ja też chcę latać jak tata, chcę z nim przebywać w chmurach. Wtedy próbował stawać obok łóżeczka i udawał latanie z wyciągniętymi ramionami. Jego mama bała się, by nie upadł i mówiła do niego trochę absurdalnie: Jacusiu, lataj powoli, bo będzie katastrofa.

Jacek był bardzo inteligentnym dzieckiem, był zapisany do szkoły, ale więcej czasu spędzał w szpitalu niż domu. Jego mama pomagała mu w przerabianiu materiału szkolnego. Czasem któryś z nauczycieli pojawiał się u nich w domu. Kolegów prawie nie miał, bo nie mógł być dla nich partnerem do zabaw, a zresztą często go nie było, zbyt dużo czasu spędzał w szpitalu. Tam zdarzało się, że miał kolegę, czy koleżankę, przyjaciół szpitalnej niedoli. Takie zaczęte przyjaźnie kończyły się najczęściej dość szybko, bo były to dzieci z nie odwoływalnymi wyrokami. W wieku dziesięciu lat Jacek rozumiał więcej, niż jego zdrowi rówieśnicy nie ocierający się o sprawy ostateczne. Wiedział, że lekarze w jego wypadku nie wiele mogą. Poddawał się różnym zabiegom bardziej dla swej mamy, która z takim samozaparciem walczyła o dni, tygodnie, czy miesiące życia dla niego. Jacek poruszał się z trudem. Mama woziła go przedtem na zwykłym dziecięcym wózku. Teraz miał elektryczny wózek inwalidzki dla dzieci i poruszał się na nim samodzielnie podczas spacerów z mamą. Już zrozumiał, że jego ojciec nie żyje. Wiedział, że nie jest tak jak dawniej, że go tymczasem nie ma, ale po jakimś czasie wróci. Nigdy już nie wróci. Jacek nie myślał o śmierci jako o przerażającym go wydarzeniu końcowym w swoim młodym życiu. Od dość dawna wiedział już, że będzie żył krócej, podobnie jak wielu kolegów w szpitalu. Na swój sposób starał się nie przysporzyć mamie zmartwień i był wzorowym pacjentem, znosił wszystkie zabiegi lecznicze bez protestów. Od dawna posiadł umiejętność posługiwania się komputerem i miał więcej wiadomości niż inni koledzy w jego wieku. Mimo wszystkich problemów zdrowotnych był pogodnym dzieckiem. Prowadził korespondencję mailową z kilkoma starszymi kolegami, podobnie doświadczonymi chorobą jak on. Miał swe zainteresowania, które coraz bardziej pogłębiał i posiadł dużo wiadomości dotyczących lotnictwa. Marzył o tym, by zdołał się jeszcze unieść w powietrze i spojrzeć na świat z góry tak, jak jego tata pilot. Pisał też rodzaj pamiętnika, nie codziennie, ale notował jakieś swoje przemyślenia, marzenia.

Jackiem opiekował się w klinice młody profesor. Polubił żywego chłopca, dość pogodnego, choć doświadczonego ponad miarę przez los. Jacek zadawał profesorowi kłopotliwe pytania o swych kolegów, czy zostaną wyleczeni, czy przeżyją. Nigdy o to samo nie pytał jeśli o niego chodzi. Profesor próbował się dowiedzieć, co go najbardziej interesuje, jakie ma marzenia. Chłopak polubił tego doktora jakoś szczególnie, może dlatego, ze przypominał mu ojca. Zwierzył się, że interesuje się lotnictwem i chciałby polecieć samolotem. Profesor odpowiedział mu na to, że to marzenie może się spełnić, bo on sam jest też pilotem i posiada mały samolot. Trzeba tylko ustalić termin, no i zgodę mamy. Tymczasem ma to pozostać ich wspólną tajemnicą. Choroba Jacka czyniła w jego organizmie coraz większe spustoszenie. Jedyną rzecz, którą mógł profesor jeszcze dla chłopca zrobić, to przyspieszyć termin obiecanego lotu. Wiosna była piękna, więc nastał dzień, gdy razem z mamą Jacka dotarli na pobliskie lotnisko sportowe. Był to mały samolot, więc mama Jacka nie mogła z nimi polecieć. Jacek znalazł się z pomocą doktora w kokpicie, rozsiadł się wygodnie i pochłaniał wzrokiem to prawdziwe samolotowe otoczenie, które dotąd znał z opisów i wiedzy posiadanej z komputera. Start nastąpił szybko, trochę kołowania i wkrótce znaleźli się w powietrzu. Jacek zdołał jeszcze zobaczyć swoją mamę, która im machała ręką, ale szybko oddalili się z nad lotniska. Nabrali wysokości i wszystko to pod nimi stało się takie dziwne małe, jakby już nie był to ten świat codzienny, gdzie nie wszystko bywa miłe, gdzie tyle cierpienia dotyka nawet dzieci. Przez to pomniejszanie świata oddalało się całe jego zło, odległość czyniła go innym, jakby z jakiejś miłej bajki. W takim świecie przebywał jego ojciec gdy latał i patrzał z góry na wszystko. Może teraz nadal widzi to podobnie, tylko ze znacznie wyższej odległości, po tamtej stronie cieni, pomyślał Jacek. Może i on będzie niedługo już zawsze spoglądał na wszystko z góry? Lekarz – pilot zwrócił się do Jacka: Polecimy teraz ku słońcu. Gdy będziesz spoglądał w kierunku światła, wszystkie cienie pozostaną za nami. Na to odezwał się Jacek: A moja choroba też?

-Tak, bo słońce potrafi tak olśnić, że choroby przestają istnieć.

Po wylądowaniu Jacek powiedział do mamy, że w górze jest tak pięknie, że chciałby tam już zawsze przebywać. Gdy leżał bardzo schorowany, wyobrażał sobie, że unosi się w górę i pozostaje tam na stałe. Było tam dużo słońca i nic mu już nie dokuczało.


15.01.2014.

Jak pierwszy sekretarz złamał rekę

Pierwszy sekretarz łamie rękę w TV

Było to w późnych latach sześćdziesiątych, zbliżało się święto 1 maja. W katowickiej telewizji miał jak co roku w przeddzień święta wystąpić 1. sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR tow. Edward Gierek. Moim zadaniem, było przygotowanie odpowiedniej scenografii dla tego wydarzenia. A że to wydarzenie poważne, musiałem zatwierdzić projekt u odpowiednich towarzyszy w wydziale propagandy komitetu wojewódzkiego. Jeden z odpowiedzialnych towarzyszy za ten program miał swoje partyjne wątpliwości, czy w dekoracji jest wystarczająco czerwonej draperii. Było to jeszcze w czasach telewizji czarno białej, więc powiedziałem, że koloru jeszcze u nas nie widać. W odpowiedzi dowiedziałem się, że ludzie to czują jak my towarzysza sekretarza pokazujemy.

Nie pomogło, że dodałem więcej czerwieni, bo i tak wszystko pozostało szare jak rzeczywistość ówczesna po roku 1968. Towarzysz Gierek zasiadł za największym biurkiem jakie w TV posiadaliśmy i wygłosił kolejne optymistyczne przemówienie do klasy robotniczej w przeddzień jej święta.

Po zakończeniu redaktor naczelny poprosił sekretarza na górę do pomieszczenia reżyserskiego, aby mu pokazać film o otwarciu z inicjatywy partii kolejnego zakładu produkcyjnego w naszym województwie. Tow. Gierek z zainteresowaniem oglądał filmik i w pewnym momencie cofnął się od rzędu monitorów i nie zauważył w panującym tu półmroku, że podest przed urządzeniami na którym się znajdował, nie sięga aż pod ścianę o którą najwidoczniej chciał się oprzeć. Runął w dół, usłyszeliśmy nieartykułowane słowo i jęk. Niektórzy twierdzili, że towarzysz znający doskonale francuski powiedział: merde. Wszyscy pospieszyli wyciągać towarzysza Gierka z miejsca upadku. Jak pamiętamy, towarzysz był dość pokaźnej postury i szło to z pewnymi trudnościami. Kość lewego ramienia tak ważnego towarzysza uległa złamaniu. Ktoś nieopatrznie się odezwał, dobrze że nie prawa, zapominając że dla partii wszystko to co po lewej było zawsze ważniejsze. Inspektor programu szybko ściągał pogotowie. Okazało się, że to zwykle pojawiło się szybciej, niż to specjalne, tak zwane rządowe. Towarzysze z obstawy nie pozwolili jednak do tej pierwszej zwyczajnej karetki zabrać tak ważnej osoby. Towarzysz Gierek mimo bólu musiał czekać na właściwe pogotowie..

Pierwszy sekretarz chodził jakiś czas z ręką na temblaku. W TV zaszły zmiany personalne. Odszedł dotychczasowy redaktor naczelny i przyszedł nowy, ponoć bardziej przewidujący. W reżyserce też zaszły zmiany. Wyrównano całą powierzchnię podestu aż do ściany, bo gdyby jeszcze ktoś ważny miał wypadek w TV, a naczelny redaktor wpadkę w swej karierze zawodowej..


***

Przed 1 maja 2011






O kotlecie

Jak długo sięgam pamięcią, zawsze w trudniejszych momentach w czasach komuny, różni przywódcy próbowali nam aktualne trudności gospodarcze, czy napięcia polityczne wytłumaczyć owym KTO ZA TYM STOI.

Przypominam sobie rok 1956 gdy późną jesienią przyjechał do nas studentów okazujących swe niezadowolenie z warunków studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie sam minister kultury i sztuki Włodzimierz Sokorski. Zaczęło się od pogróżek i pouczeń po tak zwanej linii: WAM KOTLET PRZESŁANIA SOCJALIZM. Mimo pogrożenia palcem, wkrótce warunki na uczelni poprawiły się diametralnie. Chwilowo władza była na zakręcie i lekko zmiękła. Zaczęliśmy otrzymywać darmowe farby olejne i inne materiały.

Po dziesięciu latach spotkałem ponownie Włodzimierza Sokorskiego. Tym razem już w nowej roli, jako przewodniczącego Komitetu do Spraw Radia i Telewizji z okazji dziesięciolecia TV Katowice. W bardzo kameralnych warunkach, już po wielu toastach przypomniałem wtedy prezesowi tamtą sytuację na ASP w Krakowie. Jak zwykle bardzo elokwentnie wytłumaczył mi to następująco. Pewno miał wtedy na myśli kotlet po wiedeńsku, przyprawiony i przysmażony na sposób zachodni. Takie kotlety bywają często dla młodych studenckich żołądków niestrawne. W TV prezes potrafił dobrze zadbać o żołądki wszystkich telewidzów, aby nie dostały niestrawności od nadmiaru zachodnich filmów na ekranach telewizorów. Tylko w święta kościelne, takie jak n. p. Boże Ciało, żeby odciągnąć obywateli od udziału w procesji, następowała bogata podaż filmów zachodnich niedostępnych na co dzień, tak chętnie oglądanych przez telewidzów.


***

Katowice, w maju 2007


Epizod ślubny


Z okazji naszej pięćdziesiątej rocznicy zawarcia związku małżeńskiego zostaliśmy dzień 24. maja 2007 roku zaproszeni na uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego. Obecny pan prezydent miasta Katowice wręczył nam medale za tak zwane długoletnie pożycie małżeńskie. Kopertę z gotówką otrzymaliśmy zaraz po przybyciu i zgłoszeniu się w biurze. To ostatnie było właściwą przyczyną wzięcia udziału w tej uroczystości. Rocznica minęła właściwie już w ubiegłym roku.

Ślub cywilny braliśmy z Ireną w Urzędzie Stanu Cywilnego w Rybniku, dokąd przyjechaliśmy z Krakowa, gdzie studiowaliśmy i po drodze z dworca spotkaliśmy dwu moich kolegów, Jurka C. i Stefana K., którzy bez większych oporów zgodzili się zostać w urzędzie naszymi świadkami. W tym czasie zawarcie związku małżeńskiego nie miało żadnego uroczystego charakteru, a było zwykłą formalnością, rejestracją urzędową. Był to co prawda rok 1956, ale do października, tego PAŹDZIERNIKA Gomułki było jeszcze kilka dni. Gdy nieco wcześniej załatwiałem sprawy terminu ślubu i zwróciłem się do przyjmującego mnie urzędnika poprzez PROSZĘ PANA , zostałem strasznie zrugany: Wy student nie wiecie, że u nas już dawno nie ma panów, macie burżuazyjne nawyki. To was tego nie uczą? Opowiedziałem o incydencie Jurkowi i Stefanowi. W dniu ślubu Jurek zwrócił się do owego urzędnika, mającego nam udzielić ślubu specjalnie akcentując to OBYWATELU KIEROWNIKU URZĘDU STANU CYWILNEGO. Zyskał tym wielkie uznanie za takie wyrobienie obywatelskie, którym ja się nie wykazałem. Wyjaśnił przy tym, że kolega , niby ja, wyznał na zebraniu organizacji młodzieżowej ZMP swój błąd i przeprowadził ostrą samokrytykę za swe nieodpowiedzialne zachowanie w urzędzie. Obywatela urzędnika to bardzo podbudowało. My zaś mimo powagi chwili, mogliśmy się z trudem powstrzymać od śmiechu. Byłem wtedy na szóstym roku studiów w krakowskiej ASP ( wtedy nie jak przed wojną Akademii Sztuk Pięknych, a Akademii Sztuk Plastycznych). Październikowe zmiany, nastąpiły dopiero za kilka dni. Artykuły w POPROSTU rozbudziły nasze nadzieje na zmiany w Polsce. Jednak „odwilż polityczna” trwała zbyt krótko, tragiczna węgierska lekcja oporu zbrojnego przeciw Rosji odniosła u nas swój skutek. Zmiany stały się raczej kosmetyczne. Nazwę naszej akademii zmieniono na przedwojenną, podwyższono nam odrobinę stypendia i otrzymaliśmy pomoc w postaci darmowych farb olejnych. Na akademii gremialnie rozwiązaliśmy uczelnianą organizację młodzieżową ZMP. O niej wkrótce pisano w pierwszym wydaniu Małej Encyklopedii Powszechnej w tym roku: ZMP to skompromitowana organizacja młodzieżowa, rozwiązana w Październiku 1956. W kolejnych wydaniach już tej notki nie było. Musieliśmy sporo lat poczekać na inny polski miesiąc, na Polski Sierpień 1980, który też poza nadziejami na istotne zmiany ustrojowe nie zdołał usunąć w niepamięć tych różnych obywateli milicjantów, obywateli generałów w wojsku i rządzie, tych różnych towarzyszy i WY WIECIE... Nie przypominam sobie, żeby w latach studiów zwracaliśmy się na uczelni do naszych profesorów inaczej niż PROSZĘ PANA, PANIE PROFESORZE... Z przyzwyczajenia zwróciłem się wtedy w urzędzie w ten nieobywatelski sposób do urzędnika. Przypomniałem sobie o tej historyjce gdy odnalazłem tamten dokument ślubu, bardzo już nieczytelny na pożółkłym papierze, niechlujnie spisany. Teraz po pięćdziesięciu latach, gdy tym dokumentem musiałem potwierdzić, że już tyle lat jesteśmy małżeństwem, zwrócono się do mnie PROSZĘ PANA, czy pan może mi to sam jeśli nie odczytać dosłownie, to powiedzieć, co w nim wtedy pan urzędnik napisał?


***

Katowice, 25.05.2007.





Kajakiem po trawie

Na prawdziwy spływ kajakowy wybrałem się dopiero na początku lat sześćdziesiątych. PTTK organizowało spływy na Czarnej Hańczy i Kanale Augustowskim. Wyruszyłem do Augustowa, gdzie spotkała się całkiem przypadkowa, ale sympatyczna gromada wodniaków. Moją kajakową partnerką była Irena, choć nie ta moja ślubna. Od przystaniowego wypożyczyłem do kajaka maszt z żaglem. Początkowo trasa wiodła kanałem od śluzy do śluzy, gdzie niestety trzeba było kajaki co parę kilometrów przenosić. Później był odcinek z transportem na furmankach do Jeziora Wigry. Tu mogłem już przy sprzyjającym wietrze ciągnąć za sobą kilka kajaków z bardziej zmęczonymi załogami. Zmierzaliśmy do miejsca gdzie Czarna Hańcza wypływa z jeziora. Zatrzymaliśmy się po drodze na biwaku. Miałem okazję na samotne popływanie na żagielku. Cały czas trwała upalna sierpniowa pogoda bez kropli deszczu. Dziś na koniec nadszedł dzień bardziej upalny od innych. Moja partnerka postanowiła wypoczywać i się opalać. To mi bardzo odpowiadało, bo czułem, że może nadejść burza i wolałem być na wodzie sam, gdyby się zrobiło niebezpiecznie. Początkowo było spokojnie, żadnego wiatru, ani jednej chmurki na niebie. Podpłynąłem ku przeciwległemu brzegowi, gdzie znajduje się klasztor Kamedułów. Dobiłem do brzegu, zwiedziłem co się dało, podumałem nad żywotem kamedułów, którzy tu dawniej przebywali i postanowiłem wracać, bo na niebie zaczęło się szybko chmurzyć. Postawiłem żagielek i wkrótce znalazłem się przy korzystnym wietrze na środku jeziora. Wtedy zaczęło już silnie wiać i wiatr nagle zmienił kierunek tak, że niosło mnie gdzieś dalej wzdłuż środka jeziora. Bardzo szybko powiało tak silnie, że na wodzie pojawiły się grzywacze. Moje doświadczenia żeglarskie były wtedy minimalne. Ster już nie działał, żagiel musiałem wypuścić do przodu z wiatrem, jak flagę na maszcie, a mimo to wchodziłem w ślizg. Widoczność prawie żadna, bo na dodatek zacinał silny deszczowy szkwał. Pioruny walące oślepiały i były coraz bliżej. Nagle zobaczyłem przed sobą ląd. Była to, jak się okazało wyspa na środku jeziora. Przy takiej wichurze kajak i tak nie był już od dawna sterowny. Zobaczyłem przed sobą pole namiotowe. W mgnieniu oka wyrzuciło mnie z wody ślizgiem aż na sam środek tamtego obozowiska. Nawet na trawie miałem jeszcze dużą szybkość w ślizgu. Burza jak szybko przyszła, tak prędko minęła. Z namiotów wychylali się powoli turyści i dziwili się mojemu wpłynięciu tak daleko, aż na środek wyspy. Pomogli mi kajak zanieść do wody i mogłem po chwili, gdy się woda uspokoiła, wiosłując dotrzeć do mego obozowiska. Niestety, żagiel już mi nie pomagał, bo był podarty. Reszta spływowiczów i tak mi nie uwierzyła, gdy opowiedziałem im o moim dziesięć metrów długim ślizgu na trawie.


***


Katowice, luty, 2005






Pierwszy kajak

W dzieciństwie zauroczyły mnie kajaki pływające na stawie kąpieliska Ruda. Od czasu do czasu przeglądałem pismo dla dzieci „Płomień słońca”, gdzie zobaczyłem zdjęcia ze spływów kajakowych, co jeszcze bardziej pobudziło moją fascynację kajakami.

Wielkim przeżyciem było dla mnie, gdy mnie tata zabierał na kajak wynajęty na godziny.

Kiedyś, a miałem chyba dziesięć lat, odkryłem w „pierwszej rzece” (właściwie kanale, a rzekę Rudę nazywaliśmy „drugą rzeką” ) porzucony, podtopiony kajak. Niewiadomo skąd tu dopłynął, zanim utkwił zaczepiony w zarastającym brzegi tataraku. Poleciałem do domu po Bolka, młodszego o dwa lata brata, aby wspólnymi siłami spróbować wyciągnąć kajak. Bolek chętnie pomagał, bo mu obiecałem, że popłynie ze mną na daleki spływ Rudą. Musieliśmy się bardzo wysilić, zanim się nam udało wyciągnąć kajak na brzeg. Woda szybko wyciekała, bo kajak był mocno podziurawiony. Pożyczonym wózkiem zawieźliśmy tę zdobycz na podwórze sąsiadów, gdzie właśnie smołowano dach i użyczono nam trochę płynnej jeszcze smoły do zasmarowania kajaka, w którym przedtem pozatykaliśmy dziury różnymi gałgankami. Wysmarowaliśmy cały kajak, zarówno spód jak i górę, przekonani, że w ten sposób kajak został odnowiony. Nasz kajak, kiedyś czerwony, był teraz całkowicie czarny.

Zaraz zawieźliśmy naszą zdobycz nad rzekę. Kajak udało się zwodować i zobaczyliśmy, że trzyma się na powierzchni wody. Nie byliśmy dosyć cierpliwi, aby zaczekać do jutra, aż smoła całkowicie wyschnie. Wioseł nie mieliśmy jeszcze, więc postanowiliśmy dziś popłynąć kawałek dalej z prądem, aby kajak schować głębiej w szuwarach, a jutro dotrzeć aż do kąpieliska Ruda. Pierwszy wgramolił się do środka Bolek, który był znacznie lżejszy niż ja. Kajak zanurzył się tylko nieznacznie. Teraz przyszła kolej na mnie. Jakoś pokonałem trud zaokrętowania się, ale niestety, kajak zaczął się zanurzać i coraz bardziej wypełniać wodą. Tonęliśmy. Rzeka wprawdzie miała tylko metr głębokości, ale ulegliśmy panice i wydostając się z wnętrza kajaka przewrócił się i na chwilę do góry dnem. Czepialiśmy się go, jakby to była wywrotka na głębokiej wodzie. Kajak szybko zatonął i przestał być naszą ostatnią deską ratunku, bo tak naprawdę, to nic nam tu nie groziło. Na dno poszły na długie lata marzenia o pływaniu na własnym kajaku.

Nasz pierwszy kajak, obciążony nadmiernie ciężką smołą pozostawiliśmy już rzece. To co nam pozostało po nim, to sporo tej czarnej mazi na nas. Obaj byliśmy nią wysmarowani i ogarnęła nas rozpacz, bo wzajemne szorowanie się gliną i piaskiem w rzece na nic się nie zdało. Przypomniałem sobie, że w piwnicy pozostały resztki terpentyny po ostatnim malowaniu delówek, czyli naszych podłóg. Udało nam się jakoś z trudem i dosyć boleśnie wytrzeć smołę ze skóry. Gdy mama zobaczyła nas rozebranych, dziwiła się że słońce nas tak mocno przypiekło na czerwony kolor, choć dzień był raczej pochmurny. Zarumieniona skóra piekła przez kilka dni, ale wkrótce o tym zapomniałem. Po latach dopiero miałem swoje własne kajaki. Do dziś tkwią w piwnicy dwa składaki, których smołować już nie trzeba. Odbyłem na nich różne spływy także z naszymi synami i wakacyjne pływania z żagielkiem na różnych akwenach, ale najwięcej radości sprawiały mi niedzielne, jednodniowe spływy Skawą, a dalej Wisłą do Krakowa. Zawsze urzekał mnie mijany po drodze przepiękny przełom pod Tyńcem. Na brzegu często obserwowały mnie dzieci. Czy one też marzyły o swoim pierwszym kajaku?


***

Katowice, 9 listopada 2004




Pierwsze skrzypce


Do tej pory pamiętałem bardziej, jak doszło do tego, że zacząłem rysować, co stało się moją pierwszą dziecięcą pasją. Później przypomniałem sobie, jak to z muzyką było. Przed wojną pojawiali się na naszej ulicy co jakiś czas haderloki. Tak nazywano ludzi, którzy posuwali się powoli ze swym wózkiem ręcznym do którego zbierali stare szmaty, i inne odpady, dzisiejsze surowce wtórne. Haderlok najczęściej wołał z daleka: szmaaaty, szmatyyy. Wygrywał też na drewnianej piszczałce jakąś prostą melodię, którą znaliśmy już wcześniej i zaraz prosiliśmy w domu rodziców o niepotrzebne papiery, szmaty, czy resztki metalowe, za które potem dostawaliśmy taki drobiazg, jak balonik, gwizdek z gliny, czy inną bardzo prostą zabawkę. My dzieci woleliśmy sami przynosić te odpady, bo dorosłe osoby nie wymieniłyby niczego dla nas, a wolały wziąć od haderloka coś praktycznego, jak kilka Igieł, naparstek czy szpendliki ( szpilki). Kiedyś przyjechał haderlok z wozem zaprzęgniętym w osła i miał wystawione o wiele ciekawsze, bardziej atrakcyjne wymienne prezenty za większe ilości makulatury, czy metalowych odpadów. Na furmance były zawieszone kolorowo pomalowane skrzypeczki z blachy, które miały nawet naciągnięte struny z drutu. Haderlok brał je od czasu do czasu do ręki i jakimś prostym niby smyczkiem przeciągał po ich strunach. Wydobywał się z nich jakiś strasznie skrzypiący dźwięk. To mnie nie przerażało, bo gdy czasem próbowałem przeciągnąć smyczkiem po skrzypcach taty, to też nie lepiej skrzypiały. Koniecznie chciałem od mamy dużo szmat, bo miały zostać zważone na wadze haderloka, żeby dostać ten trochę lepszy prezent niż zwykły gwizdek za jedną większą szmatę. Niestety, tych szmat nie wystarczało przy ważeniu, więc tych skrzypiec nie dostałem. Wtedy żyliśmy oszczędnie, nawet używanej odzieży nie wyrzucano zbyt szybko. Stare, zużyte rzeczy miały jeszcze jakąś wartość, ciągle się do czegoś przydawały. Za te szmaty, których miałem za mało na skrzypeczki, mama dostała naparstek i trochę igieł. Ja zaś chodziłem bardzo zapłakany aż do powrotu taty z pracy. Mama opowiedziała tacie o powodzie mojego wielkiego zmartwienia. Tata mi przyrzekł, że na moje piąte urodziny dostanę skrzypce połówki, w sam raz dla mnie. To mnie nie uspokoiło i zacząłem na nowo płakać i krzyczeć, że nie chcę połowy skrzypiec ,bo jak będę mógł na nich grać, gdy nie będą całe. Tata mi musiał długo tłumaczyć na przykładzie swoich skrzypiec, że te polówki, to tak naprawdę też całe skrzypce, tylko prawie o połowę mniejsze od tych taty. Będą wyglądać jak prawdziwe, mieć taki sam dźwięk jak te taty. Tata będzie mnie na nich uczył grać z nut. W dniu moich urodzin tata przyszedł z pracy do domu z takim samym futerałem w jakim przechowywał swoje skrzypce. Gdy go otworzył, zobaczyłem w nim skrzypce podobne do tych taty, tylko dużo mniejsze. Pierwsze dźwięki jakie z nich wydobywałem, nie różniły się wcale od tych, które wydawały te skrzypeczki haderloka.


***

Jezioro zatopionych marzeń

Jezioro zatopionych marzeń


W środku najczarniejszego z ciemnych lasów znajdywało się małe jezioro. Było tak ciemne, jak wiekowe drzewa, które się w nim odbijały. Mówiono, że niektórzy zatapiają w nim swe niespełnione marzenia. Ktoś pamiętał, gdy dawno temu było ono dość płytkie, można było dojrzeć dna, jego woda miała złocisty kolor i ryby w nim pływające wydawały się też jakby były złote. Gdy coraz więcej ludzi odnajdywało drogę do jeziora, zaczęło się ono zmieniać. Już nie było płytkie, ale nikt nie wiedział jak głębokie, bo gdy ktoś wpadał, pozostawał w jego głębinach na zawsze. Kolor wody pociemniał, nie było widać dna, mówiono że się bardzo głęboko zapadło. Powierzchnia wody lśniła jak kryształowe lustro, w którym się odbijały chmury sunące po niebie, a nocą gwiazdy z księżycem. Żaden ptak nie siadał na powierzchni jeziora. Często tworzyła się nad wodą mgła, była tak gęsta i rozchodziła się aż po brzegi lasu, tak że ktoś nieuważny, łatwo wpadał od razu w wodne głębiny. Nigdy już potem topielca nie odnajdywano.

Mówiono, że jezioro jest teraz najgłębszym miejscem w krainie lasów i jeden z miejscowych literatów, który tam często zachodził. Oznajmił, że jego głębokość sięga prawie środka ziemi. Niektórzy przybywali tam, aby zatopić w głębinie raz na zawsze swe największe tajemnice, żeby już nigdy nie wypłynęły na powierzchnię. Często były one spisane, umieszczone w jakimś ciężkim naczyniu i wrzucane w głębiny jak najdalej od brzegu. Wielu to pomagało, zapominali na zawsze i nigdy już nie wracali do przykrych tajemnic.

Inni, którzy nie mieli mrocznych tajemnic, a tylko skryte marzenia, też powierzali je jezioru. Spisywali je najczęściej na kartkach, w zeszycikach i wrzucali je bez obciążenia na powierzchnię wody. Kartki zamokły szybko, atrament się powoli rozpuszczał i marzenia się rozmywały. Niektórzy zauważyli, że woda jeziora nabiera coraz bardziej koloru atramentowego błękitu. Namokłe kartki opadały niedługo potem na dno.

Po jakimś czasie zaczęli się nad jeziorem pojawiać pojedynczy wędkarze. Nikt nie widział, by złowili jakąś rybę. Mówiono, że to literaci, którzy dowiedzieli się o zalegających w głębinach spisane przeróżne marzenia i tajemnice. Próbowali tu wyłowić jakiś temat do nowego opowiadania. Kartki były jednak porozrywane, bibulaste i nieczytelnie zamazane.

Ostatnio pojawiała się nad jeziorkiem stara kobieta, która powierzała głębinom na swój sposób swoją tajemnicę. Nie potrafiła już niczego spisać, więc siadała nad brzegiem i zaczęła trochę nucąc, trochę mrucząc powierzać jezioru swą historię.

Wędkujący w pobliżu literaci nie widzieli tej kobiety wyraźnie, tylko słyszeli jej wyznanie. Jedni lepiej, drudzy gorzej. Zapominali o wędkowaniu i całkiem zamieniali się w słuch. Nikt nie rozpoznał starej kobiety, każdy słyszał jej doskonale odbijający się głos od lustra wody. Była to przejmująca opowieść o niespełnionej miłości i marzeniu. Wyznała tu nad wodą wielką tajemnicę swego życia.

Wędkarze zachowywali się bardzo cicho, starali się nie zdradzać nawzajem, że podsłuchują tę historię. Potem wielu zmorzył sen, bo wieczór był ciepły. Jeden i drugi nie był pewny, czy miał jakiś rzadki, natchniony literacki sen, czy słyszał naprawdę kogoś, kto powierzał jezioru swoją historię.

Po jakimś czasie w mieście, niedaleko jeziora pisarze i poeci zaczęli drukować nowe dziełka literackie. Prawie wszystkie miały tytuł „Tajemnica jeziora marzeń” , czy tylko „Tajemnica jeziora”, albo i „Jezioro marzeń”. Dochodziło do kłótni, zaczęły się nawet procesy z oskarżeniami o kradzież tematu. Wkrótce nikt już nie kupował tych książeczek, bo się rozeszła wieść, że wszystkie są o tym samym, różnią się tylko niektórymi zdaniami, czy słowami. Miejscowy związek literatów uległ rozwiązaniu, bo jego członkowie się nawzajem obrażali i nazywali wzajemnie złodziejami cudzych pomysłów literackich.


Gdy po latach zdawało się wszystkim, że jezioro leśne już zarosło, to i tak nikt nie odważył się tam wchodzić, bo obawiano się, grząskiej powierzchni. Zauważono jak większe zwierzęta leśne zapadają się w bagnie. Nikt się nie zbliżał do dawnego brzegu, każdy omijał to miejsce z daleka.

Młodziutki krewny starej kobiety, tej która wtedy nad ciemna wodą wyrzuciła z siebie swą wielką tajemnicę podsłuchaną przez miejscowych pisarzy, pracował w miejskiej bibliotece w ratuszu. Porównywał wszystkie wtedy wydane książki poruszające tamten temat. Przypomniał sobie opowieść usłyszaną od swej babci, którą ta znała od swojej matki.

Wiedział teraz, że nikt z ówczesnych nie wymyślił tej historii sam, a każdy powtórzył to, co w swym żalu opowiadała i opłakiwała nad wodą stara kobieta.


Miała ona bardzo młodziutką córkę, która urodziła syna. Nie była ona jeszcze zamężna i nikt nie dowiedział się o tym wydarzeniu. Matka ustaliła z nią, że wszystkim opowiedzą, że to dziecko które urodziła, to po prostu jej braciszek. Córka przyzwyczaiła się do tej sytuacji, że sama traktowała z czasem swe dziecko jak dużo młodszego braciszka, którym się bardzo czule opiekowała. Kochała to dziecko miłością przedwczesnej matki, ale też tęskniła za nieco starszym od niej ojcem dziecka. Wychodziła z maluchem nad leśne jezioro i tam siadała i pisała listy do niego. Składała potem te kartki i powstawały z nich małe papierowe okręty, które razem ze swym synkiem wypuszczały na wodę jeziora. To miały być listy do jej chłopaka, listy bez adresu, listy do nikąd, bo nie wiedziała gdzie przebywa. Okręciki często szybko tonęły, jakby pod ciężarem wielkiej miłości i tęsknoty. Któregoś dnia chłopczyk wychylił się za nadto do papierowej łódki na wodzie i wpadł do niej gdy dziewczyna była parę kroków od niego. Zanim zdołała do niego dotrzeć, aby go wyciągnąć z wody, chłopczyk szybko zaczął tonąć, woda pochłonęła go natychmiast. Dziewczyna od razu weszła do wody, sama szybko utraciła grunt spod nóg i znalazła się również w głębinach.

Gdy po kilku dniach strażacy zdołali wydobyć ciała, znaleźli je splecione w ostatnim uścisku. Chłopczyk trzymał w swej dłoni wymiętą kartkę z listu-statku do swego ojca.

To potworne wydarzenie przerosło wytrzymałość na ból matkę dziewczyny i babcię wnuka. Wkrótce dostała pomieszania zmysłów. Swego żalu nie opłakiwała nad podwójnym grobem na cmentarzu, a przychodziła do tego tragicznego miejsca nad jeziorem. Głośno wypowiadała swój żal nad ciemną tonią jeziora, gdzie utonęły córka i wnuk.



Katowice, lipiec 2011

Jeździłem prawie całą noc po Krakowie

Jeździłem prawie całą noc w Krakowie samochodem maluchem, głównie gdzieś na peryferiach. Wiedziałem w tym śnie, że nie mam prawa jazdy, że nie potrafię w ogóle prowadzić samochodu i nie wiem, jak go zatrzymać, nawet pomyślałem o tym, co będzie, gdy mnie policja zechce zatrzymać, a ja nie wiedziałem co zrobić, by pojazd stanął. Samochód nie rozpędzał się za bardzo, nawet krzyczałem po drodze do ludzi przechodzących: którędy do ul. Leja róg Urzędniczej, bo to było tam gdzie kiedyś mieszkałem w domu akademickim. Niestety, nie potrafiłem się podczas snu odnaleźć w mieście. Ja wiedziałem, że to wszystko śnię, choć ten sen był tak bardzo prawdziwy. Zajechałem nad Wisłę, ale po chwili wszystko się zmieniło, nie były to te znane mi miejsca, gdzie tyle razy spacerowałem  o różnych porach dnia i nocy, a nawet pływałem kajakiem. Znalazłem się nad jakimś portem, ale nie rozpoznawałem go. Musiało to być gdzieś bliżej Nowej Huty, dokąd nigdy nie zachodziłem. Tymczasem, to co widziałem w trakcie jazdy, to były bardzo malownicze zakątki miejskie, wiedziałem, że to na pewno wszystko w Krakowie, bo ciągle dzwonił dzwon Zygmunta, bił tak donośnie, wszędzie było go słychać, choć wież wawelskich nie było widać. Parę razy usłyszałem też hejnał z wieży mariackiej, choć do rynku wcale się nie zbliżałem. Po chwili znów znalazłem się w pobliżu Wisły. Tu brzeg był bardzo grząski, samochód zaczął się zatapiać w błocie i wyhamował, aż wreszcie zatrzymał się, gdy stanął już przednimi kołami w rzece. Mogłem teraz wyjść z samochodu, tyle że brodziłem w wodzie i błocie. Dreptałem prawie w miejscu i powoli wychodziłem na brzeg. Wszedłem w gęstą mgłę, wszystko się w niej rozmyło, nie wiedziałem gdzie jestem, rozglądałem się, czy kogoś nie zobaczę, by zapytać o drogę. Właściwie to nie wiedziałem nawet o jaką drogę chciałem pytać, nie wiedziałem dokąd chcę iść, dokąd powinienem się teraz skierować. Te sny o zagubieniu się w nocy powtarzają się często. Najgorsze są pierwsze momenty po przebudzeniu, bo nadal jest ciemno i nie jestem pewien, czy sam się już odnalazłem, czy odnalazłem samego siebie, czy ktoś mnie odnalazł. Niektóre sny są bardziej prawdziwe, jaskrawsze niż kolory w szarościach dnia. Od dawna już planuję pojechać do Krakowa, ale ciągle się nie mogę zdecydować. Może w końcu wejdę jeszcze na Kopiec Kościuszki , może dam rady się tam wdrapać? Potem spojrzę dokoła na miasto mej młodości, może ostatni raz wszystko zobaczę, te znane mi budowle, będę oglądał panoramę wspomnień oczami, zarejestruję to w sobie i w aparacie cyfrowym, zostanie ślad. Powidok. Może dojrzę aż do krańca, zobaczę nawet Tatry jak kiedyś przed laty z Wawelu. Może przestanie mi się wtedy Kraków śnić? Są jednak miejsca, osoby, do których już nie dojadę, nie spotkam ich, może tylko w snach.

Katowice , 07.06. 2013.

Kajakiem do Krakowa

Kajakiem do Krakowa



Zabierałem mój jednoosobowy składany kajak bez trudu do pociągu i dojeżdżałem do stacji kolejowej Zator, niedaleko Oświęcimia. Tam dość szybko go poskładałem i zwodowałem na Sole przepływającej tuż pod nasypem kolejowym przy stacji. Wtedy był mglisty wrześniowy, niedzielny poranek, gdy wyruszyłem na płytką, pełną kamieni górską rzekę. Miałem zamiar dotrzeć w ciągu kilku godzin do Krakowa. Woda była krystalicznie czysta, po niedawnej powodzi ani śladu. Powoli słońce zaczęło świecić i na obu brzegach pojawiało się coraz więcej niedzielnych wędkarzy. Tak było aż do ujścia Soły do Wisły. Tu woda nabrała od razu głęboko czarnej barwy. Dno było już niewidoczne, a na piórach wioseł osadzał się smolisty węglowy nalot. To już nie była rzeka, a kanał ściekowy prowadzący w wodzie wszystkie zanieczyszczenia przemysłowe z śląskiego rejonu przemysłowego w kierunku Bałtyku. Tu już wędkarzy nie było. Wisła ma tutaj dość wartki prąd wody, tak że przebycie tych 75 km do Krakowa nie stanowi nadzwyczajnego wyczynu. Powoli woda stawała się bardziej przejrzysta, bo różne dopływy rozrzedzały brudy rozpuszczone w rzece. Na długim odcinku brzegi były zarośnięte wysokimi krzakami, czy drzewami. Widać było na nich ślady niedawnej powodzi. To co rzeka niosła z sobą, pozostawiła w niektórych miejscach nawet na wysokości do trzech metrów nad obecnym lustrem wodnym na gałęziach. Raz były to kopy siana zabrane z łąk, jakieś resztki z gospodarstwa przydomowego, a w pewnym miejscu zobaczyłem pośród gałęzi nieżywą już świnię. Próbowała widocznie ratunku na drzewie i uczepiła się gałęzi. Woda opadła, a ona już tam została. Sprawiało to dziwne wrażenie, te nie skonsumowane kotlety na drzewie w czasach wielkich braków mięsa na rynku.

Zrobiło się potem bardzo ciepło, bo koło południa słońce nieźle jeszcze przygrzewało. Gdy zbliżałem się do Tyńca, słońce zabarwiło już ciepłym kolorem skały przełomu Wisły. Na górze po prawej pojawił się klasztor, tak wspaniale widoczny z wody. To najpiękniejszy odcinek tej wyprawy. Dalej, przy zachodzącym słońcu było widać rysujące się zabudowania Krakowa. Niedługo potem pojawił się Wawel, a przed nim most Dębnicki, gdzie dobiłem do brzegu. Wszystko to były dla mnie bardzo znane miejsca z czasów studiów, a jednak inne, bo oglądane z odmiennej perspektywy. Tomek już czekał na brzegu. Szybkie złożenie kajaka z jego pomocą trwało teraz krócej, a potem niedługa jazda naszą Zastavą do domu. Pamiętam do dziś te moje spływy kajakowe, choć to już teraz ponad trzydzieści lat temu.


P.S. Moich kajaków już dawno nie mam, ale wspominam o tym teraz, bo kilka dni temu Tomek kupił sobie kajak. Popłynąłbym na nim jeszcze raz, choć na znacznie krótszym odcinku tej trasy. Chyba jednak za dużo wody spłynęło od tamtego czasu Wisłą.


Katowice, 18.06.2007.

Kasztan

Kasztan


Na zboczu Klimczoka było skromne góralskie gospodarstwo, przy nim ogródek warzywny i trochę uprawianego poletka. Obok pod lasem na łące można było zobaczyć paradującego pana pawia i kilka mniej rzucających się w oczy skromnych pawich pań. Paw, jak to paw, miał swój bardzo długi ogon z ozdobnych piór i najczęściej chodził zamiatając nim zwiędłe kwiaty i liście na łące. Od czasu do czasu zaś można było go podziwiać, gdy się nastroszył, podniósł ogon wysoko w górę i tworzył z niego barwny, tęczowy wachlarz. To nie miało nic wspólnego z pawimi godami. Po prostu trenował, nawet gdy żadnej samiczki nie było w pobliżu. Wydawał wtedy z siebie przerażające krzyki, które były trochę podobne do wycia osła. Niosły się one daleko po lesie na zboczu góry. Od czasu do czasu wbiegał na łąkę młody konik jakieś nieokreślonej rasy, bardzo mały, prawie jak kucyk. Trochę przypominał swym kształtem tarpana, ale był jaskrawej kasztanowej maści w duże białe plamy. Gdy trochę pohasał po łące, pogonił pawia, skłonił go do wydania przeraźliwego okrzyku aż ten ze skulonym ogonem uciekał do swej zagrody. Czasem zdążył jeszcze złapać ptaka za jakieś odstające pióro. Konik miał na łące swe miejsce pod dorodnym bukiem, gdzie nie rosła trawa, było sporo rozdeptanej gołej ziemi, gdzie się lubił tarzać i przewracał się na oba boki. Poleżał tak chwilę na grzbiecie, wystawiał do góry wszystkie cztery nogi, pomachał nimi trochę, a potem kładł się skulony, leżał nieruchomo i wygrzewał się w słońcu. Wyglądało to z odległości jakby na trawie leżał olbrzymi błyszczący kasztan, który co dopiera spadł z drzewa. Dziewczynka spacerująca ze swą mamą zauważyła leżącego konika na łące i zawołała: Jaki duży kasztan tam leży. Mama patrzała w innym kierunku i powiedziała do córki: Tu kasztanowce wcale nie rosną, a w ogóle to jeszcze kasztanów nie ma, teraz poszukajmy piór, które może paw zgubił, gdy tu spacerował. Słyszałam jego krzyk, a gdy stroszy przy tym ogon, gubi często pióra. Pawie pióra wyglądają tak ładnie w wazonie. Każde ma takie barwne oko, które błyszczy tęczowo gdy poruszy je lekki podmuch w pokoju. Kasztany zaś nie stanowią żadnej ozdoby, bo szybko wysychają, tracą blask i stają się pomarszczone.


7.06.2013.

Katowic2

Katowice, 20.03.2019

Drogi Jerzy, parę dni temu odnalazłem Twój adres na starej kopercie z twoim listem. W nowym notesie go niestety nie przepisałem, podobnie jak telefonu. zanotowałem tylko imię i nazwisko. Stąd nie odzywałem się od dłuższego czasu. Mam nadzieję, że u Ciebie ze zdrowiem OK i list odbierzesz. U nas działo się różnie. Upalne lato dało się Irenie bardzo we znaki, zwłaszcza, że już od dłuższego czasu cierpi na silną niewydolność płuc. We wrześniu dostała się do kliniki na oddział geriatryczny i następnego dnia rano stwierdzono, że straciła przytomność i reanimacja na tym oddziale nie powiodła się, tak że przeniesiono ją na OIOM, gdzie pozostała przez 4 dni w śpiączce, a potem jeszcze przebywała przez kolejnych 6 dni. Na szczęście dłuższe niedotlenienie mózgu nie pozostawiło ujemnych skutków. Po tym mogła zostać przekazana na pneumonologię dla dalszego leczenia niewydolności płuc. W sumie była tam leczona przez miesiąc. Potem z marszu pojechaliśmy prywatnie do Porąbki, do ośrodka rehabilitacyjnego. Irena musiała się nauczyć na nowo ruszać, chodzić. Po miesiącu wróciliśmy i Irena weszła sama po schodach do mieszkania. Irena porusza się po mieszkaniu wyłącznie przy pomocy trójkołowego „chodzika”. Generalnie jest zdana na moją pomoc. Obiady donoszą nam z restauracji, którą mamy w pobliżu na osiedlu. Ja też niestety, stałem się osobą prawie niechodzącą. Wystąpił u mnie przesunięcie między dwoma kręgami lędźwiowymi o 6 mm, co powoduje ucisk na nerw kulszowy prawej nogi. Pozycja pionowa kręgosłupa powoduje piekielne bóle. Nie reaguję prawie wcale na środki przeciwbólowe. Podobnie jest z Ireną, zaczęła leczenie w przychodni przeciwbólowej 5 lat temu. Początkowo leczenie pomagało, ale teraz jest już mało skuteczne. Jej bóle dokuczają w różnych miejscach. Nie tak jak u mnie wyłącznie prawa noga. Ja zaś mam na moje dolegliwości bólowe skuteczny sposób . Wystarczy, że położę się na 10 minut i gdy kręgosłup jest układzie poziomym nic już nie boli. Noce mam w przeciwieństwie do Ireny spokojne. W dzień mogę trochę pochodzić i potem się kładę i tak dokoła Wojtek. Synowie pomagają nam z zakupami. W niedzielę przy ładnej prawie wiosennej pogodzie byliśmy z synami w restauracji w Parku Kultury Irena na wózku inwalidzkim. Był to jej pierwszy wypad z domu po pół roku. Nie masz pojęcia, jak się cieszyła. Niestety, z malowaniem koniec, bo pozycja przy tym wykręca kręgosłup i zwiększa bóle. Na szczęście nie nudzimy się. Teraz doceniam sobie to, że jeszcze w odpowiednim momencie namówili mnie synowie na korzystanie z komputera. Oglądamy na dużym ekranie telewizora wszystko to, co może sprawić radość. W tej chwili poznajemy wszystkie galerie świata, malarstwo poszczególnych artystów. Właściwie, to znamy poszczególnych artystów tylko dość pobieżnie, bo nawet jeśli z galerii, czy albumów, to tylko niektóre prace, bo weźmy choćby dwu malarzy na literę M, n.p. Moneta, to jest tych prac, które znamy kilkanaście, zazwyczaj takie oklepane zestawy, tych rzekomo najlepszych. Tu zaś wszystko zależy od tego, kto dokonuje wyboru. Można zaś zobaczyć wszystkie prace. Teraz też następuje szok. Można się zdziwić, jakie knoty tworzyli także ci wielcy. Dobrze jednak znać tak zwany całokształt. To czasem pomaga wyleczyć się z kompleksów. Bo artysta się nie jest, a tylko bywa. A Malewicz. Głównie znamy go z czarnego kwadratu. Zobaczyłem wszystko, Jaka to różnorodna twórczość, zachwycaliśmy się z Ireną. Teraz ogląda Jawleńskiego. Bywają tego prawie godzinne pokazy slajdów. Nie tylko malarstwo mamy do dyspozycji, ale i muzykę. Prawie każdą operę można zobaczyć i to w różnym wykonaniu i z różnymi wykonawcami. Poza tym mamy do dyspozycji stację tv Stingray classica (amerykańska) i w niej o dziwo dużo polskich wykonań. Czyli nie nudzimy się. Żal mi, że nie wychodzę już na te moje fotospacery. Cóż, wczoraj miałem 88 lat, za dużo nie można już od życia wymagać. To i owo z naszego materiału zużyło się już. Dobrze jest przypominać sobie dawne czasy. Irena zaczęła pisać pamiętnik. Właściwie to ja jestem sekretarzem, bo ona komputera nie dotyka. Doszliśmy do czasów na akademii. Ona chce dalej pisać. Mnie to już męczy. Starszy syn przygotował jej telefon, gdzie można dyktować i tekst jest zaraz bez błędów zapisany. Trochę to jednak dla niej za skomplikowane. Za dużo przycisków na tych urządzeniach. Ja doszedłem na komputerze do podstawowego opanowania, według synów do takiego minimum, że mam z tego pożytek, choć na przykład właściwej grafiki komputerowej nie dam rady uprawiać.

TO BYŁOBY O TYM CO I JAK U NAS. Bardzo jesteśmy ciekawi jak Wy sobie radzicie. W Krakowie nie byłem już chyba od dwu lat. Chciałoby się, ale pewno już nie dotrę. Adam Falkiewicz, Twój lwowski krajan przestał się już do mnie odzywać, też zaniemógł, jego syn w ostatnim momencie dotarł do niego w pracowni ledwo go uratowali, podobnie jak Irenę. Wieści jakie mam od jego syna, nie są pocieszające. Adam jest od nas o rok starszy. Jesteśmy już na etapie, gdy coraz mniej przyjaciół, mało listów już dociera, telefonów też i my sami o wielu zapomnieliśmy, nazwiska uleciały Nie mam w domu już żadnej porządnej koperty, wsadzam to do takiej jaka mi została.

Pozdrawiamy Ciebie i panią Ewę z dużą serdecznością, trzymajcie się w zdrowiu i niech Was zły los omija,

JózekK z Irką

Katowice

Katowice, 14.01.2015


Drogi Jerzy, Cieszę się z listu, nie tylko dlatego, że sympatycznie mnie oceniasz, ale ze się możemy nadal kontaktować. W naszym wieku coraz mniej tych, z którymi się kontaktować możemy. Często samo chcenie zanika. Ta moja wycieczka do Lwowa, to to ostatni moment na taką wyprawę. Zdecydowałem się, bo nigdy nie byłem jeszcze za daleko na wschodzie Polski. Tyle co przejazdem pociągiem do Bułgarii. Był piętnastominutowy postój na stacji lwowskiej. Wyszedłem na peron po lody, miasta z dworca niewiele zobaczyłem. Dotarłem do budynku głównego, do poczekalni z bufetem. Zaskoczyły mnie tam malowidła o matejkowskich formatach przedstawiające podobny styl malarstwa, tyle, ze triumfy Chmielnickiego. Najwięcej o Lwowie słyszałem od Adama Falkiewicza podczas naszego wspólnego mieszkania w akademiku. Może przez niego Lwów stał mi się bliższy. Adam oglądał moje lwowskie zdjęcia u kolegi plastyka w Zielonej Górze, gdzie mieszka. Też chłopak z kresów. Niestety, Lwów dzisiejszy, to nie to co pamiętasz z dzieciństwa, to przecież miasto liczące prawie milion mieszkańców. Z Góry Zamkowej widać te olbrzymie osiedla otaczające miasto. Wokół centrum, które pięknie odnowione z rynkiem na czele wrażenie jak w Krakowie, ale gdy się bliżej przyjrzeć, to widać, że to tylko powierzchowny lifting. Wschodnie pozory. Gdy zaś przejść trochę dalej od rynku, to często widok żałosny, wszystko jak w głębokim socjalizmie. Czuje się, że miasto nie kwitnie, ze jest biedne. Mieliśmy dobrego przewodnika Polaka. Dużo się dowiedzieliśmy. Miał synów, którzy studia ukończyli w Polsce, tu mieszkają, ale on nie chce opuścić Lwowa. Polaków tam coraz mniej. Starsze pokolenie pozostaje nie tyle na posterunku, co na starej biedzie. Biedna Ukraina. Czy dojdzie z czasem do polepszenia naszych wzajemnych relacji? Myślę, że nie można oczekiwać, że tweedy, gdy oddadzą nam Lwów. My też już nie zechcemy oddać Wrocławia. Cóż, pozostałeś w Galicji, tylko dużo bardziej na zachód. Dla mnie Kraków był miastem marzeń od 1947 gdy byłem tam na wycieczce szkolnej. Widziałem studentów uczących się nad Wisłą pod Wawelem. Robiłem wtedy pierwsze szkice w Krakowie. Bywałem z kolegą plastykiem w ostatnich latach kilka razy do roku tamże, chodzimy i fotografujemy. Jak Ci już wspominałem, od czasu do czasu także coś piszę. By sobie kiedyś przeczytać i przypomnieć. Podobnie z fotografowaniem. Co do tego kalendarza, to zrobiła mi go na święta synowa, bez mojej wiedzy i wyboru. Do jakichś zdjęć moich miał syn dostęp, wybrała według swego widzimisię, niektóre nie najlepsze technicznie. To na tyle, serdecznie Ciebie i panią Ewę pozdrawiamy, Józek z Ireną

Kaziuuu...U

Kaziu…U.

We wspomnianym już akademiku na Zakrzówku poznałem jeszcze dwu kolegów z innego pokoju. Oni mieszkali tylko w dwójkę, Kaziu, już na trzecim roku, student wydziału scenografii i Adam, z tego samego roku co ja, też na malarstwie, mój wieloletni przyjaciel aż do późnych naszych lat. Kaziu, wysoki przystojniak, o bujnej czuprynie, czarnych kręconych włosów, bywał mężczyzną, na którego nie tylko panie zwracały uwagę. Wtedy w czasach siermiężnego socjalizmu nosił się dość oryginalnie, miewał różne pomysły co do ubioru, sam sobie potrafił coś uszyć, wykazywał smykałkę do kostiumów, jak przystało na przyszłego scenografa. Przez jakiś czas obnosił się w swej obszernej czarnej pelerynie. Chował w niej dość dużą kukłę, ze swą karykaturalnie wymodelowaną podobizną. Była nieco wydłużona charakterystyczna głowa z wydłużonym nosem i znaczne zniekształcenie czaszki nad czołem. To była pozostałość po nieszczęśliwym wypadku, gdy Kaziu próbował swych sił na motocyklu w klubie zużlowców. Kukła wysuwała się spod peleryny, wydawała jakieś nieartykułowane dźwięki, by zaraz wypuścić z ust strumień wody pachnącej najbardziej pospolitymi wówczas perfumami, pod nazwą Przemysławka. Tego rodzaju występy uchodziły mu, bo potrafił z każdego wydarzenia wybrnąć ze słownym dowcipem. Kaziowi nigdy nie zabrakło pomysłów sytuacyjnych, do zainscenizowania ad hoc. Miał talent performera, by coś szybko zaimprowizować i rozbawić towarzystwo.

Na jednym z zimowych plenerów malarskich na Harendzie w Zakopanem na skutek silnych mrozów doszło do awarii w toaletach. Kaziu jak zwykle kipiący pomysłami niby teatralnymi, będąc już rasowym scenografem, znalazł wyjście z sytuacji i zaproponował zbudowanie obok budynku igloo, jako że śniegu było pod dostatkiem. Miał to być lodowy pisuar dla panów. Chętnych do tej pracy nie zabrakło i ta śniegowa architektura bardzo szybko wyrosła. Ktoś wpadł na pomysł, że jak przy każdej budowie gdy ściany dosięgają zamierzonej wysokości, murarze stawiają na szczycie małą choinkę udekorowaną wstążkami, co sugeruje by gospodarz poczęstował butelką murarzy. Ustrojona choinka stanęła na swej wysokości i delegacja udała się do profesora Ś. by zameldować o wykonaniu budowy zgodnie z planem. Profesor był znany ze swego poczucia humoru i przyszedł, choć brak butelki wytłumaczył tym, że dziś niedziela i sklepy zamknięte. Poproszono profesora o zainicjowanie działalności szaletowej. Żadna koleżanka nie zgodziła się zostać babką klozetową, więc z opłat zrezygnowano. Profesor po krótkim pobycie w naszym igloo został przez wszystkich zgromadzonych uczestników pleneru powitany oklaskami i Kaziu przystąpił do części honorowej dekoracji. Kaziu przygotował tradycyjną deskę klozetową, odpowiednio udekorowaną namalowanymi na niej liśćmi laurowymi i nałożył ją profesorowi przez głowę na ramiona. Ktoś wykonał pamiątkowe zdjęcie rozbawionej gromady plenerowiczów.

Właściwie to Kaziu nie zaistniał jakąś znaczniejszą działalnością scenograficzną w teatrach, bo wkrótce po dyplomie zajął się filmem animowanym, wpadł na pomysł utworzenia takiej specjalizacji na ASP w Krakowie, co mu się wspaniale udało i parę dobrych lat kierował tam takim wydziałem. Działał potem i w Warszawie i Poznaniu na akademiach, gdzie podobne wydziały utworzył. Udało mu się wykształcić sporą grupę zdolnych ludzi zmieniających potem film animowany w Polsce. Sam stworzył sporą ilość swoich autorskich filmów animowanych. Podsumował swoją działalność pedagogiczną i twórczą uzyskując tytuł profesora i doktora habilitowanego. Do sportu żużlowego też jeszcze wrócił, bo nakręcił film o tym czarnym sporcie pod tytułem Diabły.

Kiedyś więcej chodziłem

Kiedyś więcej chodziłem


Kiedyś więcej chodziłem, nawet wybierałem się na górskie wycieczki, często samotne. Ruch sprawiał mi przyjemność, cieszyło, gdy potem spoglądałem z góry w doliny, czy na inne szczyty w Beskidach.

Marszowego kroku nie znalem, bo w wojsku nie byłem. Artystów wtedy jeszcze nie brali w kamasze. W książeczce wojskowej miałem na wszelki wypadek zapisane: pisarz, zespoły artystyczne. Jako pisarza mnie wojsko nigdy nie sprawdziło, żadnej książki też nie napisałem. Coś notować zacząłem późno, gdy już miałem komputer. Wiedziałem, że jak będę pisał z błędami, komputer może to poprawić. Co do chodzenia, to z wiekiem z tym gorzej, lekarz stwierdził, że mam wtórne płaskostopie, co mi się wydawało lepsze od wtórnego analfabetyzmu, bo tak jak z chodzeniem, mniej teraz czytałem. Potem stwierdziłem, że płaskostopie zaczęło się cofać. Podeszwy zrobiły się raczej bardziej wypukłe. To jednak było gorsze, bo trudniej utrzymać równowagę, noga nie przylega już tak dobrze podeszwą do ziemi. Chodzenie staje się mniej pewne, wybieram krótsze trasy. Mniej chodzę, bardziej tyję, waga rośnie. Trzeba więcej własnego ciężaru dźwigać i mniej się chce ruszać.

Gdy rok temu podczas kolejnej wizyty u elektro kardiologa zapytał mnie na koniec: a tak poza tym, co panu dolega? Odpowiedziałem, ze starość wchodzi mi za nadto w nogi. Po kilku nastu minutach , przy wsiadaniu do autobusu potknąłem się, upadłem i miałem złamaną mogę w stopie, ale o tym od razu nie wiedziałem. Dowlokłem się jeszcze do domu, wieczorem odwiedziłem na pogotowiu ortopedę i stopę miałem w gipsie. Przez dwa miesiące poruszałem się w mieszkaniu na wózku. Odzwyczaiłem się nieco od chodzenia. To mi już zostało na zawsze. Mniej było odtąd tych fotospacerów z Heniem, jak i tych samotnych. Zaliczyłem w tym roku dwu tygodniowy pobyt w szpitalu, schudłem o 14 kg, wróciłem dość osłabiony i jeszcze mniej się jak dotąd ruszam. Mam coraz mniej kolegów w moim wieku, a ci którzy pozostali, bywają w gorszej kondycji ode mnie. Wmawiam sobie, że wieku 86 lat, to już normalka, choć czasem się łudzę, że może z wiosną, nastąpi odrodzenie, taki osobisty renesans. Może jeszcze coś namaluję?

Kim jestem

Notuję w dziś 2.12.2018 w pierwszą niedzielę adwentu


Kim jestem?

Jestem całkowitym Ślązakiem, trochę Polakiem i trochę Niemcem. Także Europejczykiem. Wiem, że nie jestem Żydem, ani Afrykańczykiem, czy Azjatą, że nie jestem nikim w stu procentach. Nie lubię historii, Nie znoszę królów ani innych władców, bo każdy z nich, gdy stał w najpełniejszym blasku, to rzucał za siebie ciemny cień. Największym królem dla mnie był ów wymyślony przez wspaniałego człowieka, lekarza, ŻYDA Z POCHODZENIA, Król Maciuś Pierwszy. Ze swymi dziećmi poszedł do niemieckiego gazu. Ich Weiss nicht was soll das bedeuten, dass ich so traurig bin… Pamiętam też, że nie wszystko co mogę wspomnieć jest takie JEDWABNE. A ślonkich chacharów też nigdy nie brakowało. Jestem na własny rachunek sobą samym.

Kinowe wspomnienia

Kinowe wspomnienia



Zanim pierwszy raz poszedłem do kina, wiedziałem już o tym cośkolwiek od mamy. To co widziała jako dziewczynka w wieku szkolnym tam w Westfalii, gdzie się urodziła, było czymś, co przerażało. Choćby scena z filmu niemego jeszcze, gdy nadjeżdżała lokomotywa, i już prawie chciała wjechać z ekranu wprost na publiczność, która w ciemnościach sali zaczęła pełna lęku uciekać ze swych miejsc i się nawzajem tratować.

Mama zabrała mnie po raz pierwszy do kina, gdy miałem około pięciu lat. Miałem się nie bać, bo był to film dla dzieci. Byliśmy wtedy w już nie istniejącym kinie przy placu Lohny, dziś Wolności, w Rybniku. Pierwsze wrażenie kinowe nastąpiło od razu na początku. Wielka ciemność, która na chwilę nastała, robiła ogromne wrażenie, tajemniczy prapoczątek, gdy w czarną otchłań wbił się nagle gdzieś z tyłu strumień kinowego światła i wyczarował na ekranie pierwszy obraz. Odezwały się przy tym głośne dźwięki muzyki. Była to kolorowa kreskówka Disney’a o świętym Mikołaju, jak z dalekiej Laponii wyruszał saniami do dzieci na całym świecie. Film zabawny i budzący nadzieje, bo to było już niedługo przed dniem św. Mikołaja. Trochę mnie martwiło to, czy i do naszego komina święty da rady wrzucić prezenty, bo nasz komin nie był taki duży. Widziałem jak ostatnio tata wybierał sadze z komina z otworu tuż przy piecu i wydawało mi się, że zmieściłaby się tam tylko paczuszka cukierków, a nie większe zabawki. W tamtych kominach na filmie mieściły się całkiem zabawki i paczki.

Drugim filmem była Obrona Częstochowy. Nie taka jaką nakręcił w Potopie reżyser Jerzy Hoffman, ale bardziej wdzięczno bajkowa. Jedni i drudzy okrutnie strzelali. Kule Szwedów odbijały się o rozpostarty płaszcz Matki Boskiej i spadały na powrót na wrogów. Tak to Polacy obronili dzięki cudowi Jasną Górę. Kino zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Kino wprowadziło mnie w zaczarowany świat. Uległem tej jego magii i często, gdy tylko mogłem wyrywałem się odtąd do kina. Od czasu do czasu przebywałem w dzieciństwie aż do wybuchu wojny na Emie u dziadków. Ciocia Ciska pracując jako kurier na kopalni Ema jeździła codziennie pociągiem do Katowic z pocztą i przy okazji przewoziła też puszki z filmami do miejscowego kina, niezbyt odległego od miejsca, gdzie dziadkowie mieszkali. Cała rodzina korzystała stąd z darmowego wejścia na seanse kinowe. W owych czasach kina nie miały regularnych godzin seansów. Każdy wchodził jak chciał, w trakcie wyświetlania filmu. Jeśli wszedł od środka seansu, to oglądał to bez poznania początku. Dowiedział się wpierw jak się film kończy, a potem znowu jak się fabuła zaczyna. Mnie to nie wcale przeszkadzało, bo na ogół były to filmy dla dorosłych, więc interesowały mnie te luźne sceny choćby filmów z Tarzanem, Flipem i Flapem, bo głównie na takie filmy mnie wpuszczano. Były i filmy z uroczą Shirley Temple, którą uwielbiałem, zanim zaczęły mi się doroślejsze aktorki podobać. Zapamiętałem z tamtego czasu Olivię de Havyland. Filmów, ich fabuł nie pamiętam, raczej pojedyncze sceny, luźne obrazy filmowe. Później, wiosną 1939 roku, gdy chodziłem już do szkoły, byliśmy z całą klasą na seansie pierwszego pełnometrażowego filmu rysunkowego Disney’a Królewna Śnieżka. Wtedy dużo czytałem, bajkę doskonale znałem i zachwyciłem się wersja filmową. Przypominam sobie, że jakoś nigdy nie powtarzałem w swych rysunkach disnejowskiego stylu, czy raczej maniery, coś co dziś dzieci nagminnie naśladują.

W czasie wojny chodziłem dość często do kina. Pierwszym niemieckim filmem, który wywarł na mnie duże wrażenie, był kręcony według Karola May’a DURCH DIE WUESTE (Przez pustynię). Przeczytałem wtedy już kilka książek tego autora i dziś wiem, że zachwyciłem się filmem na wyrost. Podobnie było z filmem muzycznym WEN DIE GOETTER LIEBEN. Był to film fabularny o Mozarcie. Naturalnie, że nie mógł osiągnąć takich wyżyn jak to wspaniałe, Oskarami nagradzane dzieło Milosza Formana Amadeusz. Ten czarno biały film o moim już wówczas ulubionym kompozytorze pozwolił mi zapoznać się nie tylko z życiorysem kompozytora, ale i poznać choć fragmentarycznie jego twórczość. Może nie tyle film stał mi się bliski, ale sam Mozart. Pokochałem jego muzykę na zawsze. Dziś często nastawiam w Internecie dostępną francuską stację radiową MOZART. W każdej chwili mogę posłuchać muzyki leczącej wszystkie smutki i zło. Kiedyś, kilka lat temu udało mi się zobaczyć jeszcze raz ów stary film niemiecki o Mozarcie. Nie zrobił już na mnie prawie żadnego wrażenia, nie tak go odbierałem jak w wieku dziecięcym. Był po prostu niedobry. Mego stosunku do muzyki Mozarta jednak nie zmienił.

Z niemieckich filmów zapamiętałem takie tytuły jak QUAX DER BRUCHPILOT z Heinzem Rȕhmannem, Der weisse Traum, Der große König i wiele innych. Po wyzwoleniu działało w Rybniku tylko jedno kino o starej nazwie Helios. Nie od razu raczono nas radzieckimi filmami, a przynajmniej ich nie pamiętam. Był od razu pierwszy amerykański film p.t. MOJA SIOSTRA ELLEN BAWI SIĘ. Okazało się, że i Amerykanie potrafią potworną szmirę wyprodukować. Powoli zaczęły wchodzić i raczej coraz bardziej przeważać filmy radzieckie, o których mówiono, że uczą, bawią, kształcą i wychowują. Nam jednak nie trafiały do przekonania, nie często chodziło się do kina. Ostatnim dobrym filmem amerykańskim, jaki oglądałem w 1947 roku był muzyczny film z orkiestrą Glena Millera Serenada w Dolinie Słońca. Powstał istny szał wokół tego filmu. Chodziliśmy po kilka razy. To była muzyka, która zawładnęła nami, nuciliśmy te melodie na każdym kroku. Właściwie to było jednak pożegnanie z filmem amerykańskim na jakiś dłuższy czas. Nastąpiła era filmów radzieckich. Oglądało się dobre muzycznie filmy jak Świat się śmieje, Pieśń tajgi, Pasterz i świniareczka, ale potwornie nasycone tanią propagandą. Zaczęły się pojawiać także filmy czeskie, ale o tych mówiło się po prostu czeski film, od tytułu filmu NIKT NIC NIE WIE. Powoli pojawiało się coraz więcej polskich filmów jak: Zakazane piosenki, Skarb, Czarci Żleb, Ulica Graniczna i inne. Te filmy miały oczywiście większe powodzenie, poruszały mniej nachalnie aspekty propagandowe, niż te rosyjskie produkcji Mosfilmu. Pokazywały mocno zdeformowany świat. Dopiero po roku 1956, po odwilży tworzyły się kluby filmowe i można było znowu zobaczyć najlepsze pozycje produkcji zachodniej. Nastał też czas telewizji i od czasu do czasu tam też zaczęto pokazywać obrazy z innego świata o innym świecie.

Kolejka dziadka

Kolejka dziadka

Już od początku grudnia dziadek zaczął myśleć o prezentach dla swej trójki wnuków. Martwił się trochę, bo dopiero dwudziestego otrzyma grudniową emeryturę. Czy zdąży wtedy zakupić dla wszystkich odpowiednie prezenty? W ubiegłym roku każdy z wnuków dostał książkę. Widział, jak po kolacji wigilijnej wszyscy zabrali się do czytania, bo chyba wybrał odpowiednie książki, skoro wzbudziły ich zainteresowania. W tym roku nie miał jeszcze pomysłu na prezenty.

Przez kilka grudniowych wieczorów, gdy oglądał program telewizyjny pokazywano miniaturową kolejkę elektryczną poruszającą się po dość dużej przestrzeni, gdzie wszystko było jak prawdziwe, stacje kolejowe, jakieś mosty, nawet mały tunel a nad nim pasły się zwierzęta. Była to kolejka z marzeń jego lat dziecinnych, taka jaką zawsze chciał mieć, ale żaden św. Mikołaj mu takiej nie przyniósł, ani jej nie dostał od dzieciątka w wigilię Bożego Narodzenia. Zastanawiał się, nad kupnem kolejki, tylko nie miał pojęcia jak ją podzielić na kilka części. Czy sprawiłby komukolwiek radość prezentem dzielonym na trzy części?

W dniu pobrania emerytury kurier dostarczył odpowiednio wcześniej zamówioną przesyłkę. Dziadek nie zastanawiał się zbyt racjonalnie składając to zamówienie, bo poprosił o pełne trzy zestawy kolejki, co kosztowało tyle, ile jego cała emerytura. Uległ swoim dziecięcym niespełnionym marzeniom. Będzie się teraz cieszył kolejką razem z wnukami.

Dwa dni wcześniej poprosił dwu młodszych sąsiadów o pomoc w uprzątnięciu dawnego pokoju babci. Stało tam metalowe łózko i trochę nieprzydatnych już mebli. Powynosili wszystko za cenę kilku butelek piwa. Na dwu rozkładanych stołach dziadek rozpiął zieloną tkaninę, by na niej montować tory, stacje i całą resztę elementów kolejki. Traktował to całe przedsięwzięcie tak, jakby sam sobie sprawiał prezent swoich marzeń. Miał w pamięci tę małą kolejkę PICO, którą przed laty kupił synom. Był to bardzo skromny zestaw , ale radości było co nie miara, gdy dzieci zobaczyły tę kolejkę pod choinką. Późną nocą przed wigilią w spróbował ją kilka razy uruchomić. Sam takiej kolejki w dzieciństwie nigdy nie posiadał.

Z dużym zniecierpliwieniem oczekiwał na 20 grudnia. Często zachodził do pokoju z przygotowanymi stołami. Przesunął do pokoju nawet jeden z foteli i kilka razy zasiadał tam w ciągu dnia. Dziadek już sobie wyobrażał tę rozłożoną kolejkę i potrafił sobie odtworzyć obraz pędzących pociągów po torach. Często przy tym zasypiał na fotelu, potem budził się nagle nieco zziębnięty i dreptał do łóżka, by się rozgrzać. W przeddzień tego ważnego dnia poszedł wcześniej spać, bo chciał rano wstać prędzej niż zwykle.

Zaraz po śniadaniu pojechał do banku podjąć swą emeryturę i potem niecierpliwie czekał na kuriera. Niedługo po dwunastej odebrał przesyłkę i zabrał się do rozpakowania. Sprawdził dokładnie zawartość przesyłki. Były trzy odrębne kolejki i dodatkowe zestawy szyn, rozjazdy i trzy budynki dworcowe. Dla każdego z trzech wnuków odrębny zestaw. Dziadek zaplanował na wigilijny wieczór wspólną zabawę całej trójki z jednym wielkim torowiskiem i trzema pociągami. Był tam jeden zestaw pociągu pospiesznego, jeden bardziej tradycyjny, przypominający ten z dawnych lat, oraz zestaw towarowy. Tory zmieściły się na rozłożonych stołach, rozplanował ustawienie dworców, rozjazdów i podłączył wszystko do sieci elektrycznej. Na początek ustawił na torach do jazdy próbnej tylko model kolejkę ciuchcię. Wypróbował jeszcze pojedynczo dwa kolejne zestawy kolejek. Wszystko działało sprawnie. Dziadek postanowił sprawdzić jazdę symultaniczną wszystkich trzech zestawów kolejki. Ustawił je na torach, każdą przed jednym z dworców. Po kolei włączył każdą z nich do ruchu. Pociągi ruszyły i szybko zrobiły dwa okrążenia. Zatrzymał kolejki i ustawił pociągi na powrót obok stacji. Postanowił na tym zakończyć próby i odpocząć. Przedtem jednak ustawił na środku stołów małą udekorowaną choinkę i podłączył światełka. Dziadek był nieco zmęczony i usiadł na fotelu, który ustawił sobie obok rozłożonej kolejki. Nim się spostrzegł, zapadł w głęboki sen. Wędrował od stacji do stacji pomiędzy pociągami, a właściwie to unosił się i ciągle dawał sygnały swoją latarką z zielonym światłem do odjazdu kolejnym pociągom. Był jakby głównym zawiadowcą wszystkich kolejek, które błyskawicznie wprawiał w ruch sygnalizacją. W pewnym momencie zauważył, że zaraz dojdzie do niechybnej katastrofy, bo do stacji zbliżały się na tym samym torze z dwu przeciwnych stron dwa pociągi. Wykonywał jakieś ruchy, chciał zapobiec katastrofie. Zaczął swą latarkę przełączać na czerwone światło, próbował sygnalizować niebezpieczeństwo, ale latarka się zacięła, był bezradny, coś go sparaliżowało. W momencie, gdy już lokomotywy miały wjechać na siebie, obraz się nagle zatrzymał, wszystko stanęło w bezruchu przed jego oczami, zastygło, ogarnęło go odrętwienie. Zapadł w najgłębszy ze snów.

Gdy w wieczór wigilijny starszy syn przyjechał po ojca, zastał go martwego na podłodze. Stwierdzono głęboki zawał serca. Trzy kolejki, prezenty świąteczne dla wnuków z wykrzywionymi szynami leżały na nim razem z tkaniną ze stołu, którą uchwycił w ostatnim momencie i ściągnął na siebie. Kolejki prócz kilku odcinków szyn nie były uszkodzone, można byłoby się nimi bawić. Wnuki jednak nigdy nie dostali już tej, ani żadnej innej kolejki w prezencie. Nigdy nie dowiedzieli się od rodziców, jak odszedł ich dziadek z wigilijnymi prezentami.


Boże Narodzenie 2016

Koniec roku 2020

Koniec roku 2020

Gdybym dziś otrzymał maila skądś z góry z wezwaniem zrobienia sprawozdania z już prawie minionego roku, nie musiałbym się długo trudzić, bo czasy zarazy z ich ograniczeniami aż nadto trzymały nas w ryzach, zmuszały do przebywania głównie w domu, mało tych kontaktów było, nawet spacerów niewiele, bez żadnych wycieczek. Zrobiłem bardzo mało zdjęć, najwięcej było tych z okna i z balkonu. Mniej malowałem, kilka małych abstrakcji, nawet nie wiem, czy mogę je uważać za skończone. Próbowałem coś pisać, trzy opowiadania na kanwie czasu zarazy. Czytałem sporo, ale poświęcałem mnóstwo czasu Irenie, która sobie już z trudem radzi. Kontynuuję rodzinną tradycję zawodu pielęgniarskiego po ojcu, jestem pielęgniarzem Ireny, choć o dość niskiej fachowości i zbyt małej cierpliwości. Moje dolegliwości też mnie ograniczają, za mało mogę pomagać. Męczymy się, choć jeszcze sobie radzimy. Mamy oboje sporo lat za sobą i tych wspólnie przeżytych za nami, bo już 64. Przede mną w marcu dziewięćdziesiątka, a Irena trzy lata mniej, ale o wiele bardziej zmitrężona dolegliwościami ciągnącymi się już od wielu lat. Rok po roku. Rak po raku. Jeszcze trwamy, pomagają nam w tym też synowie z rodzinami, wiemy, że nie jesteśmy sami. Jak w wierszu Kraszewskiego: Dziad i baba.

KOSMOLOGICZNIE

KOSMOLOGICZNIE

Listopad jak zwykle kitwasi się pogodowo, dodając coraz więcej ponurości naszym jesiennym dniom. Wszystko już późne, prawie na wszystko za późno żeby jeszcze zdążyć. Ostatnio nadają w tv z satelity coraz częściej tematy kosmologiczne. Dowiaduję się, że porządek to był kiedyś  we wszechświecie, na prapoczątku. Może to dla ewolucjonisty, potwierdzenie boskich poczynań z prapoczątku? Potem świat, a raczej cały wszechświat zaczął zmierzać do nieporządku, do coraz większego chaosu. Tym chaosem jest i nabieranie coraz większej szybkości, coraz większe oddalanie się. Nie mam na myśli naszego starczego pojmowania świata, to nasze jak teraz czas  coraz szybciej ucieka. To o galaktyki chodzi. Oddalają się coraz szybciej od siebie i tak bardzo się będą oddalać, że dla ewentualnie żyjących na nich istotach rozumnych, te mityczne kontakty nie będą już nigdy możliwe. Wszędzie będzie za daleko w czasie i przestrzeni. Jeśli my mamy dziś przed oczami (teleskopów astronomów) dawną przeszłość uniwersum, to za setki milionów lat, ew. ludzie już nawet przeszłości nie będą mieli, bo jej nie dostrzegą. Przyszłości nie będzie, bo będzie ona coraz szybciej nadchodzić i coraz dalej uciekać. Czas się skończy. Czarne dziury pożrą wszystko co pozostało. Pozostaną tylko jakieś elementarne drobiny. Gdzie miejsce na niebo, raj, na wieczność? Coś mi się zdaje, że wtedy z tego chaosu, super nieporządku znowu zacznie się wszystko od nowa, Kolejny pra wybuch? Czy Bóg potrafi świat stwarzać kilka razy? A może stworzył od razu coś w rodzaju perpetuum mobile? Ot i tyle na jesienne ponurości.

Listopad 2012

Kuzyn Hardi

Mój kuzyn Hardi


Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota namalowania pejzażu z zachodem słońca nad morzem, na jakiejś egzotycznej wyspie. Coś, co uważa się za tandetny pomysł. Zwykły kicz. Próbuję to mimo wszystko jakoś skomponować w przyzwoity obraz. Myślę, że są to reminiscencje z dzieciństwa, z czasu gdy byłem zauroczony obrazkami dodawanymi do paczek papierosów, które reklamowały ówczesne kolonie niemieckie w Afryce, czy na Archipelagu Bismarcka. Mój o dziesięć lat starszy kuzyn Hardi z Emy zbierał bardzo zawzięcie te obrazki. W dzieciństwie przebywałem często u mojej babci i dziadka w szlafhauzie (hotel robotniczy) na Emie, tam gdzie się urodziłem. Dziadek będąc już na emeryturze, pełnił jeszcze funkcję gospodarza w olbrzymim hotelu robotniczym, który był pusty ze względu na panujące bezrobocie. Hardi też nie miał pracy i bywał u dziadków częściej niż w domu, bo dziadek opiekował się nim więcej niż jego ojczym, Niemiec. Dziadek chciał, aby jego wnuk mimo niemieckiego imienia Reinhard był Polakiem. Po wybuchu wojny, gdy Niemcy wkroczyli do Polski, dziadek, który był powstańcem śląskim został aresztowany i umieszczony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Babcię usunięto wkrótce z szlafhauzu. W tym czasie Hardi przyjeżdżał często do nas do Rybnika. Jesień w 1939 roku była piękna, kasztany obrodziły obficie. Hardi potrafił mi wyczarować z nich zamiast kasztanowych ludków wspaniałe czołgi. Staczałem nimi wielkie bitwy pancerne. Opowiadał mi to, co słyszał jeszcze przed wybuchem wojny od dziadka, że nasze tanki są niezwyciężone i gdy zaatakują Niemców, to znów ich przepędzą i będzie po wojnie. Niestety tak się nie stało, jak Hardi myślał. Niemcy wkrótce stwierdzili, że jeśli ktoś ma tak prawdziwie niemieckie imię, to nadaje się świetnie na niemieckiego żołnierza, aby walczyć za Fuehrera. Hardi dotarł z armią niemiecką prawie pod Moskwę, ale podczas sromotnego odwrotu zginął na południe od Wiaźmy. Pamiętam jego listy z frontu, pisane do nas po polsku, bo mu to lepiej szło niż po niemiecku. Na pewno i jemu śniły się tam podczas mroźnych, rosyjskich nocy, te widoki z egzotycznych, ciepłych krajów, które przechowywał w swym drewnianym kuferku. Te obiekty mego dziecięcego zauroczenia przepadły gdzieś, tak jak i sam kuferek. Dziś po latach cytuję te obrazki jako fragmenty większych całości. Obrazy nie mają tytułu, a tylko literki P.S. od Pejzaż Sceniczny i kolejny numer. Może jednak są to bardziej Powidoki Sentymentalne?

Dziadek zginał zamordowany w hitlerowskim obozie konzentracyjnym w Dachau. W jednym z ostatnich listów napisał szczególne pozdrowienia dla swego najukochańszego wnuka Hardika. Był on pierwszym, najstarszym wnukiem, któremu dziadek Jan zdołał poświęcić najwięcej czasu. Hardi nie mógł przeboleć, że musi strzelać do Rosjan. To nie była jego wojna. Kiedyś mi tłumaczył, co oznacza skrót NSDAP: Nasi Są Daleko Ale Przyjdą. On tego nie doczekał. Poległ za obcy mu Vaterland, który zabrał jemu, mnie i nam wszystkim wnukom dziadka Jana-Johanna, na którego cześć przyjąłem przy bierzmowaniu imię Johannes. Nie została mi żadna pamiątka po Hardiku, ale pamięć o nim i te malowane powidoki na moich obrazach.



Katowice, latem 2004.

LATARNIK 1945

LATARNIK 1945


Od 1936 roku mieszkaliśmy w dwu pokojowym mieszkaniu z kuchnią w ostatnim wówczas domu przy ulicy Wodnej, skąd już było blisko do rzeki Rudy i lasu. 26 stycznia 1945, w godzinach wieczornych, gdy front błyskawicznie dotarł pod Rybnik od strony Gliwic, pierwszy wybuch granatu wyburzył narożnik naszego budynku. Mieliśmy już o jeden pokój mniej. Nie było naszej sypialni. My piątka dzieci z mamą musieliśmy się teraz przenieść do piwnicy, gdyż ostrzeliwanie rosyjskie trwało nadal. Od tego dnia piwnica stała się na długie zimowe tygodnie naszym mieszkaniem, jak i naszych gospodarzy. Trwało to aż do 3 marca, a datę tę pamiętam dokładnie, bo to dzień urodzin naszego taty, od którego nie mieliśmy już żadnej wieści od sierpnia zeszłego roku.

Tego dnia we wczesnych godzinach porannych usłyszeliśmy stukanie do drzwi i okazało się, że niemieccy żołnierze przyszli z poleceniem natychmiastowego opuszczenia domów i udania się do budynku rzeźni miejskiej na miejsce zbiórki. Zaspana dwójka najmłodszego rodzeństwa musiała się pomieścić w wózeczku dziecięcym. Prawie siedmioletnia Małgosia starała się z nami nadążać. My starsi, Bolek i ja pomagaliśmy mamie pchać wózek do przodu w ciemnościach i śnieżycy. Niewiele mogliśmy ze sobą zabrać na tę drogę w niewiadome.

Noc była na szczęście spokojna, bez strzelaniny. Po godzinnym marszu dotarliśmy do wyznaczonego miejsca. Koczowały tam już dziesiątki osób, głównie matki z dziećmi i starsze osoby. Dowiedzieliśmy się, że mamy zostać załadowani do pociągu i wywiezieni w nieznanym kierunku, gdy tylko wagony podstawią na bocznicę. Nam udało się uniknąć wywózki, bo mama przekupiła niemieckiego żołnierza paczką tytoniu. Mogliśmy niezauważeni opuścić to miejsce i w ciemnościach udaliśmy się wzdłuż torów kolejowych w kierunku Niedobczyc, gdzie mieszkała w własnym domu siostra mamy i babcia z jeszcze jedną ciocią. Staraliśmy się tam dotrzeć unikając głównej drogi. Była to bardzo męcząca trasa po błotnych, zimowych wertepach. Z trudem posuwał się nasz przeładowany wózek dziecięcy do przodu. Po wielu godzinach przybyliśmy już skrajnie zmęczeni na miejsce. Ciocie z babcią zaopiekowały się zaraz nami bardzo troskliwie, nakarmiły nas i pozwoliły odpocząć.

Nocą oglądaliśmy łuny nad Rybnikiem i słyszeli dochodzące dudnienie artyleryjskie. Niedługo i tu wojna dopadła nas na nowo. Niedaleko za domem cioci ulokowała się niemiecka bateria artylerii. Od czasu do czasu działa prowadziły ostrzeliwanie Rosjan pod Rybnikiem. To przeraziło mamę tak bardzo, że postanowiła przenieść się dalej stąd, do kolejnej siostry w Biertułtowach, na Emie. Tam spędziliśmy już spokojnie dalsze tygodnie aż do końca kwietnia. W przeddzień wkroczenia Rosjan nastąpił atak ich samolotów na uciekające w popłochu oddziały niemieckie drogą przez osiedle górniczych familoków, gdzie przebywaliśmy. Spadło kilka bomb, ale nikomu nic się nie stało. Jak tylko Niemcy pouciekali, wkroczyli zaraz Rosjanie i popędzili szybko dalej. Tam nie mieliśmy z Rosjanami zbyt wiele do czynienia. Tu nie dochodziło do tych znanych przyfrontowych ekscesów dokonywanych przez pijanych radzieckich żołnierzy. Za kilka dni mama postanowiła abyśmy wrócili do Rybnika, bo dochodziły wieści, że można już w mieście zamieszkać.

W domu zobaczyliśmy straszne spustoszenie. Nie dość, że sporo rzeczy wykradziono, to jeszcze jeden granat uderzył w dach i zostawił dużą dziurę przed wejściem z klatki schodowej na strych. Nasz gospodarz załatał prowizorycznie dach od góry, ale dziura w suficie pozostała przez jakiś czas otwarta. Zauważyłem, że tam pod dachem były przechowywane na czas wojny polskie książki syna gospodarzy. Nie pytając nikogo o zgodę, zacząłem je sobie wypożyczać do czytania. Były to bardzo różne polskie książki, które mi wpadły w ręce teraz pod koniec wojny. Niektóre czytałem z zainteresowaniem, ale było i trochę literatury fachowej, której nie rozumiałem i nie ruszałem.

Po kilku dniach zakwaterowano w naszym domu małą grupę radzieckich żołnierzy. Zajęli oddzielny pokój naszych gospodarzy na piętrze obok naszego mieszkania. Mieliśmy więc obok nas nieproszonych sąsiadów. Trzeba przyznać, że zachowywali się bardzo przyzwoicie i nawet dzielili się z nami swoimi wojskowymi przydziałami żywności. Był pośród nich starszy żołnierz, z którym można było się łatwiej porozumieć aniżeli z innymi. Wydawał mi się trochę inny od reszty, jakiś grzeczniejszy czy milszy dla mnie i mego rodzeństwa.

Któregoś dnia wysłała mnie mama po coś na strych. Zastałem tam owego żołnierza. Siedział za kominem i czytał książkę. Okazało się, że nie ja jedyny korzystam z biblioteki ukrytej w dachu. Byłem bardzo ciekaw, co ten Rosjanin usiłuje czytać.

Zakradłem się niepostrzeżenie i zobaczyłem przed nim książkę otwartą na LATARNIKU Sienkiewicza. Leżała tuż obok niego na podłodze, a ów żołnierz siedział z twarzą schowaną w dłoniach i usłyszałem tłumiony szloch. Deska na którą nastąpiłem zaskrzypiała i żołnierz błyskawicznie się zerwał sięgając ręką do kabury pistoletu. Zauważył mnie i powiedział do mnie po polsku, ale tak jakoś inaczej: cicho, chodź tu bliżej.

Zdziwiłem się, że odezwał się w ten sposób do mnie, bo uważałem go za Rosjanina. Mówił do mnie tą swoją inną polszczyzną niż nasza o tym, że urodził się na Litwie, ale spędził prawie całe życie na dalekiej Syberii. Został powołany do rosyjskiego wojska, choć zgłaszał się do tego polskiego, które w czasie wojny tworzył generał Anders w Rosji. Zapytał mnie, czy znam to, co czyta, nowelę o Latarniku. Powiedziałem mu, że przeczytałem ją już, gdy chodziłem przed wojną do pierwszej klasy. No to wiesz, że latarnik czytał tam : „Litwo, ojczyzno moja…” Ten wiersz napisał największy polski poeta pochodzący z Litwy tak jak on. Mówił, że po wojnie chciałby wrócić na Litwę, ale nie wie czy mu Rosjanie pozwolą. Prosił mnie, abym nie zdradzał go przed kolegami, że mówi po polsku. Następnego dnia wyjechała ta grupa Rosjan na front kończącej się wojny gdzieś w pobliżu Berlina. Ci żołnierze nie zabrali nam niczego, choć zdarzało się to bardzo często. Książka z nowelkami Henryka Sienkiewicza pozostała też na strychu. Gdy ją potem przeglądałem, zauważyłem, że nie było w niej strony z fragmentem inwokacji z Pana Tadeusza.

Ten żołnierz poczuł się jak ów latarnik z dala od stron ojczystych. Był teraz na terenie Polski, ale przybył tu jako obcy, bo jako żołnierz rosyjski. Nie wiem, czy tę wojnę przeżył, czy wrócił na Litwę. A może znowu tęsknił jak dawniej za Litwą, tam na dalekiej Syberii?



Katowice, 27.10.09.

LEKCJE ROSYJSKIEGO

/Lekcje rosyjskiego

Moje pierwsze lekcje rosyjskiego zaczęły się zaraz wiosną 1945 po tak zwanym wyzwoleniu. Niby na nie czekaliśmy, ale szybko okazało się, że nie o takie wyzwolenie nam chodziło, bo nastąpiła nowa zależność, jak w tym powiedzeniu zamiana siekierki na kijek.

Okazało się, że pierwsze rosyjskie słowo jakie poznałem brzmiało jak po polsku i znaczyło to samo: dawaj, dodawano do tego jeszcze pasmotrim i znaczyło to tyle, co daj popatrzę. Niby nic, a znaczy wiele, jak w znanej piosence. Krasnoarmiejec chciał na coś popatrzeć, trwało to potem bardzo długo i już na zawsze ta oglądana rzecz pozostawała u niego. Powstała śląska nazwa takich sołdatów: smotroki. Nie nazywaliśmy naszych wyzwolicieli złodziejami. Interesowali się naszymi czasami. Nie zabierali nam czasu, a nasze zegarki, które czas mierzyły i tak się po rosyjsku nazywały: czasy. Podobnie jak większość mych kolegów w szkole, nigdy nie miałem specjalnej ochoty uczyć się rosyjskiego i niewiele zapamiętałem z lekcji, a rosyjskie bukwy nadal ledwo rozróżniam. Nie pokochaliśmy Rosjan, ale też nie okazywaliśmy im wtedy jako chłopcy jakiejś wyraźnej niechęci, gdy stacjonowali u nas po wojnie. Na ogół byli to nie wiele starsi od nas młodzi żołnierze. Musiałem też przymusowo pracować dla rosyjskiego wojska w mieście. Polegało to na opróżnieniu mieszkań ze sprzętów, mebli, bo miał tam powstać szpital. Wyrzucaliśmy ciężkie gdańskie meble przez balkon na podwórze. Nawet olbrzymi fortepian poleciał w dół i rozbił się przy jęku wszystkich strun. Nie oponowaliśmy przy takim niszczeniu, bo nie musieliśmy sprzętów mozolnie znosić po schodach. Były to lekcje unicestwiania kapitalistycznego majątku. Bywały także inne lekcje. Czasami chodziliśmy z żołnierzami na ryby. Oczywiście nie mieliśmy wędek, żołnierze mieli za to dynamit. Wrzucali ładunek wybuchowy z podpalonym lontem do stawu, następował zaraz wybuch i ogłuszone ryby wypływały po chwili na powierzchnię. My mieliśmy za zadanie je wybierać i potem otrzymywaliśmy parę ryb. W tamtych czasach był to cenny łup, mieliśmy coś na obiad dla całej rodziny.

Było o pracy z Rosjanami, ale mieliśmy też i przednie zabawy dzięki nim. Tuż za domem, gdzie mieszkaliśmy zaczynały się ugory. Stał tam wysoki maszt podtrzymujący grube kable przewodów elektrycznych, które teraz zwisały z szerokich ramion w dół aż do ziemi. Rosjanie obcięli kabel metr nad gruntem, dowiązali do tego deskę, by można na niej usiąść okrakiem. Trzeba było jeszcze wypleść z kabla długi na jakieś dwadzieścia metrów pojedynczy drut, dowiązać go do huśtawki i całą grupą odciągać potem delikwenta pod dużym kątem dość wysoko w górę. Na komendę puszczało się drut i olbrzymia huśtawka wahadło poszła w ruch. Było to wspaniale szybowanie prawie dziesięć metrów nad ziemię. Obserwowaliśmy dość pilnie Rosjan przy tej zabawie, a gdy ich już nie było, my korzystaliśmy z huśtawki, dopóki nie zaczęto naprawiać przewodów elektrycznych, bo zaczynała się intensywna odbudowa. Nie wszędzie jednak odbudowywano, bo Rosjanie też to i owo pasmotrili, zdemontowali i wywieźli do siebie.

Później zdarzało się w szkole, że ktoś na lekcji rosyjskiego dowcipnie pytał panią profesor, czy to prawda, że w ZSRR mają fabryki pomarańcz. Uczyliśmy się o tym, że prawie wszystko pierwsi wynaleźli Rosjanie. W szkole trwała paroletnia lekcja dwuznaczności, rodził się w nas cynizm. Wtedy kino nas mało interesowało, bo wyświetlano kiepskie i prymitywne filmy propagandowe. Film radziecki uczy, kształci, bawi i wychowuje. Trwało to do śmierci Stalina w 1953, gdy już byłem na studiach w Krakowie. Wtedy jeszcze usłyszałem bicie dzwonu Zygmunta. Wawel żegnał przymusowo wodza narodów. My wiedzieliśmy swoje, ta propaganda nie docierała do nas, lekcji rosyjskiego moje pokolenie nie odrobiło.


21.11.2013.

Leworęki malarz

Leworęczny malarz

Na początku wojny, chyba zimą 1941 roku my chłopcy z ul Wodnej, wtedy Rudastrasse udawaliśmy się na naszych niby nartach do Birkenwaldu. Było tam dość duże zbocze tuż pod lasem, przy torach kolejowych za dworcem Paruszowiec. Na prawdziwe narty nikogo z nas nie było stać. Wystarczały takie zrobione z klepek z beczek, przywiązane do butów czym kto miał. Wymagało to sporej zręczności by ich po drodze nie zgubić zapadając się w głębokim śniegu. Któregoś zimowego dnia zauważyłem na skraju zbocza, tuż przy drodze kogoś malującego wodnymi farbami. Owego malarza znałem już z widzenia, obserwowałem go już dawniej gdy malował w mieście.

Teraz miał na sobie niemiecki mundur wojskowy. Siedział na pniu drzewa, a na rozkładanym krzesełku miał rozłożone przybory malarskie. Podszedłem bliżej i zwróciłem się do niego, czy można popatrzeć. Zapytał mnie, czy też maluję, co potwierdziłem. Zapytałem jakie to farby. Z Francji, gdzie przebywa w wojsku. Są to wspaniałe akwarele. Zapytałem, czy niemieckie są gorsze, ale on odpowiedział tak mimochodem, że nie zawsze wszystko co niemieckie jest najlepsze. Odezwałem się, że znam obrazy Matejki, które drukują w Berliner Illustrierte. Ach, ten, on ma tylko dobre nazwisko, to tylko taki ilustrator, który przedstawia sceny z pola bitwy. Zresztą sam na pewno ich na własne oczy nie oglądał. Ja maluję, to co widzę, tylko to, co mi się podoba i chciałbym, żeby inni też mogli na moich akwarelach zobaczyć to co piękne. Mnie jego akwarela zachwyciła. Był to zimowy widok na miasto nieco oddalone , trochę niewyraźne, w zimowej mgiełce, a nad nim sterczała wysoko w górę sylweta kościoła św. Antoniego. Podobało mi się to ujęcie w zimowym otoczeniu. Zapamiętałem je na zawsze i przypominałem je sobie za każdym razem, gdy wracałem pociągiem do Rybnika i patrzałem przez okno wypatrując miasta na horyzoncie. Tak było przez wiele lat. Mijał czas i ten widok zmienił się całkowicie. Kościół nie wyłania się już tak wcześnie z oddali. Drzewa i domy przesłoniły to, co było widoczne kiedyś. Pana Ch. spotkałem jeszcze kilka razy jak malował swe akwarelki, na których prawie zawsze był zaznaczony ów kościół.

Tuż przed pójściem na studia sam również malowałem akwarelki z podobnymi widokami. Przedtem jednak, zaraz po wojnie spotkałem jeszcze raz pana Ch. gdy malował jakiś rybnicki widok, gdzie też wydawało mi się że jest i kościół zaznaczony. Wszystko było jednak jakieś mało udolne, powiedziałbym, że niewiele lepsze, niż ja potrafiłem wtedy namalować. Nie było już tej perfekcji szlachetnej akwareli, zabrakło świetlistości, sam rysunek był nie tak mistrzowski jak dawniej. Był to raczej gwasz, z dużą ilości bieli i czerni. Zauważyłem dopiero po chwili, że malarz posługuje się lewą ręką. Prawa, to był tylko podwinięty rękaw. Rękę zabrała mu wojna, Tę łatwość akwarelisty też. Powiedział mi jeszcze że on do tych nowoczesnych izmów w sztuce się nie przekonał, choć czasem tak właśnie jego obecne malarstwo wygląda. Niektórzy koledzy malarze chwalili go, że zmienił styl, stał się bardziej nowoczesny. Wolałby tak jak dawniej malować, ale przez tę wymuszoną wojną leworęczność, widzi nadal tak samo, a maluje inaczej, tak jak teraz potrafi. Inni zaś mówią, że nie malują tego co widzą, a to jak to czują.

Leśny koncert

Leśny koncert


Wylew, któremu uległ koncertmistrz wiolonczelista odmienił całkowicie jego dotychczasowe życie. Jego żona pianistka zmarła już kilka lat wcześniej. Po długiej rekonwalescencji w szpitalu i sanatorium zamieszkał teraz w domu opieki. Przechodził tam dalsze ćwiczenia rehabilitacyjne. Pierwotny lewostronny paraliż ustępował powoli. Nadal powłóczył lewą nogą, ale to nie byłoby istotne przy graniu na wiolonczeli. Właściwie, to o normalnym ćwiczeniu nie było już teraz mowy. Dwa palce lewej dłoni miał nadal nieruchome, bez czucia. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego zawodowa kariera muzyczna jest zakończona. Nie potrafił się z tym pogodzić, jeszcze nie osiągnął wieku emerytalnego, nie wyobrażał sobie życia bez grania na swym ukochanym instrumencie.

Chętnie słuchał nagrań z koncertów, w których sam wykonywał partie solowe. Ostatnio korzystał już tylko ze słuchawek. Sąsiadom przeszkadzały dochodzące z jego pokoju głośniejsze dźwięki. Gorzej było z próbami grania na wiolonczeli. Starał się jednak sąsiadów nie drażnić. Do tych ćwiczeń zdjął struny z instrumentu i założył zwykłe bawełniane sznurki po to, by móc ćwiczyć swą lewą rękę prawie bez dźwiękowo. Wymyślał przeróbki niektórych utworów na dwa zdrowe palce, co stanowiło bardzo trudną, prawie niemożliwą kombinację palcówek. Chciał to swoje granie usłyszeć. Zakładał struny na instrument i schodził wtedy na dół do kotłowni i tam grał. To dało mu nadzieję.

Kiedyś grali w filharmonii koncert fortepianowy Ravela na jedną rękę. Kompozytor napisał ten utwór dla pianisty, który utracił podczas wojny prawą rękę. On ma co prawda obie ręce, tyle, że lewą nie w pełni sprawną. Nie ma znajomego kompozytora, który napisałby mu koncert uwzględniający jego utrudnienia w palcówkach. Postanowił, że skomponuje sobie koncert na wiolonczelę z uwzględnieniem tylko dwu palców i kciuka. W jego utworze kciuk także naciskałby na struny. Zabrał się do pracy i próbował szybko ukończyć kompozycję. Nastąpiły dni szalonej pracy, był bardzo przejęty swoim utworem. Parę razy próbował już tworzyć jakieś małe formy, była w tym także muzyka ilustracyjna, coś dla teatru, ale próby skomponowania jakiegoś większego utworu, czegoś solowego na wiolonczelę dotąd nie podejmował. Poza muzyką symfoniczną interesował się także jazzem, odpowiadała mu muzyka Gershwina. Wiedział, że nie napisze sobie koncertu podobnego do tego, jaki Dworzak skomponował na wiolonczelę. W swoim koncercie chciał wykorzystać własne możliwości, coś zbliżonego do jazzu, poświęcić więcej uwagi wirtuozerii prawej ręki, nie tylko operując normalnie smyczkiem, ale i wykorzystując perkusyjnie część drewnianą, oraz liczne pizzicato. Napisał wyciąg fortepianowy części orkiestrowej. Koleżanka żony, pianistka nagrała mu na magnetofon tę wersję zamiast orkiestry towarzyszącej. Potem to odtwarzał i próbował wyćwiczyć partię solową swego instrumentu na dole w głuchej piwnicy kotłowni.

Nastała piękna, ciepła, jesienna pogoda, prawdziwa polska jesień. Kompozytor wiolonczelista postanowił wyjść ze swym instrumentem w plener, do pobliskiego parku leśnego. Tam ustawiał swój składany stołek, rozkładał nuty na pulpicie i ćwiczył całość koncertu. Trzecia część była pomyślana w szybkim tempie, bardziej jazzująca niż pierwsza i druga. Mniej było tu partii wykonanych płynnie smyczkiem, wszystko bardziej rytmiczne i bardzo ekspresyjne. Dźwięki odtwarzane w leśnej ciszy satysfakcjonowały go, był zadowolony z siebie zarówno jako wykonawca i kompozytor.

Wreszcie uznał, że utwór jest gotowy. Premiera odbędzie się tam w lesie, dokąd zwykle chodził ćwiczyć. Oczywiście, nie będzie orkiestry towarzyszącej, a tylko nagranie wyciągu fortepianowego, odtwarzane z magnetofonu. Na występ zaprosił kilku przyjaciół, kolegów z orkiestry i swoje szefostwo z filharmonii. Nie liczył na zbyt wielu słuchaczy. Nie starał się o zgodę na wykonanie koncertu w świetlicy domu opieki, bo wiedział, że wielu tamtejszych pensjonariuszy pragnie bardziej spokoju, niż dysharmonii dźwięków. Niektórzy pensjonariusze wyczekiwali tu na moment przekroczenia granicy wiecznej ciszy. W sumie wysłał 30 zaproszeń na koncert, który miał się odbyć w pierwszą pogodną niedzielę października o godzinie 11.00. Do zaproszenia dołączył plan sytuacyjny, jak trafić w to miejsce. Prosił o zabranie składanych krzesełek.

W przeddzień koncertu postanowił odbyć popołudniu jeszcze jedną leśną próbę. Pogoda była nadal słoneczna, choć zrobiło się dość chłodno jak na tę porę roku. Zapowiadano że są możliwe lekkie nocne przymrozki. Dzień mijał, nastawał zmierzch, szybko robiło się ciemno. Czuł się bardzo zmęczony. Pomyślał, że dobrze byłoby chwilę odpocząć, wyprostować się w pozycji leżącej na leśnym mchu. Rozciągnął brezentowy futerał swej wiolonczeli na ziemi i położył się. Postanowił wyprostować się przez chwilę i był przekonany, że poradzi sobie doskonale po ciemku w drodze powrotnej, bo noce były teraz przed pełnią księżyca jaśniejsze.

Nie była to krótka drzemka jak przewidywał, a głęboki sen w który zapadł. Obudził się z zimna. Musiało już być grubo po północy. Chciał wstać, ale nie potrafił się w ogóle ruszyć. Odczuł w sobie jakiś wewnętrzny chłód, twarz, dłonie i stopy były bez czucia, nie poruszyły się, w ogóle ich nie odczuwał. Domyślał się, że panuje przymrozek. Zaczęła go ogarniać panika, bo chciał się ruszyć, krzyczeć o pomoc, ale wiedział, że znalazł się poza swoim ciałem, że tylko myślał, widział i nawet nie wiedział, czy słyszy. Dochodziła do niego przejmującą cisza. Żadnego dźwięku, żadnej muzyki. Tylko głuchy bezruch. Poczuł się znowu bardziej zmęczony, powtórnie ogarniała go wielka senność. Mróz nie był dotkliwy, ale zimno choć nie odczuwane, coś w nim zmieniło. Po chwili obudził się, wydawało mu się, że usłyszał dźwięk struny A, który brzmiał jakoś dziwnie długo, ale zaraz nieco ciszej odezwały się pozostałe struny. Zastępowało to cały koncert, który miał dziś wykonać dla przyjaciół. Może jednak cos usłyszał, może jakieś zwierzę potrąciło wiolonczelę i struny się odezwały, gdy wiolonczela się przewróciła. Instrument nie został uszkodzony, można by na nim jeszcze niejeden koncert zagrać, tylko już nie miał kto.

Po porannym przymrozku nastał piękny, dość ciepły październikowy dzień. Dwu kolegów z orkiestry przybyło nieco wcześniej. Ogarnęło ich przerażenie. Jeden z nich dotknął wiolonczelisty w okolicach arterii szyjnej i od razu stwierdził, że nie żyje. Drugi obciął scyzorykiem kilka gałęzi i przykrył nimi ciało. Prawie wszyscy zaproszeni goście za wyjątkiem dyrektora filharmonii przyszli na wskazane na zaproszeniu miejsce. Właściwie to traktowali to nie jako wydarzenie artystyczne, a jako koleżeńską przysługę dla doświadczonego przez los muzyka. Ktoś zatelefonował do domu opieki. Tam już sami zaczęli powiadamiać odpowiednie służby. Nikt nie musiał oficjalnie odwoływać koncertu. Trochę powspominali wiolonczelistę i jak zwykle w takich okolicznościach było też o tym, że zdolny, że mógł jeszcze żyć, że za szybko odszedł. Ktoś spowodował, że kompozycja dostała się do rąk dyrektora filharmonii i zarazem jej dyrygenta. Mówiło się potem, że utwór jest bardzo dobry, że koncert jest inny, niż te znane na wiolonczelę, bo wychodzi poza schematy. Pomysł łączenia wiolonczeli z jazzem jest nowatorski, warto go wykonać publicznie. Żal, że nie zrobi tego sam kompozytor. Może dojdzie do tego, że wykonają go kiedyś filharmonicy berlińscy, którzy często występują na swojej estradzie leśnej pod Berlinem? Kompozytor myślał przecież o leśnym koncercie.

Katowice, 31.08.2014.

lilie wodne — kopia

Lilie wodne

Janek z Isią uchodzili w klasie szkoły podstawowej za parę. Jawniej dawała temu wyraz Isia, bo listy które pisała do Janka dostawały się w dziwny sposób w ręce koleżanek, a te przekazywały ich treści nieco mniej delikatnie Jankowi. Było tam i o tym, że Isia chciałaby, żeby na ich ślubie sam zagrał w kościele Ave Maria. Nie była jednak pewna, czy wpierw będzie grał, czy dopiero po ceremonii ślubnej. Sęk w tym, że Janek już od jakiegoś czasu nie grał na skrzypcach, bo zaczął naukę gry na wiolonczeli. W ich kościele Isia nie słyszała nigdy, by ktoś przygrywał do ślubu na innym instrumencie. W tamtych latach, choć w której już kolejnych klas wszedł na ekran ich kina film o Mozarcie Wen die Goetter lieben, o tym że „Ci których Bogowie kochają, umierają młodo”. Na tym filmie byli razem. Film był dozwolony od lat 12.Isia płakała, bo film kończył się smutno, młody kompozytor zbyt szybko odchodził. Nie zdołał całkowicie ukończyć swej mszy żałobnej. Janek zaczął się pilniej przykładać do ćwiczeń na wiolonczeli po tym filmie. Zastanawiał się który z dwu utworów, do jakich miał nuty wpierw wyćwiczyć. Mozart nie napisał niczego szczególnego na wiolonczelę. Dostępniejszy dla jego umiejętności był Robert Schumann. Jego Traeumerei, czyli marzenie, albo Ave Maria, choć nie to zazwyczaj grane na skrzypcach do ślubu. Isia się jeszcze nie interesowała kompozytorami, znała jak dotąd tylko Mozarta. Wytłumaczył Isi, że to też wielki kompozytor, nie żył wiele dłużej od Mozarta, choć filmu o nim jeszcze nie ma. Pomyślał, że na Ave Maria przyjdzie jeszcze czas później, zaś teraz woli marzenia, także o Isi.

Trwały wakacje 1944 roku i Janek miał sporo czasu, by przygotować się do zaprezentowania swojego Marzenia Isi. Niestety, nie zdołał opanować utworu z pamięci, więc na swój występ prócz wiolonczeli musiał zabrać także składany metalowy pulpit i kartkę z przepisanymi nutami. Zaprosił Isię na specjalny koncert na łonie natury. Miało to być w tajemnicy przed wszystkimi. Tylko dla niej. Miejsce wybrał w mało dostępnym zakątku nad stawem gdzie stała prymitywna ławeczka mogącą służyć wiolonczeliście do siedzenia w czasie występu. Ustalono to spotkanie na godzinę 11.00. Janek przyszedł na umówione miejsce ze swym muzycznym bagażem nieco wcześniej. Poszedł okrężną drogą, by nie budzić sensacji z wiolonczelą przy zagajnikach nad stawem. Delikatnie podstroił instrument, rozłożył pulpit i założył kartkę z nutami. Nie próbował nawet jak najciszej zrobić sobie próby, mimo że jeszcze nigdy nie grał w takim naturalnym otoczeniu. Po chwili pojawiła się Isia, ubrana elegancko, prawie odświętnie, co Janka przyprawiło od razu o większą tremę. Isia nie zbliżyła się do niego, pozostała o parę metrów od ławeczki i powiedziała że tam przysiądzie, bo będzie go lepiej słyszeć i widzieć z odległości. Razem z otroczeniem, bo jak stwierdziła, lilie wodne zakwitły tego roku szczególnie obficie, a tam gdzie ona usiadła, tatarak pachnie szczególnie intensywnie. Janek zaproponował Isi, by usiadła na futerale brezentowym od wiolonczeli, lecz odmówiła grzecznie.

Pierwsze dźwięki wiolonczeli zaczęły narastać i pięły się w górę jak przy marzeniu oświadczynach wypowiedzianych dźwiękami. Janek nie widział Isi, tylko ulatającą z pulpitu swoją nutową kartkę. Sfrunęła do wody. Upadła tuż obok i częściowo na lilię. Reszty Janek nie widział, bo miał przed oczami mgłę, dogra dalej bez nut? Co za kompromitacja! W tym momencie, na dźwięki marzenia nałożyło się głośne wycie syreny alarmowej co spowodowało, że ostatni ton marzenia stał się podobny do syreny. To Alarm lotniczy

List do Kryspina o dziadku Janie

List do Kryspina o dziadku Janie


Nie wyobrażaj sobie Kryspinie mnie jako Methuzalema, czy po Twojemu chipa  pełnego pamięci spraw dawnych, zapisaną kroniką rodzinną. Co do dziadka Jana Johannesa, nieco młodszego od babci, to przy bierzmowaniu ku jego czci, a już żył, przyjąłem imię Johannes. O mej pierwszej komunii było jeszcze od niego w liście z Dachau. Dziadek nie zginął w Dachau, choć  stąd jest zawiadomienie o śmierci, a w zamczysku Hartheim koło Linz, dokąd szły słynne Invalidentransporte z więźniami do zagazowania, bo w Dachau nie mieli dostatecznych możliwości likwidowania więźniów. Twój brat Stasiek, wyczytał co prawda nazwisko dziadka na terenie K.L.Dachau, ale to formalność biurokratyczna, tak jak to, że zginął na zapalenie płuc. Co do bezpośredniej pamięci o dziadku, to musisz sobie wyobrazić, że w 1939 roku byłem ośmioletnim bajtlem, właśnie miałem 1 września pójść do drugiej klasy. Przypomnij sobie, że z tych lat ma sie bardzo wybiórcza pamięć, nie posegregowane fakty historycznie, a jakieś obrazy, wrażenia. Moje kontakty z dziadkiem były jednak sporadyczne, bo mieszkaliśmy w Rybniku, a na Emę do szlafhauzu przyjeżdżałem od czasu do czasu, na jakieś pobyty quasi wakacyjne. Na pewno był dziadek oczytany, wiem, że w Bottrop udzielał się  w związku śpiewaczym. Nie był też zwykłym górnikiem, a gazmajstrem, czyli  sprawdzającym bezpieczeństwo metanowe prze fedrunkiem. Czytał codziennie gazetęPolska Zachodnia , którą ciotka Ciska przywoziła z jej wyjazdu kurierskiego do Katowic. Poza tym abonował i pismo Polska Liga Morska i Kolonialna. Interesował się problemami polityki jako zwolennik nie Korfantego, a Grażyńskiego, czyli był zwolennikiem sanacji. Sanacja wtedy zwalczała tę prawdziwą autonomię śląską. Właściwie, to popierał rządzenie Śląskiem przez "prawdziwych Polaków", czyli goroli. Dziadek jeździł też na wycieczki  jak do Gdyni, by podziwiać budujące się właśnie polskie okno na świat, Gdynię. Na zdobyte co na Czechach już wcześniej pokonanych przez Niemców Zaolzie też pojechał. Na spacerach z dziadkiem w 1939, gdy byłem na Emie na wakacjach u dziadków wysłuchiwałem długich tyrad dziadka, jacy to mocarstwowi jesteśmy, że niczego Niemcom nie oddamy, że Niemcy z nami wojnę przegrają, bo jesteśmy silni zwarci i gotowi. Gotowy był dziadek zmienic poglądy we wrzesniu, gdy dotarł w swej ucieczce aż do Zaleszczyk i tam ogladał sromotną ucieczkę tych którym tak ufał. Wrócił szybko na Emę i zaraz spory kawał dalej az się znalazł w Dachau, bo na niego już czekali. Nie wiem, czy wiesz, że dziadka ulubiony Grażyński przebywał przez wojnę wraz z innymi polskimi oficerami sanacyjnymi "zobozowany" przez gen. Sikorskiego w Szkocji i nie został dopuszczony do udziału w służbie w armii polskiej na zachodzie. Sikorski żądał od Churchilla miejsca na obóz koncentracyjny dla swych przeciwników  sanacyjnych. Jak widzisz, tak było zawsze, Polak potrafi, zawsze są ci lepsi prawdziwi Polacy. Zresztą obozy koncentracyjne nie tylko Niemcy mieli, Ruscy mieli Łagry, a Anglicy obozy dla niepokornych Irlandczyków. Ale to tak jak sie godo, nebenbei. Teraz też mamy ciągłe PO-PISy. Jedni warci drugich. Dziedziczny grzech kompleksów porozbiorowych. Jeszcze zawsze wiele w Polsce zależało od tego, dokąd władca miał zwrócone oczy, skąd większe zyski płynęły. No to trzeba znów znaleźć wroga wewnętrznego. Choćby RAŚ. Rzekomo chcą przyłączyć Śląsk do Niemiec. Nie wiem, czy je tako fest wielko rolwaga, co by sie to dało przewieść? Dołączę jeszcze na wszelki wypadek to, co kiedyś o dziadku napisałem, Pozdrawiam serdecznie JózekK

2 załączniki

Lynin, czyli chop od Lyny

2013.05.22. Lynin chłop

Kandyś przed wojnom, jakech we ferie bywoł na Emie u dziadków, godoł starzik Jan niby to do starki Franciszki , a po prowdzie to rozprowioł bardzij som ze sobom: Tyn Lynin to je rychtyk antychryst, to skuli niego inksi moc ciyrpiom. Starka go zaro pyto: Gibko mi rzeknij, a co tyn Lynin takigo narychtowoł, że jo nic o tym nie wiym, yno niech Zefek, to niby jo, stond się wpiyrw straci, żeby nie słyszoł co ty o jego ojcu rozprowiosz.

Niedługo przyjechoł do starzików ujec Erwin z Pszczyny, kaj pełnioł służba jako policyjant. Zaroz go starka zapytała: Powiydz mi ty Erwin jako policyjant, co mo takigo na sumiyniu chop od Lyny, skuli tego, że o nim tyla oszkliwstwa godajom, a Lyna mi dotond nie pedziała o nim złego słowa. Ojciec zaś musi cosik wiedzieć, bo godo yno tam i nazod, tyn Lynin to je antychryst.

Ujec zaroz to wytłumaczoł: Mamo, tyn o kierym tata godajom, to on nie je od naszej Lyny. On się yno nazywoł Lynin (Lenin) i był nojwiynkszym komunistom u Rusów. Na to starka pedziała do ujca: dziynki Bogu, że Józef nie je komunistom, boś je policyjant i musioł byś go zawrzyć we hareszcie.

Tak to się ucieszyłem, że wujek nie musi aresztować mojego taty, tylko że wtedy nie wiedziałem jeszcze , kto to jest komunista.


22.05.2013.


*

Malarz mańkut

Malarz leworęczny

Na początku wojny, chyba zimą 1941 roku my chłopcy z ul Wodnej, wtedy Rudastrasse udawaliśmy się na naszych niby nartach do Birkenwaldu. Było tam dość duże zbocze tuż pod lasem, przy torach kolejowych za dworcem Paruszowiec. Na prawdziwe narty nikogo z nas nie było stać. Wystarczały takie zrobione z klepek z beczek, przywiązane do butów czym kto miał. Wymagało to sporej zręczności by ich po drodze nie zgubić zapadając się w głębokim śniegu. Któregoś zimowego dnia zauważyłem na skraju zbocza, tuż przy drodze kogoś malującego wodnymi farbami. Owego malarza znałem już z widzenia, widziałem go już dawniej jak malował w mieście.

Teraz miał na sobie niemiecki wojskowy mundur. Siedział

na pniu drzewa, a na rozkładanym krzesełku miał rozłożone przybory malarskie. Podszedłem bliżej i zapytałem, czy można popatrzeć. Zapytał mnie, czy też maluję, co potwierdziłem. Zapytałem jakie to farby. Z Francji, gdzie przebywa w wojsku. Są to wspaniałe akwarele. Zapytałem, czy niemieckie są gorsze, ale powiedział tak mimochodem, że nie wszystko co niemieckie jest dobre. Odezwałem się, że znam obrazy Matejki, które drukują w Berliner Illustrierte. Ach, ten, on ma tylko dobre nazwisko, to tylko taki ilustrator, który przedstawia sceny z pola bitwy. Zresztą sam na pewno ich na własne oczy nie oglądał. Ja maluję, to co widzę, tylko to, co mi się podoba i chciałbym, żeby inni też mogli na moich akwarelach zobaczyć to co piękne. Mnie jego akwarela zachwyciła. Był to zimowy widok na miasto nieco oddalone , trochę niewyraźne, w zimowej mgiełce, a nad nim sterczała wysoko w górę sylweta kościoła św. Antoniego. Podobało mi się to ujęcie w zimowym otoczeniu. Zapamiętałem je na zawsze i przypominałem je sobie za każdym razem, gdy wracałem pociągiem do Rybnika i patrzałem przez okno wypatrując miasta na horyzoncie. Tak było przez wiele lat. Następowały zmiany. Czas jednak zmienił całkowicie i ten widok. Kościół nie wyłania się już tak wcześnie z oddali. Drzewa i domy przesłoniły to, co było widoczne kiedyś. Pana Ch. spotkałem jeszcze kilka razy jak malował swe akwarelki, na których prawie zawsze był zaznaczony ów kościół.

Tuż przed pójściem na studia sam również malowałem akwarelki z podobnymi widokami. Przedtem jednak, zaraz po wojnie spotkałem jeszcze raz pana Ch. gdy malował jakiś rybnicki widok, gdzie też wydawało mi się że jest i kościół zaznaczony. Wszystko było jednak jakieś mało udolne, powiedziałbym, że dużo gorsze niż ja potrafiłem wtedy namalować. Nie było już tej perfekcji szlachetnej akwareli, zabrakło świetlistości, sam rysunek był nie tak mistrzowski jak dawniej. Był to raczej gwasz, z dużą ilości bieli i czerni. Zauważyłem dopiero po chwili, że malarz posługuje się lewą ręką. Prawa, to był tylko podwinięty rękaw. Rękę zabrała mu wojna, Tę łatwość akwarelisty też. Powiedział mi jeszcze że on do tych nowoczesnych izmów w sztuce się nie przekonał, choć czasem tak właśnie jego obecne malarstwo wygląda. Niektórzy koledzy malarze chwalili go, że zmienił styl, stał się bardziej nowoczesny. Wolałby tak jak dawniej malować, ale przez tę wymuszoną wojną leworęczność, widzi nadal tak samo, a maluje inaczej. Inni zaś mówią, że nie malują tego co widzą, a to co chcą by tak wyglądało jak to czują.

Mariana opisy z N.Z.

Auckland, 13-24 stycznia 2010

Kia Ora! Witaj Józku!


Czas najwyższy wyskrobać kilka słów do Ciebie. Zacznę od podziękowania za otrzymane od Ciebie przesyłki z życzeniami świąteczno-noworocznymi jak i informacją na temat przyjazdu na Śląsk syna Wiktora – Georga z synem. Wiem, że ten przyjazd najbardziej chyba przeżywał Wiktor i chyba zbyt wiele atrakcji chciał synowi umieścić w programie. Ale to nie moja sprawa, dobrze chyba jednak, że George wreszcie odwiedził miejsca, w których młodość spędza jego ojciec. Choć nic go z tymi miejscami nie łączy, nawet tamtejsza rodzina jest mu kompletnie obca...

Nie czas już teraz wracać do opisywania świąt i naszego krótkiego urlopu świątecznego. Mam nadzieję, że za niedługo uda mi się przygotować jakieś zdjęcia na stronę picasa i wtedy wszystko będzie jasne. Na zachętę odwiedzenia później strony picasa, już teraz kilka fotek „świątecznych”.

Wigilię, tradycyjnie już, spędziliśmy w naszym domu. W tym roku byli u nas już tylko sami najbliżsi: Krzysztof, Grzegorz z żoną Helen oraz Adam, który od 14 lat wszystkie (z jednym wyjątkiem) wigilie spędzał z nami. Jak co roku, wieczorem pojechaliśmy na godzinę 22-gą na pasterkę do polskiego kościoła.








W pierwszy dzień Świąt stał w aucklandzkim porcie jeden z wielkich cruiserów. Wybraliśmy się tam późnym popołudniem na spacer obejrzeć jak odpływa w kierunku Australii (Melbourne).




W poświąteczny poniedziałek pojechaliśmy zaś na kilka dni w rejony naszych wielkich wulkanów (Mt Ruapehu i Taranaki). U stóp Mt Ruapehu stoi luksusowy, w gruncie rzeczy dość drogi hotel (coś w stylu sopockiego Grand Hotelu), który od wielu lat korcił nas swoją lokalizacją do zatrzymania się na parę dni waśnie w nim. Zafundowaliśmy sobie pobyt w nim jako prezent pod choinkę.



Wkroczyliśmy w Nowy Rok z ogromną werwą i mnóstwem spraw do pozałatwiania. Napiszę o tym krótko.

10-ty stycznia był terminem opuszczenia domu Agnieszki I Łukasza przez dotychczasowych lokatorów. Już wcześniej przekonaliśmy Krzysztofa, że jeśli znajdzie dwie osoby do towarzystwa (u nas nazwya się to flatmates – sublokatorzy), to mógłby wynająć ten dom dla siebie i mieszkać w komfortowych warunkach blisko miejsca pracy i mieć w dodatku garaż dla siebie, a co za tym idzie miejsce do robienia fuch, których Krzystof ma już coraz więcej. Niestety okres świąteczno-noworoczny nie jest dobrym czasem do przeprowadzek, ludzie w tym czasie nie myślą o szukaniu mieszkań i nie udało się znaleźć nikogo odpowiedniego w uzgodnionym z Agnieszką czasie. W tej sytuacji Aga z Łukaszem zlecili zasiedlenie ich domu agentowi Real Estate, a Krzysztof znalazł dla siebie inne mieszkanie i już od wtorku w nim mieszka. Jest z tego nowego miejsca zadowolony, bo ma znacznie taniej niż dotychczas, choć nieco dalej do pracy. Mieszka za to dość blisko nas, w Ranui – jednej z dzielnic naszego Hendersonu (Henderson jest dzielnicą Auckland).

Za to odbiór mieszkania od opuszczających je lokatorów został na mojej głowie i w minioną niedzielę, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, odebrałem dom Agnieszki I Łukasza w tak eleganckim stanie, że to aż niewarygodne. Wysprzątane, wyczyszczone, lśniące, gdziekolwiek by nie zajrzeć wyglądało jak niemalże nówka. Ogród wypielęgnowany, trawa porządnie skoszona. Jednym słowem - bardzo pozytywne wrażenie. Niewątpliwie wpłynął na to fakt, że przez ostatnie 2 i pół roku mieszkało tam młode małżeństwo Niemców. Widać ordnung dalej w co poniektórych Niemioszkach jest we krwi.
















Dzień po opuszczeniu mieszkania przez dotychczasowych lokatorów, spotkałem się w nim z agentem i pokazałem mu cały dom i otoczenie. Był pod wrażeniem. W środę zadzwonił on do mnie i poprosił o zabranie kilku rzeczy, które właściciele zostawili poprzednim lokatorom, a które nie będą potrzebne tym nowym. Szkopuł w tym, że te kilka rzeczy to niczego sobie gabarytem i ciężarem mebelki, z którymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Aga i Łukasz też nie wiedzieli, dlatego byli happy, że mogli je w tym domu zostawić. Problem do rozwiązania jest teraz na mojej głowie.

Ale za to w niedzielę uporaliśmy się wreszcie z innym problemem. Od niespełna roku sędził się za nami samochód polskich żeglarzy z “Flash’a”. Wyjechali oni z NZ do Australi w czerwcu ubiegłego roku i zostawili na naszym podwórku dostawczego nissana homy, który we własnym przez nich zakresie został przerobiony na campervan, czyli auto, którym się jeździ i w którym się mieszka jednocześnie. Zjeździli nim oni całą Nową Zelandię, obie wyspy od A do Z, wjechali nim na każdą górę i zjechali do każdej dziury ze słynnym kanionem Skipperów koło Queenstown włącznie. Dbali o niego w takim tylko zakresie, w jakim było to konieczne. Nie udało się im go sprzedać przed wyjazdem, został w KiwiSosnowcu. W opłakanym stanie i właściwie bez planów na przyszłość.

Tak wyglądał ten pojazd kiedy stanął na naszym podwórku na dłużej:












Jego właściciele zakładali, że być może na wiosnę (czyli u nas wrzesień-październk) przyjadą ponownie do NZ, by trochę popracować przy zbieraniu owoców i wtedy będą go dalej wykorzystywać do jeżdżenia i mieszkania. Gdyby mieli, co było bardzo prawdopodobne, jednak nie przyjechać, to poprosili mnie i Krzysztofa (bardziej Krzysztofa, bo jemu obiecali prowizję) byśmy spróbowali go sprzedać a pieniądze, po odliczeniu kosztów i prowizji, przesłać im. Ale to był czerwiec. Zima. Najgorszy czas na handlowanie campervanami. Nie zamierzałem trzymać tego wehikułu (Danusia, za śp. Babcią Klarą nazywała ten pojazd “kobyłą”) pod oknami naszego domu. Z jednej strony zasłaniał on naszą posesję, z drugiej zaś Danusine róże. Zdecydowaliśmy się więc odstawić to auto na czas kiwi zimy do stodoły znajomych odległej od nas 240 kilometrów na północ. Dalsze 10 kilometrów na północ to była droga do Wiktora i Wandzi, których znowu znaleźliśmy pretekst odwiedzić. Kiedy było już pewne, że żeglarze nie będą już „żeglować” tym nissanem, zrobiliśmy sobie znowu odwiedziny WIktorów i przytahali “kobyłę” do Aucklandu. I znowu stała pod naszymi oknami zasłaniając Danusine róże. Ale piękniała (no, powiedzmy: stawała się ładniejsza) przynajmniej i to wcale nie od tych róż, tylko mnóstwa godzin poświęconych doprowadzeniu jej do uczciwego wyglądu. Pracowaliśmy wszyscy: ja, Krzysztof i Danusia. I to nie dla zarobku , bo mnie i Danusi niczego nie obiecano : ( ale by pozbyć się tego niepotrzebnego nam drobiazgu. Wyporządziliśmy środek auta, wymyliśmy go ze wszystkich stron. Krzysztof zrobił kilka drobnych reperacji, zarejestrował go na kolejne pół roku. Danusia uszyła nowiuśkie firanki- zasłonki w miejsce starych brudnych szmat wiszących w oknach. Ja podpicowałem wygląd auta polerując pastą jego lakier i kupując kołpaki na koła i kilka innych drobiazgów. Wzbogaciłem istniejące wyposażenie turystyczne. Na jakimś garage-sale’u kupiłem kuchenkę gazową, dołożyliśmy poduszki, dokupiliśmy drugi śpiwór. Doposażyłem auto w 4-osobowy namiot z dmuchanym materacem (namiot jeden z trzech jakie mieliśmy - zwolniło się miejsce w naszej szopce), skonstruowałem składane zadaszenie nad bocznymi przesuwanymi drzwiami vana, przydały się do tego też od lat zalegające w szopce elementy starej ogrodowej huśtawki.

Tak wyglądał ten pojazd na krótko przed wyjazdem na giełdę:













A to dodatkowe wyposażenie miało zachęcić potencjalnego kupca do podjęcia szybkiej decyzji:



(do pisania dalszej części tego listu udało mi się zasiąść już 6 dni później, we wtorek 19 stycznia. W międzyczasie, w trakcie kopiowania zbiorów z mojego domowego komputera, co robię zwykle dwa razy w roku) mój domowy komputer do bieżących zadań odmówił posłuszeństwa i po prostu nawalił – padł główny dysk i dwa dni + nocka pomiędzy nimi zajęło mi odzyskiwanie danych i ustawianie systemy na nowym dysku. Ale wracam do opowiadania... przerwałem na akcji sprzedawania auta na giełdzie)

Dość powiedzieć, że auto udało nam się sprzedać przy pierwszym podejściu. Szczegóły akcji na giełdzie opisałem Wojtkowi Starckowi, faktycznemu właścicielowi auta. Oto fragment tej mojej relacji:

“ ... pojechalismy z Krzysztofem na gielde samochodowa do Greenlane. Tam okazalo sie, ze konkurencja w kategorii vanow-campervanow (90 % to samodielki jak Wasza) byla ogromna. Ponad dwadziescia aut tego typu do wyboru. My wjechalismy na gielde z cena NZ$2500 na przedniej szybie i okazalo sie pozniej, ze nasza oferta poprzez te cene byla dosc konkurencyjna. Inne porownywalne samochody wycenione byly okolo 1000 NZ$ wyzej. Ale nie mialy zainteresowania. Za przednia szyba umiescilem wielki karton z wyszczegolnieniem zalet tego auta i kilkoma zdjeciami formatu A4 z obrazkami, jak wyglada to auto w srodku i co wchodzi w sklad jego wyposazenia. Po jakiejs godzinie stania i odpowiadania na zaczepki przechodzacych, para mlodych Niemcow chciala zrobic jazde probna. Po tej jezdzie Niemiec zasugerowal cene NZ$2000 i zazyczyl sobie bysmy oplacili mu test techniczny (NZ$140). Stanowczo mu odmowilismy twierdzac, ze my doskonale znamy stan techniczny tego auta i nie myslimy wydawac na to dodatkowych pieniedzy. Zapewnilismy go, ze oprocz tego co juz mial okazje zauwazyc (kilka wgniecien karoserii, nadlamany rog zderzaka, poprawki lakiernicze w kilku miejscach i nieznaczny wyciek oleju widzoczny na silniku – specjalnie nie czyscilismy tego oleju przedtem, by bylo to widoczne) test techniczny niczego nie wykaze. Dokladny WOF przeprowadzono krotko wczesniej i wszelkie zakwestionowane wtedy usterki Krzysztof ponaprawial. Ale nie odwodzilismy tez mlodego Niemca od dokonania tego testu technicznego tam na miejscu, na jego koszt oczywiscie. Testowanie trwalo niespelna godzine (!) i mechanik przedstawil wyniki tylko kupujacym. Wsadzil ich do auta pozamykal wszystkie szyby i relacjonowal im punkt po punkcie wszelkie etapy inspekcji. Nam nakazal trzymac sie z dala od auta w tym czasie : )

Musialo nie byc zle, bo najgorsza usterka byla rdza w okolicy przednich drzwi pasazera. Mechanik postraszyl kupujacych, ze przy kolejnym WOF-ie ktos moze sie tego przyczepic. Krzysztof odparl, ze w takim stanie auto przeszlo WOF pare tygodni wczesniej i bardzo skrupulatny tester tego nawet nie zakwestionowal. Dodal tez, ze w razie czego kupuje sie za kilka dolarow w warehous’ie puszke bialego lakieru w spray’u i miejsca mogace byc przedmiotem sporu zamalowywuje. Niemcy zdecydowali sie w koncu to auto wziac za NZ$2000 i udalismy sie do pobliskiego automatu bankowego pobrac gotowke. Z tym tez bylo troche zabawy, bo ze wzgledu na limity dzienne musieli oni skorzystac z kilku kart, a pani Niemka zapomniala jaki jest pin na jej karcie kredytowej. Ale w koncu transakcji dokonalismy, o dziwo za pierwszym podejsciem i od razu gotowke mielismy w rekach!... “

W odpowiedzi Wojtek napisał mi, że jest bardzo szczęśliwy z takiego rozwiązania i akceptuje moje wszelkie wyliczenia (zaproponowałem przekazanie mu kwoty uzyskanej ze sprzedaży pomniejszonej o koszty poniesione przez nas i prowizję obiecaną Krzysztofowi). Krzysztofowi jak manna z nieba spadła niczego sobie sumka pozwalająca w sporej części zrealizować jego podróżnicze plany, o których za chwilę.

Na niedzielne popołudnie, której ranek i przedpołudnie zabrało mi handlowanie autami, wczesnym popołudniem zaś odbierałem od byłych lokatorów dom od Anieszki i Łukasza co wyżej opisałem, Grzegorz znalazł dla nas kolejne zajęcie. Sam nie wiem kiedy udało mi się zjeść w tym dniu obiad.

Otóż Grzegorz po powrocie ze swojej podróży po świecie, odpracowuje teraz w wolnych chwilach gościnność, z jaką on i Helen spotykali się w różnych częściach świata. Tym razem jedna z ich znajomych, u której gościli w USA, zajęła się organizowaniem pobytu w NZ grupy młodych amerykańskich turystów. Dwie siedmioosobowe grupy trampów właśnie w tą niedzielę zlądowały w Auckland i należało pomóc im zrobić zakupy żywności na ponad dwa tygodnie ich przebywania w “naszych górach” – Waitakere Ranges oraz przetransportować ich do szlaku, którym mieli dojść do pierwszego miejsca biwakowania. Jedną grupą miał zająć się Grzegorz z jego teściem, drugą zaś my z Danusią. Grupy te rozpoczynały swoje szlaki w różnych miejscach. Nasza pomoc, zwłaszcza w części transportu, była o tyle istotna, bowiem w późne niedzielne popołudnie pociągi i autobusy miejskie już nie kursują w kierunku gór. Problemem dla nas, na razie trudnym do wyobrażenia sobie, było zmieszczenie siedmiu osób z plecakami, namiotami, gitarami, zapasami żywności na ponad dwa tygodnie i nie wiadomo czym jeszcze w moim i Danusi samochodach. Zgodnie z umową, spotkaliśmy się z “naszą” grupą przed spożywczym supermarketem Pack’N’Save już po zrobieniu przez nich zakupów. Wszyscy zajęci byli upychaniem sprawunków do jakiegokolwiek plecaka, niekoniecznie własnego – byle zmieścić. Grupka okazała się bardzo sympatycznymi młodymi ludźmi, którzy właśnie rozpoczynali swoje 11-miesięczne szwędanie się z plecakami po świecie w ramach chrześcijańskiej akcji WR The World Race 11 Countries 11 Months.



Ich wyprawa ma swoją internetową stronę http://www.theworldrace.org/ Zachęcam do zajrzenia na nią. Nasza siódemka stanowi Team Love.Purpose.Power będący częścią Squad 1 (January 2010 Teams).

Ostatnio byłem też dość mocno zaangażowany w drobne, aczkolwiek bardzo czasochłonne, prace przy domowych (i nie tylko) komputerach. Jeszcze przed świętami zdecydowałem się na wymianę systemu w naszym laptopie z (chorobliwie przeze mnie nielubianej) Visty na Windows 7. Mój pracodawca ma umowę z Microsoftem, która pozwala pracownikom MIT kupić za niewielkie pieniądze pełną licencję na system do domowego komputera. Niedawno do oferty doszła najpełniejsza wersja Windowsa 7, jakżeby tu nie skorzystać! Przy tak dość rygorystycznej ingerencji w system należało przedtem poprzenosić wszystkie dane (moje i Danusi) na inny nośnik. Na wszelki wypadek ściągnąłem z internetu (zajęło mi to kilka ładnych dni) wszelkie dostępne do mojego laptopa drivery dla Visty i Windowsa XP na wszelki wypadek. Założyłem wcześniej, że jeśli zamiana systemu na Windows 7 nie wypali, to nie wrócę już do Visty, tylko zainstaluję na moim laptopie starego, poczciwego XP. Drivery dobrze było jednak mieć w zapasie pod ręką, na wszelki wypadek. Zdecydowałem się jednak zrobić kopię starego systemu na nowy, znacznie większy dysk i później upgrade’ować system na tym większym. Oczywiście miałem sporo problemów z uruchomieniem systemu na nowym dysku, musiałem też ponownie aktywizować system u Microsofta. Ktoś, kto to kiedyś robił telefonicznie wie, że to jedna z kolejnych metod Microsofta zniechęcania do siebie. A tylko taką telefoniczną opcję zaproponował mi system, kiedy wreszcie jako tako ruszył (przy działającym już na tym etapie internecie nie było opcji zrobienia tego on-line!). Prawie godzinę w środku nocy zajęło mi stukanie w klawiaturę telefonu mnóstwa cyfr, które Microsoft łaskawie wyświetlił mi na ekranie. Potem automat z drugiej strony telefonu powiedział mi drugie mnóstwo numerków, które musiałem wstukać do komputera. O jakiejkolwiek pomyłce w stukaniu nie mogło być mowy, bo wtedy zabawa w numerki zaczynała się od początku. Po uporaniu się z tą aktywizacją starego systemu można było przejść do instalacji (upgrade) nowego. Zostawiłem to sobie na inny dzień, bo nie spodziewałem się, że będzie łatwo. No i miałem rację. Przy starcie procedury zamiany systemów zaczęło się sprawdzanie kompatybilności, twało to ponad godzinę i wreszcie komputer zaproponował mi pousuwanie niektórych dotychczasowych programów i ustawień. O części z nich nie miałem zielonego pojęcia, że coś takiego w tym komputerze siedzi. Oczywiście trzeba było to usunąć, mimo że stary system nie wykazywał tego co się nie podobało nowemu. Trochę kombinowania, spanko, trochę zabawy z innymi komputerami w pracy i ponownie wziąłem się do kontynuacji zmiany systemu w moim laptopie. Pousuwałem co trzeba było i co wydawało mi się, że może nie być dla W7 mile widziane, kolejne półtora godziny sprawdzania kompatybilności i nowy system zaczął się wreszcie instalować. Trzymał mnie z tym do 2-giej w nocy, ale postanowiłem już mu nie przerywać, żeby się nie rozmyślił. Jak tylko skończył i pozwolił wyłączyć komputer, zrobiłem to bez sprawdzania wyników. Nowy system zacząłem sprawdzać dzień czy dwa później, już o normalniejszej porze dnia (czyli jeszcze przed północą). Wygląda na to, że jest OK. Mogę być z siebie zadowolony. Może nawet dumny. Mamy teraz na naszym laptopku najpełniejszą wersję Windows 7 Ultimate! Ale zastanawiam się, jak radzą sobie z tak prostymi czynnościami inni, nieco mniej ode mnie wciągnięci w sprawy komputerowe...

Skoro o komputerach mowa, to mogę też wspomnieć, że udało mi się skompletować dla Krzysztofa, a raczej do warsztatu, w którym pracuje, też niczego sobie komputerek. Z tego co wiem, to we wspomnianym warsztacie są dwa komputery. Jednym zawiaduje administracja (czyli księgowa i recepcjonistka w jednej osobie), drugim zaś mechanik obsługujący przeglądy rejestracyjne. Już krótko po przyjeździe do NZ, prawie 14 lat temu, byłem zaskoczony tym, że każdy warsztat samochodowy dokonujący przeglądów rejestracyjnych wyposażony był w komputer z dostępem do internetu. 14 lat temu! Wynik sprawdzenia stanu technicznego auta wprowadzany jest do centralnej bazy danych i stamtąd mechanik otrzymuje numer, który wpisuje na naklejce na przednią szybę samochodu. Bez dostępu do internetu uzyskanie nowej, ważnej naklejki na szybę nie jest możliwe. Z tej samej bazy danych korzysta też system rejestracji samochodów i panienka z pocztowego okienka nie wyda nowego dokumentu rejestracji, jeśli samochód nie spełnia warunków technicznych, nawet jeśli termin badania skończy się dopiero co. Ale wracam do warsztatu Krzysztofa. Otóż z komputera będącego podstawą przeglądów technicznych, oprócz przeprowadzającego przeglądy (wymaga to specjalnych uprawnień i atestów) korzysta też w wolnych chwilach cała warsztatowa mechaniczna młodzież. Niekiedy tworzą się do niego kolejki, często też w tej kolejce musi ustawiać się (albo przeganiać zainteresowanych) sam testujący, co nie wprowadza zbyt dobrej atmosfery. Komputer nie jest najnowszym szczytem techniki, prawdopodobnie pamięta jeszcze początki robienia przeglądów rejestracyjnych z użyciem internetu i do tego czasu nie był nigdy wymieniany. Krzysztof wiedząc, że u mnie w pracy wymieniamy sprzęt dość często, a na pewno znacznie częściej niż w niektórych warsztatach samochodowych, poprosił mnie o niewyrzucanie jednego ze starych pecetów i o przekazanie go do warsztatu. Pozwoliłoby to na uszczęśliwienie obsugującego przeglądy techniczne czymś nowszym, zaś pozostałe grono zainteresowanych użytkowników miałoby już wtedy internet tylko dla siebie. Nie wiem jak na to zapatruje się właściciel warsztatu, ale to nie mój problem. Udało mi się znaleźć coś odpowiedniego dla Krzysztofa, przeczyściłem środek, zainstalowałem świeżutki system. Czekałem tylko na pojawienie się odpowiedniego monitora do domknięcia zestawu. Z tym to u nas większy problem, bo wymieniliśmy już ostatnie CRT w zeszłym roku i teraz płaskie monitory nie podlegają już wymianie. Jeśli wracają do nas, to w stanie nie nadającym się do użytku. Na szczęście, jak wspomniałem już wyżej, nowi lokatorzy domu Agnieszki i Łukasza znaleźli trochę niepotrzebnych im rzeczy, między innymi w garażu i prosili o ich usnięcie. By tam też stary monitor Łukasza, w chwili ich wyjazdu jeszcze dobry, szkoda było go Łukaszowi wyrzucać i zostawił go w kącie garażu. Teraz ja musiałem się głowić co z nim zrobić. Ale pasował jak ulał Krzysztofowi. Pod warunkiem, że po niespełna trzech latach garażowania odpali. Jak się potem okazało, odpalił i Krzysztof uruchomił nowy komputer u siebie w warsztacie. Ku chwale ojczyzny! Wygląda na to, że Krzysztof stanie się naczelnym informatykiem w jego miejscu pracy. Podobnie jak Danusia u siebie! Pozazdrościła ona Agnieszcze i Grzegorzowi ich stron internetowych i wzięła się za zrobienie przedszkolnej. W czasie przerwy świątecznej spędziła sporo czasu przy służbowym notebooku, bez przerwy googlowała, o coś pytała. Nawet Grzegorz wpadając do nas co jakiś czas był angażowany do pomocy. W efekcie powstała stronka http://www.kiwicornerearlylearningcentre.blogspot.com/ która wzbudziła zachwyt szefowej, a później także i wielu spośród rodziców dzieci, którzy mają możliwość oglądać tam (po uprawnieniu) dane na temat swoich dzieci. Danusia administruje teraz tę stronę na bieżąco, ale nauczyła już aktualizacji szefową i kilka innych nauczycielek.

(niedziela, 24 stycznia 2010)

Zaangażowaliśmy się też niedawno (przede wszystkim fianansowo) w możliwość wyjazdu naszej najmłodszej pociechy Krzysztofa do Europy. Jest on zdecydowanie najbiedniejszym przedstawicielem Sosnów na antypodach. Wprawdzie krzywda mu się nie dzieje, ale tak ułożył sobie swoje dotychczasowe życie, że na wielkie szaleństwa pzowolić sobie nie może. Przynajmniej na razie. Jako jedyny z naszej piątki nie by on jeszcze do tej pory w Polsce od chwili naszego wyjazdu na antypody. Jako jedyny z nas (do tej pory) przeżył on więcej lat swojego życia w Nowej Zelandii (14) niż w Polsce (11). Nie za bardzo wiedział jak zabrać się za realizację zaproszenia Agnieszki by odwiedził ją i Łukasza w Londynie. Odkładał decyzję o tym na bliżej nie określone „później”, choć w rzeczywistości nie bardzo wiedział jak się za to zabrać. W końcu taki wyjazd wymaga co najmniej miesiąca urlopu w jednym kawałku i kilku tysięcy naszych dolarów do pozbycia się. Pomogliśmy mu zdecydować się na wyjazd w maju, kiedy to w Radlinie będzie wesele siostrzeńca Danusi, krzysztofowego kuzyna. Kupiliśmy mu już bilety lotnicze do Londynu i z powrotem. Skorzystaliśmy z ciekawej oferty egzotycznej dla wielu linii lotniczej Royal Brunei. Królestwo Brunei (właściwie sułtanat) jest ekonomiczną potęgą (nafta!) zlokalizowaną na wyspie Borneo w Malezji. Niewielu zjadaczy chleba słyszało o tym państwie. (Dla rozbudzenia ciekawości polecam zajrzeć na stronę http://pl.wikipedia.org/wiki/Brunei ) W Londynie spędzi trochę czasu z Agnieszką i Łukaszem, potem razem polecą do Polski na wesele. Poleci przez Bandar Seri Begawan (Brunei) i Dubai (Zjednoczone Emiraty Arabskie), bedzie tam miał tylko krótkie zatrzymania bez możliwości zwiedzania. No cóż, urlop krótki. Za krótki...

Od pewnego czasu najważniejszym jednak dla nas wydarzeniem jest przyjazd Agnieszki i Łukasza do Auckland. Sami nie wiemy, czy traktować to jako ich powrót z długiego urlopu, czy raczej tylko jako krótki urlop w urlopie. W sumie cały ich pobyt w Auckland potrwa raptem tydzień. Zatrzymają się na te kilka dni u nas, na przyszły weekend mają wynajęty domek w Piha gdzie pozapraszali wszystkich znajomych na celebrację urodzin Agnieszki. Będą to takie dwudniowe urodziny niemalże na plaży. W Londynie nie do przeprowadzenia, zwłaszcza w styczniu... Odbieram ich jutro (poniedziałek) po południu z lotniska, wieczorem cała rodzinka zjedzie się do nas na dinner, będziemy znowu razem po raz pierwszy od 2-ch i pół roku.


No, mój czas się kończy. To znaczy: kończy się niedziela. Najwyższy czas wysłać już ten list, bo jeśli nie, to kolejne dwa tygodnie poleży w komputerze...

Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziekuje za pamięć i otrzymane od Ciebie przesyłki.

Marian.

Nie wiem Józku, czy w międzyczasie nie stracia się gdzieś po drodze jakaś drobna przesyłka. Mogła to być moja przesyłka wysłana do Ciebie 2 grudnia normalną lizaną pocztą, albo też mógł się gdzieś zawieruszyć Twój email potwierdzający dotarcie tej przesyki do Ciebie. W kopercie wysłanej do Ciebie na początku grudnia oprócz kartki świątecznej zmieścił się kalendarz i płyta DVD ze zdjęciami z naszego krótkiego wrześniowego urlopu w Australii. Do dzisiaj nie wiem czy otrzymałeś tę przesyłkę, bo w żadnym z Twoich późniejszych emaili nie znalazłem wzmianki na ten temat... Jeśli pamiętasz jeszcze Józku jak to z tym było, proszę o króciutką informację...

M.

Marta

Marta

Ostatnio miałem wrażenie, że odnajduję dawno utracony czas. Nie cały, a jakieś fragmenty rozrzucone w czasoprzestrzeni. Sięgam do 1950 roku, gdy przeniosłem się z dotychczasowego liceum do klasy maturalnej w „handlówce”, do jednorocznego technikum administracyjno gospodarczego. Gdybym nie poszedł na studia, miałbym jakiś zawód. Drugą przyczyną były moje zainteresowania muzyczne, pociągała mnie tamtejsza orkiestra szkolna zasilana kilkoma muzykami zawodowymi ze szkoły muzycznej. Towarzyszyła ona dość wielkiemu chórowi, który miewał także występy w Polskim Radiu i różnych okolicznościowych imprezach. Łudziłem się, że łatwiej będzie mi zdać maturę z rachunków handlowych, a nie z przerażającej mnie algebry. Tam poznałem Martę, miłą i sympatyczną dziewczynę, którą polubiłem bardzo za jej bezpośredniość, ale bez nastawienia na zakochanie się. Rozmawialiśmy sporo w czasie przerw, nie spotykaliśmy się poza szkołą, bo Marta mieszkała parę naście kilometrów od miasta. Połączyły nas jednak i jakieś moments musical. Ona śpiewała teraz w chórze. Jak się okazało, uczyła się gry na fortepianie, ale o pełniejszym kształceniu muzycznym nie mogła marzyć, na wsi nie było warunków. Gdy Marta dowiedziała się, że biorę udział w wyjazdach specjalnym pociągiem na przedstawienia operowe do Bytomia, prosiła mnie o zakup biletu na taką imprezę również dla niej. W następną sobotę miał być wyjazd na operę Carmen. Gdy to Marcie powiedziałem, zanuciła mi zaraz swoim melodyjnym altem fragment Habanery: Bo miłość to cygańskie dziecię…

W dniu wyjazdu spotkaliśmy się z Martą przed dworcem. Koledzy z dawnej klasy, z którymi się witałem spoglądali na nią z aprobatą i zainteresowaniem. Marta mnie dziś zaskoczyła. Była odmieniona i bardzo elegancka w swym skromnym ubiorze, mogła się podobać. Kolegom i mnie też. Jak do tej pory nie próbowałem widzieć w niej swojej nowej dziewczyny, bo traktowałem ją jak siostrę kolegi. Marta pożyczyła mi niemiecko-angielski słownik Langenscheidta. Powiedziała mi że nie zna zbyt dobrze niemieckiego, a mnie może się bardziej przydać. Był on podpisany przez Maćka C. mego kolegę z niemieckiej szkoły średniej. Zdziwiony tym podpisem zapytałem, czy dobrze zna Maćka. Okazało się, że to jej kuzyn z którym się razem wychowywała, bo jego mama wzięła ją na wychowanie po śmierci jej matki, gdy była w wieku dwu lat i też po tym, gdy dwa lata później zginął za granicą jej ojciec. Została więc pełną sierotą i Maciek był dla niej jakby starszym bratem. Początkowo mówiła do swej cioci jak Maciek mamo nim później, będąc już nieco starsza zrozumiała swą sytuację. Teraz Maciek studiował w Krakowie na Akademii Handlu zagranicznego, bo maturę zdał w tejże handlówce o rok wcześniej od nas. Wtedy, gdy chodziłem z nim w czasie wojny do jednej klasy, Maciek był ponad wiek wyrosłym silnym chłopcem. Miał nawet przydomek Bulle,- byczek. Nie był jednak rosłym siłaczem, nie miał w sobie niczego ze zwierzęcej siły, choć dla mnie bywał koniem, na którego ramionach jako jeździec brałem udział w walkach podczas przerw na szkolnym podwórzu. Najczęściej zwyciężaliśmy, bo Maciek pchał do przodu jak taran i mnie łatwiej było ściągać przeciwników z ich mniej rosłych „koni”. Właściwie, to Maciek był łagodny i wrażliwym pianistą. Dał się poznać jako taki na pokazach w szkole. O karierze muzycznej jednak podobnie jak Marta nie myślał. Razem często zagrali na cztery ręce, albo i akompaniował śpiewającej Marcie. W przedziale pociągu do Bytomia nie było prócz Marty żadnej dziewczyny, sami chłopcy. Marta usiadła przy oknie, nie włączała się zbyt wiele w nasze rozmowy, choć było i trochę o muzyce, bo kilku kolegów było z mojej dotychczasowej szkolnej orkiestry z liceum łącznie z jej dyrygentem, moim przyjacielem Bernardem. Marta dała do zrozumienia, że sobie trochę pośpi, bo ostatnio ma duże zaległości. Schowała się za swoim lekkim letnim płaszczem, prosząc żartem byśmy jej w Bytomiu nie zapomnieli obudzić.

Pod koniec jazdy Marta obudziła się sama, wydawała się całkiem rześka, z jej wypowiedzi wynikało, że jest bardzo ciekawa przedstawienia operowego. Przyznała się, że będzie to jej pierwsza obecność na przedstawieniu operowym. Powiedziała, że szalenie lubi ten rodzaj muzyki, zna wiele melodii operowych z radia, ale nie chwaliła się, że je także śpiewa. Nie po raz pierwszy byłem w bytomskim budynku opery, zaliczyłem już kilka oper. Wprowadziłem Martę na nasze nie najlepsze miejsca na tak zwanej jaskółce, czyli na trzecim balkonie. Takie, na jakie nas było stać. Słyszalność nie najgorsza, choć patrzenie na wykonawców z góry trochę mniej ciekawe, choć dekoracje widać było w całej okazałości, na co ja więcej od Marty zwracałem uwagę, bo moje zainteresowania dzieliłem między muzykę, a sztuki plastyczne. W czasie przerw wychodziliśmy do bufetu na oranżadę. Tu na trzecim piętrze w operze spotykało się tę mniej majętną publiczność rybnicką, większość to była młodzież. Na przerwach i po przedstawieniu w drodze do dworca kolejowego wymienialiśmy swoje uwagi o spektaklu. Niektórzy próbowali zanucić zapamiętanego Torreadora, a Marta śpiewała po cichu całą Habanerę. W pociągi usiedliśmy w tym samym przedziale, ale już nie w pełnym składzie, bo kilku kolegów postanowiło zmienić miejsce. Byliśmy w małej grupce i rozmawialiśmy o walorach wystawionej opery. Marta miała bardzo fachowe uwagi, bo była bardziej od nas obznajomiona ze śpiewem w ogóle. Temat się jednak szybko wyczerpał. Teraz jesienią dużo wcześniej nastała ciemność w przedziale, ale konduktor nie spieszył się z zapalaniem lamp gazowych używanych wówczas do oświetlania w pociągach. Któryś z kolegów powiedział, że Marta pewno znowu za chwilę zechce spać, to oni sobie pójdą na pogawędki do innego przedziału, a chętnie też przewędrują przez cały pociąg, by zobaczyć kogo spotkają. W mroku mogłem mimo to zauważyć, że Marta była teraz bardziej niż zwykle w znakomitym nastroju, wydawało się, że zaraz zaśpiewa pełnym głosem ulubioną arię. Śpiew był jej żywiołem, choć wiedziała, że nie będzie już tym najważniejszym w jej życiu. Jak koledzy przewidzieli, zarzuciła na siebie swój płaszcz , zamilkła i cicho trwała w swym kącie przy oknie. Przez dłuższą chwilę jechaliśmy milcząco. Nie wiedziałem czy Marta zasnęła. Usiadłem bliżej jej, prawie się do niej przytuliłem, choć poprzez jej płaszcz. Po chwili, odchyliła jego skraj i powiedziała: przysuń się tu pod mój płaszcz. Byłem trochę zaskoczony, ale nie ociągałem się i zaraz byłem bardzo blisko Marty. Zaskoczyła mnie całując w policzek i jakoś bardzo ciepło powiedziała mi dziękuję ci bardzo za ten cudowny wieczór muzyczny, za operę. Potem pocałowała mnie w usta, a nie był to pojedynczy pocałunek, a stał się przy moim ochoczym współudziale jednym długim ciągiem do kolejnego bezdechu. Musieliśmy tak długo tkwić w tym wzajemnym zatraceniu się, że nie zauważyliśmy wejścia konduktora, który zapalił lampę gazową. W pewnym momencie Marta odchyliła płaszcz i stwierdziła, że chyba jest bardzo rozczochrana, musi się uczesać, bo może zaraz ktoś wejść. Po tym incydencie, a był to faktycznie pojedynczy incydent quasi miłosny, który się nigdy już nie powtórzył, siedzieliśmy bardzo długo milcząc. Po chwili Marta wyszła na korytarz, trochę pospacerowała, jakby chciała odetchnąć. Oboje z Martą wiedzieliśmy, że nie zakochaliśmy się w sobie tak znienacka i skąd taki niby miłosny szał? Usiadła, i po chwili powiedziała, że już nigdy więcej nie pojedzie ze mną na przedstawienie operowe. Z nikim innym też. Tak to zaakcentowała, jakby miała jeszcze kogoś innego prócz mnie na myśli. Przyjaźniliśmy się z Martą, spotykaliśmy się wyłącznie na terenie szkoły, raz lub dwa byliśmy siedząc obok siebie w autobusie jadąc na jakieś nagranie w radiu , czy występ naszego chóru i orkiestry. Czas do matury szybko mijał, ja żyłem już swoimi przyszłymi studiami i byłem zajęty przygotowaniem prac malarskich na egzamin wstępny. Wiedziałem, że rozstanę się definitywnie z uprawianiem muzyki. Zostanę tylko jej biernym konsumentem jak Marta. Marta stwierdziła, że nie pójdzie na żadne studia, bo musi się usamodzielnić, nie chce nadal być na garnuszku swej cioci. Pójdzie do pracy do instytucji gdzie byliśmy na praktyce i jej się tam bardzo podobało, obiecywali ją natychmiast po maturze przyjąć. Niedługo potem była matura, którą Marta i ja zdaliśmy bez przeszkód. Ja na balu maturalnym nie byłem, nie pożegnałem się już z Martą, nigdy jej więcej nie spotkałem.

Marta pojawiła się jeszcze raz dość blisko, prawie tuż, tuż, choć nie live, a tylko online w próbie poszukiwania czasu utraconego. Stało się to przez Maćka, którego odnalazłem po bardzo wielu latach, ale się już z nim nie spotkałem i nie spotkam. Mailujemy od czasu do czasu do siebie. Wysyłam swe wieści do niego tam na Florydę, gdzie się osiedlił przed wielu laty i przeżywa końcówkę życia już jako majętny Amerykanin.

Napisałem do Maćka, że mam jego słownik od Marty, że chodziłem z nią do klasy maturalnej, że się trochę przyjaźniliśmy, że byliśmy nawet razem na przedstawieniu operowym w Bytomiu. Maćka odnalazłem przypadkowo. Od lat utrzymuję przyjacielskie kontakty z moim rybnickim przyjacielem z harcerstwa i z gimnazjum. Parę lat temu napisał mi Wacek, że kontaktował się telefonicznie z Maćkiem C. w USA. Okazało się, że to nasz wspólny kolega rybnicki, a dokładniej z okolic Rybnika, kuzyn Marty. Otrzymałem do niego adres mailowy i napisałem do niego. Wspomniałem także o Marcie. To skłoniło Maćka do przysłania mi obszernej odpowiedzi w mailu. On też odkrywał mi swój dawno utracony czas. Zaczęliśmy się wspólnie przenosić o wiele lat wstecz, w czasy młodości, prawie dzieciństwa.

Ojciec Marty był przedwojennym komunistą, walczył w 1938 nad Ebro, jak jego kolega z kopalni Emma Józef Kolorz „ Marcel”, który już wcześniej od niego wyjechał do Francji, gdy w górnośląskich kopalniach zaczęło się bezrobocie. Obaj brali udział podczas wojny domowej w Hiszpanii w walkach z generałem Franco. Obaj zginęli w 1938 nad Ebro. Ojciec Marty nigdy się nie dowiedział, że ma w kraju córeczkę. Nie chciał brać z matką Marty ślubu kościelnego, bo jako przekonany komunista był na bakier z kościołem. Rodzina jej matki nie potraktowała by nigdy ślubu cywilnego poważnie. O tym związku się nie rozmawiało. Było dziecko, córeczka Marta, którą wszyscy pokochali, choć jej matka cieszyła się nią najkrócej. Po jej śmierci zaopiekowała się nią jej siostra, mama Maćka. Wszyscy u nich na wsi traktowali Martę, jako autentyczną siostrę Maćka. Rodzina Marty nie wspominała jej ojca komunistę poległego nad Ebro. Po wojnie można byłoby z tego ciągnąć niejakie korzyści podczas władzy komunistów w Polsce. Byłaby jakaś pomoc dla sieroty Marty. Marta nigdy nie dowiedziała się że jej ojciec był zasłużonym i walczącym na froncie komunistą, który dla idei oddał życie. Gdy Maciek się dowiedział kim był ojciec Marty, nie podzielił się z nią tą wiedzą. Odkładał to na później i ostatecznie Marta się nigdy o tym nie dowiedziała. Może, gdyby wiedziała coś o swym ojcu kim był, mogła nie podzielać jego poglądów ideowych, ale wiedziałaby, że był kimś, człowiekiem który był gotów poświęcić życie dla idei. Może uskrzydliłoby ją to trochę i sama próbowałaby w życiu czegoś więcej dokonać. Może miałaby otwartą drogę do kariery muzycznej, mogła otrzymać stypendium na studia i się kształcić. Według Maćka była znacznie zdolniejsza od niego, tyle że zakompleksiona. Sam czuł się w jakimś sensie winien, przez to że w dzieciństwie oświadczył się, że gdy dorośnie to się z Martą ożeni. Zawsze byli parą, trochę jak brat z siostrą, ale i trochę inaczej też, bo chodził z Martą na miejscowe imprezy, potańcówki, uchodzili w tańcu za doskonałą parę. Oboje bardzo wysportowani i nad wyraz muzykalni. Sprawiało im to czystą przyjemność. Może przez tę męsko damską bliskość i to stałe bycie razem zakiełkowało w Marcie jakieś tajemne i nieuświadomione uczucie. Zdarzały się przecież małżeństwa kuzynowskie. Maciek zaczął w pewnym momencie domyślać się czegoś, że Marta nie chce być wyłącznie jego kuzynką, bo bratem i siostrą już od dawna nie byli. Maciek myślał o tym, że czas najwyższy, by się oddalił, by nie przebywali już tak blisko siebie. Wybrał się na studia do Krakowa, a po studiach jeszcze dalej, już nieco bliżej zachodu, do Poznania. Miał zawodowo do czynienia z targami poznańskimi. Znał doskonale języki niemiecki i angielski i łatwo mu było nawiązywać także bliższe kontakty towarzyskie z ludźmi w handlu międzynarodowym. Udało mu się w odpowiednim momencie, bo już w 1959 roku wydostać się półlegalnie z Polski na zachód, gdzie jak się to wówczas mówiło, wybrał wolność. Tym samym miał przez wiele lat zamkniętą drogę powrotu do kraju. Była to wysoka cena. Utrata kontaktu z rodziną. Rozstanie na wiele lat z Martą.

Przez dwa lata po maturze Marta pracowała w księgowości. Maćkowi udało się ją w końcu namówić na studia zaoczne w Krakowie, gdzie wtedy jeszcze przebywał. Chyba to było dla Marty argumentem, że będzie się tam mogła spotykać z Maćkiem. Cieszyło ją jednak i to, że pokaże Maćkowi, że też potrafi być kimś więcej niż tylko pracownicą w księgowości. Zdawała sobie też z tego sprawę, że jej życie stanie się przez ukończone studia nieco odmienione. Może tak jak Maciek też wyruszy ze swej małej miejscowości gdzieś dalej w ciekawszy świat, gdzie pójście choćby do opery nie będzie jakimś wielkim przedsięwzięciem, rzadko realizowanym. Studia minęły jej stosunkowo bez problemów, była zdolna i radziła sobie doskonale, mając już duże doświadczenie zawodowe. Marta pozostała samotna, czasem zatęskniła za Maćkiem, ale nie tyle jak kobieta za mężczyzną, ale chyba bardziej z przywiązania do niego. Zdawała sobie sprawę z tego, że szanse na zaowocowanie wzajemnego uczucia są znikome. Ich kontakty też nie były tak intensywne jak na początku. Firma przeniosła Martę do Opola, a ona po jakimś czasie sama znalazła sobie ciekawszą pracę we Wrocławiu. To był rok 1959, Gomułka rządził już twarda ręką, polski łagodniejszy socjalizm na początku jego władzy już przeszedł do historii. Maciek zdołał prysnąć na zachód, ale Marta o takich sprawach rodzinnych nikomu się nie chwaliła, że ma kogoś z rodziny na zachodzie, kto się tam nielegalnie przedostał. To mogłoby jej zaszkodzić w opinii w zakładzie, jak się to określało. Maciek nigdy do niej bezpośrednio nie pisał a tylko na adres rodziców. Po jakimś czasie próbował wydostać się z Europy do USA, co mu się ostatecznie udało. Nie od razu wszedł w American life, musiał jak to tam u nich, powoli krok po kroku wspinać się po drabince w górę na wyższy poziom. Robił to wkrótce już nie sam, a z żoną Holenderką, która już wcześniej osiągnęła jakiś status majętności. To nie dolary uwiodły Maćka, a głębokie uczucie, bo poznał przyszłą żonę nie w Ameryce, a dużo wcześniej, gdy przebywali jeszcze w Europie zachodniej. Osiedli na Florydzie. Robili typową amerykańską karierę, choć pierwsze kroki były trudne. Z kraju nie dochodziło zbyt wiele listów, a Maciek też niezbyt wiele ich napisał do rodziny. Po 1980 coś się zmieniło. W czasie karnawału Solidarności były nawet kontakty telefoniczne możliwe. Maciek mógł zaprosić Martę do nich na Florydę, Opłacił jej samolot i odebrał z lotniska. Dla Marty była to pierwsza podróż samolotem w ogóle. Wszystko było pełne emocji, jakie będzie to spotkanie po latach, jak się ułożą jej stosunki z żoną Maćka? Marta dotarła na Florydę i była oszołomiona wszystkim, co zastała w tym innym świecie. Przyzwyczajała się powoli. Maciek proponował, by nie wracała do kraju, że ją tu urządzi, że da sobie radę. Bała się jednak zależności od Macka. Widziała jak kocha swoją żonę i córkę. Byli bardzo szczęśliwą rodziną. Niczego im nie brakowało, żyli we wspaniałej willi z basenem, w okolicy pełnej ogrodów. Ta inność była pokusą, a jeszcze i to, że mogła by często spotykać Maćka. Wiedziała już na pewno, że zostanie samotna z myślami o nim. Powiedziała mu, że teraz już wie, że czekała na to jego przyrzeczenie z dzieciństwa, że nie zostanie nigdy jego żoną, bo to były tylko marzenia zmyślone, gdy byli dziećmi, a ona to potem tak nierozsądnie pielęgnowała. Postanowiła wrócić. Powrót miał nastąpić przez Nowy York i mieli się tam na kilka dni zatrzymać, by zwiedzić miasto. Miała być i wizyta w operze Metropolitan. Była okazja zobaczyć tam Carmen. Obsada jak to u nich bombowa. Maciek odprowadzał Martę sam, bez żony i córeczki. Mieli teraz dużo czasu tylko dla siebie. Wieczorem miało być przedstawienie operowe, a rano następnego dnia odlot do Polski. Trudno było Marcie osądzić, czy to jej pierwsze przedstawienie Carmen w 1950 roku zrobiło na niej większe wrażenie niż teraz to wspaniałe amerykańskie. Była szalenie zachwycona, gdy wracali taksówką do hotelu, była jak w transie. Coś się powtórzyło, pocałowała Maćka w policzek i podziękowała mu jak wtedy mnie. Dalszych pocałunków już nie było. Domyślam się, że tamte pocałunki ze mną wówczas, nie całkiem były chyba jakby ze mną.

Maciek nie wyjawił Marcie co wiedział o jej ojcu, że poległ w Hiszpanii jako prawdziwy komunista. Łudzili się, że teraz nastaną inne czasy, że będą sprzyjać ich kontaktom. Niestety, nastał stan wojenny wszystko było znowu aż do 1989 utrudnione przez nadal rządzącą w kraju komunę. Po wyborach zaczęły się zmiany. Maciek już bez obaw, ale sam bez rodziny odważył się przyjechać do Polski, licząc na to że nie zostanie już ukarany za nielegalne opuszczenie kraju. Marta była wtedy już osobą w sile wieku, miała 56 lat. Za mąż nie wyszła. Z Opola wróciła do Rybnika. Opiekowała się rodzicami Maćka tak jak mogła, spłacając swój dług który u nich zaciągnęła, jak mawiała do Maćka. Po dwu latach Maciek odwiedził wraz z rodziną Polskę i rodziców, którzy już byli w podeszłym wieku. Jeszcze zdołali się nacieszyć sobą, choć porozumieć się w języku polskim z synową i wnuczką nie potrafili. Niby swoi, rodzina, ale też obcy. Tylko Maciek ich jedynak się nie zmienił. Wtedy spoglądali też na Martę. Czy jak na córkę?

Po odejściu rodziców Maćka trudno było tam na wsi Marcie samej trwać. Za poradą Maćka, na co zwrócić uwagę, bo był specjalistą w tej dziedzinie, sprzedała majątek jego rodziców. Według Maćka miał to być kapitał zabezpieczający jej późne dni. Tak się złożyło, że Marta nie dożyła późnej starości, zmarła w domu opieki, o dość dobrym standardzie w wieku 70 lat. Maćka nie było na pogrzebie, bo wtedy jego żona również wymagała opieki, a on nie chciał jej oddać do hospicjum i sam przez kilka lat się nią opiekował. Jego żona cierpiała pod koniec na bardzo pogłębioną chorobę Alzheimera. Maciek dożywa późnych dni jak ja, teraz pisał że sprzedaje dom na Florydzie i przeprowadza się również do domu opieki, bo jest zbyt schorowany i nie daje już rady samotnie dożywać późnych dni w tym dużym domu sam.. Bardzo się bał ostatnio szalejących nad Florydą huraganów. Trzeba się przed nimi zabezpieczać, a on już nie daje rady. Od czasu do czasu tylko wędrują nasze maile dość leniwie przez ocean i my stwierdzamy, czy jeszcze istniejemy. Marty już od dawna nie ma, ale wspominamy ją. A to też jeszcze o tym, że napisałem Maćkowi dość szczegółowo jak to wtedy było, gdy byliśmy w Bytomiu na Carmen. Powiedział mi kiedyś, że szkoda, że nie zbliżyliście się z Martą bardziej, zostalibyśmy szwagrami. Może i wy bylibyście też tutaj w Ameryce?

Katowice, styczeń 2020

Matejko

Matejko

Wydarzyło się to na początku wojny, chyba w 1940 roku, w czasie nasilenia się „Bitwy o Anglię”. W rybnickiej „starej szkole”, wówczas niemieckiej podstawówce, do której chodziłem, wisiał duży, kolorowy plakat, na którym sztukas bombardował Londyn. Tak wynikało z napisu na plakacie. Któregoś dnia kolega pożyczył mi tygodnik ilustrowany BERLINER ILUSTRIERTE. Było w nim sporo obrazków z walk powietrznych nad Wielką Brytanią. Obrazy były „jak żywe”, z rodzaju „fotografa przy tym nie było”. Fascynowały mnie oddane z wielkim mistrzostwem szczegóły zwycięskiej, oczywiście dla Niemców bitwy powietrznej. Zauważyłem, że na wszystkich ilustracjach był podpis Matejko. Jeszcze przed wojną słyszałem o wielkim polskim malarzu o tym nazwisku. Widziałem kilka czarno białych reprodukcji jego obrazów. Tam też były pokazane bitwy, tyle że bardziej historyczne. Pobiegłem z tygodnikiem do taty i pokazałem mu, że nasz Matejko rysuje wspaniałe ilustracje wojenne. Tata spojrzał i zwrócił mi uwagę na podpis. Było tam i imię: Theo. Nasz wielki Matejko miał na imię Jan, już dawno nie żyje, a w ogóle, to wówczas nie latały jeszcze samoloty. Malował co prawda na jego obrazach wojsko, które miało skrzydła na ramionach, ale to była husaria w ciężkich zbrojach atakująca konno. Tata wyciągnął wtedy książkę ze swego schowka mieszczącego się w długiej ławie przy stole w kuchni. Były to wypisy z historii Polski z czarno białymi reprodukcjami obrazów Jana Matejki. Zobaczyłem teraz różnice w tematyce, oraz czasy już historyczne, jakie przedstawiały. Jan Matejko był z pochodzenia Czechem, ale czuł się Polakiem, zaś Theo miał też czeskie pochodzenie, lecz czuł się Niemcem. W latach republiki weimarskiej robił plakaty filmowe, jak te z Polą Negri, która była i pół Niemką i pół Amerykanką, ale całą Polką. Tata przeglądnął tygodnik i zauważył na ostatniej stronie coraz liczniej pojawiające się klepsydry poświęcone tym, którzy polegli za Fuehrera. Była i ta poświęcona pilotowi Oberstowi Werner von Zawadzki. Niemiec, ale z pochodzenia polski arystokrata w randze pułkownika, odznaczony krzyżem rycerskim ( Ritterkreuz ). Jakiś czas później dowiadywałem się, że nazwiska o niczym nie przesądzają, nie od nich zależy, kto kim jest, ale kim się czuje. Dowiadywałem się o Wicie Stwoszu, naszym wielkim rzeźbiarzu, gdy oglądałem jego ołtarz w Krakowie podczas wycieczki szkolnej. Później dowiedziałem też o tym, że Veit Stoss to ta sama osoba. W Norymberdze zobaczyłem jego ołtarz różańcowy. Rzeźbiarz ten przebywał przez długie lata w Krakowie, gdzie powstało największe dzieło jego życia, ołtarz w kościele mariackim. Dowiedziałem się też o kimś, kto pisał wpierw po polsku do powojennego komunistycznego tygodnika Kultura, a potem stał się w RFN sławnym felietonistą, nazwanym papieżem niemieckiej literatury. To Reich-Ranicki. To on wymyślił to określenie siebie: Jestem pół Niemcem, pół Polakiem, ale całym Żydem.

Październik 2014

Mein Cellospielen

Mein Celloauftritt


1943 während des Krieges, als mein Vater zur Wehrmacht einberufen wurde, hörte mein Cellounterricht auf. Fur das Fach Musik in der Oberschule war damals Herr Hanisch zustandig, der zugleich die Musikschule in Rybnik leitete. In der Oberschule führte er auch das Schulorchester. Da fehlte es an Cellisten. Der einzige war mein Freund Leo, den auch sein Vater unterrichtete, der aber nicht einberufen wurde, weil er im Ersten Weltkrieg bei Verdun schon sein Bein verloren hatte. Herr Hanisch wollte unbedingt noch einen Cellisten haben und er dachte dabei an mich.

Ich wurde bald in die Musikschule aufgenommen und begann fleißig zu üben um an den Orchesterproben in der Oberschule teilnehmen zu können. Nach einiger Zeit kam es zu einem öffentlichen Konzert ausgewählter Schüler der Musikschule aus Anlass des Führergeburtstages. Herr Hanisch hatte auch mich für einen Auftritt vorbereitet, da es auch hier keinen anderen Cellisten gab. Es war ein kurzes Musikstück. Am Klavier begleitete mich eine ältere Schülerin. Vor dem Auftritt machte mir Herr Hanisch Mut indem er sagte: du wirst bestimmt damit ganz glatt fertig werden. Er hatte mir vor dem Auftritt mit der Hand ein Zeichen gegeben um in diesem Moment auf die Bühne zu eilen. Bisher machte ich mir gar nichts von diesem Auftritt. Als ich auf der Mitte der Bühne angekommen war, stand ich zum Hitlergruss bereit. Meine rechte Hand hatte ich dazu frei zu machen. Ich hob den rechten Arm hoch und es kam zu einer Katastrophe, als ich Alles was ich bei mir hatte mit der linken Hand zusammen fasste. Es waren zu viele Dinge für einen unbeholfenen Cellisten alles einhändig zu halten: das Cello, den Notenständer, den Bogen und das große und dicke Notenbuch. Bei diesem Hitlergruss ist erst der Ständer umgefallen, dann lagen gleich die Noten mit dem Bogen auf der Bühne. Nur das Cello hielt ich ganz sicher fest.

Niemand wagte in diesem Moment zu grinsen oder zu lachen, als ich sehr unbeholfen alles wieder zusammen zu fassen versuchte. Es herrschte eine tiefe Stille. Erst jetzt hatte mich ein Angstgefühl beinahe gelähmt, ich war für eine Weile nicht fähig zu spielen. Es gelang mir das Stück so gut ich konnte vorzutragen. Als ich fertig war, bekam ich gleich sehr lauten Beifall. Ob es fürs Spielen war, oder wegen meiner Ungeschicklichkeit, weiß ich nicht. Nun nahm ich alles in beiden Händen mit und ging ohne den Hitlergruss von der Bühne. Herr Hanisch nahm mir alles schnell ab und veranlasste mich gleich nochmals auf die Bühne umzukehren um mich mit dem Hitlergruss dem Publikum zu bedanken und mich so zu verabschieden. Es gab noch mal sehr lautes Klatschen und es war der größte und einzige Beifall den ich in meinem Leben bei einem Auftritt auf einer Bühne bekommen hatte.

Herr Hanisch hat mich gleich als Vollidiot beschimpft und drohte mir mich von der Musikschule zu entlassen, obwohl er einen Cellospieler so sehr brauchte. Bald kamen schon die Ferien. Es war 1944 und das Schuljahr wurde noch vor Weihnachten abgebrochen. Damit endete meine ganze deutsche Schulzeit, denn der Krieg ging hier früher zu Ende.

Nach dem Krieg gehörte ich erst dem Schulorchester im polnischen Gymnasium an und später dem in einer Handelsschule. Es war ein viel größeres Orchester und wir hatten sogar Auftritte im Radiosender Katowice. Wir haben dort die Stalinkantate aufgeführt, in dieser Stadt, die den Namen des Generalissimus fur einige Zeit tragen musste. Es ist eben so vorgekommen, dass meine Teilnahmen an öffentlichen Konzerten vom beinahe politischen Charakter gekennzeichnet waren .

Bald habe ich mich vom Musizieren definitiv verabschiedet. Ich begann meine Studien an der Akademie der Schönen Künste. Die Nachkriegszeit war eine sehr schwere Zeit für unsere Familie. Ich spielte auf dem Cello nicht mehr und darum bat ich den Vater es zu verkaufen. Für dieses Geld konnte er meiner Mutter eine Waschmaschine besorgen. Ein Musikinstrument ist nicht immer so praktisch wie ein Gerat , das der Mutter bei der schweren Hausarbeit helfen kann.

Manchmal, wenn die Sehnsucht nach dem Cellospielen wiederkehrt, bleibt mir eines von den vielen Cellokonzerten aus meiner Sammlung abzuhören.

Meine fruehe Zwangsarbeit

Meine frühe Zwangsarbeit


Es war schon Anfang Mai 1945, als der Krieg weit von uns um Berlin andauerte. Unser Nachbar, der jetzt der polnischen Volksmiliz angehörte, kam mit einer amtlichen Aufforderung mich sofort zu Aufräumungsarbeiten zu melden. Im größten Bankgebäude meiner Heimatstadt Rybnik begannen die Russen ein Kriegslazarett zu organisieren. Da war schon eine Gruppe von Schülern meines Alters und einige ältere Männer, die dabei arbeiten mussten. Die Aufgabe meiner Brigade war eine der Wohnungen im dritten Stock von allen bisherigen Möbeln sämtlich zu entleeren. Bisher wohnten hier wichtige deutsche Beamten mit ihren Familien. Die Wohnungen waren sehr reichlich ausgestattet, meistens mit geschnitzten schweren Eichenmöbeln.

Auf Befehl eines Rotarmisten sollte eine radikale Räumung schnell durch die Fenster und den Balkon erfolgen. Nichts sollte man verschonen, alles runter auf den Hof herauswerfen. Das war fűr uns die erste Kulturstunde der neuen kommunistischen Machthaber. Deutsches Gut sollten wir nicht schonen. Damals machten wir uns darűber keine Gedanken. Wir waren sehr froh, dass wir die schweren Moebel nicht runterschleppen mussten. Mit solch einer Entsorgung erfűllten wir unsere Aufgabe ziemlich schnell. Am Ende blieb noch ein großes Konzertklavier, ein so genannter Flűgel von drei Meter Länge. Es war ein schwieriges Unternehmen. Wegfliegen wollte dieses schwarze Ungeheuer nicht. Wir mussten die Beine abbrechen, die Klappe abnehmen und sie rauswerfen. Fliegen wollte sie gar nicht, wenn sie auch ein Flűgelteil war. Das eigentliche Klavier gelang es uns auf den Balkon raus zu schieben. Der russische Soldat hat uns die ganze Zeit mit : bistro rebiata (eilt Kinder) zur schnellen Arbeit angerufen. Endlich gelang es uns mit einem letzten Drang den Sturz des Restinstruments zu verursachen. Beim Stoss auf dem Boden hörten wir einen schrillen Klang aller Saiten. Wir machten nicht Musik. Wir haben unseren Zwangsjob getan.


Nach vielen Jahren hörte ich ähnliche Klänge während eines Konzertes beim Warschauer Musikherbst. Einer der Interpreten zerschlug mit der Axt das Konzertklavier zusammen. Es war so anzuhören wie ein unendliches Lied vom Sterben der Harmonie oder der Musik űberhaupt samt ihrer Schönheit. Am Ende gab es dafuer großen Beifall.


Heute weiß ich, dass solch eine musikalische Defenestration schon frueher vorgekommen ist. Nach dem gescheiterten Aufstand gegen die Russen im Januar 1831 kam es in Warschau zu Plűnderungen. Viele Häuser in der Stadt wurden angezűndet und aus dem Haus der Familie Chopin hatten die russischen Soldaten Frederics Klavier durch das Fenster auf die Strasse rausgeworfen. Bestimmt waren es traurige moll-Akkorde, die damals ertönten. Wie so immer bei Chopin.







Eine spätere Fortsetzung


Nach vielen Jahren habe ich erfahren, dass ein Kollege aus meiner Klasse in der deutschen Oberschule in Rybnik etwas frűher als ich, schon im April 1945 zur Zwangsarbeit aufgefordert wurde. Ende Januar war er in Breslau, wohin er mit seiner Mutter auf der Flucht vor der Roten Armee angekommen ist. Johannes K. war ein vielversprechendes Musiktalent. Seit seiner frűhesten Kindheit spielte er Klavier. Er entstammte einer sehr musikalischen Familie aus dem Rheinland. Schon in der Schule wurde sein Talent bewundert. Er war anders als wir alle, niemals war er fuer uns Hans, sondern immer der besonders begabte Johannes. Er wurde gar nicht wie wir alle zum Jungvolkdienst aufgefordert, weil er sehr viel zu űben hatte und an manchen nationalen Feierlichkeiten als Pianist auftreten musste. Von Breslau ging es nicht mehr weiter, da die Stadt sehr schnell von den Russen belagert wurde. Fűr die Flűchtlinge hat der Treck nach Westen hier angehalten. Gauleiter Hanke erklärte die Stadt als Festung Breslau. Die Russen waren schon weit westwärts von Breslau eingedrungen und kamen schnell bis vor Berlin. Die Stadt ergab sich nicht. Noch herrschten die Parolen vom Endsieg. Es gab kein Raus aus der immer mehr zerstörten Stadt. Zum Glűck hatte die Mutter von Johannes eine alte Tante hier. Alle die im Stande waren bei Befestigungsarbeiten in der Stadt zu arbeiten mussten sich melden.

Johannes freute sich, denn es gab ein Klavier in der Wohnung. . Das Instrument war ein alter und schwerer Bechstein. Es war ziemlich verstimmt, aber fűr sein Űben eignete es sich noch. Nicht weit von dem Haus wo sie im dritten Stock wohnten, begann man mit dem Bau einer Strassenbarrikade. Der Lärm der dort arbeitenden Menschen störte ihn trotz der beinahe scheibenlosen Fenster gar nicht. Es war kalt, seine Finger steif und er war nicht im Stande etwas Schnelleres zu üben. Er spielte deshalb etwas langsames, wie die „Träumerei“ von Schumann. Sein Spielen störte den Blockleiter der NSDAP dort unten. Bald hörte man Lärm und der eifrige Parteigenosse kam mit einigen Männern brüllend herein. Johannes wurde vom Blockleiter wegen seiner defätistischen Haltung beschimpft. In solch einem wichtigen Moment für die Nation spielt er irgend welche Stücke, statt einen Militärmarsch, der die Menschen kämpferisch anspornen würde. Das Klavier sei doch auch ein passendes Baustück für die Barrikade. Johannes musste dabei helfen um das Instrument zum rauswerfen durch die Balkontuer zu bringen. Er machte es mit Tränen in Augen. Er tat das selbe auf deutschen Befehl, was ich nur etwas später von Russen aufgefordert getan habe. Beide Klaviere sind vom dritten Stock heruntergefallen. In beiden Fällen hörte man beim Zusammenstoss mit dem Boden eine Aufprallsinfonie voller Dissonanzen eines schrecklichen Krieges.

Ob es damals in Warschau, nach vielen Jahren beim dortigen Warschauer Musikalischen Herbst mein Freund Johannes war, der quasi als Pianist aufgetreten ist und das Klavier mit der Axt zerschlug? Er könnte es gewesen sein. Nach dem, was er während des Krieges erlebt hatte, könnte er zu dieser Űberzeugung gekommen sein, dass die wirkliche melodische Harmonie der Musik damals, während des Krieges zusammen gebrochen war? Das schoene Spielen hatte er laengst aufgegeben, er beforzugte demonstrative und expressive Auftritte die damals in Mode waren.


Katowice, im Januar, 2007

Miałem tylko jedną babcię i jednego dziadka

Miałem tylko jedną babcię i jednego dziadka. O dziadku Janie wspominałem już, o tym jak Niemcy nie znosili jego polskości i ostatecznie musiał zginąć w obozie koncentracyjnym w Dachau. Ze strony naszego taty mieliśmy starkę i starzyka. Tak nazywali się oni dla nas wnuków trochę z czeska, czy raczej po morawsku, bo owa babcia pochodziła z północnych Moraw, spod Hulczina. Tata wspominał, że modlitwy Ojcze nasz uczył się w domu po morawsku, potem w szkole w Westfalii, gdzie się urodził po niemiecku, a dopiero później po polsku.

Mocek Szperlink

Mocek Szperlink

Mocek Szperlink dawniej bardzo dużo malował i jak mówiono, dobrze się zapowiadał. Ukończył studia na Akademii Sztuk Pięknych u krakowskich mistrzów koloru. Potem też tworzył, choć pracował w szkole jako nauczyciel rysunku. W połowie lat trzydziestych udało mu się wyjechać na rok do Paryża, gdzie zapoznawał się z nowymi trendami w sztuce francuskiej. Dzięki Mojżeszowi Kislingowi poznał starszą, znaną polską malarkę, pochodzenia żydowskiego, Melę Muter. Jej obrazy znał już z wystawy w Krakowie i bardzo się nimi zachwycił. Urzekło go nie tylko jej malarstwo, ale i nie przemijająca uroda. Mocek łudził się, że znajdzie okazję do rozmów z doświadczoną artystką, że skorzysta z jej porad. Musiał poprzestać na oglądaniu jej wystawianych publicznie obrazów, bo do jej pracowni nie bywał zapraszany. Pochłaniał to, co zobaczył i nie zdawał sobie z tego sprawy, że staje się jej naśladowcą. Uwielbiał ją jako kobietę i malarkę.

Po powrocie do kraju Mocek zamieszkał na strychu trzypiętrowej kamienicy przy placu Szczepańskim. Nie było to normalne mieszkanie, a pracownia malarska bardzo skromnie wyposażona. Choć nie miał tam pieca, nie było zbyt zimno, bo dwa kominy za ścianami dawały nieco ciepła zimą. Często powtarzał w swych pracach motywy widziane przez okna. Były to widoki w kierunku rynku i na plac. Gdy malował, myślał jakby to potraktowała jego mistrzyni Mela Muter. Mogło się wydawać, że to obrazy paryskiej malarki, choć ta nigdy w Krakowie nie malowała. Po wybuchu wojny, 1. Września 1939 roku Mocek do szkoły już nie wrócił, nastał trudny czas okupacji niemieckiej, zaczęły się prześladowania i determinacja Żydów. Był jednym z nich i nigdy tego nie ukrywał. Jak tysiące jego współplemieńców musiał opuścić centrum Krakowa i od marca 1941 zamieszkać w utworzonym na Podgórzu getcie. Zapanowało tam straszne przeludnienie i znów zamieszkał, a właściwie znalazł ciasny kąt dla siebie na strychu przy ul, Limanowskiego. Nawet tu panował tłok, był oddzielony od innych współlokatorów tylko cienką ścianką z kartonów. Drzwi nie było, zastępowała je tylko zawieszona zasłona z reszty płótna malarskiego. Niewiele ze swego i tak skromnego dobytku zdołał zabrać tu na Limanowską. Miał składaną sztalugę plenerową, bo tej dużej pracownianej nie był w stanie przetransportować. W kasecie miał resztę tub z farbami, które mu jeszcze pozostały. Był mały stos napiętych płócien na blejtramach, niektóre zaczęte, inne zagruntowane i jeszcze kilka z przeklejonymi płótnami. Obrazów nie zabierał, bo miał nadzieję, że wojna się niedługo skończy i on wróci na stare miejsce.

Wojna jednak trwała nadal, Niemcy początkowo zwyciężali, zdobyli prawie całą Europę. Mocek Szperlink podobnie jak inni jego rodacy cierpiał głód i dokuczała mu nędzna wegetacja. Uciekał w malarstwo, które z konieczności z czasem stawało się coraz mniej podobne do radosnego koloryzmu jego mistrzyni. Nikt nie porównałby jego obecnych prac do tamtych pozostawionych w dawnej pracowni. Beznadziejność, ale i brak coraz to większej ilości farb nacechowała styl jego obecnej twórczości nowym wyrazem. Kolejne obrazy stawały się coraz bardziej monochromatyczne. Mniej w nich było koloru, a coraz więcej czerni. Było w nich coraz więcej dramatycznej ekspresji. Dostępu do środków malarskich w getcie od dawna nie było. Jemu pozostało kilka tub czerni, bo tej pory podobnie jak jego mistrzyni prawie jej nie używał. Zaczął powoli odchodzić od malowania pejzaży. To co teraz przedstawiał, były maski przesycone okrucieństwem. Mimo woli nabierało to cech jakiegoś ekspresyjnego kubizmu. Czuł jak poczucie piękna powoli w nim obumiera przytłoczone wojennym przeżywaniem zła.

Los Żydów był już przesądzony, Naziści wymyślili okrutne ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. Miało to nastąpić głównie tu na terenach polskich. Niemcy utworzyli w pobliskim Płaszowie obóz koncentracyjny. W marcu 1943 zaczęła się deportacja z getta. Nastąpił exodus tysięcy Żydów. Ich pochód posuwający się ul. Lwowską w kierunku Płaszowa nie miał końca. Wszyscy nieśli ze sobą to, co byli w stanie udźwignąć. Rzeczy potrzebne i zupełnie nieprzydatne, jak to czynią ludzie wyzbyci nadziei. W dalszej drodze porzucali i nadzieję i co cięższy sprzęt, a potem już i drobiazgi. Widać to na niemieckich zdjęciach, jak wyglądała ul Lwowska po przejściu exodusu do obozu śmierci .

Malarz Mocek Szperlink też szedł tą drogą, też początkowo dźwigał ze sobą więcej, niż potrafił unieść, bo traktował ten exodus jak kolejną wyprawę w plener malarski. Wpierw wyzbył się sztalugi, bo pomyślał, że może gdziekolwiek płótno do malowania zawiesić czy ustawić. Potem robił co kilkadziesiąt metrów selekcję swych prac, i tę jego zdaniem mniej udaną wyrzucał na drogę. W końcu pozostała mu tylko kaseta malarska z minimalną już zawartością zdekompletowanych farb. Doświadczył już tego, że nędza i zły los nie są kolorowe i do malarskiego ich opisu nie potrzeba zbyt wielu środków.

Po przejściu ludności ss-mani przechadzali się ulicą, robili zdjęcia, co jakiś czas któryś z nich kopnął w jakiś przedmiot, licząc, że może coś wartościowego znajdzie. Któryś z oficerów zwrócił uwagę na porzucony obraz. Odwrócił go, nadepnął nań ze złością i powiedział: Scheisse, wieder die entartete juedische Kunst. ( Gówno, znów ta zdegenerowana sztuka żydowska)


Po malarzu i jego dorobku wojennym pozostała tylko garść popiołu. ARS BREVIS, ale i VITA BREVIS. Te wcześniejsze prace w stylu Meli Muter zachowały się przechowane na strychu przy pl .Szczepańskim. W latach powojennych donoszono, że w Krakowie pojawiły się doskonałe krakowskie pejzaże Meli Muter, choć nie sygnowane. Szperlink nie podpisywał swych obrazów, bo zawsze myślał że są jeszcze nie całkiem skończone i zrobi to później. Początkowo handlowano nimi jako oryginalnymi obrazami malarki. Fachowcy jednak szybko doszli do tego, że to falsyfikaty. Szperlink nigdy nie chciał być fałszerzem, ale w tamtym czasie nie był już w stanie tego wyjaśnić. Malował tak, bo podziwiał Melę Muter i poszedł jej drogą. Mela Muter żyła długo i w miarę dostatnio, ma swój grób, a Mocek Szperlink żył znacznie krócej i nie ma grobu, ani nikt o nim nie pamięta. Obrazów po nim też nie ma.


Katowice 05.09.2016.

Moja pani profesor

Moja pani profesor od polskiego


Pani profesor Wanda R. zaczęła zaraz po wojnie uczyć w naszym gimnazjum. Udało jej się przetrwać obóz koncentracyjny, do którego dostała się po wkroczeniu Niemców do Polski . Była świeżą absolwentką polonistyki na UJ. Mówiono, że w K.L. Ravensbrueck była poddana eksperymentom medycznym. Nie wyszła za mąż. Zauważyliśmy, że była bardzo zaprzyjaźniona z innym polonistą naszego gimnazjum, profesorem D. Dla nas uchodzili za parę, choć profesor był już żonaty. Pani profesor wykazywała dużą awersję do wszystkiego, co miało coś niemieckiego w sobie. Na uroczystości szkolne i pochody przychodziła ubrana w pasiasty strój więźnia z literą P. Pani profesor była dla mnie jakby krajanką, osobą z tej samej miejscowości, z Biertułtów pod Rybnikiem, gdzie się urodziłem. Wiedziałem co nieco o obozach zagłady, bo mój dziadek mieszkający w tej samej miejscowości został zaraz po wkroczeniu Niemców również aresztowany i dostał się do obozu w Dachau, gdzie został później zamordowany. Zginął tam za swoją dość ostentacyjnie manifestowaną polskość. W naszej rodzinie polskość była jednak przytłumiona śląskością i w jakimś sensie niemieckimi wpływami językowymi, gdyż moi rodzice urodzili się w Niemczech, gdzie ukończyli niemieckie szkoły. Moja mama nie potrafiła po polsku pisać, zawsze pisała gotyckim pismem, którego nauczyła się w szkole, a poprawnego języka polskiego nigdy nie opanowała. Mimo że uczęszczałem już przed wojną do pierwszej klasy, to jednak nie potrafiłem poprawnie po polsku mówić. Po wybuchu wojny przez cały okres okupacji uczęszczałem do niemieckiej szkoły, gdzie opanowałem dzięki rodzicom bardzo szybko dotąd nieznany mi język niemiecki. Po wojnie śląska gwara i naleciałości niemieckie powodowały, że początkowo byłem dość kiepski z języka polskiego. Pani profesor poprawiała mnie bardzo często, mówiąc że zwroty których używam, to germanizmy. Byłem dobry w niemieckim, za to słaby w języku polskim. Często musiałem znieść i kpiny kolegów z poza Śląska, gdyż moje określenia, pachniały im niemieckością. Zapytany na jakim instrumencie gram, odpowiedziałem, że na cello. Jeszcze nie wiedziałem, że po polsku to wiolonczela. Koledzy mówili, że jestem cellokiem, prawie tyle co cielokiem. Szczytowym osiągnięciem nagromadzenia germanizmów było moje wypracowanie z lektury Quo vadis Sienkiewicza. Krótko po wojnie miałem utrudniony dostęp do wielu lektur. Moja mama czytała właśnie tę książkę wypożyczoną od znajomej w języku niemieckim. Ja też skorzystałem i przeczytałem w języku niemieckim tę ważną pozycję polskiej literatury nagrodzoną Noblem. Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Mój elaborat próbował górnolotnie relacjonować dzieło Sienkiewicza, ale wcale nie zrobiło to pozytywnego wrażenia na pani profesor. Co to były za utyskiwania na mój styl, gdy czytałem wypracowanie głośno przed klasą. Część kolegów nie będąca Ślązakami miała wielką frajdę, gdy pani profesor kpiąco wytykała mi błędy. Według niej była to niemiecka, a nie polska stylistyka. Nie przyznałem się nikomu, w jakim języku tę książkę przeczytałem.

W późniejszych klasach miałem już innego profesora, był to starszy, jeszcze przedwojenny pedagog, który też przesiedział wojnę w obozie, ale jako oficer, jeniec. Od profesora L. dowiadywałem się o przenikaniu poszczególnych języków jednych w drugie. Także o tym, ile naleciałości mamy z niemieckiego, jak w gwarze śląskiej poza germanizmami zachowało się stare polskie słownictwo, dawno wyrugowane z języka literackiego często także przez germanizmy.

Z panią profesor spotkałem się ostatni raz na uroczystości z okazji dziewięćdziesięcioletnich urodzin profesora L. Wtedy już pani profesor nie nosiła pasiaka, przywitaliśmy się i porozmawialiśmy, może wyrażałem się teraz bardzo poprawnie, rozmowa była bardzo serdeczna teraz po 45 latach od czasu, gdy byłem uczniem pani profesor R.


Katowice, 27.07 2014

Moje samoloty

Moje samoloty


Mój pierwszy niby-samolot zbudowałem w wieku siedmiu lat. Był to obiekt sztuki prymitywnej. Znak samolotu. Mój wujek Max z Emy, który był stolarzem, pracował wówczas w warsztacie tuż przy dworcu na Paruszowcu. Mama wysyłała mnie do wujka dość często po odpady drewniane na podpałkę. Wtedy rozpalało się codziennie ogień w piecu kuchennym i każdy kawałek drewna był cenny. Wpadłem na pomysł, aby zbudować sobie samolot, taki do latania na niby. Wtedy wszystko mogło być z „byle czego” , byle się trochę kojarzyło z pierwowzorem. Obręcz metalowa od roweru, czyli felga, stanowiła namiastką całego roweru. Gdy się tak biegało popychając ją patykiem do przodu, można było urządzać nawet regularne wyścigi na szosie, bo nie było to wtedy niebezpieczne. Samochody nie pojawiały się wówczas na często naszych ulicach. To mi się jednak znudziło. Chciałem latać.

Otrzymałem trzy dość długie listwy od wujka, który mi je nawet pomógł zbić w jedną całość. Dwie dłuższe na krzyż, a na końcu krótka stanowiła ogon. Teraz można było siedzieć okrakiem jak na koniku na patyku i zaraz potem zawyć przeraźliwie jak samolot. Biegiem ruszałem do przodu i wykonywałem skręty na boki. Niestety, lot pozostawał niezmiennie niski bez uzyskania wysokości. Po odpustowym święcie przy kościele św. Antoniego, doczepiłem z przodu do listwy będącej kadłubem mały celuloidowy wiatraczek, który dostałem w prezencie. Udawał śmigło i kręcił się jak oszalały, choć nadal nie wznosiłem się do góry, ale odczuwałem euforię jakbym naprawdę latał. Samolot był zbyt duży, aby go zabrać do mieszkania, więc zostawiałem go w stanie złożonym w ogrodzie. Niestety, mój tata nie rozpoznał w tych poskładanych listwach samolotu, a widział tylko bardzo praktyczne tyczki do coraz wyżej pnącego się grochu. Po jakimś czasie groch wyrósł na elementach mego samolotu znacznie wyżej, aniżeli mój samolot potrafił się polecieć.

Niedługo potem, nadarzyła mi się okazja zobaczyć po raz pierwszy w życiu lecący samolot z tak bliskiej odległości, że mogłem zobaczyć nawet twarz pilota. Było to w dniu 1. września 1939 roku. Już bardzo wcześnie rano zobaczyliśmy uciekających polskich żołnierzy. Byli niekompletnie ubrani i bardzo przerażeni, bo nad nami zaczęły się pojawiać samoloty. Żołnierze schowali się u nas w sieni, a ja zostałem na zewnątrz obserwując samoloty. Te nie miały znanych mi biało czerwonych szachownic, tylko czarne krzyże na skrzydłach. Jeden z nich obniżył się tak bardzo, że wtedy się przeraziłem, ale nie strzelał, ani nie zrzucił bomby. Ja mu nawet pomachałem ręką. To nie miał być gest przyjaźni dla wroga, a zachwyt nad samolotem. Gdy później wyszedłem przed dom na ulicę, zauważyłem u sąsiadów wywieszone flagi ze swastyką. To nasi niemieccy sąsiedzi od dawna czekali na swoich „wybawców”, a naszych okupantów. Nie było ataku ze strony samolotów, skoro tu obok mieszkali Niemcy. Gdy potem chodziłem już do czwartej klasy niemieckiej szkoły, pojechaliśmy na wycieczkę do Katowic. Mieliśmy oglądnąć wystawę niemieckiego sprzętu wojennego w hali wystawowej przy Parku Południowym (dzisiejsza Hala Parkowa). Była tam prawie cała łódź podwodna, czołg, działa i nawet samolot. Wszystko do zwiedzania z możliwością wchodzenia do środka. W czasie jazdy pociągiem do Katowic byliśmy rozlokowani w kilku przedziałach. Trochę rozrabialiśmy. Jeden z kolegów, syn maszynisty chciał nam pokazać jak szybko pociąg potrafi zahamować. Zawisł więc na hamulcu bezpieczeństwa i pociąg z piskiem i zgrzytem zaczął hamować. Nawet nie wiemy , czy to trwało długo czy krótko, bo zaraz zaczęła się awantura. Był kierownik pociągu i pani nauczycielka. Przeprowadzali śledztwo, ale nikt się nie przyznał i nikt nie naskarżył. Nasza nauczycielka naznaczyła nam „Strafe”, czyli karną odpowiedzialność zbiorową dla wszystkich chłopców naszego przedziału. Na wystawę wejdą wszyscy, ale nikomu nie wolno wejść za karę do prawdziwego samolotu. Mogliśmy zwiedzić niekompletną łódź podwodną i czołg. Efektem wycieczki miało być wypracowanie: „jaki rodzaj broni wybrałbyś w niemieckiej armii?” Widocznie najbardziej ceniło się wtedy służbę w „Luftwaffe”, skoro karą był zakaz zwiedzania samolotu z wchodzeniem do środka kabiny. Oglądałem więc samolot z bliska, dotykając to i owo, nie wchodząc do górno płatowca Fieseler-Storch. Przez peryskop w łodzi podwodnej udało mi się popatrzeć, a do ciasnego czołgu nie chciałem wchodzić. W naszym sąsiedztwie mieszkał starszy ode mnie chłopak, który zawzięcie budował różne rodzaje znakomicie latających modeli szybowcowych. Kiedyś jeden z nich wylądował u nas w ogrodzie, więc postanowiłem go sam wypróbować. Poszedłem z tym modelem na strych i z okienka wypuściłem samolot. Niestety, zobaczył mnie przy tym jego konstruktor Guenter i przyszedł na skargę do taty. Koniec tego latania był dla mnie bolesny, bo dostałem po tyłku paskiem za przywłaszczenie sobie czyjegoś „fliegra”. Nie zawsze latanie jest radosne. Dla Guntera też nie było. Za jakiś czas dostał powołanie do swej ukochanej Luftwaffe, po roku wrócił bez ręki, którą mu ruscy odstrzelili, tak że potem nie mógł już nawet modeli konstruować.

Próbowałem później również sam budować modele latające. W czasie wojny w większych miastach, jak Katowicach, Bytomiu, czy w Gliwicach były specjalne sklepy z materiałami do modelarstwa. Kiedyś wybrałem się z kolegami na taką wyprawę i miałem potem z czego budować te modele, ale tak naprawdę, to żaden nie latał nadzwyczajnie. Modelarstwo i technika nie były moją mocną stroną. Łatwiej przychodziło mi samolot narysować, czy namalować. Wzorowałem się na Matejce, na jego wspaniałych ilustracjach. Ten Matejko, to nie nasz Jan, a Niemiec Theo, który ilustrował bitwy powietrzne z fotograficzną dokładnością. Pod koniec wojny zaczęły się intensywne naloty amerykańskie na Kędzierzyn. Bombardowano zakłady chemiczne wytwarzające benzynę syntetyczną. Nadlatywały formacje liczące setki samolotów aż z Brindisi we Włoszech nad Rybnikiem, a po zrzuceniu bomb wracały znowu na południe. Nie zawsze wszystkie zdołały powrócić. Kiedyś będąc w tym czasie u babci w Niedobczycach, zobaczyłem zestrzelony bombowiec z bliska. Spadł tam poprzedniego dnia w czasie próby lądowania na polu. Zawadził o wysoką lipę w pobliżu. Pół drzewa zostało ścięte, a samolot był cały, choć mocno uszkodzony. Część załogi przeżyła, ale byli i zabici. Gdy zobaczyłem ten wrak, przeraziłem się i zniechęciłem się do lotnictwa.


*

Moje wiolonczelowe granie

Moje wiolonczelowe granie



W czasie wojny, w 1943 roku przyjęto mnie do niemieckiej Oberschule i zostałem także uczniem szkoły muzycznej. Moim nauczycielem gry na wiolonczeli został wychowawca mej klasy w Oberschule Herr Hanisch, który prowadził również orkiestrę szkolną, gdzie brakowało mu wiolonczel.

W roku 1943 zacząłem uczęszczać do szkoły muzycznej, którą umieszczono w dotychczasowym domu parafialnym. W dużej sali z estradą odbywały się co jakiś czas muzyczne popisy uczniów. Ćwiczyłem pilnie na moim „cello”, bo miałem też wystąpić w pokazie publicznym z okazji urodzin Hitlera w dniu 20. kwietnia 1944. Przygotowałem krótki utwór p.t. Berceause przy akompaniamencie fortepianu. Pianistką była nieco starsza koleżanka. Mój nauczyciel Herr Hanisch uznał, że przygotował mnie dobrze do występu, ale mnie ogarnęła potworna trema.

Gdy przyszła moja kolej, musiałem wejść na estradę z wiolonczelą, pulpitem, grubym albumem nutowym i ze smyczkiem. Z tym wszystkim musiałem się uporać tylko lewą ręką, bo po wejściu na estradę należało prawą wykonać obowiązujący „Hitlergruss”. W momencie podniesienia prawego ramienia do pozdrowienia, wysunęły mi się nuty, upadły, a za nimi przewrócił się z łoskotem metalowy stojak-pulpit. Nastąpiła dla mnie chwila grozy, ale nikt na sali nie odważył się zakłócić tej absolutnej ciszy, która nastąpiła. Choć było do śmiechu, to odważni się nie znaleźli.

Próbowałem wszystko szybko pozbierać i zacząć grać. Nie wiem jak mi się udało utwór odegrać do końca, ale na pewno można było w tej panującej ciszy usłyszeć każdy fałszywy dźwięk. Gdy skończyłem, były brawa. Teraz zgarnąłem szybko wszystko, co wniosłem i zszedłem po tym fatalnym wejściu bez pozdrowienia hitlerowskiego. Herr Hanisch wypchnął mnie jeszcze raz, ale już bez niczego w rękach, aby się obowiązkowo ukłonić i wykonać obowiązkowy Heil Hitler Gruss.

Mój nauczyciel uznał mnie za niezdarę i w dalszych pokazach więcej nie wystąpiłem. W szkolnej orkiestrze nie zdążyłem już zagrać, ale śpiewałem w chórze. Za rok skończyła się wojna i wtedy grałem już w polskim gimnazjum w orkiestrze szkolnej. Po przeniesieniu się do klasy maturalnej w handlówce, grałem odtąd w dużo większej orkiestrze szkolnej z chórem. Wystąpiliśmy z tą orkiestrą w Polskim Radiu w Katowicach, gdzie wykonaliśmy „Kantatę o Stalinie”. Jak widać, moje „publiczne” granie ocierało się zawsze o wielką politykę.

Było nas kilku kolegów zapaleńców, miłośników uprawiania muzyki domowej i graliśmy sporo utworów kompozytorów klasycznych w domu mego przyjaciela Bernarda B. Nikt z naszej grupy poza Jankiem Szyrockim , późniejszym profesorem muzyki, znanym dyrygentem Chóru Politechniki Szczecińskiej nie wybrał kariery muzycznej. Tamte chwile wspólnego domowego muzykowania zbliżyły mnie do muzyki na zawsze, ale jak się wkrótce okazało, tylko jako słuchacza i zbieracza płyt.

Moja przygoda z wiolonczelą skończyła się definitywnie, gdy wybrałem studia na ASP i całkowicie zaprzestałem gry na tym instrumencie, bo cały swój czas poświęcałem teraz malarstwu.

Do dziś pozostał mi mój niedokończony portret namalowany jeszcze przed maturą przez Antka Tomalę, późniejszego artystę malarza.

Już go nie dokończy, bo nie żyje od wielu lat. Nie zdołał dopracować wiolonczeli na tym płótnie, tak jak ja, nie zdołałem ukończyć edukacji muzycznej na niej. Prosiłem, tatę aby sprzedał wiolonczelę i kupił mamie pralkę. Była to „FRANIA”, która jeszcze rodziców przetrwała. Nikt jej już potem nie chciał, bo wszyscy z rodzeństwa mieli nowsze pralki automaty. FRANIĘ oddano na złom, a ja odciąłem z tamtego obrazu znaczną część z niedokończoną wiolonczelą. Został tylko sam portret z moją podobizną dwudziestolatka. Widać na nim tylko mały fragment wiolonczeli, na której już nigdy nie zagram. Na zawsze pozostała tęsknota za dźwiękiem tego instrumentu.

Teraz od czasu do czasu chętnie wysłucham w radiu świetnego wykonania jakiegoś koncertu na wiolonczelę, czy ze swego zbioru płyt.

Mój ostatni dzień pracy (1)

Mój ostatni dzień pracy




Tego dnia realizowaliśmy w studiu telewizyjnym estradę poetycką, do której przygotowałem bardzo oszczędne dekoracje. Zmian właściwie nie było żadnych, ale siedziałem i czekałem, będąc gotów na ewentualne dyspozycje reżysera Włodka Pawlaka. Praca się przedłużała z powodu kolejnych powtórek i zmęczenie dawało się wszystkim we znaki. Zrobiło się już bardzo późno. Zbliżała się północ. Od dłuższego czasu nie wychodziłem ze studia i obserwowałem nagranie na monitorze. W pewnym momencie podszedł do reżysera strażnik z portierni i coś szeptem przekazał. Reżyser przerwał akcję i zakomunikował nam, że mamy kilka minut na dokończenie i prosił, aby się skupić, bo za chwilę musimy opuścić studio. Nikt nie wiedział jeszcze, że to nie było polecenie odgórne dyrekcji, a raczej wojskowy rozkaz jak się potem okazało. Po chwili rozniosło się, że w holu jest wojsko. Wyszedłem ze studia i zobaczyłem żołnierzy w pełnym uzbrojeniu z nałożonymi hełmami. Ustawiali na wprost wejścia karabin maszynowy na dosyć chybotliwym stoliku jaki stał wtedy w holu. Zachowywali się dziwnie, unikali rozmów z nami, tylko oficer zakomunikował nam z całą powagą, bez żadnego tłumaczenia, aby kończyć pracę i opuścić zaraz budynek telewizji. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Koledzy z zarządu „N.S.Z.Z Solidarność”, którzy byli na miejscu próbowali dzwonić ze swoich pomieszczeń do miasta, aby się dowiedzieć, co się dzieje, ale telefony były już głuche. Nie wiedzieliśmy na co się zanosi. Nie było nikogo z władz telewizji i nikt nam nie mógł czegokolwiek wytłumaczyć. Służbowym busem odwieziono nas po chwili do miasta. Wysiadałem nieco wcześniej od innych, bo mieszkałem na Koszutce. Po drodze nie zauważyliśmy niczego szczególnego, ulice były puste jak to w sobotnią, grudniową noc. Nie byliśmy zaniepokojeni, traktowaliśmy wojskowy incydent jako próbę sił, jakich w ostatnich dniach było już wiele.

Gdy dotarłem do domu, sprawdziłem zaraz telefon. Był głuchy. Żona próbowała po zakończeniu programu telewizyjnego o północy włączyć radio, ale i ono było głuche. Zaraz zacząłem szukać stacji Deutsche Welle na falach krótkich, bo Wolna Europa i Głos Ameryki były tej nocy bardzo mocno zagłuszane. W wiadomościach z DW o godzinie drugiej było o tym, że w Warszawie dzieją się jakieś dziwne rzeczy, że na ulicach pojawiło się mnóstwo uzbrojonych pojazdów i wojsko obsadza różne instytucje państwowe. Polskie agencje milczały. Byłem już bardzo zmęczony moim nieco długim dniem pracy, bo w studio zacząłem zajęcia przy zabudowie dekoracji już od 8.00, więc szybko zasnąłem. Obudziłem się około godziny 6.00 i włączyłem Program 1 Polskiego Radia. Usłyszałem trwające już przemówienie Generała Jaruzelskiego, który ogłaszał STAN WOJENNY ! Później włączyłem telewizor i tam zobaczyłem generała. Minę miał ponuro poważną. Na mundurze zawieszone swe liczne medale, co miało podkreślić wagę chwili. W pierwszym momencie wydawało mi się, że to może sen. Niestety, to była okrutna prawda. Generał jawił się narodowi jako wielki obrońca ojczyzny, chcący dać odpór wyniszczającej kraj SOLIDARNOŚCI.

Więcej można się było dowiedzieć ze stacji zagranicznych. Były już wiadomości o aresztowaniach i oporze w wielkich zakładach pracy, było o strajkach. To, co najtragiczniejsze, miało dopiero nadejść. Do południa doszedłem do wniosku, że muszę pójść do telewizji i zabrać stamtąd pozostawione tam książki i albumy wykorzystane do wczorajszego programu. Tramwaje nie kursowały, więc poszedłem na piechotę. Wszędzie było pełno patroli wojskowych. Musiałem się zatrzymać przed wejściem do gmachu telewizji, bo żołnierz zażądał dowodu osobistego i legitymacji służbowej. Miał przy sobie listę ze sporą ilością nazwisk. Moje też tam było, gdyż oznajmił mi, że nie mam wstępu do telewizji. W ten sposób dowiedziałem się, że ostatni dzień pracy w telewizji mam już za sobą. Pracowałem w TV Katowice jako operator kamery od nadania pierwszego programu. Po 25 latach miałem teraz dużo czasu na myślenie o tym, co będę dalej robił. Wiedziałem, że nastąpił przełom, będą zmiany i nie mam co liczyć na dalszą pracę w telewizji. Trzeba swoje życie odmienić, zarabiać inaczej. Pozostało wrócić do malarstwa już nie tyle dla przyjemności, dla relaksu, jak to robiłem do tej pory po pracy telewizyjnej, ale dla zarabiania na życie.

Katowice, w grudniu 2005

Mój rezerwat niepotrzebnych wspomnień

Mój rezerwat niepotrzebnych wspomnień


Trudno powiedzieć gdzie się znajduje, właściwie to nie wiadomo, czy to w ogóle jakaś przestrzeń, czy określony obszar. Może to być coś, jak ten dżin zamykany w butelce. Zazwyczaj kojarzy nam się rezerwat z jakimiś wydzielonym terenem na wielkich przestrzeniach prerii amerykańskich. Indianie po raz pierwszy musieli na małym obszarze rezerwatu stwierdzać, jak bardzo niewygodne stają się wspomnienia o wielkiej przestrzeni, marzenia o wolności wyboru na życie dowolnego miejsca.

Każdy z nas tworzy sobie swój własny rezerwat wspomnień. Czasem bywa on trochę za obszerny, jak wielopokojowe mieszkanie, trochę puste, niedostatecznie umeblowane. Czasem rezerwat bywa za ciasny, gdy nadmiar pamięci doskwiera i go rozsadza. Komuś, jak mojemu kuzynowi wystarczał drewniany kuferek za cały rezerwat. Miał taki, jak dawniej rekruci zabierali ze sobą do wojska i tam stanowił przez okres służby to jedyne miejsce na resztki prywatności zabranej z domu. Mój kuzyn jeszcze przed powołaniem do wojska przechowywał w nim swe skarby. Kuferka nie trzymał w domu, a u dziadków, gdzie spędzał prawie tyle czasu, co u siebie. Czasem mnie, znacznie młodszemu pozwalał coś przeglądnąć. Znajdowały się tam głównie książki i czasopisma. Sporo było eleganckich tomów w ciemno zielonej oprawie z nadrukiem RUBIKON. Wtedy mi ta nazwa niewiele mówiła. Jeszcze nie stawałem przed wyborem przekraczania rzeki o tej nazwie. To były książki ze zbioru po zmarłym krótko przed wojną, wujku Henryku. Mnie wtedy bardziej interesowały obrazki przedstawiające malownicze egzotyczne kraje. Dodawano je do niektórych niemieckich pudełek z papierosami. Były na nich pejzaże przedstawiające miejsca z niemieckich kolonii w Afryce i Oceanii. Urzekały mnie te zachody słońca nad morzem, palmy i bajecznie kolorowe kwiaty. Był to świat, który pobudzał moją wyobraźnię. Rodziły się już niejasne marzenia o tym, aby kiedyś do takich miejsc dotrzeć i może nawet takie pejzaże namalować. Kuferek mego kuzyna zaginął, on sam też niedługo zginął gdzieś w Rosji już niedaleko od Moskwy. Wtedy w dzieciństwie był to dla mnie rezerwat wspomnień. W tym kuferku miały one dla mnie bardziej sublokatorski charakter.

Po latach szkolnych, na studiach zacząłem sam tworzyć tę swoją przestrzeń wspomnieniową. Mieściła się ona w kilkunastu szkicownikach. Utrwalałem to co oglądałem, co przeżywałem, moje obrazkowe myśli, wzruszenia. Rodzaj zapisu godzin, dni, lat w szkicowniku i na luźnych kartkach. Zebrało się tego trochę, ale nawet rozłożone to wszystko na płasko, powierzchnia tych wspomnień nie stanowiła by nawet skromnej działki w rezerwacie.

Dochodziły potem rysunki robione w latach pracy w telewizji, głównie w czasie wakacji. Dużo rysowałem w rożnych plenerach, ale były i rysunki o charakterze kompozycyjnym. Naszkicowane myśli, marzenia, pomysły do ewentualnego namalowania, do czego raczej potem już nie dochodziło.

Z biegiem lat coraz częściej zaczęły fotosy zastępować rysowanie. Powstawała nowa przestrzeń. Rezerwat pamięci wypełniał się kolejnymi corocznymi kalendarzami wypełnionymi zapisami z poszczególnych dni.

Kończył się już wiek dwudziesty. Okazało się, że go dożyłem w formie umożliwiającej mi powolne zaznajomienie się z komputerem i posługiwanie się nim na minimalnym poziomie dla mych potrzeb. Synowie zaopatrzyli mnie w ten sprzęt i powoli zacząłem robić zdjęcia aparatem cyfrowym, wgrywać je do pamięci komputera, oraz pisać swe notatki na komputerze. To niewielkie urządzenie zaczęło teraz stanowić prawdziwie wielki rezerwat dla mych reprodukcji obrazów, rysunków, fotosów i zapisów. Zaczęły powstawać pierwsze krótkie opowiadania. Fotografia prawie całkowicie wyparła malowanie i rysowanie. Traktowałem zdjęcia jak malowanie. Próbowałem aby zastępowały mi w efekcie ostatecznym tworzenie obrazu. Halina, nasza przyjaciółka i sąsiadka, malarka, często mnie pytała dlaczego nie maluję. Może to, co tu piszę mogłoby jej to lepiej wytłumaczyć, ale Halina nie zdołała tego przeczytać. Odeszła wcześniej.

Jeśli nawet czasem pokazywałem komuś moje zdjęcia, czy załączyłem do maila coś do przeczytania, mimo że było bardzo wiele pochlebnych opinii, by to spróbować opublikować, uważałem, że robię to jednak głównie dla siebie. Zapisuję swój czas, tworzę swoje ślady, próbuję czemuś, co sobie wymyślam nadać możliwie piękny kształt, ciekawą formę. To mnie cieszy, bo ktoś powiedział, że sztuka, to radość tworzenia. Nie zawsze, raczej rzadko coś tworzę, najczęściej usiłuję, tylko zmierzam w tym kierunku. Ważniejsze stają się próby osiągnięcia celu, niż samo dotarcie do niego. Stawianie pytań staje się ważniejsze, niż uzyskanie odpowiedzi.

Od czasu do czasu wchodzę na teren swojego rezerwatu. Wydaje mi się wtedy, że znajduję się w ciasnej przestrzeni zatłoczonej szczątkami myśli, marzeń, fragmentami wyblakłych obrazów, niewyraźnymi śladami, postrzępionymi słowami.

Zaczynam się gubić w tym natłoku. Za dużo tych śladów. Odrzucić, wymazać z pamięci. Oczyścić jak pamięć dysku komputera. Trudne są decyzje ostateczne. Gdy wszystko, co wydaje się dziś niepotrzebne pójdzie w niepamięć, czy można będzie jeszcze raz zacząć tworzenie śladów od nowa?. Tylko, gdzie ten rezerwat? Jurkowi, bratu Ireny prościej to powiedzieć, zaśpiewać: Gdzie ta keja… on w tej kultowej balladzie szantowej zmieścił wszystko, co mu żeglowanie dało. Zostawił to też innym.



Katowice 13.11.2011.

Na koniec roku 2013

Na koniec roku 2013


Smętny dzień, smutna wiadomość, zmarł nasz wielki katowicki kompozytor Wojciech Kilar. Uważał się za Ślązaka ze Lwowa. Należał to trójki naszych wielkich kompozytorów, Mikołaja Góreckiego, który już wcześniej odszedł i działającego jeszcze w pełni sił Krzysztofa Pendereckiego, który właśnie go wspominał w PR2. O nim zabierają dziś głos głównie ci, z którymi współpracował. Chwalą jak zwykle nihil nisi bene de mortuis. Nawet gdy żył, mówiono o nim tylko dobrze, bo był wspaniałym kompozytorem. Chwalił w swych utworach Boga, właściwie modlił się swoją muzyką, tworzył jak inni nasi wielcy, Chopin, Szymanowski utwory oparte o naszą muzykę ludową. Może jednak w świecie był bardziej znany ze swej wspanialej muzyki filmowej, a napisał jej aż do 130 filmów. Słucham już parę godzin wspomnień o nim i przede wszystkim jego muzyki. Muzyki będącej pokarmem ducha, zwłaszcza w smętny dzień. Telewizor mam włączony, patrzę co nadaje TVP Kultura. Czy i tam zmienią program? Widzę stół z świętymi rekwizytami przynależnymi do różnych religii. Nikt nie protestuje, że krucyfiks stoi obok świecznika z gwiazdą Dawida, obok figury Buddy, ale i swastyki, nie tej Hitlera ale znaku magicznego, słonecznego u wielu ludów. Podchodzą do tego goście. Nie włączam dźwięku telewizyjnego. Patrzę, cieszy mnie, że może idzie ku dobremu, bo siadają przy dużym stole, mówią i uśmiechają się, nie widać zawziętych min, rozmawiają przyjaźnie. To widać. Czytam wizytówki: biskup rzymsko katolicki, rabin, ktoś z cerkwi prawosławnej, żydówka (po prostu tyle), buddysta, ktoś, kto podaje się za niewierzącego. Takie dyskusyjne spotkanie osób o przyjaznych ludzkich obliczach. Może się coś zmieni, idzie Nowy Rok.


Grudzień 2013.

Na pierwszym obozie harcerskmi

Na pierwszym obozie harcerskim


Zaraz po wojnie zacząłem uczęszczać do rybnickiego gimnazjum i wstąpiłem do tamtejszej drużyny harcerskiej. Była to „czwórka”, drużyna z tradycjami przedwojennymi, której opiekunem był nasz profesor, harcmistrz dr Innocenty Libura. Drużynowym był wtedy Cezary Chlebowski, późniejszy historyk, specjalista od AK. Jako młody chłopak walczył z Hitlerowcami w Brygadzie Świętokrzyskiej i o tym wygłaszał nam gawędy przy ognisku. Było jak w harcerskiej piosence, gdy płonęło ognisko w lesie, drużynowy gawędę rozpoczynał. Profesora Liburę przezwaliśmy od jego imienia „Ickiem”, nie dlatego, że z jego długiej brody ulatniała się zawsze silna woń czosnku i cebuli. Chyba dzięki tym „przyprawom” dożył profesor bardzo sędziwego wieku. Po wyzwoleniu wrócił z oflagu do swego rybnickiego gimnazjum i swoich „czwórkowych” harcerzy. Nie byli to już ci sami druhowie, bo tamtych przedwojennych porozrzucały losy wojenne po świecie, a wielu zginęło na różnych frontach i w obozach koncentracyjnych. Po latach wojny byliśmy stęsknieni za harcersko-skautowską przygodą. Nadeszły pierwsze wakacje w 1946 roku i czas na wymarzony obóz harcerski, na który też chciałem pojechać. Jako dziecko bawiłem się w obóz harcerski kolorowymi wycinankami do sklejania, które otrzymywałem jako prezent reklamowy, gdy chodziłem z mamą na zakupy do sklepu kolonialnego u Koziołka, naprzeciw gimnazjum. Teraz i ja chciałem pojechać na swój pierwszy, prawdziwy obóz harcerski. Niestety, trudności jakie stanęły na przeszkodzie wydawały się nie do pokonania. Żyliśmy wtedy w wielkiej biedzie. Mama utrzymywała naszą piątkę z dorywczej pracy i pomocy rodziny. Tata jeszcze nie wrócił z zawieruchy wojennej. Mieliśmy mgliste wiadomości o tym, że od inwazji w południowej Francji przebywa gdzieś we Włoszech, czy Anglii. Próbowałem sobie radzić jak mogłem. Od kolegi wyhandlowałem żółto - brązową hitlerowską bluzę. Podbarwiłem ją niezbyt trwałą namiastką farby, czyli atramentem na bardziej zielony, harcerski kolor. Wspólnie z mamą uszyliśmy spodnie z szorstkiego płótna marynarskiego z hamaka. Niestety, nosić mogłem je tylko przy ładnej pogodzie, bo w deszczu robiły się sztywne i ciężkie, tak że ocierały mi wtedy nogi. Plecak i inne wyposażenie pożyczyłem od sąsiadów. Pochodziło ono częściowo z polskiego, trochę z niemieckiego i angielskiego wyposażenia wojskowego. Pieniądze na zapłatę za obóz uzyskałem ze sprzedaży zapasowych lamp radiowych do odbiornika, którego już nie posiadaliśmy. Bardzo nietypowe było to moje umundurowanie i sprzęt, podobnie jak wielu innych kolegów w tym trudnym czasie powojennym. Radość z uczestniczenia w życiu harcerskim i możliwości wyjechania na upragniony obóz bała dla mnie czymś nadzwyczajnym.

Nasza drużyna rozbiła ten pierwszy powojenny obóz w Żybocinie, w Kotlinie Kłodzkiej, dokąd jechaliśmy wtedy koleją aż dwa dni. Do Lądka Zdroju było kilka kilometrów i na niedzielne nabożeństwa docieraliśmy tam w szyku marszowym. Nasz obóz znajdował się nad rzeczką, pod lasem, w dosyć ustronnym miejscu. Mieliśmy tam duże amerykańskie namioty z demobilu, a w nich zbudowaliśmy wygodne prycze z siennikami. Zorganizowaliśmy też kuchnię i wszystko co potrzebne na miesiąc harcerskiego biwakowania. Nastąpił pierwszy apel, było pierwsze ognisko, pierwsze warty nocne, pierwsza noc pod namiotem na wymarzonym obozie. Rano przyszedł do naszego namiotu druh drużynowy. Powitał nas uśmiechem i zwrócił uwagę, abyśmy zapamiętali dzisiejsze sny, bo to, co nam się śniło w tę pierwszą noc w nowym miejscu, zawsze się spełnia. Wszystkich to bardzo ucieszyło, bo mieli najpewniej dobre i radosne sny. Mój był przerażający. Śniło mi się, że tam daleko w Rybniku umarła moja mama. Nie byłem w stanie otrząsnąć się z tego wrażenia, bo wszystko w tym śnie było tak prawdziwe aż do bólu. Teraz nie mogłem tu niczego zrobić, tylko czekać przez cztery tygodnie aż do powrotu do domu. Telefonów nie było, a poczta nie działała. Ból i niepewność pozostały już do dnia wyjazdu. Przy apelu porannym zgłosiłem się na ochotnika do wykonania kapliczki obozowej. Miałem swoją posenną intencję. Starałem się to zadanie tak wykonać, jakby nie tyle o zdobycie nowej sprawności harcerskiej tutaj szło, a o ubłaganie Pana Boga by ten sen o śmierci mamy był tylko senną marą. Spieszyłem się i pracowałem przez cały dzień pełen zapału, że na apel wieczorny kapliczka była już gotowa. Koledzy chwalili, że Matka Boska jest doskonała jak na ryngrafie z AK druha drużynowego. Może i Panu Bogu spodoba się moje dzieło? Na apelu otrzymałem pochwałę, bo moja kapliczka zyskała u wszystkich uznanie.

Następnego dnia, na apelu porannym zostałem znów wywołany przed szereg i ku mojemu zdziwieniu otrzymałem teraz naganę za złamanie prawa harcerskiego. Harcerz kocha przyrodę. Profesor harcmistrz postawił mi zarzut, że ją niszczę, bo odarłem z kory żywe brzozy i olchy rosnące w lesie dokoła obozu. Stąd pochodził materiał na budowę kapliczki. Trudno mi przyszło tak od razu zrozumieć, że cel nie uświęca środków. W trakcie spaceru druh profesor Libura zobaczył te ogołocone z kory drzewa. Otrzymałem rozkaz, aby kapliczkę rozebrać. Odzyskaną korę musiałem przywiązywać na powrót do okaleczonych pni, aby je „obandażować” i zasłonić popełniony gwałt zadany naturze.

Moje pierwsze, „publiczne” dzieło plastyczne miało więc bardzo krótki żywot. Na szczęście sen się nie sprawdził, a nasza mama miała długie życie, bo dożyła aż 84 lat. Nigdy nie miałem żalu do swego profesora za tę niemiłą dla mnie, ale pouczającą lekcję ekologii. Utrzymywałem z moim profesorem częste kontakty aż do jego śmierci. Tematy ekologiczne wracały często w naszych późniejszych rozmowach, gdy odwiedzałem profesora w Rybniku. Gdy podczas pogrzebu druha harcmistrza rozległ się nad jego grobem wieczorny sygnał harcerskiej trąbki: Idzie noc… Bóg jest tuż…miałem okazję by jeszcze raz wspomnieć swego profesora, który przekazywał nam nie tylko wiedzę, ale i uczył jak żyć.


Katowice, wiosną 2005 roku

NAGRA

1 z 7 137











nagra








Ten kolejny strasznie upalny dzień zacząłem dobrze, bo od rana byłem serdecznie wzruszony. Włączyłem stację satelitarną 3sat  finansowaną przez rządy Austrii, Niemiec i Szwajcarii. Nie ma tam reklam, ale też nie ma sportu. Słowem coś dla mnie. Stacja offpop. Dobrze ukulturalniająca i szerząca inny pop, bo popularną wiedzę o sztuce i kulturze. Rano nie oglądam na ogół tv, ale przeglądam w internecie program na dany dzień. Zapisuję na kartce co warto zobaczyć, ale nie zawsze wszystkie pozycje potem oglądam. Był szwajcarski magazyn kulturalny. temat jednorodny. Szwajcarskie Muzeum Narodowe. Nie dotyczyło to akurat tej wielkiej sztuki z dziełami malarstwa, czy rzeźby, ale gromadzonych tu  t.zw. artykułów życia codziennego. Z czasem stają się te przedmioty  zabytkami kultury materialnej, choć nie koniecznie mniej intelektualnie a także artystycznie rozwiniętej, bo design wpływał na ich kształt od dawna. Człowiek dążył do tworzenia przedmiotów technicznie rozwiniętych i pięknych zarazem. Już w epoce kamienia ozdabiał codzienne przedmioty rysunkami. Dużo tych wspaniałych choć młodych zabytków z muzeum było pokazanych i omawianych. Pokazano też profesjonalne magnetofony, które się i w naszej tv katowickiej w pewnym momencie pojawiły. Chłopcy od dźwięku nazywali je nie jak tu w dzisiejszym programie NAGRA (bo tę nazwę wywodzi konstruktor z polskiego, po prostu coś nagrać), a kudelski. To trzeba nagrać na Kudelskim. Na początku był w naszej TV tylko jeden egzemplarz. Za czasów Gomułki trudno było o ten sprzęt. W dzisiejszym programie dużo miejsca poświęcono magnetofonowi, który był wręcz szlagierem szwajcarskiego przemysłu elektronicznego. Mówiono o NAGRZE, o tym jak je ciągle udoskonalono. Moja duma rosła, bo wiedziałem że to Polak stworzył ten magnetofon: Stefan Kudelski. Już myślałem, że jak często się to dzieje, pominą jego nazwisko. Tu nawet tłumaczyli skąd nazwa, że z polskiego języka. Padło wreszcie nazwisko i dość dużo o naszym rodaku, który zdobył za swe osiągnięcie nawet dwie statuetki Oskara prócz wielu innych nagród. Szczegółowo można o nim przeczytać w Wikipedii w GOOGLE. Byłem naprawdę wzruszony i dumny, że Szwajcarzy nie ukrywają tego, że to Polak ten wspaniały magnetofon stworzył. Mnie to bardziej wzruszyło, niż wszystkie ostatnie mecze polskiej drużyny piłkarskiej, tak bardzo polewane narodowo patriotycznym sosem. Taki jest mój patriotyzm propolski. Bardzo mnie mierzi wręcz anty śląskie nastawienie pana prezydenta. Wzorcem tutaj był marszałek Piłsudski, który nie podpisał sejmowego wyboru Korfantego na premiera. Wręcz z jego inicjatywy poniewierano Korfantym przez cały okres międzywojenny. Tu znów ma Kutz rację we wczorajszym felietonie z lokalnej edycji GAZETY wczorajszej. Ciągle liczy się Śląsk jako ziemia pełna bogactw, a nie Ślązacy. Cieszy mnie co polskie, ale najbardziej, gdy to Ślązak czegoś dokona z czego Polska zasłynie.

Nasza retransmisja Wolnej Europy

Nasza transmisja GŁOSU AMERYKI


Zdarzyło się to u mego kolegi pod koniec lat czterdziestych w Rybniku. Ojciec Jurka zginął w hitlerowskim obozie koncentracyjnym. Jego mama miała wtedy jakieś drobne przywileje z tego tytułu, jak choćby to, że otrzymała talon na świetne wówczas radio produkcji szwedzkiej marki AGA. Był to bardzo silny wielo lampowy odbiornik. Wspaniale „łapał” amerykańskie stacje. Niewiele osób posiadało po wojnie odbiorniki radiowe, więc miasto założyło gęstą sieć tak zwanych kołchoźników na wzór radziecki. Był to głośnik podłączony specjalnymi przewodami ciągnącymi się od domu do domu. Jedyne pokrętło służyło do włączania, wzmacniania oraz ściszania głosu.

Często wpadałem po lekcjach do Jurka posłuchać innej muzyki, aniżeli tej jaką mogłem u siebie w domu z kołchoźnika słuchać. Był to czas, gdy w kinie zobaczyliśmy film „Serenada w dolinie słońca” i poznaliśmy urok muzyki swingowej orkiestry Glena Millera. Fascynowały nas te rytmy i melodie, więc staraliśmy się ten rodzaj muzyki odbierać z jakiejś austriackiej, czy niemieckiej stacji okupacyjnej. Odbiór był daleki od doskonałości, ale jak wielu naszych kolegów w tych czasach żyliśmy „In the Mood”, upajając się takimi utworami jak Chattaooga ChooChoo, czy Serenade In Blue .

Tego dnia był fatalny odbiór na falach średnich, więc nastawiliśmy stację na falach krótkich, która nadawała szczególnie czysto amerykańską muzykę swingową. Jurek wpadł na pomysł, aby przewody kołchoźnika połączyć bezpośrednio z głośnikami radia nadającego tę muzykę. Ja miałem ucho przytknięte do kołchoźnika i wsłuchiwałem się, czy nasze radio przytłumi ten program. Był akurat południowy program dla wsi. Radzono jak karmić świnie, aby szybciej przybywało im na wadze bo w PRLu od samego początku brakowało wieprzowiny. Boogie Woogie stało się teraz podkładem muzycznym tych porad. Po chwili muzyka się skończyła, i rozległ się głos spikera mówiący: Tu Głos Ameryki, zaczynamy audycję w języku polskim. Było o tym, że prezydent USA podpisał ustawę o utworzeniu Planu Marshalla, mającego przynieść pomoc zniszczonym wojną krajom Europy. Okazało się, że Polska Ludowa zrezygnowała pod presją Związku Radzieckiego z tej akcji. Nie będzie już amerykańskiej pomocy, tych wspaniałych paczek UNRRA. Nasza retransmisja była bardzo krótka, bo zagłuszanie uniemożliwiło kontynuację. Następnego dnia dowiedział się Jurek od swej mamy, że kilku sąsiadów z domów obok usłyszało tę transmisję Głosu Ameryki. Ludzie szeptali o tym, że Ameryka nam nie pomoże, gdyż ZSRR na to nie pozwala. Nasze zainteresowania i sympatie proamerykańskie, łącznie z polubioną muzyką swingową i jazzem zostały na dłuższy czas przytłumione zaczynającą się zimną wojną. W 1948 zabrano nam harcerstwo, zostawiając je wyłącznie dzieciom ze szkół podstawowych. Miała to już nie być organizacja skautowska, a pionierska na wzór radziecki. Przymuszono nas do wyboru organizacji młodzieżowej. ZWM , przybudówka PPR, lub OMTUR, związana z PPS. Nasza klasa przystąpiła do OMTUR, za wyjątkiem dwu kolegów, którzy do harcerstwa nie należeli, a już od dawna do przybudówki PPR, do ZWM. Jednym z nich był późniejszy długoletni redaktor naczelny ks. Kanonik S.T. Resztę klasy przekonywał Kajtek W. bratanek późniejszego przewodniczącego rady państwa, Jabłońskiego, przedwojennego socjalisty, by wybrać przybudówkę PPS, czyli OMTUR. Wydawało nam się, że wybraliśmy tak zwane mniejsze zło. Niestety, już w grudniu nastąpiło połączenie dwu partii w jedną, w PZPR, a młodzieżowe organizacje zunifikowały się przymusowo w Związek Młodzieży Polskiej. Głosu Ameryki słuchaliśmy już coraz mniej, bo niedługo powstała inna rozgłośnia radiowa Wolna Europa, która nadawała w programie ciągłym. Głosu Ameryki słuchaliśmy jednak wtedy, gdy nadawane były owe słynne audycje JAZZ HOUR, prowadzone przez nieodżałowanego Willy Conovera, tak popularne śród studentów. Słuchanie zbiorowe w pokojach w akademikach było szkołą życia, okazywało się potem, czy znalazł się kapuś i doniósł, czy było się śród swoich. W tych trudnych siermiężnych czasach znajdywaliśmy jednak wiele chwil przyjemnych.

(06.05.2007.)

New York

New York


Während meiner Studienzeit an der Kunstakademie In Krakau lernte ich Andreas kennen, der etwas älter war als ich und schon seit zwei Jahren Malerei studierte. Er gehörte zu diesen Studenten, denen der Krieg ein paar Lebensjahre raubte, doch nicht das Leben selbst.

Andreas kam ab und zu in unser Zimmer in der Mensa um zu diskutieren, wie es unter uns űblich war. Eines Tages als ich Kunstgeschichte lernte und vor mir ein deutsches Buch lag, las er im einwandfreien Deutsch einen Satz daraus. Er hatte mich gefragt woher ich komme, da ich aus einem deutschen Buch studiere. Ich erzählte ihm einiges von mir, worauf er erwiderte, dass er aus dem ehemaligen Ostpreußen, aus dem Ermland stamme. Sein Großvater war ein so genannter Großpole, der 1920 während der Abstimmung in seiner polnischen Bibliothek und Bűcherei fűr Polen zu stimmen aufgerufen hatte. Andreas besuchte die deutsche Oberschule, doch er beendete sie nicht, weil er im vorletzten Kriegsjahr zur Marine einberufen wurde. Trotz der polnischen Gesinnung seiner Familie musste er bei der deutschen Kriegsmarine fűr Fűhrer, Volk und Vaterland kämpfen. Er gestand es mir, aber ich fũhlte, es wäre etwas worũber er nicht gern sprechen möchte. Damals war es eine Zeit, wo es besser war die eigene Kriegsvergangenheit zu verschweigen. Als wir einmal nur zu zweit waren, erzählte er mir, daß er zu den Unterseebooten in Dienst kam und auf manch gefahrvoller Seefahrt gegen Geleitzuge der Allierten auf dem Atlantik war. Nach dem Kriegsende geriet er in englische Gefangenschaft, wo er Polen aus der Exilarmee von General Anders begegnet hatte. Er konnte sich mit ihnen verständigen, da er gut polnisch sprach und wurde als Pole angesehen. Er kam bald in ein polnisches Lager, wurde sogar in die polnische Exilarmee aufgenommen, aber er beschloss bald in die Heimat zurück zu kehren. Der größte Teil von Ostpreußen, wie das ganze Ermland gehörte jetzt nach dem Krieg zu Polen. In der polnischen Gymnasialschule versuchte er schnell ein verspätetes Abitur abzuschließen und in der Zwischenzeit zeichnete er sehr viel und malte. Er wollte ein Studium an der Kunstakademie in Krakau beginnen. Bei einem Ausflug mit seiner Schulklasse besuchte er Krakau. Die Stadt mit ihrer herrlichen Architektur und den vielen Kunstschätzen in den Museen, die er besichtigte, beeindruckte ihn so sehr, daß er beschlossen hatte dort zu studieren. Andreas beendete sein Studium zwei Jahre frűher als ich. Von da an gingen unsere Wege auseinander. Er kehrte in seine Heimat zurück und wohnte von nun an in Allenstein, das jetzt zur Hauptstadt der Wojewodschaft wurde und damit das Kulturzentrum fűr das ganze Masuren und Ermland . Ab und zu bekam ich etwas von ihm zu hören, denn er hatte einen beachtlichen Anteil am Kunstgeschehen dieser Region Polens. Er stellte viel aus und manchmal ist mir ein Ausstellungskatalog in die Hände gefallen. Man sah wie sehr monothematisch seine Malerei gewesen ist. Es waren vorwiegend Landschaften aus dem Ermland und der Masurischen Seenplatte. Űberall Wasser und Segel, ein weiter Himmel darűber, der immer unruhig aussah und die Wolken darauf etwas Ungewisses zu beschwören schienen. Unlängst hatte mich ein Freund angerufen, der fũr viele Jahre ans Theater nach Olsztyn - Allenstein versetzt wurde. Als ich ihn gefragt habe, ob er dort vielleicht Andreas gekannt hätte , erfuhr ich, daß er mit ihm sogar befreundet war. Oft war er in seinem Atelier zu Gast und bewunderte dort seine Bilder bevor sie noch ausgestellt wurden. Eines Tages sah mein Freund ganz zufällig als Andreas einen Haufen von Bildern an die Seite zurűcklegte, andere Landschaften die zum Vorschein kamen. Er wollte sie ihm gar nicht zumuten. Niemals hatte er sie vorher gesehen, denn Andreas hatte sie nie ausgestellt. Es waren darauf Panoramen von New York vom Meer aus beim verschiedenartigen Tageslicht und unterschiedlichen Wetterbedingungen gesehen. Vor allem hatten es ihm die Nachtlandschaften mit den grell beleuchteten Wolkenkratzern angetan. Sie waren etwas unruhig in einer expressionistischen Manier gemalt, anders wie sonst. Mein Freund vom Theater hatte sie beinahe als Projekte einer Bűhnenmalerei angenommen. Auf die Frage, ob Andreas schon diese Stadt besucht hätte, verneinte er es. Er hatte nur vor sehr vielen Jahren die Gelegenheit gehabt sie vom Wasser aus anzusehen. Vielleicht waren deshalb manche Landschaften wie im Nebel verschwommen, wenn auch die beängstigenden Wellen sehr realistisch bearbeitet waren. Seit 50 Jahren malt er immer diese Landschaften um etwas aus sich heraus zu werfen, was so tief in seinem Gedächtnis eingeritzt war. Es waren die Kriegserlebnisse des jűngsten Mitgliedes der Besatzung eines deutschen U-Bootes, das während der Beutefahrten auf dem Atlantik sich der amerikanischen Kűste näherte. Der Krieg ging schon damals fast zu Ende, er war verloren, aber der fanatische junge Kapitän fűhrte sie direkt vor New York auf Pirsch. Andreas bekam sehr oft den Befehl durch das Seerohr zu beobachten. Aus dieser Perspektive hatte er die Landschaft damals wahrgenommen und sie prägte sich so tief in dem zukűnftigen Maler ein. Die Wolkenkratzer waren so beleuchtet, als ob es schon gar keinen Krieg gäbe. Die Amerikaner fűhlten sich unbedroht und wenn auch manchmal ein Transportschiff versenkt wurde, machte das keinen größeren Eindruck. Andreas erinnerte sich daran, was eines Tages der Kapitän sagte, während er durch das Sehrohr schaute: er möchte mal sehen wie diese stolzen Wolkenkratzer brennen und zusammen stűrzen, wenn wir sie mit unseren Vergeltungswaffen bombardieren werden.

Nach vielen Jahren begegnete Andreas in Deutschland einen seiner ehemaligen Kollegen von der U-Bootbesatzung. Er hatte von ihm erfahren, dass nach dem Kriege der ehemalige Kapitän eine Karriere im Finanzbereich gemacht hatte und schließlich nach Amerika umsiedelte. Er war dort ein erfolgreicher Bankmanager. Kurz nach dem Terrorattentat vom 11. September auf die zwei Wolkenkratzer bekam Andreas eine Nachricht aus Deutschland. Der Unterseebootkapitän hatte am 11. September in der zweiten Tower im acht und vierzigsten Stock den Tod gefunden. Ob er vor dem Tod den Brand und den Zusammensturz der Wolkenkratzer so ansehen konnte, wie er sich das damals wűnschte? Er, der Kapitän dem es immer den tödlichen Gefahren in der Tiefe des Atlantiks zu entkommen gelang, hat hier in der Höhe des Wolkenkratzers den Tod gefunden.

Andreas hatte wie Millionen von Menschen in der ganzen Welt die Livesendung aus New York auf dem Bildschirm angesehen. Frűher dachte er daran die Idee seines ehemaligen Kapitäns auf die Leinwand zu bringen. Sie sollte als ein malerisches Katastrophen-Notturno von ihm dargestellt werden. Der Brand von New York. Heute bleiben ihm diese Gedanken schon fűr immer fern. Diese neue Tragödie, die durch blinden Hass der Terroristen verursacht wurde, im Fernsehen all zu deutlich im ganzen Ausmaß gezeigt, brachte Andreas zu einem Entschluss. Er wollte nicht mehr seine Erinnerungen aus der Kriegsvergangenheit auf der Leinwand beleben. Andreas malte jetzt nur Landschaften die, die alten Plätze seiner ermländischen Kindheit darstellten. Er beschloss auch das alte Haus seines Großvaters auf der Leinwand aufzubewahren. Im Atelier wũrde er manchmal einen Blick darauf werfen können, um sich an die alten Zeiten besser zu erinnern. Diese und noch einige andere Landschaften von dort sind ihm gut gelungen und er machte sich schon auf die Heimreise, als er plötzlich vor dem alten Haus plötzlich zusammen gebrochen war. Sein Herz versagte fűr immer. Nach seinem Tode ist es zu einer großen Ausstellung gekommen, aber Niemand wollte, dass diese New York Bilder gezeigt wären, weil sie von dem was Andreas sonst gemalt hatte so weit entfernt zu sein schienen und zu seiner lyrischen Landschaftsmalerei nicht passten. Andreas war schon fűr immer von den traumatischen Kriegserlebnissen befreit.



Katowice, September 2009

Nocne czuwanie

Nocne czuwanie

Miałem osiemnaście lat, było to już kilka lat po wojnie w 1949 roku. Otrzymałem wezwanie na nocne czuwanie. Były to patrole od godziny 22.00 do 06.00 w określonym rejonie. Był wtedy maj, stawiłem się na daną godzinę w portierni nowej szkoły. Czekał tam już na mnie nieco starszy ode mnie mężczyzna, lekko kulał, był bardzo pewny siebie, robił wrażenie byłego wojskowego. Pokazałem mu legitymację szkolną i to wystarczyło. Zaraz poszliśmy w rejon naszych obchodów, który jemu i mnie był znany. Mieliśmy przez całą noc patrolować ul. Nową, późniejszą Wyzwolenia. To spory kawał, bo od ul Mikołowskiej, prawie od Paruszowca aż do ul Gliwickiej, ponad 2 km. Jak się okazało, zostałem podkomendnym byłego podporucznika pierwszej armii, która przyszła do nas ze wschodu. Jak się z dalszej rozmowy okazało, pochodził z Polesia. Żonę miał tutejszą, o swej dalszej rodzinie nic nie mówił. Wojnę zakończył pod Berlinem, chwalił się, że ma zdjęcie zrobione pod Bramą Brandenburską w dniu zakończenia wojny. Po wyjściu z wojska oddelegowano go do milicji, ale że był ranny podczas wojny został zwolniony i przeszedł na rentę inwalidzką. Teraz ma jeszcze pół etatu w straży przemysłowej w Hucie Silesia. Tam poznał żonę, która pracuje w emalierni. Pochwalił się, że gdyby nie był na rencie, zostałby w hucie komendantem tamtejszej dość licznej straży. Podobnie mógłby liczyć na jakieś przyzwoite stanowisko w milicji, gdyby nie względy zdrowotne. Szybko się domyśliłem, że mam do czynienia z osobą ideowo związaną z władzą. Próbował mi jak typowy prelegent tłumaczyć, że my młodzi, którzy mamy możliwość darmowego kształcenia się, musimy w trudnych czasach pomagać władzy utrwalać sprawiedliwy ustrój. Dokoła istnieją jeszcze wrogie siły, dawni partyzanci, którzy się nie ujawnili, bo są wrogo nastawieni do władzy i stali się dziś kilka lat po wojnie już tylko zwykłymi bandytami. Napadają kradną i mordują. Opowiedział jak nie tak dawno tacy bandyci napadli na transport pieniędzy na wypłaty dla pracowników huty Silesia. Wtedy także jego przyszła żona musiała jak inni pracownicy dłużej czekać na swoją wypłatę. Opowiadał i posługiwał się znanymi sloganami politycznym, o tym że musimy być czujni, bo wróg klasowy czuwa.

Ja też czuwałem, by memu towarzyszowi nie za wiele o sobie powiedzieć. Nie nabrałem do niego zbyt wielkiego zaufania. Przez cały czas starał się jednak podtrzymywać rozmowę, dzięki temu czas szybciej mijał. Początkowo, mniej więcej do godziny 23.00 mijały nas osoby wracające z pracy w hucie, czy wysiadający z pociągu na dworcu w Paruszowcu. Niektórzy byli znajomymi mego przewodnika, bo się nawzajem pozdrawiali. Doszliśmy aż do ulicy Mikołowskiej, gdzie się na chwilę zatrzymaliśmy. Wtedy nie było już żadnego ruchu samochodowego, ulice opustoszały. Od czasu do czasu odezwał się tylko jakiś wybudzony ze snu pies przy swej budzie. Miałem co prawda zegarek, ale nie mogłem dobrze odczytać która godzina. Zegar na wieży nowego kościoła wybijał jednak i kwadranse, więc byłem zorientowany odnośnie czasu. Było już po pierwszej. Nasza rozmowa przestała się kleić, wolałem milczeć, by czegoś za dużo nie powiedzieć, bo nie miałem zbytniego zaufania do mego politycznie czujnego towarzysza. Ten widział, że jestem już bardzo zmęczony, senny. Nie omieszkał jednak jeszcze coś ze swych wojennych przygód dorzucić, jak maszerowali na Berlin, często goniąc Niemców, prawie spali w marszu, a szli z dużym obciążeniem, plecakiem i bronią. Miał jednak nade mną litość i zaproponował, by odpocząć. Byliśmy na wysokości nowego kościoła i nowej szkoły, gdzie wtedy po prawej stronie ulicy Nowej rozciągały się pola ciągnące się daleko aż po łąki, rzeki i las. Skręciliśmy parę metrów w polną drogę w kierunku dużej stodoły odległej o jakieś 100 metrów od drogi. Zatrzymaliśmy się i usiedliśmy na dosyć bujnej trawie. Natychmiast się położyłem i nim się spostrzegłem, zasnąłem.

Nie wiem, jak długo spałem, nagle się ocknąłem, bo poczułem, że mnie ktoś budzi szturchając w bok. Wybudzony stwierdziłem, że to mój towarzysz zwraca się do mnie szeptem: Cicho, uwaga. Tam w stodole ktoś jest. Zauważyłem światło latarek. Podczołgałem się pod samą stodołę i podglądnąłem kto to. To chyba kilku członków bandy jak ich określił. Jeden jest chyba chory, albo ranny i leży na noszach. Nie wszystko rozumiałem co mówili, ale padało słowo lekarz. Widziałem, że są uzbrojeni, częściowo w wojskowych mundurach, dwu było w angielskich bluzach. W takich jaką ty masz na sobie. Miał na myśli kurtkę typu battle dress, którą miałem od taty i w niej chodziłem na co dzień. Musisz ją zaraz zdjąć i ja ją ubiorę. Mam na sobie swoje stare wojskowe spodnie i będę jak oni takim leśnym mundurowym. Podejdę tam do nich. Nie chwaliłem ci się, ale mam ze sobą pistolet, całkiem legalny. Wejdę do nich znienacka, zaskoczę ich, będą myśleli, że jestem łącznikiem z innego oddziału. Oni są zmęczeni, bo pewno mają za sobą dłuższą drogę i nieśli na noszach kolegę. Na pewno zechcą się teraz trochę przespać. Ty polecisz do szkoły na portiernię i stamtąd każesz portierowi dzwonić do Urzędu Bezpieczeństwa, że ma podać meldunek od „kulawego”, który wzywa oddział w nasz rejon, który ty opiszesz. Jesteś z dalszego nocnego czuwania zwolniony i masz się udać natychmiast do domu, a kurtkę ci zwrócę. Próbował mi dać w zamian swoją wiatrówkę, ale podziękowałem i zostałem bez kurtki. Nie było mi zimno, bo sytuacja była napięta i emocje wzięły górę. Zaraz poleciałem do szkoły by spełnić narzucone mi polecenie.

Gdy już byłem w drodze do domu na ulicy Wodnej, usłyszałem kilka strzałów z kierunku owej stodoły. W domu też słyszeli strzały, gdyż rodzice już wstali, mama szykowała ojcu śniadanie, bo wyruszał o wpół do szóstej do pracy w szpitalu. Niczego rodzicom nie opowiedziałem o moim nocnym patrolu. Braku kurtki nikt nie zauważył. Mama powiedziała tylko, że dobrze, że już jestem w domu, gdy tam strzelają. Tata po powrocie opowiadał, że na drodze na wysokości owego pola, było kilku żołnierzy uzbrojonych i go zatrzymali i legitymowali. Potrzebowali lekarza, a ojciec był tylko pielęgniarzem i go zaraz puścili do pracy w pobliskim szpitalu psychiatrycznym.

Zdołałem się jeszcze przez dwie godziny przespać i poleciałem do szkoły. Chyba na trzeciej lekcji zapukała do klasy sekretarka i wyprosiła mnie z klasy, bo mam pilny telefon. Takie telefony z Urzędu Bezpieczeństwa były zawsze pilne. Mam po szkole się stawić i coś odebrać. Myślałem o kurtce, ale był też niepokój, bo miejsce do którego mnie wzywano po kurtkę, nie cieszyło się dobrą sławą. Chciałem się o nocnych zajściach pochwalić kolegom, ale coś mnie od tego powstrzymało. Zaraz po szkole szybko się z kolegami pożegnałem, bo mam coś pilnego do odebrania w mieście i poszedłem do owego urzędu. Wszystko odbyło się tam na portierni, w dość dużym pomieszczeniu, gdzie było dwu wojskowych. Jeden z nich kazał mi pokazać legitymację i sprawdził coś w księdze, którą miał na biurku. Przyniósł po chwili moją kurtkę, zapytał czy to wasze, co potwierdziłem i odebrałem ją. Pouczył mnie przy tym, że nie wolno mi z nikim rozmawiać o sprawach jakie miały miejsce tej nocy. To tajemnica Urzędu Bezpieczeństwa. Musiałem na stosownym blankiecie złożyć podpis że zostałem pouczony o zachowaniu tajemnicy. A potem było to sakramentalne powiedzenie, że wolno mi opuścić urząd. Urząd, który nie wszyscy tak łatwo opuszczali i który nie cieszył się wówczas dobrą opinią, urząd, który niektórych przyprawiał wręcz o zgrozę. Tymczasem zachowałem całe wydarzenie tylko dla siebie.


Po wielu latach, już w czasach gdy u nas bardzo intensywnie czczono pamięć żołnierzy niezłomnych, czyli tych, którzy zaraz po wojnie w czasach PRL-u walczyli z tak zwaną władzą ludową, dowiedziałem się, do czego doszło owej nocy, gdy mimo woli pełniłem także rolę strażnika porządku, który ustalała komunistyczna władza. Dziś wielu z nas musiałoby się tłumaczyć, że zostaliśmy niechcący zamieszani w różne ówczesne sprawy żyjąc w czasach PRL-u. To teraz przywara ludzi zbyt długo żyjących.

W moich późnych latach wyjeżdżałem często na organizowane wycieczki do kąpielisk termalnych. Kiedyś zdarzyła się wyprawa dwudniowa. Byliśmy w Białce Tatrzańskiej, gdzie można było i na nartach pojeździć i skorzystać z kąpieliska. Na nartach nie jeździłem, korzystałem z kąpieliska i ze spacerów, by fotografować. Korciło mnie wtedy zwiedzenie po latach miejsca, gdzie kiedyś w czasach licealnych byłem na obozie. Już nie harcerskim, bo było to po zlikwidowaniu nam uczniom licealnym tej organizacji w szkole, bo wydawała się ona władzom zbyt antyreżimowa, za bardzo scoutowska, prozachodnia. Obóz był darmowy, finansowany przez władze, ale bardzo indoktrynacyjny, mimo że wakacyjnie rozrywkowy, mocno naszpikowany dość prymitywnymi wykładami i wypełniony naiwnymi pogadankami. Na szczęście się to szybko zmieniło, bo dosłownie przez noc nadeszła powódź. Obóz mieliśmy rozbity w namiotach nad samym brzegiem Białki i na wyspie na niej. Gdy się rano budziliśmy, już musieliśmy się szybko ewakuować, zostawiając namioty na pastwę żywiołu. Zostaliśmy zakwaterowani w budynkach wiejskich, gdzie były zorganizowane kolonie dla dzieci z rybnickich szkół podstawowych. Dla nas znalazło się po ścieśnieniu innych kolonistów także miejsce do spania i do wyżywienia. Od naszych politruków zostaliśmy z konieczności wyzwoleni, nie mieliśmy już żadnych wykładów światopoglądowych.

Jak mi się wydawało, dotarłem nad rzekę Białkę, do miejsca, gdzie kiedyś byłem na obozie. Oczywiście czas zrobił swoje, wszystko było dziś już inne niż kiedyś. Obok przechadzało się starsze ode mnie małżeństwo, on tłumaczył dość głośno jak przypuszczam swej żonie, że tu wszędzie rzeka rozlała, obóz był zalany i trzeba było uciekać na wysokie zalesione zbocze wzdłuż rzeki. Góralskie furmanki zabrały potem nasze bagaże i przewiozły uczestników okrężną drogą do Białki. Zacząłem kojarzyć, że musiał to być ktoś, kto jak ja był wtedy w 1949 na obozie w Białce. Jednak nie kojarzyłem go, bo jest kimś znacznie starszym ode mnie. Podszedłem do małżeństwa, przeprosiłem i zapytałem wprost, czy opowiada pan o obozie w 1949 roku, gdy nastąpiła znienacka powódź. Rozgadaliśmy się, i wiedzieliśmy, że byliśmy na tym samym obozie. Tylko dlaczego go nie pamiętam? Z jego tłumaczeń wynikało, że był tam w ścisłym kierownictwie i do jego obowiązków należała kontrola instruktorów, a z młodzieżą nie miał osobistych kontaktów. W samym obozie nie spał. Często wtedy wyjeżdżał, jeździł tam i z powrotem na Śląsk na motorze, może pamiętam, miał zdobycznego Zuendappa, którego wszyscy chłopcy podziwiali, gdy stał tam w pobliżu obozu. Jeździł w okularach i hełmie, może dlatego był mało rozpoznawalny. Nie przypominałem sobie jego twarzy z tamtego czasu. Powoli dochodziło do mnie, że na pewno nie spotkałem dawnego kolegi, a kogoś, kto był wtedy po drugiej stronie barykady. Jak się okazało żona jego była bardziej kontaktowa, pochodziła z Paruszowca i szybko dogadaliśmy się co do różnych szczegółów z dawnych lat, gdyśmy byli młodzi. Powiedziała mi, że są w Polsce, by tu gdzie brali ślub, obchodzić swoje złote wesele. Na co dzień, mieszkają od lat w Niemczech, dokąd wyjechali legalnie w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w ramach akcji łączenia rodzin. Mają tam w Niemczech syna i córkę, mąż bardzo ubolewa, że dzieci już nie mówią po polsku, czują się wręcz Niemcami, a mąż do tej pory słabo mówi po niemiecku i z wnukami ma już trudności w porozumiewaniu się. Nigdy w Niemczech nie pracował, bo otrzymywał rentę inwalidzką. Do Polski zaś od wielu lat nie przyjeżdżają, bo mąż twierdzi, że był w czasie wojny i po wojnie w komunistycznym polskim wojsku, jest w kraju osobą niemile widzianą. Teraz to wyjątkowa sytuacja. Dzieci opłaciły im ten pobyt i czują się tu jak inni niemieccy turyści. Byli już w Rybniku, ale krótko, bo rodziny już tam nie mają. Podobało im się, bo miasto nie różni się dziś niczym od zadbanych miast niemieckich. Wróciliby do Polski, ale to już nie ich kraj. Wtedy odezwał się mąż. Do Rybnika dostał się zaraz po wojnie, po zwolnieniu z wojska, gdy go przeniesiono do milicji. Miał wojenny stopień oficerski więc awansował dalej, został ostatecznie kapitanem, ale że był ranny podczas wojny, odszedł całkowicie ze służby w organach jak to nazywał w ówczesnej nowomowie, przeszedł na rentę i pracował jeszcze na pół etatu w straży przemysłowej w Hucie Silesia. Zacząłem sobie coś przypominać i zapytałem go, czy słyszał wtedy coś o wypadkach nocnej strzelaniny? Działo się to w maju 1949 roku, a był przy tym członek straży przemysłowej huty. Nastąpiła tam zasadzka na pięciu członków podziemnej bandy zbrojnej, jak to wówczas nazywano. Mówiło się, że próbowali uciekać i wszyscy zostali zastrzeleni. Powiedziałem, że jeden był ciężko chory na noszach i czy też uciekał? Odpowiedział nagle, że nie, ten się sam zastrzelił. Na co mu odpowiedziałem, że to ja byłem wtedy z panem na tym nocnym obchodzie. Miał pan wtedy moją kurtkę battle dressową. Powiedziałem mu jeszcze, że miałem potem kłopot z wyczyszczeniem plamy z krwi, która na niej została. Nasze pożegnanie nie było zbyt wylewne, pożegnaliśmy się bez wzajemnych pretensji. Nie było dalszego ciągu rozmowy o stronach rodzinnych z dawnych lat, bo nastąpił wybuch wspomnienia o krwawym wydarzeniu, z wybuchami tamtych śmiertelnych strzałów. Już się nie dowiem, kto wydawał rozkazy, kto strzelał, czy raczej zabijał? Już tej kurtki potem nie nosiłem i oddałem ojcu, który w niej dość długo chodził do robót w ogrodzie, aż się wytarła. Obnoszenie się w angielskich wojskowych częściach mundurowych było wtedy coraz mniej mile widziane.


Po dwu latach od tamtego nocnego obchodu w 1949 wróciłem jeszcze raz w to samo miejsce, na tę dróżkę polną przed stodołą. Już wiedziałem, że będę zdawał na Akademię Sztuk Pięknych i muszę się wykazać odpowiednimi pracami malarskimi. Podobało mi się wówczas pole po żniwach z poustawianymi snopkami ze stodołą w tle, gdzie jeszcze w oddali na horyzoncie ciągły się paruszowieckie lasy. Namalowałem to oglądnąwszy przedtem kilka reprodukcji van Gogha. Pokazałem go przy egzaminie na akademię wraz z innymi pracami i mnie przyjęli. Teraz nie ma tam już pola, ani stodoły, nic tam nie rośnie, bo wyrosły domy. Ani nikt nie pamięta, co się tam przed laty działo.


Katowice, 15.07 2019

NOTATKI NR 7

NOTATKI NR 7

2013.10.06. Witaj nie odzywający się przyjacielu, dziś jeszcze raz jeszcze o moim malowaniu. Z tym bywało od początku różnie, bo niby zrobiłem dyplom z malarstwa, ale zająłem się telewizją. Kiedyś nie było studiów scenograficznych, zajmowali się tym malarze z wyksztalcenia, a w filmie architekci. Czyli oderwałem się od tak zwanej sztuki czystej, a zająłem się stosowaną. Mówi się, że artystą się nie jest, a tylko bywa. Ja rzadko starałem się nim bywać. Teraz fotografia zastępuje mi malarstw. Może już niedługo wrócę do malarstwa. Może, jak czas pozwoli. Wczoraj kupiłem sobie kalendarz na przyszły rok. Może będę nadal notować sprawy nieważne i ważne, może go wypełnię, albo i nie. Jak wiesz odhaczam każdy kolejny przeżyty dzień, a dziś nastał już 30 167.  Myślałem, że dziś też wyskoczę na zdjęcia, ale pogoda się diametralnie zmieniła i tak chyba będzie przez kilka kolejnych dni, jesiennie ponuro, bez słońca. Przeglądnąłem program tv, Zaznaczyłem kilka pozycji. Zobaczę, co z tego oglądnę. Mam coś z malarstwa, film doku  o starożytnym państwie mieście Angkor, no i coś z muzyki, dwa koncerty Edit Piaf, którą lubię. Czy jakiś film fabularny dojdzie, nie wiem. Na obiad robię łososia, chyba jednak nie rybę z Twoich stron, a z Norwegii, wyhodowaną w jakimś fiordzie. Rano przez przypadek nastawiłem Radio Katowice. Nadają tu w niedziele coś w rodzaju Lwowskiej Fali. Robią to entuzjaści z Bytomia, gdzie kiedyś Lwowian było co nie miara. Urządzają pikniki kresowe, ale redaktor pytała, czy oni nie maja dzieci? Może i maja, ale dla dzieci, to już bardziej Lwiw, a nie Lwów. Na koniec śpiewali inwokację do Matki Boskiej: spraw, aby we Lwowie znów zapanowała polska mowa. Jakoś nic nie mówią, żeby nowe orlęta znów zdobyły Lwów dla Polski . A dziwią się, jakim prawem Niemcy modlą sie: Lieber Herrgott, gib uns Breslau zurueck.

*

Pogoda momy jako widać na dworze, je jakby cieplyj, ale smutnawo. Dzisio oprawiom żonie akwarela, bo chce mieć gyszynk dlo specjalisty na wtorek. Trocha sie grzebia we starych zdjynciach, dycki sie cos odkryje, że downiyj boł inkszy świat kerego już nima, ostajom nom yno pamiontki z naszych stron. Yno nom. Jo mało wiela pamiyntom, co dlo mego ojca było downiyj ważne. Tak bydzie i z mojimi synami, nie pomnom co dlo ich ojcow było ważne w ich młodości, w ich czasie. A wnuki? Oni majom już inkszy świat. Mało śloński, a nowet zagraniczny. Jak pedzioł nimiecki pisorz, każdy umiyro we samotności, to chyba je i tak, że kożdy żyje tyż trocha we samotności. Jedem das Seine.

Nowy kościół

Nowy kościół

Dziś już nie nowy kościół, a wyświęcona przez Jana Pawła II. bazylika pod wezwaniem św. Antoniego. Od wczesnych lat trzydziestych ubiegłego wieku, jak tylko sięgam pamięcią, mówiło się o nim, jako o NOWYM KOŚCIELE, czy po prostu o ANTONICZKU. To już nie wspomnienia, jakie o nim zachowałem, a luźne obrazy, czy nawet obrazki ledwo naszkicowane na kartce, bo próbowałem ten kościół także rysować, czy namalować. Nigdy nie doszedłem w tym do takiej perfekcji jak malarz, który malował wnętrza tego kościoła i zarazem wprawny akwarelista, pan Chromik.

Z tych różnych miejsc, gdzie przed wojną mieszkaliśmy było jakieś piętnaście minut drogi do kościoła. Od wczesnego dzieciństwa wsłuchiwałem się w muzykę dzwonów dochodzącą z tej okazałej neogotyckiej świątyni o najwyższych na Górnym Śląsku, prawie stu metrowych wieżach. U nas w mieszkaniu nie można było zobaczyć kościoła przez okna, bo zasłaniały go dalsze budynki przy ulicy. Jak długo pamiętam, byłem pod urokiem melodii jego dzwonów, których było pięć, czy sześć, jak nieco później mogłem się naocznie przekonać. Wtedy można było tych dźwięków dzwonów wysłuchiwać jak koncertu, bo nie dochodziło tyle hałasu, szmerów cywilizacyjnych zewsząd, jak to się dziś zdarza. To melodyjne dzwonienie niosło się daleko. Gdy chodziłem w dzieciństwie zbierać jagody do lasów za rzeką Rudą, to i te dźwięki aż tam dochodziły. Można je było usłyszeć nawet w odległych dzielnicach dzisiejszego Rybnika jak Paruszowiec i Wielopole. Dopiero później oglądałem różne szczegóły, jaki to wspaniały kościół w przeciągu tylko trzech lat zbudowano w moim mieście na początku dwudziestego wieku. Dla rodziców był on tak okazały jak katedra w Kolonii, którą zobaczyli gdy w wieku kilkunastu lat opuszczali Westfalię i przenosili się na Górny Śląsk, dokąd z ich rodzicami wracali. W wieku przedszkolnym bywałem z mamą na niedzielnych nabożeństwach. Choć na co dzień biegałem boso, to do kościoła zawsze mnie mama ładnie ubierała i miałem na tę okazję niedzielne buty. Wszyscy parafianie przychodzili odświętnie ubrani, w to najlepsze co mieli. Nastrój w kościele był uroczysty. W sferze dźwiękowej urzekały mnie wspaniałe organy, które rozbrzmiewały tak, że po plecach jakieś dziwne dreszcze przechodziły. Organistą był pan Zorychta, a często śpiewał także chór Seraf. Przez wysokie okna, wtedy jeszcze bez witraży wlewały się promienie słoneczne od prawej południowej strony i rozświetlały kłęby kadzidlanego dymu. Podniosły nastrój wzmagał zapach tych spalanych wonności.

Najchętniej przebywałem w pobliżu głównego ołtarza w okresie Bożego Narodzenia. Szopka betlejemska, czy jak my ją tu nazywaliśmy, stajenka była bardzo okazale rozbudowana, figury były prawie naturalnej wielkości. Wtedy we wczesnym dzieciństwie śpiewałem z wielkim przejęciem wiele kolęd z pamięci.

Pamiętam jak przed głównym wejściem, na rozległym placu co niedzielę w czasie sumy stała w pełnym szyku paradnym jedna z kompanii rezydującego w Rybniku pierwszego batalionu 75. pułku piechoty. Czasem wolałem stać na zewnątrz i obserwować wojsko w czasie podniesienia, jak stawało na baczność i prezentowało broń, a sztandar bywał trzykrotnie pochylany. W czasie świąt państwowych poczty sztandarowe wchodziły z orszakami do wnętrza, by potem udać się na pochody.

To moje przedwojenne dzieciństwo skończyło się w dniu pierwszym września 1939. W krótkim czasie po wkroczeniu Niemców do Polski zakazano kazań w języku polskim, jak i polskiego śpiewu. Nie zabrzmiało już pod koniec mszy to podniosłe BOŻE COŚ POLSKĘ… Nauczyłem się teraz śpiewać po niemiecku: Großer Gott wir loben Dich… Na Boże Narodzenie zabrzmiała znów znana melodia kolędy Cicha noc, zapożyczona od Niemców, tak bardzo popularna na całym świecie STILLE NACHT. Zauważyłem, że niektórzy śpiewali ją wtedy nadal po polsku. Z niemieckimi sztandarami nikt nie wchodził teraz do kościoła, ani nie stała tam przed wejściem na baczność żadna kompania wojska niemieckiego. W kościele widziało się co prawda podczas nabożeństw żołnierzy w mundurach niemieckich, ale byli to głównie kalecy bez rąk, czy nóg, obandażowani ranni ze szpitala obok. Niemcy urządzili go w naszej nowej szkole, do której chodziłem przed wojną.

Próbowałem udzielać się wtedy jako ministrant, ale nie wykazałem dostatecznej wytrwałości w opanowaniu znajomości ceremoniału, kiedy wstać, uklęknąć, co podać księdzu. Choć z nauką łacińskiej ministrantury szło mi nieźle, to ministrantem długo nie byłem. Wtedy bardziej przyciągało mnie, by być blisko organów na chórze. Stąd roztaczał się wspaniały widok na całą świątynię. Chętnie obserwowałem organistę, jak posługiwał się w grze także klawiaturą nożną. Zdarzyło się, że poproszono mnie, abym pomógł tłoczyć powietrze do miechów organów. Odbywało się to w pomieszczeniu za organami, gdzie pompowano powietrze potrzebne do wydobycia dźwięków z piszczałek. Myśmy tę czynność nazywali deptaniem, bo naciskało się nogami dźwignie miechów pompując powietrze. Przed wojną wystarczało do tej czynności kilku dorosłych mężczyzn, których teraz w czasie wojny brakowało, więc robiliśmy to my chłopcy w większej gromadzie. Czasem, gdy nas było za mało, a organista włączał wszystkie rejestry dźwiękowe, organy nagle się krztusiły i dostawały zadyszki. Dźwięki załamywały się nagle płaczliwie i jąkały się.

Kiedyś, gdy byłem wyjątkowo wcześnie przed mszą, zaczęło się z góry rozlegać dzwonienie wszystkich dzwonów. Odważyłem się wtedy wejść wyżej tymi spiralnymi schodami na wieżę, niż tylko na chór jak dotąd. Z góry rozlegało się dzwonienie wszystkich dzwonów. Nie tylko się je słyszało, ale i czuło to lekkie drganie murów, bo niektóre dzwony były dość okazałej wielkości. Dotarłem wtedy aż na poziom dzwonnicy. W czasie wojny brakowało dostatecznej ilości dorosłych mężczyzn i starszych chłopców, więc dopuszczono i mnie nastolatka do ceremoniału dzwonienia. Nad tym czuwał kościelny, albo tylko szef ministrantów. Tam na poziomie drewnianej podłogi dzwonnicy, wielu nieco starszych ode mnie chłopców za pomocą długich i grubych lin rozkołysało dzwony, tak by ich serca mocno w nie uderzały. W pojedynkę mogła taka lina chłopaka porwać w górę. Ta czynność wymagała wiele zręczności i sił. Trudno się było porozumieć, bo odgłos dzwonów zagłuszał każdy nasz krzyk. Dzwonnikiem na stałe nie zostałem. Ta przygoda skończyła się niedługo. Wojna ciągle trwała. Po prostu nadszedł czas przetapiania dzwonów na armaty. Nie było czym dzwonić, bo Niemcy rekwirowali we wszystkich kościołach dzwony. Te duże zrzucano z wieży na kamienną posadzkę przed portalami kościoła. Dzwony uderzały głośno i żałośnie po raz ostatni o granit i rozbijały się na kawałki. Odtąd już nie zadzwoniły swoimi radosnymi akordami, a odzywała się tylko jękliwie i mało donośnie niewielka sygnaturka pozostawiona w wieżyczce nad skrzyżowaniem naw.

Horst Bienek niemiecki pisarz z Gliwic nazwał ten czas ZEIT OHNE GLOCKEN ( Czas bez dzwonów ). Taki tytuł nadał jednemu z tomów swej tetralogii górnośląskiej. W tym czasie znając już drogę do poziomu dzwonnicy wchodziłem tam czasem przez nikogo nie zauważony aby spojrzeć z góry przez okna dzwonnicy. Mogłem zauważyć w oddali znane mi wieże kościoła w Biertułtowach, gdzie się urodziłem, rozróżnić poszczególne kopalnie w tym rejonie. Widoczność była tak wspaniała, że na horyzoncie zobaczyłem dalekie pasma gór, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Z wysokości prawie siedemdziesięciu metrów wzrok sięga daleko. Rodziła się wtedy jakaś tęsknota, żeby poznać ten daleki świat za horyzontem. Po latach, oglądając śląski film Kazimierza Kutza „Perła w koronie” , gdy jego bohater z wieży wodnej w Szopienicach oglądał stamtąd jeszcze wtedy daleką dla niego Polskę, bo aż hen po Tatry, zrozumiałem, że można tęsknić za czymś, czego jeszcze nie znamy, a co jest bardzo daleko od nas.

Kościół pod wezwaniem św. Antoniego przetrwał bez znaczniejszych uszkodzeń wojnę, choć mogło być inaczej. Zaraz w pierwszych dniach po wkroczeniu Rosjan, gdy poszedłem do miasta i wstąpiłem przez główny portal do przedsionka kościoła, zobaczyłem olbrzymie sterty dynamitu przygotowane do wysadzenia świątyni. Na szczęście Niemcy tego nie dokonali, a i tak nie zatrzymałoby to szybko posuwającej się na zachód Armii Czerwonej.

Pamiętam jak w 1945 my młodzi pomagaliśmy po nabożeństwie majowym zwozić z lasu pod Przegendzą długie pnie sosen na rusztowania do remontu kościoła.

Dzwonów nie było, sygnaturka dzwoniła za mało donośnie. Wymyślono i tu namiastkę, których w czasie i po wojnie było tak wiele. Zdobyto chyba od Rosjan wielkie gigantofony propagandowe, zainstalowano je na wieży, podłączono do nich patefon z nagranymi na płycie dzwonami. Było to prawie koncertowe nagranie melodii dzwonów. Myśmy jednak twierdzili, że nasze brzmiały nie gorzej, no i nie zacinały się czasem, jak to się działo z szybko zdzierającą się płytą patefonową, że i zgrzyty jakieś było słychać. Niemniej i to można było przeboleć, bo to lepsze, niż w ciszy iść na pasterkę i słyszeć tylko skrzypiący śnieg pod stopami.

Czasem zachodziłem do kościoła ze szkicownikiem rysunkowym i próbowałem ćwiczyć rysunek na wielkiej drewnianej rzeźbie ukrzyżowanego Chrystusa przy wejściu do głównej nawy.

W tych latach powojennych, w czasach naszej biedy, często udawałem się na rowerze do Niedobczyc, czy do Biertułtów do rodziny, która nas wspomagała żywnością, jarzynami, czy owocami. Stamtąd z daleka zawsze widziałem na horyzoncie nie tylko wieże, ale całą sylwetkę kościoła. W drodze powrotnej przy odczuwanym już zmęczeniu, cieszyło przybliżanie się kościoła, do momentu, aż wyrastał tuż przede mną, skąd nie było już daleko do domu. Później robiło się także raźniej przy powrotach pociągiem z Krakowa do Rybnika, gdy z okna patrzałem już przed Paruszowcem na zbliżającą się sylwetkę kościoła.

Z czasem zaczęły się pojawiać nowe, prawdziwe dzwony. Nie tak dawno bazylika otrzymała jeden z największych dzwonów w Polsce, jakiego przed wojną kościół nie posiadał. Dzwon ten przybył do nas z austriackiego warsztatu ludwisarskiego. To radość, bo przecież tamte dawne Niemcy zabrali, to teraz coś od mówiących po niemiecku Austriaków do rybnickiego kościoła przybyło. Pamiętam, gdy w gimnazjum przerabialiśmy styl gotycki, pan profesor Libura zabrał nas przed kościół i objaśniał nam co to fiale, kraby, łuki odciążające, maswerki i rozety, to co potem po latach mogłem oglądać na historycznych przykładach katedr francuskich. Zapamiętałem, jak profesor nam tłumaczył, że gotyk to styl, poprzez który człowiek próbował wznosić się wysoko, strzeliście ku górze, ku Bogu.

Dziś ten nasz nowy kościół, Antoniczek, bazylika ma w oknach witraże, które są bajecznie kolorowe i filtrują światło przez wszystkie barwy tęczy. Wnętrze jest może nieco inaczej pomalowane, aniżeli to kiedyś wykonał ów akwarelista i malarz kościelny pan Chromik. Rzadziej tam bywam teraz, chyba że jakaś okazja specjalna, jak uroczystości żałobne z okazji śmierci mego ulubionego profesora w 1993 roku.

Nowy kościół, Antoniczek, dziś bazylika pod wezwaniem św. Antoniego pozostanie już na zawsze kościołem mej pamięci. Żal mi tylko, że ząb czasu nadgryza te klinkierowe cegły, wykrusza je. Tu i nasze rybnickie powietrze daje się nie tylko ludziom we znaki, ale i cegłom i kamieniom. Ten kościół ma już ponad sto lat, i staje się powoli drugim STARYM KOŚCIOŁEM w Rybniku.


Katowice, 25.10.2010.


P.S. Ostatnio dowiedziałem się, że oddana zostanie wkrótce do użytku platforma widokowa na wieży. Już wiem, ile stopni trzeba pokonać, by tam dotrzeć. Może mi się to jeszcze uda, mimo dawno przekroczonej osiemdziesiątki? Jeszcze raz zobaczyć z góry ten świat krainy dzieciństwa, choć nie będzie już tym, który zapamiętałem.

Nowy York

Nowy York


W czasie studiów na ASP w Krakowie poznałem Andrzeja S. Był nieco starszy ode mnie i studiował już od dwu lat na wydziale malarstwa. Należał do tych, którym wojna zabrała parę lat życia, choć nie samo życie jak wielu jego rówieśnikom.

Andrzej zachodził od czasu do czasu do naszego pokoju w domu akademickim. Kiedyś zauważył, że uczyłem się historii sztuki z niemieckiego podręcznika i z doskonałym niemieckim akcentem przeczytał tytuł rozdziału. Zapytał mnie skąd pochodzę, skoro znam dobrze język niemiecki. Powiedziałem, że z Górnego Śląska, na co on, że urodził się w Toruniu, ale przebywał sporo u dziadków na Warmii, wówczas w Niemczech. Tak jak ja w czasie wojny, musiał uczęszczać do niemieckiej szkoły. Andrzej powiedział mi bardzo zdawkowo, że Niemcy powołali go podczas wojny do marynarki, ale wyczułem że nie chce się o tym rozwodzić. W tamtych czasach, krótko po wojnie wolało się takie sprawy przemilczeć. Andrzej pochodził z polskiej rodziny, jego dziadek był jednym z najwybitniejszych działaczy polskich przed i w czasie plebiscytu na Warmii. Kiedyś, gdy byliśmy sami, przyznał mi się, że odbywał służbę w niemieckich łodziach podwodnych ( U-Boote), a po zakończeniu wojny spędził trochę czasu w niewoli angielskiej. Zetknął się tam z żołnierzami polskimi od Andersa i szybko się z nimi dogadał. Uznali go za Polaka przymusowo wcielonego do niemieckiego wojska. Został przyjęty do armii Andersa , ale Andrzej starał się po krótkim czasie wrócić do kraju. Szybko uzupełniał wykształcenie szkolne, a równocześnie dużo rysował i malował, bo postanowił studiować malarstwo. Podobnie jak kiedyś mnie, podczas wycieczki szkolnej do Krakowa, urzekło to miasto także jego. Postanowił studiować na tamtejszej ASP. Zetknęliśmy się więc na tej samej uczelni. Andrzej skończył studia dwa lata wcześniej niż ja i potem się nasze drogi rozeszły już na zawsze. Coś o nim od kolegów słyszałem, że udziela się w Związku Plastyków w Olsztynie, że sporo wystawia. Czasem wpadł mi w ręce jakiś katalog. Uderzyło mnie, że w jego malarstwie powtarza się jakby ten sam temat. Wodne pejzaże z żaglami, Warmia i Mazury.

Niedawno odezwał się do mnie kolega aktor z Teatru Śląskiego, Tadeusz M., który sporo lat spędził w teatrze w Olsztynie. Zapytałem go, czy nie poznał tam przypadkiem Andrzeja S. Opowiedział mi, że się dobrze znali, nawet przez jakiś czas leżeli razem w szpitalu. Często spotykali się w pracowni Andrzeja, gdzie mógł podziwiać jego pejzaże z krainy jezior. Kiedyś pokazał mu Andrzej zupełnie inne obrazy, których nigdy nie wystawiał. Zobaczył na nich jakby różne wersje panoramy Nowego Yorku widziane z morza o różnych porach dnia i nocy, także we mgle, ledwo rozpoznawalne. Andrzej traktował temat bardzo impresyjnie i z dużą dozą ekspresji. Niektóre obrazy robiły na moim koledze aktorze wrażenie jakby były projektami do dekoracji teatralnych. Gdy pytał, Andrzeja, czy był kiedyś w Nowym Yorku, ten mu odpowiedział że nigdy. Oglądał to miasto dawno temu, ale tylko z morza. Od tego czasu minęło już ponad 50 lat. Maluje te obrazy, bo chciałby wyrzucić z pamięci swe dawne traumatyczne przeżycia najmłodszego członka załogi niemieckiej łodzi podwodnej. Wojna zbliżała się ku końcowi, ale ich okręt pod dowództwem młodego fanatycznego kapitana zapuszczał się daleko na zachodni Atlantyk aż na wody przybrzeżne USA, pod Nowy York. Kilka razy kapitan polecił mu obserwować przez peryskop amerykański brzeg. Z takiej dziwnej perspektywy oglądał właśnie to miasto. Zwłaszcza nocą robiło ono ogromne wrażenie na przyszłym malarzu. Drapacze chmur były rozświetlone, jakby wojna się już skończyła. Amerykanie nie czuli się zagrożeni, wiedząc że są zbyt daleko oddaleni od frontów wojny. To, że niemieckie łodzie podwodne zatapiały czasem tuż pod Nowym Yorkiem jakiś statek transportowy nie wywierało u nich większego wrażenia. Pewnego razu, jego kapitan spoglądając przez peryskop w kierunku Nowego Jorku powiedział: „Chciałbym zobaczyć, jak się te dumne drapacze palą i rozpadają, gdy je naszymi V-rakietami zaatakujemy”.


Po wielu latach, całkiem przypadkowo spotkał Andrzej w Niemczech jednego z ówczesnych kolegów, marynarza z jego U-boota. Dowiedział się, że ich dawny kapitan zrobił po wojnie wielką karierę w bankowości w Niemczech, a później w międzynarodowych finansach i mieszka w Nowym Yorku. Niedługo po 11 września 2001 roku otrzymał od owego kolegi kartkę z wiadomością, że ich kapitan zginął w drugim z wieżowców zaatakowanym samobójczo przez terrorystów, którzy porwali samolot.

Czy ów dowódca łodzi podwodnej zdołał jeszcze przed śmiercią zobaczyć to, o czym marzył wtedy podczas swego wojennego wypadu pod Nowy York? Przeżył wojnę, nie zginął w głębinach oceanu. Zginął wysoko, na 70. piętrze walącego się drapacza. Stał się świadkiem tej tragedii, a zarazem jedną z ofiar.

Andrzej oglądał to wydarzenie w bezpośredniej transmisji w telewizji, tak jak ja i miliony ludzi na całym świecie. Początkowo nosił się z zamiarem zakończenia tego cyklu obrazem przedstawiającym tę katastrofę. Miał pomysł przeniesienia jej na porę nocną. Byłby to pożar Nowego Yorku. Taki katastroficzny malarski nokturn. Pozostał tylko zamysł, bo Andrzej został od tego tematu na zawsze wyzwolony. Zmarł nagle na serce przed domem rodzinnym swego dziadka na Warmii, gdy przyjechał odwiedzić tak dobrze znane mu miejsce z dzieciństwa. Często tam wracał, tym razem po raz ostatni.



Wrzesień, 2009

O dziadku Janie Porembskim

O dziadku Janie Porembskim


Minęło już przeszło 65 lat odkąd po raz ostatni widziałem dziadka Jana. Pozostał mi w pamięci pokryty nalotem kurzu czasu mozaikowy portret, z którego się już wiele cząstek wykruszyło. Czasem ktoś z naszej rodziny uzupełni jakiś kamyk w obrazie, doda coś, co sam jeszcze zapamiętał, lub wie z opowiadań rodziców. Dziadek był wysokim, szczupłym, by nie rzec kościstym starszym panem, w brązowym „manszestroku” z nieodłączną „kryką” i z daleka rozpoznawalny przez swoją gładko wygoloną głowę, świecącą jak lampa glacą. Oglądaliśmy go czasem w mundurze. Musiała to być szczególna okazja, aby jako powstaniec śląski, ubierał swój galowy mundur. Inni pamiętają dziadka jako Pana Na Szlafhauzie na Emie w Biertułtowach, gdzie w olbrzymim gmaszysku mieszkała jego rodzina, a on pełnił funkcję dozorcy, czy jak się to dziś nazywa: gospodarza budynku. Dziadek był już na emeryturze, a to było jego dodatkowe zajęcie. Wtedy, w czasach kryzysu i wielkiego bezrobocia stał ten olbrzymi hotel robotniczy pusty. Dziadek dysponował także przylegającym do zabudowań rozległym, dosyć zdziczałym, ale dla nas wnuków prawie czarodziejskim ogrodem. Ogrodnikiem z powołania dziadek raczej nie był. Był za to, jak wielu Ślązaków hodowcą kóz. Ja tych kóz za bardzo nie lubiłem, bo koledzy z familoków ukradkiem dziadka prześmiewali, no i mnie wnukowi też dokuczali. Mleko kozie jednak chętnie piłem, gdy mnie babcia nim częstowała.

Bywały okazje, że mieszkańcy z sąsiedztwa kłaniali się szczególnie nisko dziadkowi, aby dostać się do szlafhauzu, by móc tam zająć miejsca w oknach na końcu korytarzy wychodzących na boisko. W tym czasie drużyna piłkarska małej osady górniczej Ema grała w lidze ogólnopolskiej i jako Błyskawica Radlin odnosiła znaczne sukcesy. Możliwość oglądania meczu z tych okien, to było jak dziś na trybunie stadionu miejsce honorowe, czy jak loża w teatrze. Najlepszy bywał pierwszy balkon, tu pierwsze piętro, które było dostępne wyłącznie dla dziadka i jego najlepszych kompanów. Czasem i ja tam z dziadkiem siedziałem i podziwiałem, jak po piłki rzucał się najlepszy wówczas bramkarz polski Wilimowski. Wtedy miałem licznych kolegów, którzy zabiegali o to, abym im pomógł dostać się do okien szlafhauzu. Wtedy mi nikt kóz nie wypominał.


Odnoszę dziś wrażenie, że jak każdy dziadek, Jan P. cieszył się z nas wnuków, których za życia doczekał się już czternaściorga, choć młodszych moich braci i wielu innych „wojennych” kuzynów i kuzynek już nigdy nie zobaczył, nie mówiąc o rocznikach urodzonych po śmierci dziadka już po wojnie. Rozpieszczał nas często łakociami i drobnymi prezentami. Czasem okazją były uroczyście obchodzone odpusty w biertułtowskim kościele, gdzie byłem ochrzczony, czy choćby wycieczka dziadka do Gdyni, a potem na rok przed wojną, na włączone do Polski Zaolzie. Dziadek stał się wielkim entuzjastą budowy portu w Gdyni. Pragnął Polski wielkiej z koloniami i był członkiem Ligi Morskiej i Kolonialnej. Abonował miesięcznik pod tymże tytułem, który i ja już wtedy pilnie u niego czytałem.

Chyba najwięcej uwagi poświęcał dziadek najstarszemu wnukowi Hardikowi, synowi swej najstarszej córki Marii. Hardi, a właściwie Reinhardt, urodził się jeszcze w Bottropie, w Westfalii, dokąd dziadek i babcia wyemigrowali ze Śląska, jak wielu innych, w poszukiwaniu pracy. Jak mi opowiadał Wendelin, jego młodszy, przyrodni brat, dziadek nie wyraził zgody na ślub ich matki z ojcem Hardika Marcinkiem. Mieli się pobrać z ciocią Marią jeszcze w Bottropie przed powrotem rodziny na Śląsk na plebiscyt. Dziadek nie zgadzał się, żeby córka wyszła za „jewanielika”. Mocnym argumentem była wspomniana już „kryka” dziadka, więc córka musiała się poddać woli ojca. Dziadek był wielkim Polakiem, ale i bardzo ortodoksyjnym katolikiem. Hardi został więc Porembskim i później jakby bardziej synem dziadka, niż wnukiem. Przebywał więcej w szlafhauzie, aniżeli u siebie w domu, gdzie było czworo przyrodniego rodzeństwa i ojczym, za którym nie przepadał. Dziadek wychowywał mego kuzyna na jak byśmy to dziś powiedzieli „prawdziwego Polaka”, który o ironio losu, został po wybuchu wojny powołany do niemieckiej armii i pisał listy z frontu spod Moskwy po polsku, bo niemieckiego za dobrze nie znał. Został niechcący nawet Unteroffizierem i niestety, poległ podczas sromotnego odwrotu pod Wiaźmą w 1943 za nie swój Vaterland, o czym dziadek już się nie dowiedział, bo zdołał „umrzeć w obozie zagłady w Dachau na zapalenie płuc”, jak to obiegowo informowano rodzinę. W jednym z listów z Dachau (31.08 1941.), dziadek przesyłał poza tymi dla innych, pozdrowienia dla swego ulubieńca (FUER MEINEN PUPIL REINHARDT). Często te listy na specjalnych drukach, miały okienka powycinane przez cenzurę. Można było pisać tylko o tym, że jest dobrze i nic nie dolega. Ja też pamiętam taki list, w którym dziadek prosił, abyśmy zostawili miejsce przy stole dla niego. Było to z okazji mej pierwszej komunii świętej. W jednym z listów dziadek pisał do mnie, abym nigdy w życiu nie zajmował się polityką (mama zawsze mówiła, że wszystkiemu winna jest ta „pierońsko polityka, przez kero dziadka zamordowali w kacecie”). Ja już wtedy wiedziałem , czym są obozy koncentracyjne, że ludzie stamtąd już nie wychodzą i umierają zakatowani przez SS. Tylko wujkowi Erwinowi, który był przed wojną policjantem, udało się po przeszło dwu latach, wyjść z obozu do pracy przymusowej. Z myślą o dziadku przyjąłem na jego cześć przy bierzmowaniu imię Johannes. W 1939 roku dziadek był już na niemieckiej, czarnej liście do aresztowania i poszukiwany w momencie wkroczenia hitlerowskich wojsk do Polski. Dziadek urodził się 6.sierpnia,1877r. w Radoszowach, w pow. rybnickim na Górnym Śląsku, jako syn bezrolnego chłopa Caspara Porembskiego. Pod koniec 19.wieku, po początkowo szybkim rozwoju górnictwa węglowego w pow. rybnickim było trudno o pracę w tej części ówczesnego cesarstwa niemieckiego. Po wygranej wojnie Prus z Francją w latach 1870-71 nastąpił gwałtowny rozwój górnictwa w Westfalii. Bezrobotni ze Śląska emigrowali tam masowo. W wielu miastach, jak n. p. w Bottropie powstawały kolonie mieszkańców z sąsiadujących śląskich miejscowości. Osiedlały się całe rodziny. Tam dziadek znalazł pracę i już w roku 1900 ożenił się z Franciszką , córką bezrolnego chłopa Jakuba Kowolla. Ze starszych dokumentów rodzinnych wynika, że Pradziadkowie nazywali się Kowalscy, którzy zmienili nazwisko na śląskie Kowol, do którego dodano urzędowo drugie L za Bismarcka . Babcia pracowała w Westfalii jako posłaniec, dopóki nie było dzieci, których dziadkowie mieli dziesięcioro, ale troje wcześnie zmarło. Babcia poza wychowaniem licznej gromady dzieci i prowadzeniem domu, udzielała się w Stowarzyszeniu Polek w Bottropie. Dziadek miał na kopalni dosyć odpowiedzialną pracę jako „gazmajster”. Do jego obowiązków należał obchód wyrobisk górniczych i wykrywanie za pomocą specjalnej lampy ewentualnej obecności metanu, który zawsze zagrażał wybuchem i pożarem w kopalnianych chodnikach. Miał obowiązek oznaczania i zamykania zagrożonych odcinków. Z chwilą wybuchu Pierwszej Wojny Światowej, a jeszcze bardziej, po jej przegranej przez kajzerowskie Niemcy, nastąpiły dla wielodzietnej rodziny bardzo trudne czasy. Była inflacja, dziadek zarabiał prawie miliardy, ale pieniądze traciły wartość prawie z godziny, na godzinę. Nastał głód, jakiego śląskie rodziny przedtem u siebie nie zaznały.

W Westfalii dziadek udzielał się w polskich środowiskach emigracyjnych. Był organizatorem ruchu śpiewaczego i też chętnie w chórze śpiewał. Układ Wersalski zaczął budzić u emigracji w Westfalii nadzieje na powrót do mającej się odrodzić Polski, na znalezienie pracy u siebie, na Górnym Śląsku. Niestety, władze nowego państwa polskiego niezbyt głośno i energicznie upominały się o Górny Śląsk. Dopiero oddolnie organizowane powstania przeciw Niemcom zainteresowały aliantów sprawą Śląska. Dziadek wyjechał wcześniej na Śląsk, niż reszta rodziny. Brał udział w powstaniach i starał się zorganizować miejsce pobytu dla rodziny w Biertułtowach, na Emie. Rodzina wróciła w drugiej połowie 1921 roku i znalazła początkowo mieszkanie w jednym z familoków tuż przy „szluchcie”. Plebiscyt zdecydował, że powiat rybnicki przypadł Polsce, która pełnię władzy przejęła na Śląsku dopiero w 1922 roku. Dziadek po jakimś czasie stał się emerytem, ale pracował dalej jako dozorca w opisywanym już szlafhauzie, dokąd się przeprowadził na początku lat trzydziestych. Ciocia Franciszka i wujek Florian z wujkiem Henrykiem pracowali na kopalni Ema. Wujek Erwin znalazł pracę w policji. Córki Maria, Helena (moja mama) zostały już teraz przy mężach.

Dziadek z babcią żyli sobie na Emie całkiem znośnie, gdyby nieuleczalna choroba mieszkającego z nimi wujka Henryka, który w wieku 21 lat zmarł na gruźlicę. Wnuków mieli już wtedy sporą gromadkę, którą jak mogli rozpieszczali tam u siebie, gdzie dla wszystkich znalazło się miejsce, bo my, wszystkie wnuki i wnuczki traktowaliśmy ten przepastny szlafhauz, jak nasz drugi rodzinny dom.

Dziadek udzielał się na Emie patriotycznie i społecznie, manifestował swoją polskość, a tym samym dla licznych tu Niemców nieprzejednaną antyniemieckość. Na terenie Górnego Śląska silnie działała propaganda hitlerowska. Przy wielkim bezrobociu panującym na Śląsku znajdywała posłuch u niezadowolonych tym łatwiej, że po drugiej stronie granicy wszyscy znaleźli zatrudnienie, bo machina hitlerowskich zbrojeń ruszyła pełną parą. Teraz Polska znalazła się na celowniku wojennym. Dziadek nie wierzył w niemiecką siłę, traktując ją jako propagandę „tego kuternogi Goebelsa”. Podczas naszych spacerów, wygłaszał mi swoje monologi o polskim męstwie i sile naszego oręża. Dziadka tak bardzo ponosiło, że w trakcie uroczystości powstańczej w 1939 roku niósł kukłę Hitlera, którą potem podczas uroczystego pikniku wrzucił z pogardą w ogień. Hitlerowcy mu tego później nie darowali. On został tak, jak i wielu innych po zagazowaniu spalony w krematoryjnym ogniu.

1. września rano, Niemcy napadli na Polskę. Początkowo dziadek nie wierzył jeszcze w klęskę. Jak wielu powstańców wycofywał się na wschód, licząc jeszcze, że polska obrona okrzepnie i da odpór Niemcom, ale tak się już nie stało. Dziadek dotarł aż do rumuńskiej granicy. Widział ucieczkę dygnitarzy przez Zaleszczyki do Rumunii i tu stwierdził, że to już klęska ostateczna i dalsza droga prowadzi do nikąd. Postanowił wrócić do rodziny. Jego wyprawa wojenna trwała prawie do końca września. Dziadek dotarł nie zatrzymany przez Niemców aż do szlafhauzu . Myślał, że uda mu się dalej ukrywać. Wrócił obdarty, brudny i głodny. Buty ledwo trzymały się na nogach. Zdołał się wymyć, przebrać, ale jajecznicy, którą mu babcia przygotowała już nie dojadł, bo gestapowcy przyszli go aresztować. Usłużny Niemcom dawny powstaniec, a zarazem członek Volksbundu doniósł, że dziadek wrócił. Jeszcze jedna historia o Judaszu. O śląskim Judaszu.

Droga dziadka powadziła przez gestapo na Emie, do więzienia w Nieborowicach, potem jeszcze do Rawicza, stamtąd już na teren Niemiec do Buchenwaldu i wreszcie do Konzentrationslager Dachau w Bawarii. Był to pierwszy hitlerowski obóz zagłady, stworzony pierwotnie dla niemieckich przeciwników nazizmu i Żydów. Potem, po wybuchu wojny znaleźli się w nim także Polacy, w tym liczni księża. Przez jakiś czas dochodziły do nas ocenzurowane listy dziadka, z których wynikało, że tryska samym zdrowiem i nadzieją na powrót. Niestety, powrotu już nie było. W 1942 wywieziono dziadka w t. zw. Invalidentransport do zamczyska w Hartheim, koło Linzu, na terenie dzisiejszej Austrii. Tu nastąpił kres wędrówek po hitlerowskich kaźniach, a zarazem kres życiowej drogi dziadka. Tam zagazowano słabych i chorych więźniów i spalano zwłoki. Na miejscu w Dachau środki systemu eksterminacji nie były do końca 1942 jeszcze dostatecznie rozbudowane. Grobu dziadek nie ma.

Dziadek zginął prawdopodobnie około 12 maja, 1942r., bo taką podano datę w oficjalnym zawiadomieniu z Dachau, choć jego śmierć nastąpiła gdzie indziej. Udało mi się jeszcze dotrzeć do numeru jaki dziadek miał jako więzień : 20 861, oraz datę wywózki z Dachau do Hartheim: 23.02.1942


Tyle mogłem zanotować o naszym dziadku Janie dziś, po przeszło sześćdziesięciu latach. Składają się na to moje własne wspomnienia i niektórych z kuzynostwa, jak najstarszej z nas Edyty, Magdy, Ani, Bolka, nas, cośmy jeszcze z dziadkiem przebywali, a także bardzo małego wtedy Wendelina, ale dużo pamiętającego z opowieści jego mamy o dziadku. Po wojnie już urodzony Janusz też potrafił coś dorzucić z wiadomości od rodziców o dziadku, którego nie poznał. Do spisania powyższego zachęciła mnie Stefa, żona Stacha Porembskiego, nie żyjącego już kuzyna, któremu udało się dotrzeć do Dachau i zobaczyć tam, na tablicy z nazwiskami pomordowanych więźniów, także to, naszego dziadka. To tyle zachowaliśmy w naszej pamięci zbiorowej dla nas samych i innych członków naszej rodziny, którzy już dziadka Jana nie poznali i nie pamiętają. To po to, aby wiedzieli, kim był Johann, Jan Porembski.


Katowice, 2005.


Józek Krupa

Oni poznali się niedawno

Oni poznali się niedawno

Oboje byli po przejściach, stanowili parę na wózkach inwalidzkich. Trudno było im się poruszać blisko siebie, bo na chodniku nie starczało przestrzeni na równoległą jazdę. Najczęściej jechała ona z przodu. Teren znali doskonale, wiedzieli gdzie są przeszkody utrudniające jazdę na wózku inwalidzkim. To było małe osiedle, jedno z pierwszych, które ponad pół wieku temu spółdzielnia mieszkaniowa zbudowała w mieście. Teraz jest tu jak w parku, drzewa rozrosły się i sięgają ponad dachy budynków.

Doktor Marek był lekarzem ortopedą i wziętym fizjoterapeutą. Przed laty udało mu się dojść ze spółdzielnią do porozumienia i uzyskał prawo założenia gabinetu rehabilitacyjnego w mieszkaniu na parterze. Udało się do mieszkania dobudować odrębne wejście z możliwością wjechania tam na wózku inwalidzkim. Jedną z jego pacjentek była przez dłuższy czas młoda lekkoatletka po skomplikowanym złamaniu nogi w wypadku samochodowym. Poruszała się potem na wózku i było jej łatwo dotrzeć tu na rehabilitację. Po kilku miesiącach udało się Doktorowi Markowi doprowadzić nogę pacjentki do stanu, by mogła wznowić treningi. Ania zdawała sobie sprawę, jak wiele zawdzięcza umiejętnościom zdolnego rehabilitanta. Przy pożegnaniu życzył doktor Marek Ani, by już nigdy nie musiała się u niego powypadkowo rehabilitować.

Po dwudziestu latach Ania dotarła ponownie na wózku do doktora Marka. Nie uległa ponownemu wypadkowi, ale potrzebowała pomocy rehabilitacyjnej. Zastała gabinet zamknięty. Dowiedziała się, że został zlikwidowany. Ania już dawno zaprzestała uprawiać wyczynowo lekkoatletykę, bo zdawała sobie sprawę, że tamten wypadek pozbawił jej możliwości osiągnięcia lepszych wyników, stwierdziła że nie osiągnie już nigdy wspaniałych wyników. Skończyła na swej uczelni sportowej drugie studia na dziale rehabilitacji i sama pomagała teraz ludziom po wypadkach. Do doktora Marka przyjechała by się poradzić we własnej sprawie. Była świetną masażystką, pracowała w jednym z ośrodków rehabilitacyjnych w Beskidach. W jej kręgosłupie też doszło do zmian. Badania rezonansem magnetycznym wykazały duże niekorzystne zmiany. Ania odczuwała coraz silniejsze bóle. Musiała zaprzestać pracy jako rehabilitantka i wróciła na uczelnię do pracy naukowej. Teraz udała się na kurację do ośrodka w którym wcześniej sama rehabilitowała pacjentów.

Ania nie wyróżniała się, starała się tak zachowywać w sanatorium jak wszyscy inni pacjenci, brała udział we wszystkich wspólnych zajęciach. Zaraz na początku zwróciła uwagę na jednego z pacjentów, do którego pani psycholog zwróciła się per panie doktorze. Silny zarost zmienił lekarza co nieco, ale zaraz go poznała i zwróciła się do niego z pytaniem, czy ją pamięta.

Mieli dość czasu i o czym z sobą porozmawiać. Doktor Marek zaczął cierpieć na stwardnienie rozsiane i nie był w stanie ludzi leczyć, bo sam potrzebował teraz pomocy. Ania i Marek zaprzyjaźnili się. Wiele czasu spędzali na wspólnych spacerach na wózkach. Ich czas pobytu w sanatorium kończył się. Nie musieli sobie tego mówić, że razem, byłoby im łatwiej. Oni to wiedzieli. Marek się już raz z kimś związał, jego żona od niego odeszła. Ania była dotąd upartym singlem. O miłości nie mówili. Chcieli sobie pomagać. Marek wiedział, że jego mieszkanie z dojściem dla pacjentów na wózkach może teraz im obojgu służyć. Ania już przed laty potrafiła tam na wózku wjechać. Oni przestali czekać na wielką miłość, czerpią wielką radość z tego, że dają rady wspólnie wyjechać na spacer po osiedlu, choć chodniki ciasne i nie starcza miejsca by jechać obok siebie.


19. 03. 2019

Pan Kołocz komponuje

Pan Kołocz komponuje


W domu przy szpitalu, w którym ojciec pracował rozbrzmiewała często muzyka. Jeśli ojciec ćwiczył któryś z koncertów na róg Mozarta, to z dołu na parterze rozlegała się również muzyka Mozarta. Inny instrument, inny utwór. Pan Kołocz grał zawsze ten sam koncert na klarnet. Był to jedyny utwór, który nasz sąsiad wykonywał. Właściwie to najczęściej nie grał całego koncertu, tylko jego drugą część adagio. Ja również polubiłem tę śpiewną część utworu. Mozart urzekał mnie od dawna swoją melodyjnością w koncertach na róg, które już od wczesnego dzieciństwa towarzyszyły mi w domu. Tutaj to podwójne solowe koncertowanie stawało się jednak trudne w odbiorze. Obaj panowie grali te same utwory razem tylko w przyszpitalnej orkiestrze dętej, ale nigdy nie uprawiali wspólnego muzykowania w domu. Ojciec próbował ze mną i z braćmi utworzyć kwartet. Pan Kołocz odżegnywał się jednak od zagrania z nami. Miał wymówkę wyższej rangi. Musi komponować. Nasz tata miał co prawda trzy opasłe tomy Kompositionslehre, nomen omen Marxa, ale nie tego od Kapitału. Studiował je, ale nigdy nie widziałem, by coś komponował. Tata cenił sobie bardziej grę na instrumentach i grywał już nawet przed wojną i po niej czy to w kwartecie, czy orkiestrach znanego rybnickiego muzyka pana Antoniego Szafranka.

W okresie ferii w 1951 przyjechałem z Poznania do domu na Boże Narodzenie parę dni przed świętami. Na drugi dzień spotkałem się z panem Kołoczem, który mnie zaraz do siebie poprosił. Powiedział, że ma do mnie ważną sprawę. Zdradził mi swoją tajemnicę: skomponował mszę na Boże Narodzenie. Jej wykonanie odbędzie się w pierwsze święto w szpitalu. Niby to oficjalnie nie będzie msza, a koncert kolędowy, bo takie to wtedy były czasy pełne pokrętnej dwuznaczności. Oficjalnie nie odprawiało się nabożeństw w świetlicy. Problem w tym, że pan Kołocz nie miał wiolonczelisty. Tłumaczyłem sąsiadowi, że już od kilku miesięcy nie grałem na wiolonczeli, studiuję teraz daleko od domu i nie ma to już niczego wspólnego z muzyką. Jak mi wiadomo, ojciec sprzedał wiolonczelę i kupił mamie pralkę. Pan Kołocz był jednak nieubłagany i dowiedział się, od taty, komu sprzedał instrument. Było to blisko, sam zajął się pertraktowaniem w sprawie wypożyczenia wiolonczeli. Miał zięcia rzeźnika i argumentem w pertraktacjach z jej nowym właścicielem był spory kawał pachnącej szynki, towaru wtedy bardzo deficytowego w siermiężnym socjalizmie, zwłaszcza w okresie świątecznym. Na dwa dni przed świętami miałem instrument, ale stwierdziłem też, że moje palce są już bardzo sztywne i byłem przerażony moim nieumiejętnym wykonawstwem. Jednak w wieczór wigilijny zagraliśmy z tatą i braćmi kolędy.

W pierwsze święto już od rana pożerała mnie wielka trema. Msza, czy też koncertowe wykonanie utworu pana Kołocza miało się odbyć o godzinie 10.00. Na kilka minut wcześniej zespół muzyczny zajął miejsce w świetlicy, która wypełniona była pacjentami szpitala. W centralnym miejscu stała ludowa szopka wykonawstwa jednego z lekarzy, który pochodził Żywiecczyzny i wykazywał duże zdolności plastyczne. Część obrzędowa ołtarza nie była specjalnie rozbudowana. Skromny ołtarz, prawie jak u podróżującego księdza, co udaje się z parafii do parafii. My muzycy siedzieliśmy już gotowi przy pulpitach czekając na pojawienie się dyrygenta i kompozytora, pana Kołocza. Starszy pan stanął przed nami, dał znak batutą i w mało akustycznej sali zadudniła głośna intrada. Dalsze części kompozycji były już spokojniejsze, ksiądz odprawiał cichą mszę. W części Agnus Dei miałem swoją dłuższą solówkę. Zacząłem grać, nawet nieźle to wychodziło, gdy lekki podmuch zdmuchnął moje kartki nut z pulpitu i ogarnęła mnie pełnia amnezji. Podjąłem od razu melodię znanej mi kolędy Lulajże Jezuniu. Zagrałem ten liryczny temat solo, a potem grali wszyscy ze mną. To ożywiło obecnych i zaczęli się włączać ze śpiewem tej znanej kolędy. Ja zdążyłem pozbierać swoje nuty i po chwili dyrygent dał znak, sala się uciszyła, a my zagraliśmy jeszcze dalszy ciąg skomponowanego utworu. Ta muzyczna msza była nieco dłuższa od tej, którą po cichu odprawiał ksiądz. Pan Kołocz dziękował nam potem długo i wylewnie. To było prawykonanie jego utworu, ale też jedyne w ogóle. Pan kompozytor mi podziękował i powiedział, że tak zręcznie zagrałem to solo, tę wplecioną ludową kolędę w jego kompozycji, że było to prawie jak u Chopina, który też wykorzystał tę melodię Lulajże Jezuniu w swoim scherzo h-moll. Pan Kołocz był bardzo szczęśliwy, bo był przekonany, że i jemu kompozycja udała się jak Chopinowi.

Dla mnie było to pożegnanie na zawsze z moją starą wiolonczelą. Minęło trochę czasu i koncerty w naszym domu zamilkły w ogóle. Nikt z braci nie kontynuował gry na jakimś instrumencie. Już nie było słychać klarnetu pana Kołocza, a nasz tata stawał się coraz bardziej głuchy i już nie ćwiczył koncertów Mozarta. Nastała cisza. Na święta odtwarzam sobie teraz z płyty scherzo h-moll Chopina z tym tematem budzącym wspomnienia.


27.11.2013.

Pierwsza praca przymusowa

Moja pierwsza praca przymusowa


W pierwszych dniach maja, gdy wojna jeszcze trwała, przyszedł po mnie sąsiad milicjant z poleceniem udania się do prac porządkowych w mieście. W dawnym budynku przedwojennego Banku KKO Rosjanie zaczęli urządzać szpital wojskowy, w czym także my, kilku chłopców czternastolatków z naszej ulicy mieliśmy też pomagać. Razem z dorosłymi przyszło mi opróżniać mieszkania na trzecim piętrze. Mieszkali tu do końca wojny wysocy hitlerowscy urzędnicy, więc pokoje były bogato wyposażone. Sposób na szybkie wywiązanie się z zadania narzucił nam komandir krasnoarmiejec: wszystko wyrzucać przez balkon na podwórze. Nie zmęczyliśmy się za bardzo, bo nie musieliśmy ciężkich mebli znosić po schodach na dół. Była to pierwsza lekcja kultury nadchodzącej ze wschodu. Zniszczyć, bo to germańskie. Z meblami jakoś poszło. Na koniec pozostał fortepian, duży koncertowy Steinway. Trudno było się z nim uporać. Musieliśmy wpierw wyłamać nogi i pedały. Klapę fortepianu zrzuciliśmy osobno. Choć niemiecka nazwa tego instrumentu to skrzydło, nie pofrunęło ono gdzieś daleko, a poleciało od razu w dół. Potem udało nam się wypchnąć fortepian poza balkon i reszty dokonało prawo ciążenia. Przy zetknięciu się z ziemią instrument zadźwięczał po raz ostatni potwornym jękiem wszystkich strun.

Kiedyś po latach usłyszałem podobne odgłosy na koncercie Warszawskiej Jesieni. Tam w akcie twórczym artysta dobijał siekierą instrument. Rozlegające się dźwięki oznajmiały przez dłuższy czas dogorywanie fortepianu, a może nawet śmierć harmonii i piękna. Po takim wykonaniu dzieła rozległy się jednak po chwili oklaski. Nas wtedy nie oklaskiwano, a tylko poganiano: bistro rybiata! Gdy to sobie przypominam, rozumiem dlaczego w moim zbiorze płyt posiadam głównie koncerty na niezbyt ciężkie instrumenty, takie jak skrzypce, wiolonczela, róg czy klarnet.

Dziś już wiem, że ten rodzaj defenestracji fortepianowej ma analogie w naszej historii. Po upadku Powstania Listopadowego i opanowaniu Warszawy przez wojska rosyjskie doszło do plądrowania i grabieży. W domu Chopina żołdacy wyrzucili jego fortepian przez okno na ulicę. Czy wtedy instrument też zabrzmiał tak samo żałośnie w molowej rozpaczy, gdy uderzył o ziemie?

Wiosną, 2004.


Po latach dowiedziałem się, że mój kolega z niemieckiego gimnazjum nieco wcześniej, bo już w marcu 1945 roku odbył swoją pierwszą pracę przymusową we Wrocławiu. Znalazł się tam w podczas masowej ucieczki Niemców przed nacierającą Armią Czerwoną. Wraz z feriami świątecznymi przed Bożym Narodzeniem 1944 skończyły się dla mnie lekcje w niemieckim gimnazjum na zawsze. Przybysze z głębi Rzeszy, jak i rodzina mego kolegi Johannesa K. wyjechała z Rybnika w wielkim popłochu. Mój kolega zapowiadał się już w czasach szkolnych na wspaniałego pianistę. Pochodził z rodziny o wielkich tradycjach muzycznych trwających od XIX wieku. W szkole uchodził za wybitny talent muzyczny. Nie musiał uczestniczyć w zbiórkach dziecięcych formacji Hitlerjugend, bo dużo ćwiczył i występował na szkolnych uroczystościach z recitalami.

Na skutek nalotów alianckich i docierającego już nad nasze tereny lotnictwa radzieckiego pociągi kursowały wtedy bardzo chaotycznie. Zaczął się ucieczkowy Drang nach Westen. Johannes dotarł z tym wielkim exodusem uciekających Niemców do Wrocławia, gdzie się zatrzymali u krewnych matki. Miasto wkrótce ogłoszono twierdzą, nie było już możliwości wydostania się z niego, bo Rosjanie podeszli do Wrocławia od zachodu. Rozkazem Gauleitera Hankego, opętanego ideą obrony Festung Breslau za wszelką cenę, zapędzano kogo się dało, nawet tych najmłodszych i najstarszych do budowy umocnień. Tu w mieście przepełnionym wielką falą uciekinierów, Johannes wraz z matką znaleźli swój kąt u rodziny. Był tam wspaniały koncertowy fortepian Bechstein, teraz nieco rozstrojony, bo okna były już bez szyb i po mieszkaniu hulał mroźny wiatr. Johannes próbował mimo to ćwiczyć, choć zmarznięte dłonie były mało elastyczne. Grał właśnie „Marzenie” Schumanna. Dochodzący z ulicy stuk, hałas i niedalekie wybuchy mu nie przeszkadzały, bo tak bardzo teraz uciekał w ten lepszy świat muzycznej łagodności. Dźwięki romantycznego utworu, które docierały do zapędzonych na dole przy budowie barykady ulicznej, zrobiły na nich dziwne wrażenie w tym przyfrontowym zgiełku.

Za chwilę rozległy się gwałtowne uderzenia w drzwi i zaraz wpadł do pokoju rozsierdzony Blockleiter, kierujący budową barykady. Za nim weszło kilka osób pracujących na dole. Johannes usłyszał od Blockleitera, że jest defetystą, bo w tak ważnej dla narodu niemieckiego chwili gra jakieś tam kawałki, a nie budzące zapał bojowy marsze wojskowe. Wykrzyczał, że to koniec grania, jakby to w ogóle nie był i tak koniec wszystkiego dla tego miasta. Uznał, że ciężki fortepian nadaje się doskonale na budowę barykady. Zaraz otwarto drzwi na balkon i zburzono mur balkonu. Instrument ustawiono na sztorc, wyłamano nogi i zaczęto go przesuwać do balkonu. Odtąd i Johannes na rozkaz krzykliwego fanatyka partyjnego musiał wziąć udział w pracach przy obronie miasta. Zalękniony, płacząc skrycie wypychał fortepian razem z innymi. Była to muzyczna defenestracja, która nastąpiła nieco wcześniej, niż ta, w której ja brałem udział. On robił to na rozkaz niemiecki, a ja na rozkaz rosyjski. Oba fortepiany spadły z trzeciego piętra i w zetknięciu z ziemią zagrzmiały całą symfonią dysonansowych dźwięków wojny.

Nie wiem, czy owego „pianistę” z Warszawskiej Jesieni też ukształtowały przeżycia z dzieciństwa, bo koncertowo dobijał siekierą fortepian, przekonany że prawdziwe piękno melodyczne umarło na zawsze w czasie wojny?


Katowice, styczeń, 2007

Pierwsza szkolna wycieczka

Pierwsza szkolna wycieczka


Było to jeszcze w czasie wojny, gdy uczęszczałem do czwartej klasy w niemieckiej szkole. Chodziłem do „starej szkoły” obok „starego kościoła”, bo w „nowej szkole” obok „nowego kościoła” w Rybniku, dokąd chodziłem przed wojną, był teraz niemiecki szpital wojskowy. Nasza nauczycielka postanowiła, że pojedziemy na wycieczkę do Kattowitz. Przed wojną byłem już raz, czy dwa razy z ciocią w Katowicach. Za mego życia miasto zmieniło już kilka razy swą nazwę. Prócz tej niemieckiej nazwy w czasie wojny, nadano Katowicom na jakiś czas po wojnie nazwę STALINOGRÓD.

Nie była to wycieczka typowo krajoznawcza, a bardziej propagandowa. W hali targowej w Parku Południowym odbywała się wystawa niemieckiego sprzętu bojowego. Mieliśmy tam zwiedzać z bliska, łącznie z wchodzeniem do środka różne obiekty jak samolot, łódź podwodna, czołg, czy różnego rodzaju działa. Efektem tego zwiedzania miało być wypracowanie na temat „Jaki rodzaj broni wybrałbyś na czas służby w niemieckim wojsku?”

W pociągu zostaliśmy rozlokowani w kilku przedziałach. Nauczycielka była w innym przedziale, więc czuliśmy się dość swobodnie. Byliśmy w swoim gronie, bo w większości chłopcy z naszej ulicy. Nieco niższy od innych, Józik P. próbował nam dziś zaimponować swoją kolejarską wiedzą. Był synem maszynisty parowozu, już nieraz jeździł pociągiem, raz nawet był z ojcem w lokomotywie. Niektórzy nigdy przedtem nie jechali jeszcze pociągiem. Byliśmy już chyba w połowie trasy, gdy Józik postanowił nam zademonstrować jak działa hamulec bezpieczeństwa znajdujący się w przedziale. W pewnym momencie stanął na ławce i uwiesił się obiema rękami na rączce hamulca. Hamulec wcale nie zadziałał, bo mały Józik był widocznie za lekki. Przestraszyliśmy się i zaraz najwyższy z nas Romek zaczął ciągnąć Józika za nogi, a ten trzymał się dalej tak mocno za rączkę, że hamulec natychmiast zadziałał. Efekt był błyskawiczny, bo rozległ się wielki pisk, zgrzyt i zaraz poczuliśmy wielkie szarpnięcie na skutek gwałtownego hamowania. Pociąg zatrzymał się w polu. Zrozumieliśmy, że to skutek Józikowego pokazu hamowania. Ogarnęło nas przerażenie. Zaraz pojawił się konduktor z panią nauczycielką, a chwilę potem bardzo groźnie wyglądający kierownik pociągu. Nastąpiła awantura, wyzwiska pod naszym adresem. Doraźne śledztwo nie wykryło sprawcy, nikt się nie przyznał, nikt nie naskarżył, byliśmy solidarni. Pani nauczycielka zapowiedziała, że jeśli do końca jazdy nie pozna winnego, zastosuje karę zbiorową dla wszystkich, a co to będzie, dowiemy się na miejscu.

Niedługo dojechaliśmy i pomaszerowaliśmy w kierunku hali wystawowej. Trochę spokornieliśmy i zachowywaliśmy się teraz bez zarzutu. Nasza pani nie zdołała poznać winnego wydarzenia w pociągu i wobec tego ogłosiła nam swój werdykt. Nikt z nas nie ma prawa wejść do samolotu, do łodzi podwodnej, ani do czołgu. Mogliśmy wszystko oglądać tylko z zewnątrz, z bardzo bliska i nawet dotykać. Gdy nie było pani w pobliżu, Józik powiedział nam, że i tak by do niczego nie wchodził, bo jego najstarszy brat spalił się w czołgu na froncie w Rosji. Mnie żal było tej łodzi podwodnej, ale pocieszałem się, że nie było tam zbyt dużo do zwiedzania, bo wystawiono tylko wnętrze wieży łodzi z peryskopem, przez który można było oglądać namalowany na panoramie aliancki konwój z palącymi się statkami trafionymi torpedami. Do dwuosobowego samolotu zwiadowczego Fieseler Storch była i tak bardzo długa kolejka chętnych do wejścia do kabiny. Moje zwiedzanie było więc bardzo pobieżne, bo tak naprawdę, to nie marzyłem nigdy o tym, by zostać żołnierzem. Miałem nadzieję, że nim dorosnę, wojna się skończy, Niemcy z Rosją się nawzajem wykończą, jak mawiał mój dziadek. Czytał mi o tym z przepowiedni, gdzie było i o Wernyhorze, o tym jak znowu powstanie Polska od morza do morza.

Z zadanego wypracowania wybrnąłem po swojemu, bo napisałem że chciałbym pójść do orkiestry wojskowej. Mógłbym być też wojskowym sprawozdawcą malującym czy rysującym sceny z walk jak Matejko, ale nie ten nasz od Bitwy pod Grunwaldem. To był Theo Matejko, którego prace podziwiałem w niemieckich tygodnikach ilustrowanych. Moja nauczycielka potraktowała to poważnie, bo wiedziała że gram na skrzypcach i interesowała się moimi kolorowymi obrazkami rysowanymi kredkami świecowymi. Nikt z moich kolegów z owego przedziału nie wybrał w wypracowaniu tych specjalnych broni. Jakieś mało bojowe były te wybory, bo ktoś chciał być kucharzem, ktoś powozić końmi, byli chętni by zostać sanitariuszami, a jeden chciał nawet zostać kapłanem polowym. Ktoś napisał, że chce zostać maszynistą w pociągu pancernym. Musiał to być z pewnością Józik, bo potrafił już dobrze hamować. Więcej sankcji po wycieczce nie było, również żadnych indywidualnych kar, bo pozostaliśmy wtedy solidarni.


11.11.2009.

Pierwsze skrzypce

Pierwsze skrzypce


Do tej pory pamiętałem bardziej, jak doszło do tego, że zacząłem rysować, co stało się moją pierwszą dziecięcą pasją. Później przypomniałem sobie, jak to z muzyką było. Przed wojną pojawiali się na naszej ulicy co jakiś czas haderloki. Tak nazywano ludzi, którzy posuwali się powoli ze swym wózkiem ręcznym do którego zbierali stare szmaty, i inne odpady, dzisiejsze surowce wtórne. Haderlok najczęściej wołał z daleka: szmaaaty, szmatyyy. Wygrywał też na drewnianej piszczałce jakąś prostą melodię, którą znaliśmy już wcześniej i zaraz prosiliśmy w domu rodziców o niepotrzebne papiery, szmaty, czy resztki metalowe, za które potem dostawaliśmy taki drobiazg, jak balonik, gwizdek z gliny, czy inną bardzo prostą zabawkę. My dzieci woleliśmy sami przynosić te odpady, bo dorosłe osoby nie wymieniłyby niczego dla nas, a wolały wziąć od haderloka coś praktycznego, jak kilka Igieł, naparstek czy szpendliki ( szpilki). Kiedyś przyjechał haderlok z wozem zaprzęgniętym w osła i miał wystawione o wiele ciekawsze, bardziej atrakcyjne wymienne prezenty za większe ilości makulatury, czy metalowych odpadów. Na furmance były zawieszone kolorowo pomalowane skrzypeczki z blachy, które miały nawet naciągnięte struny z drutu. Haderlok brał je od czasu do czasu do ręki i jakimś prostym niby smyczkiem przeciągał po ich strunach. Wydobywał się z nich jakiś strasznie skrzypiący dźwięk. To mnie nie przerażało, bo gdy czasem próbowałem przeciągnąć smyczkiem po skrzypcach taty, to też nie lepiej skrzypiały. Koniecznie chciałem od mamy dużo szmat, bo miały zostać zważone na wadze haderloka, żeby dostać ten trochę lepszy prezent niż zwykły gwizdek za jedną większą szmatę. Niestety, tych szmat nie wystarczało przy ważeniu, więc tych skrzypiec nie dostałem. Wtedy żyliśmy oszczędnie, nawet używanej odzieży nie wyrzucano zbyt szybko. Stare, zużyte rzeczy miały jeszcze jakąś wartość, ciągle się do czegoś przydawały. Za te szmaty, których miałem za mało na skrzypeczki, mama dostała naparstek i trochę igieł. Ja zaś chodziłem bardzo zapłakany aż do powrotu taty z pracy. Mama opowiedziała tacie o powodzie mojego wielkiego zmartwienia. Tata mi przyrzekł, że na moje piąte urodziny dostanę skrzypce połówki, w sam raz dla mnie. To mnie nie uspokoiło i zacząłem na nowo płakać i krzyczeć, że nie chcę połowy skrzypiec ,bo jak będę mógł na nich grać, gdy nie będą całe. Tata mi musiał długo tłumaczyć na przykładzie swoich skrzypiec, że te polówki, to tak naprawdę też całe skrzypce, tylko prawie o połowę mniejsze od tych taty. Będą wyglądać jak prawdziwe, mieć taki sam dźwięk jak te taty. Tata będzie mnie na nich uczył grać z nut. W dniu moich urodzin tata przyszedł z pracy do domu z takim samym futerałem w jakim przechowywał swoje skrzypce. Gdy go otworzył, zobaczyłem w nim skrzypce podobne do tych taty, tylko dużo mniejsze. Pierwsze dźwięki jakie z nich wydobywałem, nie różniły się wcale od tych, które wydawały te skrzypeczki haderloka.


***

Pierwszy śnieg i ptaki

Pierwszy śnieg i ptaki


Tego roku spadł pierwszy śnieg wcześniej niż zwykle, już pod koniec października. Na ugorach niedaleko mego domu zebrało się duże stado wron. Kulejąca blondynka wyprowadzała swego doga, który się wyrwał i pogonił ku wronom. Te wzbiły się błyskawicznie w górę, krakały trochę i wszystkie poleciały gromadnie w prawo, a tylko jedna indywidualistka skręciła w lewo. Ta krakała najgłośniej. Zwykle wrony przylatują do nas koło pierwszego listopada. Nigdy nie udało mi się zobaczyć nadlatującego stada. Zazwyczaj były już rano i szperały w trawie wokół domów na osiedlu. Może szybciej nadejdą mrozy i zima będzie bardziej dotkliwa niż zwykle? Śnieg zaczął powoli topnieć, bo ziemia nie była jeszcze zmarznięta. Pojawiały się większe i mniejsze łaty brunatnej trawy. Najszybciej tam, gdzie pod trawnikiem w ziemi były rury centralnego ogrzewania.

Sroki przebywają u nas przez cały rok. Ostatnio bardzo się rozmnożyły. Są nieprzejednanymi wrogami mniejszych ptaków, takich jak wróble, czy szpaki i mają na sumieniu sporo piskląt tychże. Choć wydają się elegantsze, nawet dostojne w swym czarno białym upierzeniu z domieszką błękitu, to wolę wrony. Są mniej krzykliwe i nie napadają na pisklęta innych ptaków, których właściwie nie ma o tej porze.

W czasie wojny byłem na wsi u rodziny, gdzie poczęstowano mnie rosołem i przyznaję, że smakował mi jak każdy rosół z kury. Jadłem go z nimi, dopóty nie dowiedziałem się, że to z wrony. Okazało się, że wrony mają całkiem smaczne mięso, tylko trzeba je dłużej gotować. Ponieważ ów kuzyn pokazał mi wcześniej jak się łapie wrony, a niechcący mu w tym pomagałem, moja niechęć do spożywania tych ptaków była tym większa. Mój współudział w polowaniu na wrony polegał na tym, że przynosiłem kuzynowi z pobliskiej budowy cegły na pole. Kuzyn ustawiał z nich czworobok, piątą cegłę ustawiał skośnie na górze i była wsparta konstrukcją z patyków, na których była doczepiona przynęta. Te bywały różne, jakieś resztki jedzenia, czy nawet kawałek kartofla. Wrona wchodziła na dół do ceglanej klatki, naruszała równowagę skośnej cegły nad nią i ta spadała na wronę. Wrona była złapana i nie zastanawiałem się nad tym, jaki był dalszy ciąg jej losu. Kuzyn przynosił czasem kilka zamarzniętych wron, tak jak myśliwy wiązkę upolowanych kuropatw. U kuzyna nie wszyscy otrzymywali przydziały kartkowe na mięso, więc upolowane wrony musiały uzupełnić te przydziały. Nigdy potem nie zachodziłem do mego kuzyna zimą w porze obiadowej, bo nie chciałem, by mnie zapraszano na dobry rosół.


Rosoły miały u mnie to do siebie, że nie zawsze ich smak decydował o ich spożywaniu. Jakiś czas później, a było to też w czasie wojny, pojechałem do innej cioci na wieś po jarzyny i owoce. Ciocia wymyśliła, by ugotować kurę na obiad. Nikogo z dorosłych mężczyzn nie było w domu, a ciocia już złapała młodego koguta przeznaczonego do garnka. Zwróciła się do mnie, czy nie obciąłbym mu głowy. Siekiera jest dobrze naostrzona i leży w szopie, gdzie też jest gnotek (drewniany pień) do rąbania drewna. Ciocia powiedziała do mnie: „ U was też ojca teraz nie ma, bo na wojnie, to chyba ty to już potrafisz zrobić. Oskubać koguta nie musisz, to zrobię sobie sama.”

Nie przyznałem się, że jeszcze nigdy nie spełniałem roli ptasiego kata. Wziąłem koguta i wszedłem do szopy by dokonać dzieła. Udało mi się to za pierwszym uderzeniem siekiery, głowa koguta spadła na ziemię, a ja zadowolony położyłem ptaka na pieniek. Bezgłowy ptak zatrzepotał nagle skrzydłami i wyfrunął przez pozostawione otwarte drzwi szopy. Przeleciał nad płotem nad rosnące za nim żyto. Krzyczałem coś głośno z przerażenia, byłem pobryzgany krwią i tak mnie zobaczyła ciocia. Powiedziała mi: „Zabitą kurę, a zwłaszcza koguta trzeba zawsze jakiś czas przytrzymać, aż życie z niego ujdzie całkowicie. Widzę, że to twój pierwszy raz, a teraz idź i poszukaj koguta w zbożu”. Z tym nie było trudności, bo tryskająca krew pozostawiła ślady na kłosach i szybko znalazłem już całkiem martwego koguta. Ciocia zabrała się zaraz do dalszej obróbki ptaka, bo chciała mnie poczęstować dobrym rosołem, ale ja zacząłem się wymawiać, że się spieszę do pociągu, bo wiedziałem, że i tak nie przełknąłbym łyżki tego rosołu z koguta. Ciocia wzięła moja okrwawioną koszulę i dała mi inną wujka. Gdy wróciłem do domu, mama dziwiła się, czemu mam zmienioną, nie swoją koszulę. Powiedziałem mamie, że musiałem cioci coś siekierą urąbać i ubrudziłem koszulę. Po tę swoją koszulę miałem niedługo potem pojechać do cioci i zrobiłem to w piątek, ponieważ wiedziałem, że u cioci w ten dzień nie jedzą mięsa na obiad i na pewno tym razem kury nie będzie.

Zastanawiałem się kiedyś, czemu tak często na swoich obrazach malowałem jakieś ptaki, ale nigdy koguta, ani wrony. Chyba już wiem.


Katowice 23.08.2014.

po wkroczeniu Rosjan w 1945

Po wkroczeniu Rosjan w 1945



Wspominałem już o „wyzwalających” nas Rosjanach i o tym, że właściwie to nawet na nich czekałem: na tę powszechną oświatę, dostęp do bezpłatnych szkół średnich i wyższych. W te inne dobrodziejstwa socjalizmu nie wierzyłem, bo już sporo czytałem na ten temat w przedwojennych tygodnikach katolickich. O tym, jak w tym „raju na wschodzie” jest naprawdę. Rok 1945 był dla nas bardzo trudny. Mama ledwo wiązała koniec z końcem, były trudności ze zdobyciem żywności. Dzięki pomocy rodziny i innych życzliwych nam osób, nie głodowaliśmy jednak. Było jednak więcej niż skromnie. Często jako najstarszy wyjeżdżałem do tej, czy tamtej cioci, aby coś z darowanych nam artykułów żywnościowych przywieść do domu. Bywało, że wpadałem i do babci, czy któreś z cioć, aby się po prostu dobrze najeść. Ciocia Melania posiadała własny dom w Niedobczycach, tuż przy drodze „na Wypandów”. U niej przebywali często po wojnie Rosjanie na kwaterze. Kiedyś udało się cioci schować dla mnie farby, używane przez żołnierzy dla celów propagandowych. Był to cały karton zdobycznych temper w tubach, marki Pelikan. Ten bardzo duży zestaw kolorów, wprawił mnie w euforię. Miałem czym malować! Powstał tylko problem na czym. Wpadłem na pomysł, aby wykorzystać do tego okładki z wyrzucanych książek niemieckich z mieszkania po powiatowym przywódcy H.J., który mieszkał w sąsiedztwie. Wiele albumów większego formatu było rozrzuconych pod oknami. Te propagandowe wydania miały wspaniałe oprawy płócienne i na nich mogłem namalować moje pierwsze „obrazy na płótnie”. Nie były to co prawda farby olejne, ale mogłem kolory nakładać dosyć grubo. Niektóre potem szybko pękały, albo farba się kruszyła i odpadała. Do dziś nic nie pozostało mi z tego malowania. Była to jednak radość z „prawdziwego malowania na płótnie”.


**************


Podobny, choć znacznie mniejszy komplet farb Pelikanów miał mój niemiecki kolega Wolfgang w Oberschule, gdzie zawsze konkurowaliśmy między sobą w malowaniu. Nasze prace oceniał profesor, artysta malarz. Wolfganga obrazki były kolorowe, malowane nieosiągalnymi dla mnie wtedy Pelikanami, a ja rysowałem tylko jakieś ołówkowe impresje nie oglądanych nigdy na żywo pejzaży tatrzańskich. On malował sceny batalistyczne z rosyjskiego frontu, z dzielnymi niemieckimi żołnierzami, obrzucającymi granatami rosyjski czołg na tle palących się drewnianych chat. Tylko my dwaj w klasie otrzymywaliśmy zawsze najlepsze oceny.

Wofgang nie został artystą plastykiem tak jak jego brat, a wybitnym niemieckim profesorem i naukowcem w dziedzinie biologii. Po latach, gdy o naszym malowaniu szkolnym rozmawialiśmy, było mu trochę głupio. Do Rosjan czuł teraz dużą sympatię, bo nie miał z nimi w czasie działań wojennych takich kontaktów, jak wielu Niemców na Śląsku w 1945. Jego rodzina zdążyła jeszcze przedtem wyjechać na zachód. My, których Rosjanie „wyzwalali”, mieliśmy nienajlepsze doświadczenia z nimi.



**********


Zaraz po wkroczeniu Rosjan na Emę (do Radlina) 27 marca 1945, rozeszła się wiadomość, że w magazynie szlafhauzu jest żywność. Poleciałem tam i ja. Udało mi się zdobyć duży połeć słoniny, który przerzuciłem przez ramię i zaniosłem do mieszkania cioci Marii, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Po chwili wróciłem tam ponownie. Budynek ten był mi doskonale znany jeszcze z przed wojny, z czasów pobytów wakacyjnych u babci i dziadka, gdzie wtedy mieszkali. W czasie penetracji w jednym z pomieszczeń, gdzie parę dni temu byli jeszcze zakwaterowani ukraińscy i rosyjscy pracownicy przymusowi, odkryłem urzekające malowidło. Na ścianie, naprzeciw piętrowych łóżek, rozpościerał się namalowany pejzaż nadmorski z egzotyczną roślinnością. Byłem zauroczony tym malowidłem. Wtedy nie wiedziałem, co ono przedstawia. Dopiero po latach domyśliłem się, że był to pejzaż z Gruzji, namalowany przez jakiegoś gruzińskiego malarza zabranego przymusowo na roboty, który tak tęsknił za swoją słoneczną ojczyzną, że ją sobie tu na ścianie wyczarował. To był pierwszy fresk , jaki w życiu z bliska zobaczyłem. Malowidło ścienne, które przypominało zmęczonym pracą w kopalni współtowarzyszom malarza daleką ojczyznę.

Czy malarz zdołał jeszcze swoją Gruzję zobaczyć, nie wiem, bo Stalin takich jak on, co pracowali dla Niemców, czy byli w niewoli, wysyłał potem na Sybir. Polscy turyści mogli parę lat po wojnie podziwiać na wczasach te urocze kurorty nad Morzem Czarnym.


Wkrótce zaczęliśmy poznawać filmy radzieckie. Miały nas „uczyć, kształcić, bawić i wychowywać” na wzór radzieckiego człowieka. My jednak zaczęliśmy spoglądać cynicznie na radzieckie osiągnięcia i zadawaliśmy na lekcjach rosyjskiego pytania typu, czy są w Z.S.R.R. fabryki pomarańcz? Co zawdzięczamy skrzyżowaniom Miczurina? Popularny był dowcip, że skrzyżował psa z jabłonką i wtedy nikt nie kradł jabłek, gdyż drzewko samo szczekało i nie trzeba było go podlewać, bo podlewało się samo.

Zdarzały się też filmy, które mnie wtedy urzekały, jak „Pieśń tajgi”. Wspaniałe pejzaże syberyjsko nadbajkalskie z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Ten film zasłynął też słynną balladą bajkalską: „Bradjaga...” Jakoś nie zdarzyło się, żeby ten film wrócił kiedykolwiek na ekrany. Poprosiłem po wielu latach kolegę o przywiezienie mi tego filmu z Rosji. Zobaczyłem po ponad pół wieku coś, co okazało się ckliwym produkcyjniakiem propagandowym. Lenin miał rację, film to opium dla mas.

Języka rosyjskiego nigdy ani trochę nie opanowałem, bo mieliśmy coraz bardziej niechętny stosunek do wszystkiego, co rosyjskie. Zapamiętałem te zdania, których mnie od razu po wkroczeniu do nas Rosjanie nauczyli: Dawaj posmotrić czasy, co znaczyło tyle co: pokaż zegarek i już go nie miałeś, bo sołdat go już odtąd sam oglądał. Miałem w klasie dwie koleżanki, które były prymuskami z języka rosyjskiego. Nauczyły się go w dalekim, nieludzkim kraju, dokąd ich rodziny wywieziono zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodzie Polski w 1939 roku. Od nich dowiadywałem się, jak takie wywózki wyglądały i ile tygodni taki transport trwał, zanim dotarły do miejsca zsyłki i jak tam było.

Później nadszedł czas, gdy przydałaby się znajomość języka Puszkina, bo radzieckie książki, a zwłaszcza interesujące mnie albumy z malarstwem były szalenie tanie i właściwie jedynie takie były na naszym rynku dostępne. Dzięki nim można było poznać zbiory światowego malarstwa z galerii rosyjskich. Interesowały mnie głównie wielkie dzieła francuskich impresjonistów, które były przez okres socrealizmu nie udostępniane w galeriach. Wtedy, gdy chciałem przeczytać podpisy pod reprodukcjami, dukałem sromotnie czytając nie przyswojone sobie w szkole rosyjskie bukwy. Dziś już wiem, że nie wszystko, co rosyjskie, czy niemieckie jest zawsze złe.


Katowice, luty 2005

Początek wojny

Początek wojny



Miesiąc był upalny, często burzliwy, ale nie burze zagrażały nam tak, jak burzliwe wydarzenia w polityce. Wydawałoby się, że w moim wieku nie byłem w stanie zbyt wiele zrozumieć. Od pierwszego września miałem pójść do drugiej klasy szkoły powszechnej, jak się wtedy szkoła podstawowa nazywała. Jak na mój wiek, byłem już nieco oczytany. Swoją wiedzę czerpałem z Tygodnika Katolickiego, ale zawsze z pewnym opóźnieniem, bo były to już przeczytane egzemplarze naszych sąsiadów, państwa Brodalów. Prenumerowali ten właśnie poznański tygodnik, bo sami przybyli na Śląsk z Poznańskiego. Rodzice kupowali też bardzo popularną gazetę codzienną SIEDEM GROSZY, choć dziennik tę cenę już dawno przekroczył. Mnie najbardziej interesowały w tej gazecie historyjki obrazkowe o Froncku bezrobotnym

Innym źródłem informacji była przyjaciółka naszej mamy, pani Spryszowa, trochę przyszywana ciocia, bo była chrzestną matką mego brata Bolka. Pan Sprysz był urzędnikiem magistrackim, stąd to jej dobre poinformowanie. Były też wiadomości od jej rodziny, mieszkającej po niemieckiej stronie w Zabrzu, czyli ówczesnym Hindenburgu, jak to miasto na początku lat dwudziestych przechrzczono. Nieoficjalne wiadomości z jednej i drugiej strony granicy mówiły o grożącej wojnie, podobnie jak i wszystkie oficjalne wiadomości. O tym mówił mi i nasz dziadek Jan, który później został przez Niemców zamordowany w obozie koncentracyjnym w Dachau. Wieści były zawsze nieco spóźnione, więc wojna nadchodziła do Rybnika jakby z małym opóźnieniem.

Miesiąc się kończył, zbliżały się urodziny mego brata Bolka. To w piątek 31 sierpnia. U rodziców zauważyłem większą nerwowość niż zwykle. Oni przeżyli już jedną wojnę, tę pierwszą światową w Niemczech, w Westfalii, gdzie się urodzili. W trakcie tamtej wojny poznali wielki głód i jej okrucieństwa. Tu z Rybnika, gdzie mieszkaliśmy, było zaledwie kilkanaście kilometrów do granicy niemieckiej. Najbardziej bali się rodzice ataków gazowych, w czym utwierdzał ich nasz gospodarz pan J. który spędził sporo czasu w poprzedniej wojnie w okopach nad Sommą we Francji, gdzie ataki gazowe czyniły wielkie spustoszenie pośród żołnierzy obu stron.

Syn naszych gospodarzy Ryszard, odbywał służbę wojskową w 1939 w oddziałach podhalańskich na wschodnich rubieżach RP. Gdy przyjechał na urlop opowiadał o niepokojach i zbrojnych zatargach tam na wschodzie z Ukraińcami. Ci zaczęli myśleć o odłączeniu się od Rosji Sowieckiej i utworzeniu niepodległej Ukrainy także na części ziem polskich. Liczyli w tym na pomoc Niemców. W czasie swego urlopu wczesnym latem zbudował na naleganie swego ojca szczelne drzwi wejściowe do piwnicy, która miała być naszym schronem w razie ataku gazowego. Zrobił to bardzo fachowo, bo był z zawodu stolarzem. Sam też był przekonany o tym, że niedługo wybuchnie wojna. Na początku sierpnia żołnierze z 1. batalionu 75 pułku piechoty, który stacjonował w koszarach przy ul. Gliwickiej rozpoczęli kopanie umocnień na ugorach za naszym ogrodem i polem naszego gospodarza. Powstały tam okopy, które były usytuowane na północ, w kierunku lasu i rzeki Rudy, w kierunku Gliwic. Stamtąd spodziewano się ewentualnego niemieckiego ataku. Nad lasem ukazywały się często niemieckie balony na uwięzi podobne do Zeppelina, z których Niemcy najwyraźniej wszystko obserwowali, co dzieje się po polskiej stronie.

Dziś można by określić te wiadomości, które przekazywała pani Spryszowa naszym rodzicom za bardzo defetystyczne. Były to wieści powtarzane przez jej rodzinę, mieszkającą po niemieckiej stronie w Zabrzu. Kilku mężczyzn z jej rodziny powołano już do wojska. Niemiecka propaganda liczyła na to, że jej treści będą przekazywane dalej i dotrą na polską stronę. Nastąpiło wielkie nagromadzenie wojsk niemieckich wzdłuż całej śląskiej granicy. Mówiło się, że ta siła pozwoli już w pierwszym dniu walki zająć cały Śląsk. Wszystko to wpływało na to, że rodzice byli mocno zaniepokojeni.

Ja byłem przez mego dziadka Jana, powstańca śląskiego nastawiony bardzo hurra patriotycznie. W tym roku także przez część wakacji przebywałem w Biertułtowach, czyli na Emie u dziadków. Dziadek zabierał mnie na długie spacery, w trakcie których przekonywał mnie, a może bardziej siebie samego o sile naszego oręża w myśl głoszonych haseł, że JESTEŚMY SILNI, ZWARCI I GOTOWI i że NIE ODDAMY ANI GUZIKA. Dziadek był pod wpływem naszej oficjalnej propagandy, a ja byłem odbiorcą jego antyniemieckich poglądów.

W Bolka urodziny, a był to dla mnie ostatni dzień wakacji i byłem przekonany, że jutro czyli 1. września pójdę do szkoły, do drugiej klasy, na co się już bardzo cieszyłem. Nowe podręczniki już czytałem i znałem, bo je pożyczałem od starszego o rok kolegi. Urodziny były dość skromne, przyszła tylko pani Spryszowa, matka chrzestna Bolka. Nikogo z kolegów Bolka nie było, bo mama była bardzo zajęta opieką nad zaledwie półtora roczną Małgosią i jakąś dla mnie niezrozumiałą krzątaniną. Mama myślała inaczej niż ja o nadchodzącej wojnie, bo wieści o niej nasilały się coraz mocniej, była już mowa o mobilizacji, o potyczkach nad granicą. Nie zwracałem uwagi na to, co mówiła pani Spryszowa, bo bardziej ufałem dziadkowi. Nie siedzieliśmy z Bolkiem w domu aby świętować jego urodziny, tylko szybko wybiegliśmy na podwórze pobawić się nową zabawką, jaką dostał od swej chrzestnej.

Przy okopach nie widzieliśmy dziś żadnych żołnierzy, tylko starszych chłopców, którzy próbowali skoków przez okopy. Nasz sąsiad krzyczał na nich, że zasypią okopy i żołnierze nie będą mieli gdzie nas obronić. Dla nas wojna była jeszcze gdzieś daleko. W pokoju sypialnym tata ćwiczył jak zwykle jakieś marszowe melodie na rogu. Przygotowywał się, bo orkiestra dęta szpitala, gdzie pracował, miała mieć jakieś nowe występy z okazji nadchodzących uroczystości. Wydawało mi się, że tata mniej się wojną przejmował niż mama.

Gdy z Bolkiem wróciliśmy do domu, zastaliśmy mamę kończącą pakowanie się jak na większy wyjazd. Nawet mój szkolny tornister mama zarekwirowała i był spakowany jak na jakąś długą wycieczkę. To mnie wprowadziło w stan krnąbrnego zachowania, bo ja nie kwapiłem się do żadnej wojennej ucieczki. Byłem nastawiony na jutrzejsze pójście do szkoły.

Jak się niedługo okazało, nie było ani wycieczki, ani ucieczki. Tata mniej się wypowiadał na temat wojny, był raczej małomówny z natury. Codziennie, w drodze do szpitala widział co dzieje w koszarach, na razie nie zauważył niczego, co mogłoby świadczyć o szybkim wybuchu wojny. Budynki koszar przylegały do pawilonów Szpitala Psychiatrycznego w Rybniku, a właściwe były nawet dawniej jego częścią. Tata uspakajał mamę, że nic złego się nie dzieje. Przekonywał mamę, że nie trzeba uciekać do rodziny do Biertułtów, czy Niedobczyc.

Przy naszej ulicy Wodnej, gdzie było blisko rzek i lasu, nie działo się nic nadzwyczajnego. My chłopcy graliśmy w swoje gry, czy to w piłkę nożną, klipę czy w palanta. Mężczyźni wychodzili do pracy, kobiety jeszcze dziś wyszły do lasu na grzyby, czy brusznice. Tak toczyło się życie ludzi, którzy o wojnie woleli nie myśleć, sądząc widocznie, że przez to nie nadejdzie.

Co prawda kolejarze z naszej ulicy mówili, że więcej ludzi niż zwykle wyjeżdża z wielkimi tobołami, choć to już koniec wakacji. Na naszej ulicy nie było wielu osób, które posiadały radia, czy abonowały gazety. niedzielę Gość Niedzielny, nabywany w niedzielę w kościele był głównym źródłem informacji. Kontakty z rodziną na Emie, gdzie posiadali radio też były rzadkie, raczej od święta. Nikt nie posiadał telefonu. Tu na ul. Wodnej nie odczuwało się gorączki wojennej, na pewno mniej, niż w samym mieście. Mieszkaliśmy przecież w ostatnim domu przy naszej ulicy Wodnej, na granicy miasta, blisko lasu. Mnie najbardziej interesowało, czy jutro będę mógł zacząć nowy rok szkolny w drugiej klasie.


1.września obudziłem się wyjątkowo wcześnie, gdy mama szykowała tacie śniadanie. Tata wyjeżdżał do pracy rowerem na godzinę 6.00. Teraz było już po 5.00. Rodzice byli trochę zaniepokojeni i często wyglądali z okna sypialni, bo słychać było od strony Wielopola i lasu dalekie wybuchy. Tymczasem były one jeszcze dość głuche, podobne do odległej burzy. Od jakieś chwili stały się wyraźniejsze, jakby bliższe i dochodziły gdzieś od strony kąpieliska Rudy. Od czasu do czasu już coś zabłysło. Mama chciała teraz młodsze rodzeństwo budzić, aby zejść do schronu, ale tata uspokajał, że to może jakieś niemieckie manewry nad granicą. Ja pozostałem przy oknie, podczas gdy tata szykował się do wyjścia do pracy. W pewnym momencie zobaczyłem samolot bardzo nisko lecący w rejonie ulicy Gliwickiej, a potem zaraz silne wybuchy. Domyśliłem się, że to bomby, bo samolot był nad naszym terenem i na pewno był niemiecki. Potem zaraz nastąpił silniejszy wybuch. Później okazało się, że nasi żołnierze wysadzili most nad rzeką Rudą, aby uniemożliwić wjazd niemieckich czołgów od strony Gliwic. Tata już jakiś czas temu odjechał na rowerze do służby w szpitalu, obok koszar, gdzie chyba już trwała wojna. Dziś rano mama prosiła bardzo tatę, aby nie szedł do pracy, ale tata powiedział, ze musi do służby, bo chorzy czekają. Zaraz obudziła Małgosię, ubrała ją i zeszliśmy na dół do sieni, gdzie była już nasza gospodyni pani Jaroszowa ze Stefą, jej nieco starszą ode mnie córką. Mama nie pozwoliła mi już przyglądać się przez okno w sypialni wojnie toczącej się tam w okolicach stadionu przy ul. Gliwickiej. To była teraz prawdziwa wojna, choć dla mnie jak dotąd tylko ciekawe, nieznane mi jeszcze okrutne widowisko. Pani Jaroszowa ze Stefą i mama z naszą trójką tkwiliśmy na dole w sieni, nie zdecydowani jeszcze, czy zejść już do piwnicy, do schronu. W pewnym momencie domyśliłem się, że teraz to już prawdziwy front się przybliża, bo słychać było gdzieś blisko karabin maszynowy. Wcześnie rano było jeszcze pochmurnie, trochę mgły, ale zwolna się wypogodziło i zaczęło świecić wrześniowe słońce. Nagle usłyszeliśmy stukot kroków podbitych butów wojskowych. Jeszcze nie wiedzieliśmy którzy to, Polacy, czy już Niemcy? Usłyszeliśmy bliskie strzały i warkot samolotu. To byli polscy żołnierze. Wpadli zziajani do nas do sieni, jakby chcieli się u nas schować. Niektórzy mieli broń, inni byli niekompletnie umundurowani i bez broni, bez hełmów. Zachowywali się bardzo nerwowo, widać było, że są głodni bo kilku z nich zaczęło zrywać winogrona rosnące na ścianie domu naszych gospodarzy. W tym roku były wyjątkowo dorodne i wcześnie dojrzewały. Zapytałem jednego z żołnierzy, czy teraz pójdą do okopów bronić nas przed Niemcami. Odpowiedział mi że nie, że się wycofują, bo Rybnik jest już prawie całkowicie w rękach Niemców. Któryś powiedział, że Niemcy mogą być blisko. Muszą się wycofywać na wschód w kierunku Żor, gdzie może uda się zatrzymać front. Żołnierze sięgali chciwie po winogrona, które pozrywali i wyglądało na to, że było to ich śniadanie na pierwszy dzień wojny. Na podwórzu mieliśmy studnię i żołnierze nabrali wody, którą pospiesznie popijali i nabierali na zapas do manierek. Po chwili wybiegli poprzez ogród w kierunku Paruszowca. Oni uciekali! To byli ci sami żołnierze, których zawsze podziwiałem gdy w paradnym szyku maszerowali na defiladach, czy stali w szeregu ze sztandarem podczas sumy przed wejściem do kościoła św. Antoniego. Miałem nadzieję, że zobaczę jak będą dzielnie walczyć w okopach za naszym domem. Byłem rozczarowany. Dziadek nie miał racji. Nie wiedziałem, że teraz o tej porze też już uciekał na wschód. Wybuchów było coraz więcej, nie wiedzieliśmy, czy zejść do piwnicy czy nie, czy należy się chronić przed gazem. Ja wychodziłem od czasu do czasu na podwórze, rozglądałem się, ale przy okopach nie było widać żadnych żołnierzy. Nie pojawili się, aby od tej strony bronić Rybnika, nas.


Siedzieliśmy już od jakiegoś czasu w sieni. Pana Jarosza nie było, bo od wczoraj miał służbę gdzieś na trasie jako kierownik pociągu i dotąd nie wrócił. Pani Jaroszowa ze Stefą i moją mamą zaczęły się głośno modlić. Po chwili usłyszałem pomruk samolotów, które bardzo szybko nadlatywały od strony lasu. Leciały bardzo nisko i zbliżały się z coraz silniejszym rykiem. Było ich kilka. Nie miały na skrzydłach biało czerwonych szachownic, a czarne krzyże. Wiedziałem już, że to Niemcy i bardzo się przeraziłem. Jeden leciał szczególnie nisko, tak że zobaczyłem w kabinie twarz pilota. Bałem się, że teraz będzie strzelał, czy może zrzuci bombę. Nim o tym pomyślałem, był już daleko i pomachał skrzydłami. Był to przyjazny gest. Gdy po chwili wszystko się uspokoiło, wyszedłem na ulicę i zobaczyłem na dwu domach naszych niemieckich sąsiadów flagi z hitlerowską swastyką. Pewno dlatego nikt nas nie atakował.

Ta oczekiwana od jakiegoś czasu wojna dotarła szybciej, niż myśleliśmy. Było już dawno po godzinie ósmej i domyśliłem się, że chyba do szkoły dziś już nie pójdę.

Tata wrócił z pracy dużo później niż zwykle. Opowiadał, że miał wielkie szczęście, bo słyszał blisko siebie świst kul, które go jednak nie drasnęły. Gdy wracał z pracy, zobaczył jak Niemcy zajmują opuszczone polskie koszary. Szpital również wszedł w niemieckie posiadanie, już pojawili się nowi zarządcy. Niektórzy psychicznie chorzy nigdy nie pojęli już, że coś się zmieniło, że istnieją wojny, bo oni żyli w swoim odmiennym świecie, gdzie wszystko bywa inne, inaczej pojmowane. Wielu chorych wojny nie przeżyło, gdyż zostali przez niemieckich lekarzy zaliczeni do osób o małej wartości biologicznej i wywieziono ich, aby przeprowadzić na nich tak zwaną eksterminację biologiczną, czyli dostawali śmiertelne zastrzyki trucizny. Następnego dnia wrócił pan Jarosz, zdrowy i szczęśliwy do domu. Nie miał już na czapce kolejarskiego munduru polskiego orzełka, zdjął go na polecenie Niemców. W domu przechowywał jeszcze tę dawną oznakę, gdy był w niemieckim wojsku podczas pierwszej wojny światowej. To jednak nie był orzełek ze swastyką, więc ta oznaka się teraz też nie nadawała do noszenia, mimo że niemiecka, bo nie hitlerowska. Polskiego orzełka też przechowywał aż do zakończenia wojny. Potem również i tego nie mógł nosić, bo te nowe ludowe orły nie miały już korony. Przechowywał go dalej, ale gdy po zmianach ustrojowych można było takie orzełki z koroną nosić na czapkach, nasz gospodarz pan Jarosz już nie żył.

Nasi sąsiedzi, którzy tak gorliwie witali wkraczających Niemców na Śląsk uciekli pod koniec 1944 roku już na stałe z Rybnika i nigdy tutaj nie wrócili. Mój dziadek po powrocie ze swojej ucieczki na wschód został natychmiast przez Niemców aresztowany i umieszczony w obozie koncentracyjnym w Dachau, skąd też już nie wrócił, bo został zagazowany.



W Katowicach w 2009 r.

Pod koniec wojny

Pod koniec wojny

Rok 1944 miał się ku końcowi. W Oberschule nie mieliśmy już lekcji szkolnych, skończyły się bez żadnych zapowiedzi z dnia na dzień tuż pod koniec tego roku, jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Od wschodu zbliżał się front. Z nasłuchu w radiu o ograniczonym zasięgu odbioru, jakie posiadaliśmy (Volksempfänger), można już było odebrać amerykańską stację radiową Soldatensender West, która nadawała z terenu Francji w pobliżu niemieckiej granicy. Odbiór BBC z Londynu był gorszy. Dochodził też bardzo słaby sygnał polskiej stacji z zajętego przez Rosjan Lublina. Ten mały odbiornik niemiecki był dla kamuflażu, bo mieliśmy wysoką i długą antenę, aby móc odbierać Londyn na ukrytym dużym odbiorniku radiowym, który tata przechowywał w piecu kaflowym. Tak przechowywaliśmy wspaniałe radio marki Philips. Należało ono przed wojną do dziadka Jana, który zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau. Byłem dobrze poinformowany o sytuacji na frontach. W moim atlasie szkolnym zaznaczałem miejscowości zajęte przez Rosjan, którzy byli już w Prusach Wschodnich, ale ciągle jeszcze stali przed Warszawą, czekając aż się powstańcy wykrwawią. Niedługo potem przekroczyli Wisłę pod Sandomierzem i zbliżali się w kierunku Krakowa. Niemcy, którzy przybyli na Górny Śląsk w celu pełnienia misji urzędniczych i zarządzających, zaczęli szybko opuszczać nasz teren. Pociągi na zachód były teraz bardzo przepełnione uciekinierami. Z kilku domów na naszej ulicy wyjechali także i ci niemieccy sąsiedzi, którzy 1 września 1939 witali wkraczających Niemców hitlerowskimi flagami. W Rybniku żyło przed wojną wielu Niemców. Istniała tu wtedy niemiecka szkoła podstawowa i średnia. Widocznie uznali, że niedługo wkroczą Rosjanie i pełni lęku zostawiali prawie wszystko, co posiadali, byle wydostać się stąd w głąb Niemiec.

My wolelibyśmy, aby naszymi wyzwolicielami była nie Armia Czerwona, a Amerykanie, ale ci byli jeszcze daleko na zachodzie, uwikłani w walki w Ardenach, podczas ostatniej ofensywy Hitlera w tej wojnie. Dzięki osłabieniu niemieckich sił na wschodzie, Rosjanie posuwali się szybko na zachód w naszym kierunku.

Do mamy przychodziła wtedy bardzo często pani W. Była to jej koleżanka z czasów szkolnych w Bottrop. Wiedziała dużo o tym, jak wygląda życie w komunistycznej Rosji od jej męża, który przed wojną był policjantem. Interesowało mnie teraz, czy w wyzwolonej Polsce będą darmowe szkoły średnie, a potem studia. Nie myślałem o tym, że nastąpi zamiana jednej dyktatury na inną. Nie było to ważne dla mnie, że władzę obejmą komuniści potępiani przez kościół. Ja chciałem się uczyć. Zdawałem sobie sprawę, że nadejdą dla nas trudne czasy, bo zostaliśmy sami bez taty. Te opowieści o powszechnej i darmowej oświacie, jaką zapewnia ustrój socjalistyczny podobały mi się. Było o równości wszystkich, ale jeszcze nic o równym dzieleniu biedy w komunizmie. Jeszcze nie przeczuwaliśmy, że ta czerwona dyktatura potrwa znacznie dłużej, bo aż siedem razy dłużej niż dotychczasowa hitlerowska. Mimo zbliżającego się coraz szybciej frontu wschodniego, nasze życie codzienne zachowało dotychczasowy rytm. Wtedy malowałem już trochę. W ogrodzie zerwałem gałązki z drzewa czereśni i włożyłem do wazonu, aby rozkwitły. Chciałem namalować przedwiosenny obrazek, takie przeczucie wiosny, czegoś nowego, co dopiero nadchodzi, a czego nie byłem całkiem świadom. Gałązki z pączkami przyszłych kwiatów. Miałem wtedy trzynaście lat. Dojrzewałem.

. Z oddali było słychać jakieś dudnienie, choć nie mogła to być burza o tej porze roku. Rosjanie byli coraz bliżej. Powoli rozróżniało się pojedyncze, ale jeszcze dość dalekie wybuchy. Wychodziliśmy nadal na sanki, czy łyżwy, bo zima była śnieżna. Byliśmy beztroscy i nie zdawaliśmy sobie sprawy z nadchodzącej grozy wojny. Nasi gospodarze zaczęli powoli, podobnie jak w roku 1939 przygotować piwnicę na miejsce przetrwania nadchodzącego frontu. Pan Jarosz przeżył pierwszą wojnę pod Verdun i bał się ostrzału artyleryjskiego. Najbardziej groźnie wypadały w jego wspomnieniach wybuchy szrapneli, które rozrywały się nad głowami i rozsiewały śmiercionośne odłamki. Tylko piwnica mogła stanowić bezpieczne schronienie.

Front zbliżał się i do nas. Z ostatnich wiadomości dowiadywałem się, że na północ od nas Rosjanie dotarli już na południowy zachód od Częstochowy. Mama spakowała niezbędne rzeczy i znosiliśmy je do piwnicy. Nadszedł dzień 26. stycznia. Wokół ostatnich domów od strony łąk snuli się w białych, ochronnych kombinezonach niemieccy żołnierze na nartach i rozwijali linie telefoniczne. Coś się szykowało. W 1939 roku polscy żołnierze spodziewali się od strony łąk i lasu ataku wroga i za naszym domem powstały okopy obronne. Teraz Niemcy oczekiwali z tej strony Rosjan. Widocznie Rybnik trzeba atakować zawsze od tej samej strony, obojętnie, czy byłyby to wojska z zachodu, czy ze wschodu.

Późno popołudniu usłyszałem jeszcze w radiu, że Rosjanie są już w Gliwicach - Łabędach. Gdy wszyscy siedzieliśmy w kuchni, a tylko Małgosia spała w pokoju obok, rozległ się w domu potworny wybuch, domem wstrząsnęło, jakby się wszystko waliło. Cały budynek drżał przez chwilę. Drzwi z kuchni do pokoju otwarły się i usłyszeliśmy płacz przerażonej Małgosi, a do kuchni zawiało tumanem pyłu ceglanego. Mama zerwała się i przyniosła ją na rękach do kuchni. W pokoju były otwarte drzwi do sypialni i przez nie snuła się gęsta chmura pyłu. To tam uderzył granat. W narożniku domu powstała olbrzymia wyrwa, przez nią widać było nocne niebo. Nasza sypialnia była w ruinie. Rozsypane pierze mieszało się z płatkami śniegu. Tyle jeszcze zdołałem zobaczyć, bo zaraz zgasło światło. W pobliżu słychać było dalsze wybuchy. Mama sprowadziła nas wszystkich pięcioro do piwnicy i tam zaczęliśmy się urządzać na długie dni przy świetle świec. Elektryczności już nie mieliśmy do końca wojny. Radio, które przeniosłem do piwnicy okazało się bezużyteczne. Skończył się nasłuch radiowy. Jak się okazało, Rosjanie już dotarli z Gliwic pod Wielopole i zajęli stanowiska wzdłuż rzeki Rudy na skraju lasu. W następnych dniach obserwowaliśmy, jak wzdłuż lasu przesuwała się w jasna linia. Nasz gospodarz stwierdził, że to Rosjanie kopią okopy. Potem linia szybko znikała, widocznie zamaskowana gałęziami, co znacznie później dopiero naocznie stwierdziliśmy na miejscu. Tu wzdłuż rzeki Rudy zatrzymał się rosyjski front prawie do końca marca. Niemcy zajęli domy najbliżej łąk. Do naszego nie weszli. Zaczęło się nasze frontowe trwanie, nasza próba przetrwania na pierwszej linii frontu. W następnych dniach Rosjanie urozmaicali nam wieczory patriotycznymi pieśniami i propagandowymi odezwami poprzez bardzo głośne megafony. Zaczęliśmy się zapoznawać z rosyjskimi piosenkami, z „Kalinka, Kalinka maja” na czele. Wzywali nas nawet do przechodzenia, na ich stronę. Niektórzy tego próbowali, ale często zdarzało się że wchodzili na miny. Żołnierze niemieccy wychodzili z ukrycia tylko nocą. Przychodzili na nasze podwórze do studni po wodę. Z nastaniem ciemności Rosjanie ostrzeliwali się z Niemcami. Nikt nie szykował się do ataku. My chłopcy wychodziliśmy w dzień bez obaw na ulicę, bo Rosjanie do nas nie strzelali. Nawet urządzaliśmy jakieś podrzucania piłeczką. Ja już bardzo czekałem na Ruskich. Niestety, życie piwniczne trwało nadal.. Dosyć długo przeciągała się ta wojna pozycyjna, o której mi opowiadał pan Jarosz. Z jedzeniem było już bardzo krucho, zapasy kończyły nam się powoli. Piekarnia zięcia naszych gospodarzy wypiekała jeszcze od czasu do czasu chleb dla Niemców i czasem coś się nam dostało. Mogliśmy tam dotrzeć, bo nie byliśmy zbytnio na ostrzał narażeni. Przynajmniej Mieliśmy chleb. Od czasu do czasu, nasza kura jedynaczka zniosła jajko. Gdy mama dostała od pani J. trochę koziego mleka, była na obiad prawdziwa zacierka, zupa mleczna. Teraz nikt nie grymasił. Mieliśmy jeszcze zapas kartofli i kiszonej kapusty, trochę stopionej słoniny i masła w słoikach. Na desery były jeszcze kompoty.

Do naszej piwnicy sprowadzili się jeszcze państwo Brodalowie z sąsiedniej ulicy, skąd ich Niemcy przepędzili. Miałem więc o rok ode mnie starszego, bliskiego kolegę Zenka, więc było mniej nudno. Pan Brodala, choć zwykły kolejarz, potrafił nam opowiadać ciekawe rzeczy. Moje radio nie działało, więc próbował zmajstrować odbiornik detektorowy, który działa bez prądu. Niestety, miał za mało drutu i nic z tego nie wyszło. Opowiedział nam za to jakie to radia będziemy mieć w przyszłości, bo w Ameryce już takie mają: radia z okienkiem, w którym wszystko widać jak w kinie, tylko dużo mniejsze. To było o telewizji, z którą się miałem później na prawie całe życie związać, ale teraz o tym jeszcze nie wiedziałem. W międzyczasie byłem nawet raz w mieście. Koledzy z sąsiedztwa chodzili tam często, aby zdobyć coś do jedzenia. Dotarłem z nimi do fabryki likierów Soblika, gdzie miał być cukier. Zenek był ze mną, ale się po drodze pogubiliśmy. Droga prowadziła przez miasto w czasie walk. Można było oglądać to, na co w moim wieku było za wcześnie, okrutne skutki wojny. Niemcy zwozili na dziecięcych sankach swoich zabitych pod Nowy Kościół. Byli już sini, martwi, poszarpani i okrwawieni. Martwi żołnierze powłóczyli nogami po śniegu, bo sanki były za krótkie. To byli pierwsi zabici, których oglądałem z bliska.

Z magazynów u Soblika pozostało już niewiele do zabrania. Udało mi się trochę cukru odsypać do dużego papierowego worka, a potem poszedłem za innymi na dół, do piwnic. To, co tam zobaczyłem, robiło przerażające wrażenie. W dużej hali znajdywały się ustawione w rzędach beczki dwumetrowej średnicy, z których silnymi strumieniami lała się alkoholowa ciecz. Musiało się sporo płynu wylać, bo jego poziom był taki, że kilku mężczyzn unosiło się już bez ruchu na powierzchni tego rozlewiska i widać było, że chyba odpływają w alkoholową wieczność. Jakiś pijany niemiecki podoficer strzelał ciągle w kolejne beczki z pistoletu, tak że nowy strumień wytryskiwał od razu kolejną fontanną. Potem próbował palcem i krzyczał: pfuj, schmeckt nicht! Dobrze, że nosiłem wtedy taty wysokie buty z cholewami, więc do nich mi się jeszcze nie nalało. Alkohol, który rozlewał się jak w basenie ięgał ml już do połowy łydek. Postanowiłem zrobić prezent panu J. i nabrałem do kilku butelek jakiegoś alkoholu. Pochwalił mnie, że przyniosłem mu bardzo dobry wermut. Wszystkie moje zdobyczne trofea załadowałem do drewnianej skrzynki na butelki i dociągnąłem ten ładunek po śniegu do domu. Na kolejną wyprawę już na szczęście nie poszedłem, mimo że miało być mięso u rzeźnika. Romek Klimek, mój kolega z sąsiedztwa poszedł z matką i ciocią. Niestety, gdy stali w kolejce przed sklepem, nastąpił wybuch granatu. Dużo osób zginęło. Ciocia mego kolegi też. On i jego matka zostali ranni. Jego mamie urwało nogę. To zdarzyło się 14 lutego. Jego bracia zawieźli go na taczce do dość odległego punktu sanitarnego i powiedzieli, że był ranny w Volkssturmie. Niemcy wywieźli go do szpitala aż do Morawskiej Ostrawy. Opowiadał, że mało co nie zostałby odznaczony jako dzielny, ranny członek Volkssturmu, ale wymówił się, że żelazny krzyż należy się tylko prawdziwym żołnierzom. Miał zostać wywieziony transportem sanitarnym do Austrii. Razem z ranną matką udało im się tego transportu uniknąć i wrócić jednym z ostatnich pociągów do Wodzisławia, a stamtąd zabrała ich rodzina do Niedobczyc.

My przetrwaliśmy jeszcze przez cały luty w piwnicy. Rozniosło się, że nocą przychodzą teraz Niemcy i wyrzucają cywilów z piwnic. Każą im się udać do wyznaczonego punktu ewakuacyjnego w rzeźni za dworcem kolejowym. Nie było wiadomo jak się w nocy odezwać, gdy ktoś zapuka, bo mogli to także być Rosjanie. Więc ani po polsku, ani po niemiecku, więc chyba tylko jakieś halo, halo.

Trzeciego marca, w dzień urodzin taty, rozległo się nad ranem głośne stukanie i usłyszeliśmy niemieckie głosy, więc wiedzieliśmy, że przyszli nas wyrzucić. Dostaliśmy polecenie udania się na punkt zborny do owej rzeźni przy ulicy Żorskiej, skąd miano nas ewakuować w głąb Niemiec. Było bardzo zimno, wiał mroźny wiatr ze śniegiem i nasza piątka musiała z mamą ruszyć w drogę. Mieliśmy sportowy wózek dziecięcy, w którym zmieścił się półtora roczny Piotrek, trzyletni Hubert i sześcioletnia Małgosia. My z Bolkiem dźwigaliśmy nieco bagażu i z wielkim wysiłkiem pomagaliśmy mamie pchać wózek z młodszym rodzeństwem. W rzeźni był już tłum. Niedługo miały zostać podstawione wagony do wywozu w głąb Niemiec. Mama postanowiła by się stąd wydostać do rodziny w Niedobczycach. Wypróbowała starego sposobu przekupienia żołnierza paczką tytoniu, którą miała ze sobą. Tytoń to najlepszy pieniądz na czas wojny. Poskutkowało i niedługo byliśmy znów w drodze. Jeszcze było ciemno, gdy wyruszaliśmy. Była to męcząca droga po wertepach, wzdłuż nasypu kolejowego w śniegu z wózkiem w kierunku Niedobczyc. Dotarliśmy tam na miejsce około południa, zmęczeni i głodni, z płaczem małych przemarzniętych dzieci. Znaleźliśmy się u rodziny, u siostry mamy i u babci. Po chwili zrobiło się prawie normalnie, usiedliśmy razem do stołu. Był to po dłuższym czasie pierwszy normalny, gorący obiad, co prawda tylko kartoflanka, ale jaka pyszna. Zjadłem aż trzy talerze. Po kilku dniach udało nam się uzyskać u Niemców furmankę z zaprzęgiem i woźnicą z zezwoleniem podjechania w okolice naszego domu w Rybniku, by przywieść nasz niezbędny dobytek, co nam się nie bez trudu i przygód udało, bo inna grupa żołnierzy chciała naszą furmankę zarekwirować do przewozu amunicji. Niedługo dopadła nas i tutaj wojna. Zaraz na polu za domem cioci ulokowała się niemiecka bateria artylerii i zaczęła ostrzał w kierunku rosyjskich linii pod Rybnikiem. Mama się przeraziła, że i tu może być niebezpiecznie, więc znów zaczęliśmy nową wędrówkę do jej siostry Marii, która mieszkała na Emie, w familokach osady górniczej, gdzie się urodziłem. Tu dotarły jeszcze dwie inne zaprzyjaźnione z ciocią rodziny z Rybnika. Powstał istny kołchoz, choć wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to takiego. Jakoś trwaliśmy, koczowaliśmy śpiąc na podłodze, ale mieliśmy sienniki wypchane słomą. Nasłuchiwaliśmy zachodnich stacji radiowych, bo zabrałem to małe radio ze sobą i wiedzieliśmy, że wojna ma się ku końcowi. Raz odebrałem nawet transmisję mszy z niemieckiej stacji radiowej. Hitlerowska propaganda mówiła, że to „ze zbombardowanej przez amerykańskich terrorystów” katedry w Kolonii. Teraz była dla hitlerowców także religia dobra, aby podnosić podupadające morale narodu niemieckiego w obliczu przegranej wojny. Racje żywnościowe stawały się bardzo skąpe, ale jeszcze można było przetrwać. Czekaliśmy. Radio alianckie donosiło, że trwają już walki na przedmieściach Berlina, dokąd dotarli pierwsi Rosjanie, a Amerykanie i Anglicy posuwali się teraz coraz szybciej w głąb Niemiec. Do nas dotrą szybciej Rosjanie.

Powoli zadomowiłem się tu całkiem dobrze podczas kończących się dni wojny. Dawniej bywałem tu często na wakacjach u dziadków Porembskich. Dziadek Jan poświęcał mi wtedy sporo czasu, dużo mi opowiadał i pobudzał mój patriotyzm dziecięcy. Był wielkim Polakiem, powstańcem śląskim, i znalazł się na liście specjalnej, bo zaraz po powrocie z ucieczki w 1939 został aresztowany. Najbardziej naraził się Hitlerowcom tym, że w 1939 spalił publicznie kukłę Hitlera.

Na Emie było mi wszystko dobrze znane. Miałem tu kolegów, kuzynów i kuzynki i nie nudziłem się nigdy. Życie wokół familoków miało swój urok. Ciągnęło mnie do starszych kolegów i koleżanek, bo byłem w tym wieku dojrzewania i szukałem już nowej nieznanej mi dotąd wiedzy życiowej, ale jeszcze nie doświadczenia. Rodziła się chęć wyjścia z dzieciństwa, a wejścia w wiek młodzieńczy.

Któregoś dnia pod wieczór wylądował na boisku piłkarskim, ogrodzonym wysokim płotem, niemiecki samolot Fieseler-Storch. Po chwili równie sprawnie wystartował na tej ograniczonej powierzchni. Zrozumieliśmy, że zaczyna się coś dziać. Następnego dnia już od rana pojawiały się tylko radzieckie samoloty szturmowe i atakowały niemieckie transporty, oraz jakieś cele w Wodzisławiu. Stąd było widać jak latają w kółko i co chwilę się jakiś samolot obniżał i zrzucał bomby. Potworny huk docierał aż do nas. Niemcy próbowali się wydostawać, czy to transportem drogowym, czy kolejowym w kierunku Ostrawy. Górnośląski kocioł był zamknięty i taką możliwość zostawiono Niemcom, aby mogli wyjść z okrążenia. Śląski okręg przemysłowy miał zostać nienaruszony. Rosjanie panowali już całkowicie w powietrzu. W ciągu dnia pojawiła się na ulicy wzdłuż boiska długa kolumna wozów z zaprzęgami konnymi. Nagle pojawiły się rosyjskie samoloty i zaczęły ostrzał, spadały bomby. W mgnieniu oka kolumna rozjechała się na boki. Furmanki wjeżdżały w podwórza i ogródki, gdzie się tylko dało. Zobaczyłem nagle coś niepojętego. Do drzwi wejściowych sąsiedniego familoka powożący żołnierz błyskawicznie wjechał z parą koni przy dyszlu do środka, tak że tylko sam wóz pozostał na zewnątrz. Właściwie i mnie groziło niebezpieczeństwo jako obserwatorowi, bo w pewnym momencie widziałem jak od samolotu odrywa się bomba i leci wprost na mnie. Zdołałem wskoczyć do chlewika , ale wybuch nastąpił gdzieś dalej. Byłem bardzo przerażony, bo myślałem, że to już koniec. Gdy po chwili wyszedłem z chlewika, zobaczyłem, że zaprzęg konny tkwi jeszcze w sieni. Żołnierz musiał teraz wyzwolić konie z zaprzęgu, a potem je osobno wyprowadzać na zewnątrz, choć tak szybko znalazły się razem w zaprzęgu w środku sieni.

W szlafhauzie (hotelu robotniczym) obok, nie było już jeńców rosyjskich, ani robotników przymusowych ze wschodu, którzy pracowali na kopalni Emma. Myśmy gromadnie weszli do środka poszperać, czy nie znajdziemy czegoś do jedzenia. Okazało się, że na najwyższym, trzecim piętrze ulokowali się w oknie Niemcy. Zawiesili dużą ciemną zasłonę, zostawiając tylko mały otwór do obserwacji. Za oknem ustawili karabin maszynowy. Obserwowali teren pod lasem od strony Marklowic. Nagle rozległy się strzały i zdołaliśmy zobaczyć wybiegające z lasu małe brązowe ludziki. Niemiecki oficer krzyknął do nas: Haut ab, die Russen kommen i zaczął telefonować. Gdy pędem pobiegliśmy i znaleźliśmy się na ulicy, zaczęły nad naszymi głowami świstać kule. Udało mi się dobiec do domu. Jeszcze chwilę trwała strzelanina karabinowa, kilka wybuchów granatów i byliśmy „wyzwoleni”. Poszło łatwiej, niż się wszyscy obawiali. Strzały i wybuchy było słychać już z oddali. Po chwili zobaczyliśmy kilku żołnierzy radzieckich z bliska. Oni pomachali do nas, a my do nich. Zrobili na nas wrażenie obdartego, biednego wojska, które nie miało nawet uczciwych plecaków, a tylko jakieś worki powiązane sznurami. To byli wyłącznie piechurzy. Biedni, ale zwyciężający. Było to 27 marca. Zaraz zrobiło się cicho i jakby już po wojnie.

Po chwili zebrała się na ulicy grupa miejscowej młodzieży, do której zaraz dołączyłem. Widzieliśmy jak ludzie wynosili z magazynów szlafhauzu jakieś zapasy. Zaczęło się tam plądrowanie wszystkiego, co się dało. My też tam pobiegliśmy, ale zastaliśmy już resztki. Udało mi się zarzucić na plecy dużą połeć wieprzowej tuszy i popędziłem z tym do domu. Wszyscy mnie pochwalili za zapobiegliwość. Nie było co jeść, więc nie było i wyrzutów sumienia. Moralność czasu wojny jest tolerancyjna. Potem jeszcze raz poszedłem tam na gorę do budynku, skąd przepędzili nas Niemcy. Zrozumiałem, dlaczego chowali się za zasłoną, aby ich Rosjanie nie zauważyli, którzy bardzo celnie strzelali. W okno trafił granat i pozabijał Niemców. Spustoszenie było ogromne. Zdążyliśmy na czas uciec. Zwiedziłem potem niektóre pomieszczenia, znane mi z czasów, gdy dziadkowie tu przed wojną mieszkali, a dziadek już jako emeryt pełnił funkcję gospodarza w tym olbrzymim pustym gmachu. Wtedy był kryzys i hotel robotniczy stał pusty. W czasie wojny mieszkali tu robotnicy przymusowi ze wschodu. W pomieszczeniach stały po cztery piętra łóżek, jedno nad drugim. W jednym pomieszczeniu zobaczyłem na ścianie urzekające malowidło. Przedstawiało romantyczny krajobraz z bogatą, egzotyczną roślinnością i rozległy widok na brzeg morza. Później po latach wiedziałem, że był to najpewniej pejzaż z nad Morza Czarnego, może z okolic Soczi, który wyczarował tu jakiś Gruzin, tęskniący za ojczyzną. Zrozumiałem, że tęsknotę można stłumić malując obrazy, co dużo później już sam sprawdziłem. Naszej gromadce przewodziła dziewczyna o imieniu Berbla. Dla nas dorastających chłopców była postacią budzącą męskie tęsknoty i ulegaliśmy jej dość obcesowemu czarowi. Postanowiliśmy pójść do centrum Emy przy kopalni, do głównej ulicy. Dużych zniszczeń nie było widać. Pod murem jednego budynku leżały zwęglone zwłoki Rosjan. Widocznie szli wzdłuż muru i zaczajony Niemiec zaatakował ich miotaczem ognia. Wybuch ładunków w ich pepeszach dokonał reszty spustoszenia, ciała były popalone i porozrywane. Zaszokowała nas Berbla. Wzięła na kij spalone genitalia jednego z żołnierzy i uniosła je wysoko w górę z sarkastycznym uśmiechem seksualnej wiedźmy. My chłopcy byliśmy zaszokowani. Zbyt okrutne było to obnoszenie się tego rodzaju bestialskim erotyzmem. Tym samym urok Berbli nieco prysnął. Lektura „Germinal’ E. Zoli nie szokowała mnie już potem w czasach szkolnych, po tak drastycznym wyczynie bezczeszczenia zwłok na zakończenie wojny.

W kwietniu, po powrocie do domu, zastałem w wazonie rozkwitnięte gałązki czereśni, które pozostały tam od końca stycznia. Powitały nas wiosennie. Nadzieją na lepszy czas po wojnie, która trwała jeszcze, ale już daleko od nas i skończyła się 8 maja w Berlinie. Byliśmy wyzwoleni spod niemieckiej okupacji. Rosjanie, którzy wyzwolili nas zamiast Amerykanów, okazali się nie tymi, którym chcieliśmy być wdzięczni za wolność. Trafnie to określił w trakcie wkraczania Armii Czerwonej do Wodzisławia, wówczas jeszcze kapelan, a później biskup Wrocławia i kardynał, pochodzący z Radlina Bolesław Kominek, pierwszy maturzysta mojego gimnazjum w Rybniku, gdy oglądał zachowanie się wyzwolicieli: Chyba nie na nich przez pięć lat czekaliśmy. Opowiadał mi później o tym Antoni B, mój kolega szkolny, który parę domów dalej przy tej samej Ul. Wodnej spędzał przyfrontowy okres piwniczny, a potem w Wodzisławiu doczekał się wkroczenia Rosjan. Powoli przyzwyczajaliśmy się do nowego życia. Szkoły były jeszcze nieczynne, mieliśmy dużo wolnego czasu. Pomagaliśmy porządkować kościół na nabożeństwa majowe. Choć wojna już minęła, dotykała nas młodych jeszcze wielokrotnie swoimi skutkami. Pozostały miny, które czyniły wielu kolegów kalekami, a niektórzy przypłacali chłopięcą lekkomyślność życiem, bo stępiony został nasz instynkt samozachowawczy. Zachowaliśmy na zawsze Pamięć Wielkiego Zła Czasu Wojny.



Katowice, w styczniu 2003 r..

Porembski Jan

Porembski Jan, ur. 5 sierpnia 1877 r. emeryt górniczy z Radlina pow. rybnicki, uczestnik trzech powstań śląskich, członek Związku Powstańców Śląskich. Aresztowany w drugiej połowie września 1939 r., więziony w Nieborowicach i Rawiczu, następnie przekazany do Buchenwaldu, potem do Dachau, gdzie zmarł 12 maja 1942 roku. *


* Szefer Andrzej, Losy powstańców śląskich w latach okupacji hitlerowskiej. Śląski Instytut Naukowy. Katowice 1970.




Aneks 24

Spis Polaków wywiezionych z Dachau w roku 1942 w transportach inwalidzkich i zagazowanych w Hartheim koło Linzu


L.p.

Nazwisko

i imię

Data

urodzenia

Miejsce urodzenia / zamieszkania

Data śmierci


818.

Porębski Jan

5.VIII 1877r.

Radonowy / Radlin

23.02.



Musioł Teodor, Dachau 1933-1945. Katowice 1971r. s. 403

poszukiwanie miejsc z rybnickiego dzieciństwa

Poszukiwanie miejsc z rybnickiego dzieciństwa




W ciągu tych kilku czerwcowych dni 2005 roku w Rybniku, chciałem choć na chwilę wrócić do krainy dzieciństwa, odwiedzić zapamiętane miejsca, które na zawsze zarysowały się w pamięci, czy to w postaci obrazu, zapachu, a nawet dźwięków.

To już 70 lat minęło, gdy zacząłem z tatą w czasie spacerów penetrować najbliższą okolicę tak doskonale do dziś zapamiętaną,. To co pozostało w pamięci jest już innym światem, w nieco wyblakłych kolorach, ale jednak w pełnej gamie pastelowych barw. To co zastaję tam teraz, jest bardziej jaskrawe, jak wszystko dzisiaj. W ostatnich latach bywałem tam bardzo rzadko. Stwierdzanie jak szybko zanikają te dawne krajobrazy z dzieciństwa bywa przykre. Zaciera się także pamięć o nich w nas.

Gdy w wieku czterech, pięciu lat poznawałem najbliższą okolicę kawałek od domu Jaroszów, gdzie mieszkaliśmy, przy ulicy Wodnej, przechodziliśmy obok piaszczystych wałów, wtedy dla nas dzieci prawie wzgórz, skąd zimą zjeżdżało się na sankach. Przy ulicy Strzeleckiej powstała jeszcze przed pierwszą wojną światową wojskowa strzelnica. Pozostały po niej te nasypy z piasku i gruby ceglany mur, później już zwolna po kryjomu rozbierany. Wtedy te wały wydawały się wysokie, wyższe jak wszystko w dzieciństwie. Może tak jak to na pustyni bywa, piaskowe wzgórza rozwiewały wichry czasu, a dawne ślady z tamtych lat poznikały, pozarastały jakąś suchą trawą jak na grobach pamięci.

W wieku szkolnym namiętnie zbieraliśmy na wałach stare zaśniedziałe ołowiane naboje po ćwiczeniach strzeleckich. Z wytopionego ołowiu odlewaliśmy różne figurki żołnierzy. Potem można było rozgrywać prawdziwe bitwy, a nawet wojny. Żołnierzy miałem mało i trudno było wygrać wojnę w zabawie z kolegami. Naszych żołnierzyków umieszczaliśmy w okopach patykiem wyrysowanych na podwórzu. Polska też miała parę lat później za mało żołnierzy, bo zaraz rano 1. września 1939 roku uciekali tędy obok naszego domu. Nawet nie zdążyli zająć okopów wykopanych tuż za domem, gdzie mieszkaliśmy. Piechotą przestałem się interesować. Z ołowianymi żołnierzykami pożegnałem się szybko, bo Niemcy, którzy teraz przyszli, zarządzali w szkole zbiórki ołowiu i innych metali, aby je znów przerobić na nowe kule karabinowe. Trwała druga wojna światowa. Teraz można było kupić zabawki niemieckie. Były to czołgi i samoloty, wszystko jak prawdziwe. Chęć posiadania ich rodziła wielkie pokusy, ale rodzice nasi nie obdarowywali nas takimi zabawkami wojennymi. W tym czasie wojna zaczęła już zbierać swoje żniwo. My chłopcy z ulicy Wodnej mieliśmy wtedy inne zabawy. To była najczęściej gra w palanta na nieużytkach obok wałów. Początkowo było dużo starszych kolegów, ale coraz więcej ich ubywało. Niemcy powoływali osiemnastolatków do wojska, a później nawet siedemnastolatków. Teraz już oni mogli się przekonać o okrutnej skuteczności prawdziwych naboi.


Kawałek dalej zaczynały się ni to mokradła, ni łąki. Gdy dochodziło do większych opadów, wylewała „ pierwsza rzeka”, która zaopatrywała kąpielisko Ruda w wodę. Teraz tu wszystko dokoła zamieniało się wielki zbiornik wodny. Bociany bardzo polubiły te obfitujące w żaby tereny, bo do czasu swych odlotów na południe żywiły się tu gromadnie, a pod koniec września sejmikowały. Żab było co niemiara, bo ich rechot nigdy nie malał. Te dźwięki utrwaliły mi się już we wczesnym dzieciństwie, gdy musiałem tuż po zachodzie słońca chodzić spać, usypiany do snu jednostajnym żabim rechotaniem. Za łąkami były głównie olchowe zagajniki, skąd dochodził inny dźwięk ptasi, też łatwy do zapamiętania dla dziecka, jakim było charakterystyczne wołanie kukułki. Teraz w czasie pobytu w Rybniku odwiedziłem swoją dawną ulicę Wodną, przemianowaną przez Niemców w czasie wojny na Rudastrasse, skąd blisko już było do rzeki Rudy. Wtedy mieszkaliśmy w ostatnim domu. Teraz to nie jest ostatni dom, bo za nim stanęło całe osiedle zgrabnych domków, tam na tym pustkowiu, gdzie kiedyś graliśmy w palanta. Po dawnych wałach piasku przy strzelnicy nie zostało śladu. Także te ślady rozwiał czas. Gdy zbliżyłem się w pobliże pierwszej rzeki, odezwała się jak dawniej kukułka. Dawniej pytało się ptaka ile lat życia komuś pozostało. Trzeba było potem skrupulatnie policzyć kukania. Tym razem nie odważyłem się już na liczenie. Kukułka to ptak, który ma dziwne zwyczaje, a na dodatek nazywa się we wszystkich mi znanych językach prawie tak samo. Wykonałem po drodze sporo zdjęć, aby zachować coś z tych starych, już bardzo zmienionych miejsc, zanim będą nie do poznania, prawie obce. Przechowam te obrazy na zdjęciach w pamięci komputera na czasy, gdy zaczną znikać z własnej pamięci, tak jak różne, luźne wspomnienia. Rzeczki znacznie pozarastały, wody w nich trochę mniej, a pomyśleć, że tam się nauczyłem pływać, a nawet wodowałem swój pierwszy kajak. Nigdy nie wchodzi się w rzece drugi raz do tej samej wody, dziś już nie tak czystej jak dawniej. Woda, tak jak nasza pamięć straciła z latami swoją klarowność.

Chciałem zobaczyć stawy starej Rudy, dokąd przychodziliśmy z tatą popływać. To było pływanie pośród lilii i innych wodnych kwiatów. Nad wodą unosiły się błękitne i szmaragdowe ważki. Trzeba się było strzec pijawek, gdy się stąpało po błotnistym dnie. Piasek był na dnie tylko przy brzegu. To miejsce miało swój charakterystyczny zapach, który do dziś pamiętam. Jakieś pomieszanie woni kwiatów z błotną stęchlizną i rybą, a może nawet zapach rozgrzanej letnim słońcem powierzchni wody. Te stawy się ostały, nawet nie zarosły za bardzo trzciną, zawsze tu dosyć wysoką. Na brzegach było nadal sporo pachnącego tataraku. Wyspa na środku stawu pozostała. Na wolnej, wodnej przestrzeni pływało trochę ptactwa, jakieś kurki wodne i dzikie kaczki. Wszystko prawie jak dawniej. Niby tak samo, a jednak inaczej.

Kąpielisko Ruda zmieniło się całkowicie. W miejsce prostokątnego zbiornika wodnego z piaszczystą szeroką plażą, powstały betonowane baseny z trampolinami, a zamiast plaży mocno zadeptane trawniki dla opalających się w słońcu.


Ta rybnicka eskapada do miejsc zapamiętanych z dzieciństwa stała się moją wyprawą w przeszłość, w poszukiwaniu utraconego czasu i krainy, do której nie ma już powrotu.




W sierpniu 2005.

Poznańskie pyrowanie

Poznańskie pyrowanie


Wtedy, przed maturą myślałem jeszcze bardziej praktycznie, mniej chciałem być artystą malarzem, a jak to się u nas na Śląsku mówiło, mieć pewniejszy fach z branży artystycznej. Wymyśliłem sobie architekturę wnętrz, coś, co rokowało pewność zatrudnienia w czasie wielkiej powojennej odbudowy kraju. Korcił Kraków, marzyłem o nim jako o miejscu studiów już od pierwszej szkolnej wycieczki w 1947. Wybrałem jednak Poznań. Razem z moim przyjacielem Bernardem, choć on poszedł na medycynę, a ja do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Jeszcze do niedawna uprawialiśmy wspólnie muzykowanie u niego w domu z naszym małym zespołem kameralnym, co się jednak skończyło i chcieliśmy nacieszyć się przynajmniej odbiorem muzyki w dobrej Filharmonii Poznańskiej, ale także móc uczęszczać na spektakle do świetnej Opery Poznańskiej.     

            Na studia dostałem się bez problemów, egzamin zdałem, dostarczone prace nie były najgorsze, ale miałem fantastyczną opinię wystawioną przez szkolną organizację młodzieżową. Mój kolega z podwórka, przewodniczący zarządu szkolnego ZMP, do której to organizacji się wcale nie zapisywałem, ale automatycznie włączony zostałem kazał mi sobie samemu napisać opinię, on mi ją podpisze, da pieczątkę i włoży do zalakowanej koperty. Napisałem i to z zacięciem, bo miałem wtedy i literackie zainteresowania, a moja polonistka proponowała mi, bym poszedł na polonistykę, lub dziennikarstwo. Nawet o tym dziennikarstwie pomyślałem, bo były atrakcyjne miejsca, Chiny. Trzeba było jednak przedtem poświęcić  jeden rok na naukę języka i poznanie pisma.  Wydawało mi się to jednak za daleko, nie miałbym okazji częstszego widywania się z moją ówczesna dziewczyną Felą. Postawiłem więc na bliższe miejsce, choć jazda pociągiem do Poznania trwała wtedy około 8 do 10  godzin.

            Gdy zjawiłem się na egzaminy na poznańskiej uczelni, przekonałem się o skuteczności mojej osobiście napisanej opinii. Przewodniczący uczelnianej organizacji zakomunikował mi zaraz na wstępie, że organizacja pokłada we mnie wielkie nadzieje i liczy że podejmę się funkcji przewodniczącego organizacji młodzieżowej na pierwszym roku. To mnie wcale nie ucieszyło, a wręcz przeraziło, że będę się musiał teraz zajmować sprawami organizacji. Czasy były nadal wredne, Stalin żył jeszcze i odczuwaliśmy to aż nadto. Chyba lekceważyłem sobie moją rolę przewodniczącego. Zwołałem kilka razy zebranie, były to raczej odfajkowane spotkania w pracowni zaraz po zajęciach. Bardzo politycznie zaangażowana koleżanka Halina S. zwróciła mi uwagę, że odwalam swoje czynności jako przewodniczący, że widzi we mnie pewną niedojrzałość polityczną, brak czujności klasowej. Halina podobnie jak ja, przeniosła się później na malarstwo do Krakowa, gdzie została żoną starszego kolegi, asystenta, który studia doktoranckie skończył w Leningradzie, działał na ASP mocno po linii marksizmu i leninizmu, tak że został później rektorem ASP w Łodzi. Starałem się jakoś lawirować, byle przetrwać ten poznański rok, bo wiedziałem, że mój wybór co do architektury wnętrz był nie trafiony i na drugi rok przeniosę się do Krakowa. Przewodniczący zarządu też stracił do mnie swe wielkie zaufanie wywołane ową opinia na wyrost, bo miał do mnie pretensje nawet o to, że demonstruję swoje prozachodnie ciągoty ubierając się w angielski mundur wojskowy, który miałem z ojca demobilu od Andersa.

            Prócz wspomnianych miejsc kontynuacji umuzykalniania Bernarda i mojego, chodziliśmy jeszcze na niedzielne msze do kościoła, w którym śpiewał wówczas słynny chór chłopięcy Stefana Stuligrosza. Kiedyś zauważyłem tam także naszego bardzo sympatycznego asystenta z rysunku. Ukłoniliśmy się sobie. Widocznie zauważył, że byłem w angielskim płaszczu wojskowym, bo podczas zajęć z nim zeszła rozmowa na sprawy lotnicze, gdy pokazywałem rysunki szkice, które robiłem podczas naszych wypraw z Ireną B. starszą o rok koleżanką w okolicy cytadeli. Pan asystent zapytał mnie wskazując na moją bluzę battledress, czy to może od kogoś z rodziny? Skinąłem że tak, że to po ojcu. Powiedział mi że też ma te części mundurowe po wujku, który był tam lotnikiem. Nie wypada mu jednak ubierać tego na uczelnię. Opowiedział mi o tym, że na cytadeli jest sporo grobów lotników angielskich, czy amerykańskich zestrzelonych  podczas nalotów na Niemcy. Nadmienił, że są również groby polskich lotników z kampanii wrześniowej, jak i groby przedwojenne, bo zdarzały się i wypadki w tym okresie początków rozwoju polskiego lotnictwa. Był taki wypadek tuż przed wojną, że zginął zasłużony oblatywacz nowych modeli samolotów. Na wojskowym cmentarzu na cytadeli odbywał się uroczysty pogrzeb. Dwa samoloty obniżyły się w czasie uroczystości nad mogiłę i zaczęły zrzucać kwiaty prawie nad sam grób. Gdy gwałtownie prawie pionowo wystrzeliły w górę, obie maszyny się zderzyły i doszło do dwu nowych wypadków śmiertelnych z tak zwanej pogrzebowej okazji. Tym razem nie urządzono już podobnej uroczystości.

Studia, ten pierwszy rok w Poznaniu przeleciał bez wydarzeń o większym znaczeniu. Często zmieniałem miejsca zamieszkania, bo od początku zakwaterowano mnie w najlepszym domu akademickim Poznania, co widać mi się też po tej dobrej opinii należało. Potem korcił mnie plener w Skokach, gdzie uczelnia miała swój dom plenerowy i chętnych, którzy by stamtąd codziennie dojeżdżali, utrzymywano tam darmowo. Skorzystałem z tego, trochę oszczędzałem. Moje pierwsze stypendium wynosiło wtedy 210zł. Jeszcze wtedy nie śpiewano jak później za 9 lat, gdy do rządu doszedł Gomułka czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy. Mój ojciec zarabiał wtedy jako pielęgniarz 1500 zł i na pomoc z domu nie mogłem liczyć. Gdy mi się dojeżdżanie znudziło, zamieszkałem razem z kolegą z roku prywatnie. Tak już było do końca, do czerwca 1952 roku. Przestałem już tak chętnie wracać do Rybnika, bo do kogo, Fela mnie zostawiła, rodzice wydali ją za mąż za dobrze zarabiającego młodego sztygara. Ja nie rokowałem według nich pewnej przyszłości. Mylili się, bo po kilku latach zarabiałem w TV lepiej niż niejeden sztygar. Szybko się przekonałem, że poznańskie studia mają sporo przedmiotów prawie inżynierskich z dziedziny architektury. Nie pociągało mnie to, zacząłem myśleć o Krakowie, o malarstwie. W Poznaniu wychodziłem sporo w plener, czy to z kolegami czy sam. Malowałem kiedyś i Rusałkę, nie tę grację wodną, ale tylko jezioro Rusałka pod Poznaniem. Kiedyś w Skokach, tam na plenerze, pokazałem profesorowi, świetnemu malarzowi postimpresjoniście Wasilkowskiemu swoje prace. Był i ten pejzaż z nad Rusałki. Na pierwszym planie sporo trzcinowej dżungli. Profesor zwrócił uwagę, że to prawdziwy tygrysi pejzaż. Nie bardzo kojarzyłem, bo jak dotąd posiadałem zbyt mało doświadczenia malarskiego i obeznania w historii sztuki. Dopiero dużo później zrozumiałem, że nie była to kpina, a profesor skojarzył ten pejzaż z pejzażem Celnika – Rousseau, gdzie na pierwszym planie skradał się groźny tygrys. Nie wiedziałem wtedy, z kim mnie skojarzył, mimo że na moim obrazie tygrysa nie było.


Katowice, październik 2019.

Pożary, pożary

Pożary


Pożar cudownie ugaszony

To był pożar, jaki oglądałem jako dziecko w kinie. Ogień na filmie czarno białym nie robił zbyt wielkiego wrażenia, chociaż zgodnie z intencją powinien. Dzieci bawiły się zapałkami, zaprószyły ogień i w izbie powstał pożar. Nad chatą pojawił się święty Florian i polewał z chmury drewnianym cebrzykiem płonący dach. Zaraz pojawili się strażacy i wyprowadzili dzieci z chaty. Potem oni gasili z dołu, a święty patron strażaków polewał ogień z góry. Jak w innych bajkowych filmach oglądanych w dzieciństwie, wszystko skończyło się dobrze.



Pożar choinki

W czasach szkolnych przebywałem często w domu mego przyjaciela B.B., u którego w dniu jego urodzin, a było to 27 grudnia, obchodziliśmy w dość licznym gronie urodziny. Stała tam zawsze choinka. Wtedy na drzewku paliły się świeczki, a część ozdób była z papieru i było też sporo waty imitującej śnieg. Świeczki miały tendencję do przekrzywiania się i łatwo było o nagłe zapalenie się ozdób i samego drzewka. Niestety, tym razem stało się, Nikt nie zauważył od razu początku zapalania się choinki. Nagle zrobiło się jaśniej, kilka osób krzyknęło: pali się. Byłem blisko choinki i w jakimś odruchu otworzyłem okno, co spowodowało że ogień jeszcze się wzmógł, ale złapałem zaraz choinkę i wyrzuciłem palące się drzewko na zewnątrz. Potem, gdy gwar się uspokoił, usłyszałem, że tak się nie gasi choinki, bo należało ją nakryć jakimś kocem, czy narzutą, to nie potłukłyby się wszystkie bombki szklane. Można też było z kuchni przynieść wiadro z wodą. Dotarło do mnie, że należało przedtem pomyśleć, gasić, jak gasić, nie gasić?



Interwencja strażacka

Na początku lat pięćdziesiątych, gdy studiowałem w Poznaniu byłem świadkiem pożaru w centrum miasta, niedaleko naszej uczelni przy placu Wolności. Tym razem pożar był poważny, paliło się na czwartym piętrze dużej kamienicy. Straż już była na miejscu od jakieś chwili, drabina stała wyciągnięta aż na wysokość pożaru, strażak stał na górze z wężem i krzyczał na dół do kolegów: dawajcie wodę. Próbował coś pokazać jedna ręką i widać było że się denerwował brakiem wody. Wokół zebrał się już duży tłum gapiów, a z okien na górze dymiło się mocno. W pewnym momencie woda poszła gwałtownym strumieniem z węża i nieszczęśliwie zerwał mu się hełm. Strażak wypuścił wąż z rąk i ten zaczął w powietrzu wykonywać dziwną ekwilibrystykę lejąc przy tym od czasu do czasu na tłum gapiów. Dopiero po chwili wyłączono znowu wodę. Inny strażak wdrapał się na górę drabiny i tym razem czekanie na wodę nie trwało już długo. Pożar ugaszono.


Pożar radzieckiego telewizora

W latach siedemdziesiątych, gdy u nas nastała epoka telewizji kolorowej, każdy posiadacz radzieckiego Rubina, a zwłaszcza Elektrona musiał być czujny jak radziecki pionier, bo telewizory ulegały częstym samozapłonom i wielka drewniana skrzynia paliła się niczym bomba fosforowa, a od niej błyskawicznie zapalało się wszystko, co palne w jej otoczeniu. Gdy odwiedziłem mego brata, mieszkającego w dużym domu wielorodzinnym, zobaczyłem piętro niżej wypalone drzwi, przez które widać było czarną czeluść tego, co było przedtem mieszkaniem. Wszystko dokumentnie wypalone. Właściciele mieszkania byli dumni ze swego nowego kolorowego telewizora produkcji radzieckiej, przez jakiś czas oglądali na swoim telewizorze barwny świat. To co przyszło im teraz oglądać, nie było nawet jak na czarno białym telewizorze, a wyłącznie w czerni. Gdy po jakimś czasie mieszkanie odnowiono i mogli się tam powtórnie urządzić, nie chcieli już żadnego telewizora. Wtedy zresztą mówiono, że telewizja kłamie. Brat zaś stwierdził, że jeśli już pożar w budynku, to zawsze lepiej gdy mieszka się powyżej, bo straż pożarna nie zaleje mieszkania.


Dzisiejsze pożary w tv

Dziś oglądamy coraz częściej dużych rozmiarów pożary w telewizji. Widzimy to na doskonalszych telewizorach niż kiedyś, Odbiorniki dzisiejsze nie rozgrzewają się już, nie ma niebezpieczeństwa pożaru mieszkania, to co widzimy jak się pali miewa monstrualne rozmiary. Gasi to parędziesiąt drużyn strażackich. Gdy palą się lasy, biorą w tym udział samoloty i helikoptery, oraz dziesiątki ludzi. Niestety, często zwycięża żywioł. Choinki się już nie zapalają, bo stosujemy inny, bezpieczny rodzaj oświetlenia elektrycznego. Pozostały jednak nadal pożary wojenne, napalmu nie można ugasić.


Styczeń 2015

Przedwojenne dzieciństwo

Przedwojenne dzieciństwo

Lato tego roku było cieplejsze, a może nawet gorętsze od innych. Wtedy nie mówiło się jeszcze o ociepleniu klimatu, po prostu zimy były bardzo zimne, z mrozami jakich dziś już nie pamiętamy, a lata bardzo upalne. Wszystko o swej porze.

Tego roku, a chyba było to w 1936, nastała na wiosnę wielka powódź, bo obie rzeki wylały i tam gdzie rozciągały się bujnie porastające trawą łąki powstało rozległe jezioro, większe niż stawy starej Rudy, które w znacznej części były zarośnięte szuwarami. Pamiętam, że kiedyś poszliśmy z tatą ku łąkom, mogłem nawet wchodzić do wody, sięgała mi prawie po pas. Tata pozwolił mi się wykąpać. Woda była ciepła, i z przyjemnością się wytaplałem, brodząc na czworakach udawałem, że pływam. To była moja pierwsza kąpiel w otwartej wodzie. Dotąd kąpałem się kilka razy na dworze w wystawionej wannie. Po tej powodzi woda opadła i łąki zakwitły bardziej kolorowo, niż w innych latach. Wieczorami dochodził stamtąd żabi koncert aż do naszych okien. To głośne rechotanie trwające do późnego wieczora wpływało na moje i mego brata Bolka szybsze zasypianie.

Nie tylko łąki zakwitły tego roku tak obficie, ale i pobliskie pola porosłe żytem były przyozdobione kwiatami w kolorze czerwonym i niebieskim, makami i chabrami. Takie widoki mieliśmy wprost z okna na pola „ciotki Klary”, jak nazywali wszyscy właścicielkę, która chodziła je często doglądać z fajką w ustach. Nie tylko paliła jak mężczyzna, ale też wykonywała sama najtrudniejsze prace w polu Szybko skosiła dojrzałe żyto, a ja próbowałem potem pomagać przy zbieraniu zżętego zboża. Na ściernisku pojawiły się szybko nowe kwiatki. Były to polne bratki, które my zbieraliśmy, suszyliśmy i potem mieliśmy smaczną herbatę ziołową. W tym roku zabrał mnie tata po raz pierwszy na kąpielisko Ruda. Nie były to wtedy takie baseny jak dzisiejsze, a olbrzymi staw z dużą plażą z nawiezionego piasku. Była tam ogrodzona część do kąpieli, na brzegu stały zbudowane na palach kabiny przebieralnie, była olbrzymia skocznia wysoka na 10 m. . Znajdowało się też miejsce na przystań kajaków i łodzi do wynajęcia. Było sporo miejsca, bo prawie całą przestrzeń dzisiejszego kąpieliska stanowiła woda. Tata był świetnym pływakiem i zabierał mnie na plecy pływając żabką po całym zbiorniku. W ten sposób wyzbyłem się lęku przed wodą, i już po roku nauczyłem się sam pływać w rzece Rudzie, gdzie my chłopcy z ul. Wodnej mieliśmy swoje miejsca do kąpieli. Woda była wtedy naprawdę pierwszej czystości. Łapaliśmy wtedy raki w obu rzekach. Gdy byłem nieco starszy, pojechałem koleją na szkolną wycieczkę do Szymocic, gdzie kąpałem się pierwszy raz w murowanym basenie pływackim. Kiedyś podczas wojny wybrałem się z kolegą Antkiem B. na inny basen autobusem do Jastrzębia Zdroju. Podkreślam w jakim czasie to było, bo podróż zajmowała prawie dwie godziny. Niemcom brakowało już wtedy paliwa do autobusów i te poruszały się silnikami napędzanymi gazem z drewna. Na trasie do Jastrzębia są liczne pagórki i autobus miał zwyczaj przed każdą większą górka na chwilę odsapnąć, by zdążyć spalić dodatkową porcję drewnianych klocków. Z tyłu na autobusie był w tym celu zamontowany odpowiedni kocioł z piecem. Pod górę młodsi pasażerowie musieli iść piechotą. Tuż przed Jastrzębiem zabrakło paliwa drewnianego, czyli tych klocków i kierowca wysłał nas, kilku chłopców do pobliskiego lasku nazbierać suchych gałęzi. Szybko je potem pociął toporkiem na mniejsze części i załadował do paleniska. W ten sposób autobus jakoś dojechał do ostatniego przystanku a my dotarliśmy zmęczeni i umorusani na basen.

Wstęp na kąpielisko na Rudzie był płatny, więc we wczesnym dzieciństwie nie często tam bywałem, raczej łatwiej o kąpiel było w jednej czy drugiej rzece. Było bliżej i raźniej, bo w gromadzie kolegów z okolicznych domów z ul. Wodnej. Później znaleźliśmy już sposób by przedostać się na Rudę bez biletu ukradkiem wzdłuż rzeki. Trzeba było już być w kąpielówkach i tak też wychodziło się z domu na kąpielisko. W razie wpadki było tłumaczenie, że wyszło się tylko za potrzebą poza ogrodzenie. Zaraz po wojnie wstęp był darmowy. Taka drobna zdobycz socjalizmu. W obu rzekach nie można się już było kąpać, bo woda stawała się bardzo zanieczyszczona, z rzek poznikały raki i ryby. Przy stawie Huty Silesia na Paruszowcu powstał piękny murowany basen, a na przystani stawu obok można było wynajmować kajaki. Często tam pływałem i podjadałem tam rosnące orzechy wodne, kotewki. Tej rośliny będącej pod ochroną, która została umieszczona na herbie Rybnika wokół szczupaka. Z biegiem czasu, tak zwana pierwsza rzeka stała się zwykłym rowem melioracyjnym, prawie bez wody. Okolice mego dzieciństwa zaczęły jak wszystko dokoła się zmieniać, w 1951 wyjechałem na studia, moje pobyty tutaj stawały się coraz bardziej sporadyczne.

Późne notatki

Późne notatki


Już jest +31’C, minęło południe. Patrzę i oglądam jak ona ze ślepcem tańczy tango. To film Zapach kobiety. Nie nauczyłem się nigdy tanga tańczyć. Nie chodziłem na potańcówki, bo nie miałem garnituru. Nawet na studniówce i na balu maturalnym nie byłem. Później próbowałem tańczyć z Ireną, ale nam nie wychodziło, ona się już przedtem z innymi wytańczyła. Jeszcze wtedy, gdy już wiedziała, że będziemy razem, poszła na tego ostatniego Sylwestra z nim. Zostałem w pokoju w domu akademickim sam. Teraz nie będziemy już z Ireną tańczyć. Ona stale śpi. Jeśli nie w łóżku, to także na fotelu. Nikt dziś dotąd do mnie nie zadzwonił. Ja też do nikogo. Co miałbym komuś powiedzieć. Rano czekałem, może HB zadzwoni, zaproponuje mi fotospacer, ale cicho było z jego strony, bo może nie wierzył, bym się potrafił ruszyć z domu, choćby mnie nawet podwiózł tam, gdzie dużo ławek po drodze. Irena się już obudziła, bo zawołała mnie, gdyż rozlała szklankę wody na stole. Prosiła nie o obiad, a tylko o trzy morele. Trzy żółte, dojrzałe. Kiedyś na studiach mi podarowała trzy żółte pomarańcze. Opowiadała przy tym o balecie Miłość do trzech pomarańczy. Wtedy ona jeszcze nie była pewna, choć ja już wiedziałem, że chcę być z nią.

19.08.2018.


To już po niedzieli. Wiem od wczoraj z telefonu Tomka, ze byli na działce Jacka z malutkim Tymkiem i spędzili tam popołudnie. Od Grzegorza nie było wiadomości, ale dziś rano zadzwonił, już są w domu, on do pracy, a dziewczyny w W-wie dwie starsze, a Dorotka wcześnie rano do Radomia do pracy w szpitalu gdzie przebywa ostatnio na praktyce. Z Ireną jakby znacznie lepiej. Ja już byłem dziś zapłacić za obiady, w przychodni zamówić leki i w aptece niektóre wykupić. Niektórych leków brak, trzeba będzie skorzystać z zamienników, ale trzeba to skonsultować, jak w tym wypadku z Czarkiem. Odezwał się i mailowo HB, żałował, że się nie dogadaliśmy co do wyskoku wspólnego w plener. Zapowiadają na dziś burze na południu. Zachmurzyło się, ale na termometrze jest o 12.00 +27,3‘ C. Kolejny upalny dzień. Irena podsypią na tapczanie w dużym pokoju i zerka na swoje prace na telewizorze. Ja włączyłem sobie na komputerze coś co lubię, Mozarta symfonię Es-dur, której fragmenty graliśmy kiedyś, a potem ją często słuchałem. To rajska muzyka. Dowiedziałem się dopiero dziś, że ma nadany podtytuł Schwanengesang. Łabędzi śpiew, czyżby to była jakaś mimowolna aluzja? Pomyślałem przez moment, że już tak wielu odeszło z tych, z którymi to grałem, tata, koledzy Bernard, Szyrocki, a niektórzy już w niepamięć, bo zapomniałem nazwisk. Teraz to już starcza norma, nazwiska uciekają masowo z pamięci. Tak rodzi się samotność. Myśli w niej coraz bardziej ulotne. Na taki nastrój nic, jak tylko uciekać w świat dźwięków. Mniej niż jak Irena w świat swoich dokonań plastycznych. Dla mnie chyba muzyka jest najważniejsza, choć coraz bardziej głuchnę. Ta symfonia jednak do mnie nadal dociera. Żal, że nie mam się o tym z kim podzielić.

20.08.2018.


To już kolejny dzień, kolejny raz wpadam w ten sam nastrój, choć to już nie Schwanengesang, którego teraz słucham. To Adagietto Mahlera z 5. Symfonii. Rajska muzyka, o nastroju euforycznym. Też bym się chciał z kimś podzielić tym co odczuwam, by ktoś tego samego przy tych samych dźwiękach odczuł. Niestety, już nie ma z kim. Ci co te dźwięki byli w stanie odebrać, odeszli, zostali sami głusi, zaskorupieni w sobie. Man ist allein, wenn man das Himmlische zu geniessen versucht, so lange man es noch kann. Irena śpi i w południe, plastry ją usypiają, nie odczuwa tyle bólu, co przedtem. Te próby szukania kontaktu już się nie udają. Już nie rozmawiamy tym samym językiem, każdy nuci swój Leitmotiv, bo ci którzy zostali, uciekają w swoją samotność.


Fallada napisał w swej książce Jeder stirbt einsam. Nawet bliźniacy umierają z osobna.


25.08.2018.


Byłem młody, gdy oni jeszcze byli młodzi. Tamci zdolni, gdy wyrastali na sławy. To było w czasach, gdy i historia była jeszcze młoda.

Kolega mnie pyta, dlaczego nie wiemy dokąd odchodzimy. Też nie znam odpowiedzi, ale stawiam nowe pytania. Dlaczego jest coś, czego nie ma? Już bardziej zrozumiałe byłoby, dlaczego nie , skoro jest. Tak można pytać i o Boga. To może pytać, dlaczego Boga nie ma?

To po co odpowiadać?


3.09.2018


Uciekam w te późne dni coraz częściej w muzykę. Irena też to robi. Chętnie słucham czegoś, co już w młodości poznałem. Ostatnio utwory wiolonczelowe. Niestety, to nie tylko radość, ale i świadomość, że gdybym zdecydował się, y poświęcić się muzyce, nie poszedł bym zbyt daleko, stwierdzam teraz, że byłaby to pomyłka, nie posiadałem zbyt wiele uzdolnienia w tej dziedzinie, bo sama radość z uprawiania muzyki nie wystarczy by coś osiągnąć. Dobrze, że tego zaniechałem, bo doszłoby do wielkiego rozczarowania, do katastrofy artystycznej.

6.09.2018.

Radio

Radio


Zaraz na początku wojny musiały babcia Franciszka z ciocią Ciską ukryć swoje radio, bo nie chciały go zgodnie z obowiązującymi restrykcyjnymi zarządzeniami oddać Niemcom. Dziadek został pod koniec września 1939 po powrocie z ucieczki aż pod Zaleszczyki aresztowany i babcię z ciocią wyrzucono z dotychczasowego mieszkania w szlafhauzie. Radio, wielolampowy Philips zostało po kryjomu przewiezione w wózku dziecięcym z Emy- Biertułtów do nas, do Rybnika. Nikt niczego nie zauważył, ale na wszelki wypadek radio nie zostało u nas w mieszkaniu umieszczone do słuchania, a schowane tymczasem na strychu. Ówczesne radia wymagały odpowiedniej anteny zewnętrznej, aby odbiór był dobrej jakości. Na posiadanie takiego radia otrzymywali zezwolenie tylko Niemcy. Myśmy wtedy jeszcze Volkslisty nie posiadali. Nie można było ustawić bardzo widocznej anteny, by się nie zdradzić z posiadania nielegalnego odbiornika, bo za to groziły wysokie kary, łącznie z obozem koncentracyjnym.

Niedługo tata postarał się o zezwolenie na tak zwane niemieckie radio ludowe (Volksempfaenger), które było tak skonstruowane, że odbierało tylko najbliższe lokalne stacje niemieckie. Ten odbiór wymagał również odpowiedniej anteny. Taką antenę mógł tata bez żadnych podejrzeń zbudować za zgodą naszych gospodarzy, którzy domagali się tylko, aby antena miała odpowiedni przełącznik i działała w czasie burzy jako piorunochron. Po zbudowaniu anteny mogliśmy odbierać stację w Gliwicach na falach średnich, a na długich Wrocław.

Tamto lepsze radio miało teraz swoją bardzo przemyślną kryjówkę w sypialni. Mieliśmy tam nieduży piec kaflowy. Tata go odpowiednio opróżnił z wszelkich wewnętrznych cegieł, które służyły do konstrukcji ciągów pieca. Pozostały tylko kaflowe ściany zewnętrzne z nienaruszonym paleniskiem z drzwiczkami. W górnej płycie pieca były małe otworki do wkręcenia szprych rowerowych, za pomocą których można było tę płytę dźwignąć i wyciągnąć radio.

To radio wyciągał tata w wielkiej tajemnicy przed młodszym rodzeństwem. Ja zostałem wtajemniczony przypadkowo, gdy podglądnąłem po kryjomu krzątanie się taty przy piecu. Zauważyłem wpierw, że rodzice przestali ogrzewać sypialnię tym piecem, a robili to małym piecykiem żeliwnym. Wytłumaczono mi początkowo, że ten piecyk wstawiono, bo z kaflowego się dymiło. Radio Philips umożliwiało dobry odbiór angielskiej stacji BBC. Co jakiś czas odbywała się z zachowaniem wszelkiej ostrożności ceremonia nasłuchu radiowego. Mieliśmy inne informacje, aniżeli te, które przekazywała goebelsowska propaganda na falach niemieckiego radia. To docierało do nas codziennie z włączonego w kuchni małego radia. Zwłaszcza od początku 1943 roku gdy Niemcy przegrywali sromotnie pod Stalingradem, kłamliwa propaganda się nasiliła. Rodziła się nadzieja na rychły koniec wojny, na przegraną Niemiec. Te ostre zimy, które przyczyniały się do niemieckich klęsk na froncie wschodnim, dawały się i nam we znaki w słabo ogrzewanej sypialni za pomocą żeliwnego piecyka, z którego szybko ciepło uchodziło do komina. Mama bywała niezadowolona z braku pieca, bo młodsze rodzeństwo przeziębiało się zbyt często. Po klęsce stalingradzkiej Niemcy zaczęli brać do wojska także Ślązaków. Tata w marcu 1943, dostał również powołanie. Na szczęście nie trafił na front wschodni, a do południowej Francji, gdzie w 1944 roku, po wylądowaniu aliantów, przeszedł na ich stronę i szybko zmienił mundur niemiecki na polski w Armii Andersa.

Teraz ja często wyciągałem radio i nasłuchiwaliśmy o sytuacji na froncie zachodnim, bo otrzymaliśmy oficjalne niemieckie zawiadomienie, że tata zaginął w południowej Francji. Pod koniec roku 1944 nasłuch za pomocą tego większego odbiornika nie był już konieczny, bo amerykańskie stacje radiowe nadawały teraz z terenu Francji, blisko niemieckiej granicy i odkryłem, że ten prosty, mały odbiornik w kuchni był w stanie je odbierać. Mieliśmy odtąd dokładne informacje o sytuacji frontowej aż do zakończenia wojny, na której koniec coraz bardziej czekaliśmy. Zaraz po wojnie wydałem radio cioci, która po nie przyjechała. Po pięciu latach wojny odbiornik grał znów u nich, tyle że dziadek już nigdy niczego z niego nie usłyszał, bo został zgładzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Gdy tata wrócił po wojnie w 1946, miał problem z przywróceniem pieca do sprawnego działania. Trwało to jakiś czas, ale zimy nie były już tak mroźne jak te, w czasie wojny. Tamto małe niemieckie radio się skończyło, przestało grać. Niedługo mieliśmy tak zwaną radiofonie przewodową, ale działającą podobnie jak te proste niemieckie radia. Mogliśmy słuchać tylko tego, co nadawał radiowęzeł. To był radziecki system informacyjny, tak zwany kołchozowy. Takie radio można było tylko włączyć i wyłączyć, oraz ściszyć, czy pogłośnić. Nadawało tylko jedną stację radiową .Nazywaliśmy je kołchoźnikiem. Gdy przyjeżdżałem do babci do Niedobczyc, mogłem znów nasłuchiwać zachodnich stacji jak Glos Ameryki, czy Wolną Europę, aby usłyszeć, co mówi świat zza żelaznej kurtyny. Od 1939 do 1989 próbowano nas pozbawiać wolności słowa. Teraz mamy dowolne odbiorniki radiowe, które odbierają dowolne stacje i pełną wolność słowa, ale też za dużo złych, pełnych wzajemnej nienawiści słów. Jak w Hamlecie u Szekspira: SŁOWA, SŁOWA, SŁOWA…

Radio i TV

Radio, czyli bez drutu (wireless)


To trochę wspomnień o radiu, ale i telewizji. Przed wojną nie mieliśmy radia u siebie w domu. Pamiętam jednak rok 1935 gdy byłem u dziadków na Emie (w Biertułtowach, gdzie się urodziłem). Przebywałem tam bardzo często w dzieciństwie. W radiu nadawali transmisję z pogrzebu marszałka Piłsudzkiego. To nie była relacja telewizyjna, ale sugestywny reportaż radiowy, bo pamiętam, że opisy i dźwięki były dla mnie bardzo żywe. Nie widziałem, ale miałem przed oczami obraz tamtych wydarzeń. Dobra i sugestywna relacja radiowa zastępowała wtedy późniejsze transmisje telewizyjne. Na wczorajszej uroczystości z okazji 55 lecia Telewizji Katowice w dużym studiu obecni tam goście też wracali do wspomnień. Arcybiskup Skworc wspominał na jakim telewizorze oglądał pierwsze programy naszego ośrodka, wojewoda mówił o tym, co zapamiętał jako dziecko z pierwszych naszych programów, a prezydent Uszok pochwalił się, że wykształcenie średnie zdobył w technikum telewizyjnym i przyjeżdżał na praktykę do nas.

Te wynurzenia skłoniły i mnie by sięgnąć dalej w przeszłość. Poza wspomnianym pogrzebem z 1935 roku zapamiętałem jeszcze wysłuchane tam na Emie relacje z „wyzwolenia” Zaolzia w 1938, a potem tuż przed wojną rożne nachalne przechwałki o naszym Jesteśmy silni zwarci gotowi i nie oddamy ani guzika, w co mój dziadek, stary powstaniec śląski tak bardzo wierzył, że w 1939 spalił publicznie kukłę Hitlera, co mu wcale nie wyszło na zdrowie, a wręcz kosztowało życie w obozie zagłady w Dachau.

Wtedy, przed wojną usłyszałem już co nieco o telewizji. Ojciec mego kolegi Zygmunta B. potrafił nam ciekawie o wielu rzeczach opowiadać. Że będzie takie radio posiadające jeszcze mały ekranik i jak w kinie da się zobaczyć mówiące osoby i wszystko co kamera jest w stanie pokazać. To słowo kamera było jeszcze poza zasięgiem mej percepcji. Nie przypuszczałem wtedy jeszcze, że za dwadzieścia lat sam stanę się w 1957 roku kameramanem w TV Katowice. Przedtem upłynęło jeszcze trochę lat radiowych w mym życiu.

Owo wspaniałe szwedzkie radio z domu dziadków zawędrowało zaraz na początku wojny po kryjomu do nas do Rybnika, gdzie miał je ojciec przechować. Takie nielegalne posiadanie radia było surowo karane, zdarzało się, że i obozem zagłady. Radio znalazło swój schowek w piecu kaflowym w sypialni. Piec został w tym celu „wybebeszony”. Dobry odbiór radiowy wymagał wtedy solidnej anteny zewnętrznej. W celu zamaskowania tego faktu, ojciec postarał się o oficjalny niemiecki odbiornik jednolampowy odbierający wyłącznie niemieckie stacje radiowe z Gliwic i Wrocławia. Mieliśmy dostęp tylko do oficjalnej

propagandy niemieckiej przez ów Volksempfaenger. Miało to jednak i dobre strony dla mnie, bo w miarę rozwoju akcji wojennych, mogłem się dowiedzieć z codziennych porannych komunikatów, czy będą lekcje szkolne , czy nie. Jeśli już rano ogłaszano alarm lotniczy na terenach południowej Austrii, to wiadomo było, że Amerykanie lecą z Brindisi we Włoszech w ilości setek samolotów bombardować rafinerie w Kędzierzynie. Wtedy i u nas ogłaszano alarm lotniczy i odwoływano lekcje. Te lotnicze komunikaty miały charakterystyczne sygnały dźwiękowe. Odgłosy kukułki zapowiadały coś złowieszczego, bo bombardowania.

Na co dzień wystarczało nam to małe radio. Podczas dziejących się bardzo ważnych wydarzeń wojennych wyciągał ojciec to radio dziadków z pieca i wtedy było nasłuchiwanie Londynu, zaczynające się od charakterystycznego bum, bum, bum. Rosła nadzieja, ale wojna trwała nadal, dziadek już został zagazowany w obozie, a kuzyn Reinhard, czyli Hardik zginął w Rosji, gdzie dotarł już prawie pod Moskwę. Po klęsce stalingradzkiej każdy Ślązak nadawał się do tego, by go powołać do służby wojskowej. Ojca powołano pod koniec lutego 1943 i na szczęście dostał się do południowej Francji, gdzie w następnym roku zdezerterował i dostał się do armii Andersa. Teraz ja sam obsługiwałem przy ważnych okazjach to duże radio. Niedługo, bo pod koniec roku 1944 wystarczyło odpowiednio poszukać na skali niemieckiego Volksempfaengera, by złapać amerykańską stację radiową Soldaten Sender West, nadającą już z terenu Francji. Bez dźwigania ciężkiego wielolampowego odbiornika mieliśmy teraz świeże wiadomości na co dzień z mniejszego radia. Pod koniec 1944 odebrałem też kilka razy komunistyczne radio z Lublina. Dowiadywałem się, że gdy nas „wyzwolą, będą mógł za darmo korzystać z nauki w gimnazjum i na studiach. Zapowiadano sowiecki raj. Myśmy już jednak coś o Katyniu słyszeli z radia BBC. Schizofreniczne dziecięce upolitycznienie. Miałem wtedy 13 lat. Bardzo wcześnie zaczęło mnie radio kształtować.

Na początku 1945 roku, spędzaliśmy kilka miesięcy tuż przy linii frontu w piwnicy. Niestety, nasze radio nie działało już wtedy, bo byliśmy bez elektryczności. Radio zabrałem co prawda do piwnicy, rozwinąłem jakąś prowizoryczną antenę i gdy jeszcze mieliśmy światło, można było usłyszeć ostatnią wiadomość, że rosyjskie czołgi znajdują się na północ od Gliwic. Zaraz zgasło światło, ale zrodziła się nadzieja, że zostaniemy szybko wyzwoleni, bo z Rybnika do Gliwic jest tylko 24 km. Niestety za kilka dni front stanął u nas pod lasem nad rzeką Rudą i zatrzymał się tak na ponad dwa miesiące, skazując nas na koczowanie w piwnicy. Zaraz na początku została nasza sypialnia zniszczona wybuchem granatu, ale piec z radiem dziadków się ostał. Pan B wraz z rodziną koczowali też w naszej piwnicy. Posiadał on słuchawki od bezlampowego radia detektorowego na kryształek. Niestety, radio nie zadziałało, bo zabrakło drutu do kondensatorów na odpowiednią ilość zwoi. Musieliśmy się więc zadowolić tak zwaną radiofonią gigantofonową. Rosjanie ustawili na swojej pierwszej linii okopów swe głośniki i nadawali agitki propagandowe w polskim języku. Były polskie piosenki i rosyjskie. Zaczęła się ta udawana przyjaźń polsko radziecka, która potem natrętnie trwała i w radiu i telewizji przez dziesiątki lat. Na początku marca Niemcy nas ewakuowali. Udało się nam wydostać z miejsca zbiórki w rzeźni miejskiej i dotarliśmy z mamą i rodzeństwem wpierw do rodziny w Niedobczycach, a potem na Emie. Udało mi się zabrać to małe radio ze sobą. Nasłuchiwaliśmy nadal Soldaten Sender West i BBC. W polskim radio były już przed wojną nadawane msze św. Niemcy hitlerowskie nastawione wrogo do kościoła katolickiego tego nie robiły. Pod koniec przegranej wojny goebelsowska propaganda uciekła się teraz do transmisji mszy , ale oczywiście musiało to być z podkreśleniem, że to z ruin katedry w Kolonii, zbombardowanej przez anglo amerykańskich terrorystów. Radio to informowało nas o sytuacji na frontach prawie do samego końca wojny, aż przepaliła się w nim ta jedyna lampa. Wojna się skończyła dość szczęśliwie dla nas, mogliśmy niedługo wrócić do domu Odtąd nie mieliśmy już radia, bo tam to duże wydobyłem z pieca i radio wróciło teraz do babci. U nas po wojnie zaczęła się era radiofonii kołchoźnikowej. Były to głośniki do których dochodził centralny program radiowy. Nie było żadnego wyboru stacji. Wysłuchiwaliśmy jeszcze dodatkowo komunikatów miejskich. Jak w ruskich kołchozach. Tylko nieliczni posiadali teraz radia po wojnie. Doskonale radio wielolampowe o dużej mocy otrzymała mama mego kolegi Jurka Cz., którego ojciec zginął w obozie. Mieli także u siebie w mieszkaniu podłączoną ową sieć głośnikową. My kilkunastoletni buntownicy postanowiliśmy nadawać konkurencyjnie na te miejskie odbiorniki głośnikowe program z owego silnego radia. Włączaliśmy Głos Ameryki, bo Wolnej Europy jeszcze wtedy nie było. W najbliższym sąsiedztwie ludzie się nagle dziwili, gdy wchodził na felieton bardzo zakłamanej komunistycznej dziennikarki Wandy Odolskiej nasz własny materiał wywrotowy. Szybko się jednak z tego musieliśmy wycofać, bo zaczęto gadać o jakichś wrogich podłączeniach się do państwowej sieci informacyjnej. Mieliśmy szczęście, nie wpadliśmy.

W międzyczasie bardzo stęskniłem się za własnym radiem. W grę wchodził jedynie odbiornik detektorowy. Zdobyłem taki i postanowiłem usprawnić odbiór poprzez jak najdoskonalszą antenę. Wyprowadziłem ją z pobliskiego masztu wysokiego napięcia, bo jeszcze długo po wojnie zwisały z niego grube kable. Doczepiłem do jednego wypleciony pojedynczy drut i poprowadziłem go wprost do naszego okna na pierwszym piętrze. Podłączyłem też uziemienie i założyłem słuchawki detektora. Żadnego radiowego sygnału nie usłyszałem, tylko doznałem potwornie bolesnego porażenia elektrycznego. Miałem wrażenie, że rozsadza mi czaszkę. Przeżyłem to. Dziś wiem, że było to silne wyładowanie elektrostatyczne o wielkiej mocy. Słuchawki przestały działać i znów nie miałem radia.

W czasach gimnazjalno licealnych byłem niedzielnym słuchaczem radiowym. Mój nieco majętniejszy kolega z klasy, który mieszkał w Pszczynie i w soboty jeździł do domu, wypożyczał mi swoje małe ale doskonałe radio Tesla. Miewałem je nawet na święta Bożego Narodzenia. Nadawano wtedy całe opery i muzykę baletową. Głównie polskie i rosyjskie, jak na święta „Dziadka do orzechów”. Zdarzyło mi się też wysłuchać muzyki do baletu Pan Twardowski Różyckiego. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak wielkim przeżyciem będzie kiedyś dla mnie ten balet w telewizji, bo była to nasza pierwsza transmisja w dniu otwarcia stacji.

Nieco później, gdy już studiowałem miałem okazję „ zdobyć” w placówce MHD (Miejski Handel Detaliczny) bardzo popularne wtedy radio pod nazwą PIONIER. Panowała wówczas w pełni obyczajowość socjalistyczna, więc początkowo i nazwy były takie. Mnie na to radio nie było stać. Za niskie stypendium i za mało zarabiałem przy okazjonalnych wystawach sklepowych jako student ASP. Radio kupiłem dla mego brata Bolka, który miał w technikum fabryki maszyn górniczych o wiele lepsze stypendium.

Mnie było stać na kolejny detektor. Miałem go w akademiku w Krakowie na drugim roku, gdy jeszcze nie mieliśmy w pokoju głośników radiowęzła. Antenę miałem raczej małą pokojową, bo mieszkaliśmy niedaleko Kopca Kościuszki, gdzie była radiostacja. Był to rok1953, w ZSRR umierał Stalin. Było to do południa chyba 5. marca. W radiu coraz więcej wiadomości z Moskwy. Siedzieliśmy w piątkę w pokoju i nie poszliśmy na zajęcia, tylko wyrywaliśmy sobie dwie pojedyncze słuchawki. Zawsze ktoś musiał relacjonować głośno, czy już… Kolega W. który głośno krzyknął NIE ŻYJE, wyjechał potem na dalsze studia do Moskwy. Całkiem dobrowolnie. Po tak ważnej wiadomości słuchawki uległy rozerwaniu i detektor zamilkł dla mnie na zawsze jako odbiornik radiowy. Nie było już czego słuchać, po dzisiejszej najważniejszej wiadomości. Zaraz poszliśmy gremialnie na zajęcia w akademii. Po drodze gdy zbliżaliśmy się do mostu Dębnickiego usłyszeliśmy głośne dudniące dźwięki. To nie były megafony, to zabrzmiał dzwon Zygmunta na Wawelu. Ten arcy polski dzwon wydzwaniał dotąd dla nielicznych wielkich Polaków, a dziś głosił żal za zmarłym generalissimusem. Dla większości Polaków były to jednak dźwięki radości.

Gdy skończyłem studia na ASP nie miałem jeszcze własnego radia, choć miałem już żonę i syna. Otrzymałem pracę w telewizji jako operator kamery. Nie od razu posiadałem też własny telewizor. Moja telewizja zaczęła się od jej powstania, dnia trzeciego grudnia 1957 transmisją z opery w Bytomiu. Była to akademia barbórkowa z udziałem I. sekretarza Władysława Gomułki, a potem transmitowaliśmy na żywo całość baletu Ludomira Różyckiego Pan Twardowski. Ten balet wrócił do mnie po latach. Kiedyś mogłem tej muzyki wysłuchać w radiu, a teraz sam jako operator kamery telewizyjnej mogłem się przyczyniać do tego by dawne radio miało jeszcze ekranik z obrazkiem. Na początku było jeszcze wszystko czarno białe, jak w dawnym kinie. Bardzo mały ekran, obraz często zniekształcany. Było jednak widać i słychać.

Niedługo przestałem być operatorem i zacząłem wpływać na kształt plastyczny tego co widać w tv, zająłem się scenografią. Związki z radiem pozostały mi jeszcze na długi czas. Byliśmy firmą, która nazywała się Radiokomitetem. Mieliśmy przez parę lat wspólną główną księgową w Radiu Katowice. W radiu nigdy nie wydawali pieniędzy na dekoracje. W radiu się niczego nie oglądało. Pani główna księgowa z przyzwyczajenia pytała, czy wy musicie ciągle nowe dekoracje robić, przecież już tyle ich zrobiliście? To przecież takie drogie.

A ja ciągle projektowałem nowe dekoracje, przysparzałem państwu wydatków. Państwo ludowe przymykało oczy na te wydatki, bo to przecież była także propaganda, którą i my uprawialiśmy. Przy nocnym projektowaniu słuchałem jednak nadal radia. Teraz miałem już dobre radio pod nazwą Bolero, na którym działały stacje nadające na UKF. Niedługo telewizja wprowadziła kolor. Nie dziwiłem się, że tak szybko, bo w dobie czarno białej telewizji towarzysze często pytali, dlaczego nie wyczuwa się tej ilości czerwieni w dekoracjach, czy nie można by z tym coś zrobić? Tak , można wprowadzić telewizję kolorową. No i wprowadzono. Nie było tylko dostatecznej ilości kolorowych telewizorów. Te radzieckie Rubiny i Elektrony były drogie i ciężkie, a na dodatek zapalały się, były pożary mieszkań. Jak pamiętam, kłopoty z radzieckim sprzętem bywały i w samej telewizji od dawna. Od początku jej powstania mieliśmy w kawiarence telewizor radziecki. Przesiedziałem tam sporo godzin oglądając program w czasie dyżurów. Wiele osób bywało w tej kawiarence i korzystało z rzadkiej wtedy okazji oglądnięcia programu telewizyjnego. Kiedyś, gdy czekaliśmy na włączenie telewizora, obraz się nie pojawiał. Musiał przyjść kolega z działu technicznego obeznany ze sprzętem i spróbować telewizor włączyć. Trzeba było go zestawić z półki i ledwo próbował odkręcać tylną ściankę, zaraz z telewizora zaczęły uciekać myszy. Myszy było w telewizji od początku bardzo dużo, bo budynek studia zbudowano w polu. Czasami wędrowały sobie swobodnie w studiu, dopóty nie zaangażowano służbowego kota. Nawet któraś ze spikerek krzyknęła kiedyś przerażona w trakcie zapowiedzi programu, gdy mysz przemknęła jej obok mikrofonu. Te myszy w telewizorze uznały widocznie, że jest to bardzo cieple miejsce na gniazdo. Przy okazji pożywiały się osłonkami drutów i kabli.


2012.12.15.

Rybnik styczeń 1945

styczeń 1945

22. stycznia Hitlerowcy dowieźli część wycieńczonych oświęcimskich więźniów do stacji Rzędówka (Leszczyny) i dalej w „marszu śmierci" prowadzili ich w stronę Raciborza. Po drodze dokonywali masowych zbrodni. Jedna z nich miała miejsce już w Kamieniu. 9 dalszych zastrzelono w Wielopolu. Szansą na przeżycie marszu była ucieczka. Zdecydowało się na nią 3 mężczyzn w lasach pod Wielopolem. Przechowała ich rodzina Zimoniów z Wielopola. Wielu eskortowanych więżnów padało ze zmęczenia i wówczas byli zabijani przez niemieckich strażników. Szczególnie okrutnie rozprawili się hitlerowcy z więźniami przy kąpielisku Ruda, mordując 22 stycznia, po mroźnej nocy, 446 więźniów niezdolnych do marszu. Ich ciała wrzucali do kanału Młynówki, którą wypełnili po brzegi.

26 stycznia tegoż roku, od uderzenia 7 korpusu pancernego gwardii oraz 55 i 56 brygady pancernej płk Dawida Draguńskiego, wspierane 23 brygadą piechoty zmotoryzowanej płk Aleksandra Głowaczewa, rozpoczęły się walki o Rybnik. Wobec zdecydowanego oporu jednostek niemieckiej 8 dywizji pancernej, nie opanowano jednak miasta, zajęto natomiast jego północne krańce z Golejowem, Rybnicką Kuźnią, Orzepowicami i częścią dzielnicy ,,Maroko". Szpica czołgów dotarła w rejon szkoły w dzielnicy Smolna, jednak wobec silnego oporu Niemców i unieszkodliwieniu kilku czołgów, wycofano się w rejon dzielnicy ,,Maroko" i Orzepowic. Linią frontową na długie tygodnie stała się rzeka Ruda, od Ligockiej Kuźni przez Paruszowiec aż po dzielnicę Wawok. Dalej linia frontu biegła doliną rzeki Nacyny i w rejonie obecnej ul. Kotucza, aż po ul. Grunwaldzką w kierunku lasu Gać.

31 stycznia oddziały 107 dywizji 106 korpusu piechoty 60 armii zluzowały w rejonie Rybnika jednostki 7 korpusu pancernego i podjęto kolejną próbę opanowania Rybnika. I tym razem nie opanowano jednak miasta, bo opór Niemców był silny.

Spotkania

Spotkania

Tego lata Wiktor przebywał często w lesie. Przez długi czas wychodził zbierać borówki, a pod koniec lata brusznice. Mama zaproponowała mu, by to co nazbiera, spróbował sprzedać i zarobić sobie na szkolne wycieczki, gdy po wakacjach pójdzie do drugiej klasy w rybnickim gimnazjum. Lato było piękne tego roku, leśne runo obrodziło obficie. Sporo czasu spędzał też na kąpielisku na Rudzie, dokąd miał blisko idąc wzdłuż rzeki. Parę złotych udało mu się odłożyć, miał je wpłacone na swej książeczce oszczędnościowej KKO, którą mu rodzice założyli. Od czasu do czasu Wiktor czytał bardzo popularną gazetę Siedem Groszy, którą ojciec kupował w drodze z pracy. Zawsze zerkał najpierw na rysunkową historyjkę o Froncku bezrobotnym, potem na wiadomości sportowe, mniej go interesowały artykuły o sytuacji politycznej. Zbyt dużo było o wojnie, której wybuchu się obawiano. Hitler ciągle groził, ale polskie władze uspokajały, że jesteśmy silni zwarci i gotowi. Wiktor już też coś o tym wiedział, bo w ciągu ostatniego roku urządzali w gimnazjum zbiórkę pieniędzy na nowy karabin maszynowy dla pierwszej kompanii drugiego batalionu 75. pułku stacjonującego w Rybniku. Wiktor wysupłał coś ze swych oszczędności na ten ważny cel. Profesor Libura zachęcał swoją klasę, by nie były to pieniądze wyproszone od rodziców, a zarobione przez nich samych. Pomny tych wskazówek, zaczął teraz chodzić do lasu by zbierać grzyby. Wakacje się już prawie skończyły, nastał ostatni tydzień sierpnia. Wiktor znał już bardzo dobrze okoliczne lasy wokół swojego miejsca zamieszkania aż po lasy w Wielopolu i Kamieniu. Dziś wybrał się wcześnie rano, zawędrował dość daleko aż doszedł do miejsca, gdzie jeszcze nigdy nie dotarł. Pośród wysokiego lasu natrafił na dość dużą polanę, o powierzchni prawie jak boisko do piłki nożnej. Porośnięta była młodymi brzózkami i sosenkami. Wszystko to stanowiło jedno wielkie wrzosowisko pachnące z daleka i jaśniejące fioletem w słońcu. Na środku stał mały biały budynek. Cały teren był ogrodzony solidnym wysokim płotem z drutu kolczastego. Wzdłuż płotu porastały gęste krzewy wrzosów. Wiktor zobaczył już z daleka rosnące pomiędzy nimi okazałe kapelusze grzybów koźlarzy o czerwonych główkach. Zbliżył się do ogrodzenia i zaczął wykręcać z ziemi wspaniałe okazy. Robiło to wrażenie, jakby nikt w tym miejscu nie zbierał nigdy grzybów. Zaraz zrozumiał dlaczego tak się działo, gdy usłyszał głośne stój, co masz w rękach. To żołnierz w hełmie, uzbrojony w karabin z nałożonym na lufę bagnetem stanął nagle przed nim tuż za płotem. Był to młody żołnierz, który go zapytał co tu robi, czy nie czytał co napisane na tablicach ostrzegawczych, że nie wolno się tu zbliżać, bo to teren wojskowy? Wiktor jakoś tych tablic nie dostrzegł, bo bardziej miał wzrok skierowany na ziemię niż w górę. Żołnierz miał widocznie ochotę porozmawiać z młodym grzybiarzem i zapytał skąd jest, gdzie tu mieszka. Wiktor na wszystko chętnie odpowiadał, a dość przyjaźnie nastawiony żołnierz radził mu by szybko skorzystał z możliwości pozbierania grzybów rosnących tuż przy płocie, bo musi się stąd zaraz oddalić. Zapytał jeszcze Wiktora jak ma na imię. Wiktor zgodnie z poleceniem oddalił się nieco, rozglądnął się i starał się to miejsce zapamiętać. Nie tylko tuż przy płocie rosły okazałe grzyby, ale tęż w pobliżu, bo widocznie mało tu grzybiarzy zachodziło, wiedząc że to teren zakazany. Wiktor miał swój koszyk prawie pełny i skierował się w kierunku domu. Mama opowiedziała ojcu jakie obfite grzybobranie miał dziś Wiktor. Ojciec zapytał z ciekawości gdzie to w lesie tyle grzybów nazbierał i gdy mu Wiktor to miejsce scharakteryzował, powiedział krótko, to było przy prochowni. Znaczyło to, że przy wojskowej przechowalni amunicji i wszelkich środków wybuchowych. Miejsce pilnie strzeżone przez wojsko, tym bardziej teraz, gdy krążyły różne wersje o działalności niemieckich dywersantów, a do granicy niemieckiej pod Gliwicami było stąd zaledwie dwadzieścia kilometrów.

1 września rano Wiktor obudził się bardzo wcześnie. Dziś miał pójść do szkoły, do drugiej klasy gimnazjum rybnickiego. Około godziny wpół do ósmej miał ze stacji Paruszowiec, w pobliżu ich domu pociąg do Rybnika, ale było jeszcze sporo czasu. Z daleka od lasów nadciągała chyba burza. Te grzmoty były dziś jednak jakieś inne, nie takie przeciągłe, ale urywane, jakoś inaczej rytmiczne. Tata co dopiero wyszedł na dwór i powiedział, że to faktycznie już wrzesień, trochę pochmurny i mglisty poranek, a nawet jakieś grzmoty się odzywają. Ojciec Wiktora brał już udział w pierwszej wojnie światowej w kajzerowskiej armii i był na froncie we Francji. Szybko odróżnił odgłosy burzy od dudnienia ostrzału artyleryjskiego. Powiedział tylko dwa słowa do mamy Wiktora. To wojna! Przypilnuj, by synkowie spakowali co najważniejsze i byli gotowi, gdyby trzeba stąd uciekać. Ja muszę do służby na swój pociąg do Pszczyny, a co dalej będzie, zobaczymy. Może do wojny jednak niedojdzie, Hitler zawsze lubił nastraszyć i na tym się może i tym razem skończy. Pewno Niemcy urządzają manewry nad granicą.

Koło godziny siódmej pojawiła się podążająca ulicą Podwale od strony obu rzek i lasu grupka żołnierzy. Dwu z nich podeszło na podwórze domu, gdzie mieszkał Wiktor, a reszta udała się dalej wzdłuż nasypu kolejowego. Po chwili nadleciał samolot z czarnymi krzyżami na skrzydłach i dwójka żołnierzy szybko ukryła się w domu razem z ich mieszkańcami. Nie było żadnego bombardowania ani ostrzału. Widocznie był to samolot obserwacyjny. Wiktor zaś zauważył, że jeden z tych dwu żołnierzy to ten, którego poznał przy prochowni. Ojciec Wiktora zapytał go co się dzieje, że opuścili stanowiska. Żołnierz wiedział z wczesnego rannego telefonu, jaki jeszcze odebrali z koszar, że mają czekać aż podjadą wozy po amunicję, a potem się z nimi wycofać jako ochrona. To był ostatni rozkaz jaki do nich dotarł. Niedługo zaczęły się coraz bardziej zbliżać pojedyncze strzały, a potem już serie i dowódca dał rozkaz do opuszczenia placówki. Rozkazu na jej wysadzenie nie było. Żołnierze podążali lasem w kierunku Paruszowca by dotrzeć do Żor. Tu doszło do powtórnego spotkania Wiktora z żołnierzem poznanym przy grzybobraniu. Ojciec Wiktora po swoich przeżyciach wojennych z pierwszej wojny miał dość okrutności bitewnych i wiedział do czego to wszystko prowadzi, jaki los czeka młodych ludzi. Powiedział do żołnierzy, że tu za chwilę mogą się pojawić Niemcy, wy zaś daleko już nie uciekniecie na piechotę. Dam wam moje zapasowe ubrania kolejarskie i pojedziecie ze mną pociągiem, bo mam wyznaczoną służbę jako kolejarz na trasie na wschód. Był pan pomocny synowi w lesie przy grzybach, to teraz ja panu pomogę by dostać się do Żor, powiedział ojciec do młodego żołnierza. Przebrani już, udali się dalej jako kolejarze z ojcem Wiktora na pociąg do Żor.

Ojciec Wiktora wrócił do domu po tygodniu ze swojej wojennej trasy w okolice Tarnowa. Niemcy szybko zdobywali polskie tereny, dla ojca Wiktora dalsze podążanie na wschód nie miało sensu. Dla niego liczyła się rodzina i udało mu się wrócić, bo potrafił się z Niemcami w ich języku dobrze porozumieć. Ci uważali go za swojego, bo pochodził ze Śląska Opolskiego i był weteranem pierwszej wojny światowej w kajzerowskiej armii. Polubił młodego żołnierza, którego syn poznał przy zbieraniu grzybów i starał się tym młodym żołnierzom jak najwięcej pomóc. Rozstali się dość szybko, bo ci mieli swoje dalsze plany. Ich nazwisk nie poznał, jedynie imiona. Ten od Grzybów przy prochowni, to był Rysiek. Ryszard zapamiętał też imię Wiktora, oraz miejscowości Rybnik i Paruszowiec.


Wiktor przeżył większość czasu wojennego z dala od domu, od Rybnika, bo Niemcy zmusili go do wpierw do służby w Arbeitsdienst a potem w niemieckiej armii we Francji, gdzie zdezerterował i zakończył swoją wojenną niedolę. Tak się złożyło, że został internowany na terenie Szwajcarii. Szwajcarzy nie udzielili mu jednak gościny na zawsze, a bał się wracać do Polski ze względu na swoją choć przymusową służbę w Wehrmachcie. Ostatecznie udało mu się wyemigrować do Nowej Zelandii, dokąd dotarł w 1951 roku. Były to trudne początki. Nie należał już do tych wcześniejszych emigrantów polskich, którzy tu przybyli dawniej i się dobrze zadomowili. Dla nowszych przybyszów osiedlenie tutaj było coraz trudniejsze. Nie należał przecież do polskich weteranów z armii Andersa, których się tu dużo osiedliło i stanowili zwartą wspierającą się grupę. Wiktor niechętnie mówił tam o swojej wojennej przeszłości, bo bał się, że mógłby zostać jeśli nie wrogo, to dość niechętnie potraktowany. Po jakimś czasie dało mu się zaczepić do pracy pomocniczej na poczcie. Wiktor był pracowity i cierpliwy. W Keri-Keri na północy północnej wyspy trzeba było obsadzić stanowisko naczelnika poczty. Wiktor udał się na rozmowę, do urzędu rejonowego, gdzie w trakcie rozmowy z prowadzącym sprawę urzędnikiem, ten odezwał się w pewnym momencie po polsku, Wiktorze poznaję cię, pierwszy raz widzieliśmy się 15 lat temu w Rybniku przy prochowni w lesie, gdy zbierałeś grzyby. Potem już po kilku dniach, gdy wybuchła wojna twój ojciec pomógł mnie i koledze. Będę o tych chwilach zawsze pamiętał. Znam dole wielu ludzi z twoich stron, bywali zmuszeni do służby w wojsku niemieckim, ale gdy tylko się dało, przechodzili do armii Andersa, by walczyć z Niemcami. Ja wtedy byłem już porucznikiem, miałem w swoim oddziale kilku dzielnych Ślązaków. Teraz kolej na mnie bym ja tobie pomógł. Wiktor nikomu się w Nowej Zelandii nie zwierzał, że służył w armii niemieckiej. Wiedział o tym tylko Rysiu, który stał się jego starszym przyjacielem z prochowni w rybnickim lesie. Powiedział jeszcze półżartem, że tu mu nie zdradzi, gdzie dorodne grzyby rosną, bo takich odmian jak w Polsce tu w ogóle nie ma. Wszystko jest tu inne, ale jest pewien, że sobie poradzi choć żyją tu do góry nogami po drugiej stronie globu.


Katowice, 22.01.2019.

Spotkanie w Białce Tatrzańskiej

Spotkanie w Białce Tatrzańskiej


W czasie naszego wrześniowego pobytu w Zakopanem postanowiłem po sześćdziesięciu latach zwiedzić Białkę. W końcu lat czterdziestych przeżyłem tam powódź na obozie. Nie był to już harcerski obóz, a pobyt wakacyjny zorganizowany dla młodzieży szkół średnich przez miejskie władze ZMP. Znalazłem się wraz z kolegami w tej organizacji mimo woli, po zlikwidowaniu harcerstwa dla szkół licealnych. Wtedy wybraliśmy w klasie gremialnie tę lepszą organizację z dwu gorszych, czyli OMTUR, związaną z PPS, a nie ZWM związane z komunistycznym PPR. Pod koniec roku 1948 nastąpiła fuzja obu partii, które stały się Polska Zjednoczoną Partią Robotniczą, a dwie organizacje młodzieżowe zamieniły się w nową organizację ZMP, którą w czasie październikowej odwilży w 1956, jako skompromitowaną organizację młodzieżową rozwiązano. W czasie studiów na ASP w Krakowie też ją wtedy ochoczo rozwiązaliśmy. Do nowego Związku Młodzieży Socjalistycznej już nie przystąpiłem.

Wspomniany obóz był bezpłatny, rodzajem zachęty dla młodzieży, aby w ten sposób wziąć udział w dość łagodnej początkowo indoktrynacji w postaci pogadanek ideowych przeprowadzanych przez politycznych instruktorów zawodowych. Rozpieszczano nas dobrym jedzeniem, spaliśmy w dużych amerykańskich namiotach z demobilu, które jeszcze niedawno były naszą harcerska własnością. Obóz był rozlokowany tuż nad rzeczką Białką, a nawet kilka namiotów stało na wyspie w rozwidleniu rzeki. Po zbudowaniu małej zapory mieliśmy możliwość pływania w nieco głębszym zakolu rzeki. Stojąc w wodzie można było oglądać wspaniałą panoramę Tatr. Słowem, zanosiło się na przyjemne wakacje, bo wpajanie nam w prymitywny sposób niechcianej ideologii przez mało inteligentnych instruktorów nie mąciło naszego wakacyjnego samopoczucia. Potrafiliśmy owym ideologom zadawać nawet dość kłopotliwe pytania jak to, czy w ZSRR są fabryki pomarańcz i o dość ambiwalentne skrzyżowania przyrodnicze Miczurina, oraz co Rosjanie jako pierwsi na świecie wynaleźli.

Mniej więcej w połowie trwania obozu, któregoś dnia po gwałtownym załamaniu się pogody, po całodniowej ulewie o świcie rozległy się alarmowe uderzenia w gong wzywający normalnie na posiłki. Był to alarm powodziowy. Rzeka w ciągu nocy zalała część obozu, w niektóre namioty wlewała się już woda. Nie było czasu na ich rozbieranie, wszyscy szybko pakowali do plecaków rzeczy osobiste i w pospiechu opuszczaliśmy obóz udając się na wyższy, dość stromy prawy brzeg rzeki Białki. Najtrudniejsza była sytuacja dla kolegów z namiotów na wyspie, która już nią przestała być. Namioty tkwiły teraz w środku nurtu rzeki. Trzeba było pomoc tym kolegom, aby się mogli wydostać na nasz brzeg. Przerzucono linę i dzięki temu mogli bezpiecznie brodzić zanurzeni po pas przez wysoko wezbraną wodę i dotrzeć w bezpieczne miejsce do nas na wyższym brzegu. Udało się jeszcze uratować nieco sprzętu kuchenno gospodarczego. Wszyscy byli żywi i cali, choć mocno przemoczeni i przemarznięci. Niektórzy na dodatek bardzo przestraszeni. Po drugiej stronie rzeki, od strony Białki już się zorientowano w naszej sytuacji i dano nam znać, że góralskie zaprzęgi podjadą z góry po nas i po sprzęt. Nie musieliśmy zbyt długo czekać. Na kilku wozach drabiniastych zmieścił się nasz dobytek, który silne góralskie konie podwiozły z niemałym wysiłkiem pod górę. Woźnice mocno je popędzali, nie samym strzelaniem z batów, a mocnym okładaniem koni. Zrozumieliśmy skąd ten pośpiech, gdy dotarliśmy do jedynego w okolicy mostu w Jurgowie. Wezbrane wody Białki prawie się przelewały przez drewniany most. Zdążyliśmy jeszcze na drugą stronę. Po dotarciu do wsi, zostaliśmy zakwaterowani w różnych domach góralskich. Przebywało tam na koloniach sporo młodszej młodzieży z Rybnika. Wszystko fundowało wówczas ówczesne Rybnickie Gwarectwo Węglowe. My starsi spaliśmy już do końca pobytu w stodołach. Nasze namioty i prycze nie nadawały się już w najbliższym czasie do użytku.

Teraz po latach dotarłem do Białki rejsowym busem komunikacji zakopiańskiej. Był piękny wrześniowy dzień. Wysiadając tuż przy kościele, usłyszałem jak mężczyzna w moim wieku mówił do swej żony, że był tu ostatni raz ponad pół wieku temu. To tak jak ja. Zwróciłem się do niego, że też tu byłem w tym czasie i przeżyłem wielką powódź. Okazało się, że byliśmy obaj w tym samym czasie tutaj. Mój nowopoznany turysta okazał się Rybniczaninem z Paruszowca. Nie chodził jednak do naszego gimnazjum, a do technikum. Pamiętał ówczesne wydarzenia podobnie jak ja. Oni mieli swój chór i mały zespół muzyczny. To oni występowali na naszych ogniskach w czasie pobytu w Białce. Wtedy nie było tam jeszcze nowego murowanego kościoła, a tylko ten stary drewniany z XVII wieku. To ich chór spontanicznie garnął się do śpiewu w czasie niedzielnych mszy w kościele, co bardzo nie odpowiadało ideologom z obozu.

Takie różne wspomnienia snuliśmy wchodząc do nieczynnego kościółka, gdzie akurat jak się okazało, moi znacznie młodsi koledzy konserwatorzy po krakowskiej ASP restaurowali polichromie. Kościółek nabierał nowego blasku, aby mógł zachwycać już tylko jako zabytek kultury podhalańskiej, bo obok stanął dużo większy murowany kościół w tej dość dużej obecnie i bogatej Białce Tatrzańskiej.

Okoliczne pagórki miejscowości zostały zabudowane, nawet pojawił się tam wyciąg narciarski i zaczęto budowę kąpieliska termalnego. Kiedyś chodziliśmy tam na spacery z koleżankami. Te górskie łąki o bujnej trawie porastały okazałymi margaretkami. Horyzont zasłaniały Wysokie Tatry widoczne po ich stronie północnej, gdzie jeszcze sporo śniegu tkwiło źlebach.

Wspominaliśmy różnych rybnickich znajomych, jak prof. Liburę, Czesia Gawlika i wielu innych, ale też żużlowe mecze na stadionie rybnickim, Zalew na rzece Rudzie na Paruszowcu, gdzie pełno orzecha wodnego rosło, tej kotewki z herbu Rybnika. Jego żona pochodząca z Pszczyny pytała mnie, czy znam Józka Kopocza z TV Katowice, pochodzącego z jej miasta. Mój nowy znajomy przyjechał z żoną jako obywatel niemiecki z Zagłębia Ruhry, gdzie mieszka od kilkudziesięciu lat na wczasy do Zakopanego, sponsorowane przez syna, a także po to, aby w Krakowie obchodzić ich pięćdziesięciolecie małżeństwa. Pod koniec lat siedemdziesiątych na zaproszenie swego wuja, lotnika z Polskich Sił Zbrojnych, który po wojnie nie wrócił z Anglii do kraju, przebywał u niego w odwiedzinach. Namówiony przez Wuja, pozostał tam. Liczył, że ściągnie żonę i synów do siebie. Pracował tam i mógł w trudnych czasach początku lat osiemdziesiątych wspomagać rodzinę przesyłkami deficytowych artykułów, czy pieniędzy. Dopiero w 1981 udało się jego żonie , wyjechać do Niemiec. Dwaj synowie studiowali i pozostali w Polsce. Z Anglii przeniósł się do Niemiec, gdzie uzyskał szybko pracę i obywatelstwo. Postanowili pozostać już na emigracji, ale bardzo często przebywają w Polsce na zaproszenie synów. Częste są te powroty sentymentalne naszych rodaków i wtedy dochodzi do takich spotkań jak to nasze.


We wrześniu 2010.

Stary rybak

Stary rybak


Przed laty, gdy płynąłem kajakiem po Jeziorze Nidzkim dobiłem niechcący do brzegu w pobliżu wędkującego rybaka. Nie zauważyłem go, bo był przysłonięty szuwarami. Przepraszałem gestami, dając do zrozumienia, że już odpływam. Miałem już wcześniejsze doświadczenia z rybakami i wiedziałem, że się bardzo złoszczą, gdy kajakarze płoszą im ryby. Tym razem starszy człowiek zawołał do mnie i zaprosił, abym się zbliżył. W zachęcie pomachał butelką wina. Dopłynąłem do brzegu kilka metrów od zanurzonego w wodzie wędziska i zbliżyłem się do rybaka. Był to starszy człowiek w słomianym kapeluszu. Dopiero z bliska zobaczyłem jego ogorzałą twarz pooraną zmarszczkami. Uśmiechnął się przyjaźnie, przywitał mnie i zapytał, a skąd to w te strony przybywam. On był tutejszy, Mazur. Nabrał do mnie zaufania, gdy mu powiedziałem, że pochodzę z Górnego Śląska. Miał już ponad osiemdziesiąt lat i pozostał tutaj sam, bo cała rodzina wyjechała do Niemiec. On nie mógł się zdecydować na opuszczenie swej małej zagrody. Poczęstował mnie winem własnej roboty. Było ono z jeżyn, które tu obficie porastały brzegi. To było stare wino sprzed kilkunastu lat. Ma go jeszcze spory zapas w piwnicy, a że żyje sam i prawie nikt go nie odwiedza, to butelek nie ubywa tak szybko. Rybak opowiadał o swoim skomplikowanym mazurskim życiu, o tym że walczył już za kajzera w pierwszej wojnie światowej i został ranny, więc w czasie drugiej wojny nie został już do wojska powołany. Był doskonałym gawędziarzem i czas szybko upływał, a jeszcze szybciej opróżniała się butelka. Gdy była pusta, powiedział, abym zaczekał, popilnował wędek, a on podejdzie do swej piwnicy i przyniesie jeszcze jedną butelkę wina.

Staruszek niedługo wrócił, ale ryby przez ten czas i tak nie brały. Powiedział, że dziś nie liczył na to, aby coś złowić. Często przychodzi tylko z przyzwyczajenia pomoczyć wędki. Powstał jednak problem z tym przyniesionym winem. W butelce nie było płynu, a coś gęstego. Wyjaśnił mi, że teraz powinna butelka co najmniej na kilka godzin zostać zanurzona w jeziorze, aby galareta winna znów przemieniła się w płyn. Wytłumaczył mi, że możemy tego wina nie pić, a po prostu je zjeść. Przyniósł nawet w tym celu łyżeczki i dwie miseczki. Sprawnie przewiązał butelkę sznurem przez połowę i podpalił go zapalniczką. Gdy sznur się dobrze palił, polał to wodą z jeziora. Butelka pękła równiutko na dwie połówki o gładkich krawędziach. Ja otrzymałem tę bez szyjki, z większą ilością galarety winnej. By to przysmak tak wykwintny, o tak aromatycznym smaku, jaki po raz pierwszy spróbowałem. Tym razem zajadałem alkohol, a nie piłem go. Rybak opowiadał w trakcie tego delektowania się winną galaretą o swych osiągnięciach wędkarskich. O tym, jak przed laty złapał karpia olbrzyma, prawie metrowego. Myślałem, że to zwykłe przechwałki pobudzane tym smakowitym winnym deserem. Wyjaśniał, jaka to była niezwykła ryba. To największy siłacz pośród ryb. Karp miał w grzbiet wbite szpony orła, z których na kilkanaście centymetrów w górę sterczały jeszcze kości. Zazwyczaj rybacy wypuszczają z powrotem tylko złowione płotki. Tym razem postanowił tak wielką rybę wypuścić na wolność. Niech sama dokończy żywota w głębinach jeziora. To była bohaterska ryba, która choć dotkliwie zraniona, pokonała orła gdy ją zaatakował. Wbił szpony tak głęboko w za ciężką do udźwignięcia rybę, że nie potrafił jej już wypuścić, gdy karp zaczął go wciągać pod wodę. Na pewno trwało to bardzo długo zanim trzepocącego potężnymi skrzydłami orła zdołał wciągnąć w głębiny i utopić. Pływał dotąd z martwym orłem na grzbiecie, aż proces gnilny spowodował, że korpus orła odpadł. Szpony pozostały już wrośnięte na zawsze w grzbiet ryby. Po jakimś czasie zasnąłem. Rybaka już nie było, gdy się obudziłem. Miałem wrażenie że zjadłem za dużo jeżyn i trochę nadal morzył mnie sen. Nie byłem pewien, czy o tej walce karpia z orłem śniłem, czy też był tu ktoś, kto opowiedział mi tę historię.


Katowice, 30.05.2007

Telefon po latach

Telefon po latach


Ostatnio zdarza mi się często, że ktoś mi się w telefonie nagrywa, a ja otrzymuję potem wiadomość zaczynającą się słowami masz nagraną wiadomość. Najczęściej nie odsłuchuję ich, czy to z niechęci, do tego typu wiadomości, czy nieuwagi. Tym razem była to dziwna wiadomość, jakby od kogoś bliskiego mi sprzed wielu lat. Przez chwilę zastanawiałem się od kogo to było. Miałem co prawda w czasach szkolnych przyjaciela Bernarda, z którym utrzymywałem kontakt aż do jego śmierci na początku lat osiemdziesiątych. Pomyślałem, że to może jakaś dawna zagubiona przed laty wiadomość i teraz dopiero zostaje mi doręczona, ale to niemożliwe, telefonów komórkowych wtedy jeszcze nie było. Może to tak, jak z tym listem od mej dziewczyny w Rybniku w czasie, gdy byłem na pierwszym roku studiów w Poznaniu, który tam do mnie nie dotarł. Doręczono mi go dopiero w Krakowie, gdy już byłem na czwartym roku studiów. Był to przykład uporu naszej poczty w wykazaniem się w tropieniu adresata. Na kopercie było pełno przekreślonych adresów. Zrozumiałem, że Lidka mi na list odpowiedziała, choć nie od razu list do mnie dotarł, a ja niepotrzebnie odtąd uparcie milczałem i nasza znajomość się zakończyła, bo więcej się nie spotkaliśmy, by sobie cokolwiek wytłumaczyć. Może tym razem było podobnie z nagraną wiadomością telefoniczną. Czyżby od Bernarda? Nie odzywał się już od dawna. Któryś z naukowców wygłaszał swego czasu teorię o tym, jakoby żadne fale elektromagnetyczne nie ginęły, a wędrują po wszechświecie i czasem wracają, odnajdują się i trzeba je tylko odtworzyć. Tak mogło być i w tym wypadku. Te wszystkie myśli przeleciały mi przez głowęlotem błyskawicy i już wsłuchiwałem się w głos Bernarda. Nie skojarzyłem jego pierwszych słów, czy też nie zrozumiałem skąd dzwoni. Bernard mówił jakieś dziwne rzeczy. Próbowałem sobie uzmysłowić, że to naturalne, bo to nagranie jest bardzo stare, musi mieć już chyba ze ćwierć wieku. Inny był wtedy czas, inaczej na wszystko patrzeliśmy, byliśmy znacznie młodsi.

Nie wiem skąd Bernard znał moje krótkie opowiadanko p.t. Wigilijny powrót taty. To mnie mocno zaintrygowało, bo napisałem je zaledwie kilka lat temu. Przesłałem je jako załącznik pocztą mailową rodzeństwu i kilku przyjaciołom. Jestem w przyjacielskich stosunkach z aktorem o imieniu Bernard, ale to zupełnie kto inny. Czyżby to jakiś dowcip, to odebrane nagranie w komórce? W miarę odsłuchiwania go, wiedziałem że to na pewno od mego dawnego przyjaciela. On po prostu znał ów tekst w którym i jego wspomniałem. Opisałem tam, jak to było w wigilię w 1946, w dniu gdy mójjciec wrócił po wojnie z Angli,i przywiózł sporo czekolady i kilka tabliczek zabrałem ze sobą do kościoła na pasterkę, by poczęstować kolegę, którego tata gdy niedawno wrócił z rosyjskiej niewoli niczego nie przywiózł. Tata miał też zapas angielskich papierosów, ale te nas wtedy wcale nie interesowały. Byliśmy harcerzami. Na pasterce staliśmy na chórze w pobliżu organów i obserwowaliśmy organistę jak gra nie tylko rękami ale i nożnymi pedałami. Od czasu do czasu odchodziliśmy do tyłu, za organy, gdzie nie było nikogo i panował półmrok. Wyjmowałem wtedy kolejną czekoladę, dzieliłem się nią, łamiąc ją na dwie części. Tę naszą communis - wspólnotę powtórzyliśmy parę razy, bo czekolad miałem kilka. Bernarda i mnie łączyły zainteresowania muzyczne, próbowaliśmy nawet wspólnie u niego w domu z innymi kolegami muzykować. Bernard grał na pianinie, ja na wiolonczeli. Po zwolnieniu księdza Gasza z naszego gimnazjum to on prowadził i dyrygował szkolną orkiestrą. Na miejsce studiów wybraliśmy to samo miasto, Poznań. Tam istniała wtedy najlepsza opera w Polsce, a my byliśmy fanami muzyki operowej. Na muzyczne studia nikt z nas nie poszedł. On wybrał medycynę, a ja wyższą uczelnię plastyczną. Ja z Poznania odszedłem po roku, on po trzecim przeniósł się do Wrocławia. Mieliśmy co prawda nieco wcześniej wspólne plany studiowania teologii. Było to w okresie tak zwanej malej matury. Byliśmy już na rozmowach u OO. Misjonarzy Werbistów w Rybniku. Mieliśmy się wybrać do zakonu w Braniewie, gdzie już czekał na nas starszy kolega z naszej drużyny harcerskiej i pisał potem do nas, że wybieramy się jak wrony do cieplic. Gdy po wyjściu od OO. misjonarzy, gdzie nas szczegółowo poinformowano co należy przygotować, jak uszyć komżę, ile trzeba mieć tych sztywnych białych kołnierzyków usiedliśmy na ławce w parku. Siedzieliśmy i milczeliśmy dłuższą chwilę. To nie był wybuch zwątpienia u mnie, wstałem nagle, podarłem cały plik dokumentów i wrzuciłem go bez słowa do kosza przy ławce. Po chwili powiedziałem Bernardowi, że nie pójdę do zakonu, mimo że wiem, że matmy nie zdam przy maturze. W zakonie są co prawda ważniejsze przedmioty od matematyki, ale moje postanowienie było szybkie i ostateczne. Bernard się zastanowił i powiedział, że jemu teraz głupio postąpić jak ja, bo już o wszystkim z rodzicami rozmawiał. To było w maju, tuż przed końcem roku szkolnego. Bernard zakochał się niedługo bardzo poważnie w dziewczynie o imieniu Myszka. O zakonie przypominał nam tylko kolega w listach, ale niedługo przestał pisać rozczarowany naszą niestałością.

W późniejszych latach byliśmy z Bernardem nadal w kontakcie, od czasu do czasu spotykaliśmy się. Wspominam z dużą sympatią nasze późne spotkanie podczas wczasowego pobytu w Karpaczu, gdzie nas odwiedził i zawoził do różnych zabytkowych miejsc na Dolnym Śląsku. Bernard pracował wówczas jako ordynator na oddziale dziecięcym w szpitalu niedaleko Wrocławia. Na jego pięćdziesiąte urodziny zafundowała mu żona wspólną wycieczkę do Turcji. Było to w okresie noworocznym, bo urodziny obchodził 27 grudnia. Datę tę pamiętam doskonale, jego urodziny obchodziliśmy w czasach szkolnych u niego w domu. Po powrocie z Turcji pisał mi, że zaczął chorować, że źle się czuje i musi pójść do szpitala. Lekarze też chorują. Był w szpitalu we Wrocławiu. Basia, jego żona także lekarz, zadbała o dobrą opiekę. Wszystko wyglądało w jego relacjach na jakieś powikłania gastryczne będące skutkiem innej niesprzyjającej mu kuchni. Choroba się przeciągała. Gdzieś w maju miałem od Bernarda telefon. Ku memu zaskoczeniu oznajmił mi bardzo rzeczowo, tak jak to często lekarze czynić muszą, gdy przekazują pacjentowi niekorzystną diagnozę. To jest pożegnalna rozmowa. Ma raka wątroby w ostatnim stadium. Dotąd udawało się żonie i leczącym go lekarzom ukryć to przed nim. Prowadzono podwójną dokumentacje jego choroby. Tę dla niego, przekłamaną i drugą prawdziwą, która przez pomyłkę pielęgniarki wpadła mu do rąk. Po zapoznaniu się ze swym wyrokiem śmierci zadzwonił do mnie, aby się pożegnać. Trudna to była i dla mnie rozmowa, bo on był lekarzem. Trudno pocieszyć lekarza, który zna swoją sytuację i wie, że już umiera. Za tydzień dowiedziałem się, że Bernard nie żyje. Byłem na pogrzebie we Wrocławiu. Dzień był piękny, wiosenny, na cmentarzu unosił się zapach kwitnących drzew i kwiatów. Bernard miał ich także dużo na grobie.

Zastanawiam się, co Bernard miał na myśli w tym nagraniu, bo było i o muzyce, w pośród której teraz… i tu nie pamiętam, czy powiedział, że żyje, czy tkwi…? Wspominał tam tę pasterkę sprzed lat. To było przecież tak dawno, wtedy miał za trzy dni obchodzić swoje piętnaste urodziny. Jutro, byłyby to już jego osiemdziesiąte. Ja tylko zapisałem to, o czym Bernard doskonale pamiętał i pewno teraz tym bardziej pamięta. To co z nas pozostaje, to tylko pamięć. Nasza własna i ta innych też. O innych.


Katowice, 26.grudnia 2011

The Old Painter

The Old Painter


The old artist painted a landscape on huge canvas, a picture of a sunset over homely little town, near the mountains. He managed to hang the painting on his balcony, so that the neighbouring block, which completely obstructed his view of the sky, was covered. He remembered the days of his childhood. Sometimes he could hear the tolling bells of the church tower in the distance. The sunset went on and on, only time stopped, and the painter was more and more tired.

One day he fell asleep in his chair, as the day was humid – a storm was brewing. Behind the canvas the weather changed, strong wind suddenly started to blow. The painter awoke with trepidation and watched as the torn canvas flew from the frame, like ancient bird, hurried by a gale. Something broke in the old man. He won’t paint another landscape ever again. His heart was as cold was the concrete of which the neighbouring block was made.

Far from the town, in a small garden, someone found the torn canvas, glad he would have something to impregnate the roof of his patio. He didn’t spare a glance for the painting, as he considered watching art as waste of time. The old painter never learned of it, however. He fell into the deepest of dreams for ever.


In spring 2005

Twórca burzowych chmur

Twórca burzowych chmur


W miejscowości wczasowej z długą i szeroką plażą od kilku dni rozwieszone afisze zapowiadały przybycie wielkiego artysty. Mistrz znudzony już malowaniem pejzaży na płótnie tworzy teraz widowiska natury, w których jako dyrygent nakazuje pałeczką przybierać chmurom wymyślne kształty. On nie używa do tego ani pałeczki dyrygenckiej, ani czarodziejskiej, a swój jedyny dość duży pędzel, bo wszystkie inne już połamał i wyrzucił, gdy postanowił nie uprawiać więcej tradycyjnej sztuki.

Pogoda sprzyjała ostatnio wczasowiczom. Coraz więcej osób przypiekło się za nadto, ale teraz od dwu dni zaczęły się na niebie pojawiać chmury dające trochę cienia plażowiczom. Dziś rano pojawiła się ekipa studentów i zajęła spory odcinek plaży odgradzając go palikami z rozwieszoną kolorową taśmą. Około południa zaczęto w tym miejscu ustawiać wysokie rusztowanie. Powstało coś w rodzaju dużego otworu sceny, czy nawet obramowania dla olbrzymiego obrazu. Była też kurtyna, którą można było otwierać na boki. Kilka metrów za tą sceną, już w wodzie ustawiona była mała, ale dość wysoka platforma jako miejsce dla reżysera- dyrygenta. Widowisko zapowiedziano na późne godziny popołudniowe. Powoli zaczęli się gromadzić ludzie przed tą sceną. Niektórzy mieli tu kosze plażowe, ale nikt się nie zgadzał, żeby je ustawiać jak loże honorowe zaraz z przodu. Nie było krzeseł, ale wielu rozkładało koce, a wszyscy byli zadowoleni, że teraz późno popołudniu piasek był jeszcze dostatecznie nagrzany. Z megafonów na plaży rozlegała się tak modna wtedy piosenka Marty Mirskiej ZACHODNI WIATR. Jak dotąd powietrze było parne, a wiatru nie wyczuwało się jeszcze z żadnego kierunku.

Mistrz usadowił się na wieży obserwacyjnej, przez nikogo nierozpoznany, bo ubrany w płaszcz kąpielowy ratownika. Pożyczył sobie nawet jego służbowe lornetki. Od jakiegoś czasu wypatrywał na dalekim horyzoncie pojawienia się chmur, które miały być tym żywiołem, jaki chciał w swym widowisku artystycznie ujarzmiać.

Po raz kolejny Marta Mirska w piosence pod tytułem ROZSTANIE Z MORZEM rozstawała się z nim. Potem zaśpiewała HEJ CHŁOPCY, gdzie „ kołysały fale…”, których tutaj nawet przez lornetkę mistrz nie potrafił dostrzec. Tylko w piosence WIATR ZACHODNI „zawodził już od rana, gonił fale…”, ale tu było spokojnie, tylko niektórzy nadwrażliwi na pogodę byli pewni, że dziś wieczorem musi nadejść burza. Gdyby nie ten megafonowy koncert, niektórzy z wyczekujących już dawno znudzeni wyczekiwaniem, rozeszliby się i spacerowali nad morzem.

.

Znawcy morskiej pogody zauważyli nawet bez lornetek, że od zachodu zaczęły się gromadzić kłębiące się wysoko ku górze chmury. Tak jak w górach, tutaj nad morzem następują zmiany pogody równie szybko. Piosenki Marty Mirskiej zamilkły już od jakiejś chwili. Nastała cisza. Po krótkim czasie odezwał się z megafonów głos witający widzów i zapowiedział rozpoczęcie widowiska. Z głośników odezwały się dźwięki CWAŁOWANIA WALKIRII z opery Wagnera, czy jak sądzili młodsi, że ze znanego im filmu fantastycznego o wyprawie w kosmos. Powoli zaczęła się rozsuwać główna kurtyna, ale za nią była jeszcze druga bardzo zwiewna, gęsto drapowana z przeźroczystej tkaniny. Wszyscy spostrzegli, że ta zaczęła się leciutko poruszać na wietrzyku, który się teraz pojawił. Zaraz nastał wiatr, bo na niebie zaczęły się pojawiać duże piętrzące się kłębiaste chmury. Widzowie usłyszeli z głośników informację, aby patrzeć wyłącznie w otwór sceny. Znowu nastąpiła cisza, megafony milczały, W oddali słychać było głos jakiegoś dziecka: „mamo, tam nic nie ma…”. Te słowa zaczęła zaraz zagłuszać swym organowym grzmotem muzyka z fugi Bacha. Wiatr się wzmagał i rozwiewał tę muślinową kurtynę. Za nią można już było zobaczyć mistrza przyodzianego w kitel malarski, dość przybrudzony farbami, bo pochodził jeszcze z czasu, gdy mistrz malował obrazy olejne. Na kitel, jak przystało na uroczysty występ, nałożył nieco kusy czarny frak. Na głowie miał szeroki beret z czarnego aksamitu. Mistrz stał tyłem do widowni, z szeroko rozłożonymi ramionami w pozie witającego żywioły natury. Nad morzem unosiła się teraz gęsta mgła i przysłoniła całkowicie widoczność. Była to sztuczna mgła, zamierzony efekt sceniczny. Wiatr który się teraz wzmagał zaczął ją szybko rozwiewać, tak że przybierała dziwne kształty, które mistrz próbował teraz swym pędzlem uporządkować. Widać było, że stał pochylony i jakby chciał odpowiednio pokierować tymi niżej położonymi elementami. Powoli, gdy te coraz bardziej się rozwiewały mistrz się prostował i jakby zwracał się wyżej ku chmurom. Te zaczęły się szybko przekształcać, kłębić się w przedziwne formy, zmieniać kolory. Na moment rozerwały się i można było zobaczyć kawałek błękitu nieba. Efekty były naprawdę jak wyczarowane przez inwencję mistrza. Umilkła teraz muzyka i wszyscy usłyszeli i zobaczyli, że wiatr coraz silniej wieje. Odezwały się już prawdziwe grzmoty, nie takie jak na początku na niby, efekty muzyczne z głośników.

Widać było, że mistrz nie panuje już nad żywiołem. Wichura zerwała mu beret i rozwiewała jego białe, długie włosy. Nie dyrygował już obiema rękami, bo musiał się już mocno przytrzymywać balustrady tej rozkołysanej platformy. Chmury, które teraz zbliżyły się tutaj, były ciemno granatowe, można powiedzieć, że czarne. Widownia się rozpierzchła gdy tylko spadły pierwsze krople deszczu. Bardzo szybko zaczęła szaleć burza z piorunami. Pozostali tylko ci, którzy zdołali się schować w koszach plażowych. Z głośników znów odezwała się piosenka ZACHODNI WIATR, ale w tych warunkach było to mało melodyjne, bardziej trzaskało i charczało z megafonów. ZACHODNI WIATR nie „kołysał fale”, a utworzył wysokie bałwany przyboju. Drabinka po której mistrz mógłby opuścić swoje miejsce na podwyższeniu została już dawno przewrócona. Teraz już nie dyrygował żywiołami, tylko skulił się i podtrzymywał mocno, aby nie zostać zdmuchniętym. Wichura zerwała już kurtyny, które gdzieś daleko poszybowały gnane wichrem. Po chwili przewróciła się też cała konstrukcja estrady. Nikt nie ucierpiał, bo już ciekawskich nie było. Zziębnięty i mokry mistrz zdołał doczekać na swoim miejscu końca krótkiej na szczęście burzy i został ściągnięty przez ratowników. Na rozgrzewkę dostał dużą porcję rumu i powoli zaczął mówić bardziej do siebie, niż do obecnych. Wynikało z tego, że już nigdy nie będzie urządzał happeningów, czy perfomance’ów, bo on znów postanowił malować. Tak wspaniałej katastrofy widowiska nigdy dotąd nie przeżył i postanowił, że namaluje obraz burzy, jakiego do tej pory nikt nie zdołał stworzyć.


Katowice, 5.11.09.

VICTOR STORY Sen matki

Victor story

Sen matki


To historia sprzed dziesiątków lat, z czasów drugiej wojny światowej. Pełno w niej listów, a nawet jeden telegram. Powtarza się litera V lub W, w zależności w jakim języku nazwy, a głównie imiona zostały wtedy tu na Śląsku urzędowo zapisane. Dziadek mego starszego kolegi i ojciec otrzymali przy chrzcie imię Viktor. On otrzymał jako trzeci z pokolenia to samo imię, które po odzyskaniu niepodległości brzmiało po polsku też Wiktor, tyle że trochę inaczej pisane. Jeszcze przed wojną w gimnazjum, dowiedział się o pochodzeniu tego imienia od profesora Libury. Wiktor, czyli zwycięzca. Jak się potem w życiu okazywało bywał rzadko zwycięzcą, a częściej przegranym. Był dobry w popularnej grze na Śląsku, która nazywała się klipa i tu często wygrywał. Nikt go nie nazywał klipą, co u nas znaczyło nieudacznik. Jego młodość przypadła na czas wojny, więc od początku był przegrany. Nie miał jeszcze 18 lat, gdy Niemcy powołali go do Arbeitsdienstu. Po powrocie nie zagrzał zbyt długo miejsca w rodzinnym Rybniku. Matka Wiktoria była bardzo przerażona, gdy doręczono mu powołanie do niemieckiego wojska. Rodzice Wiktora pochodzili z opolskiego, z tej części Śląska, która po powstaniach została niemiecka, a oni przenieśli się na polską stronę. Teraz jednak Niemcy uważali ich za Reichsdeutsche, co było powodem, by ich synów powołać do niemieckiego wojska. Alojz, jego starszy brat był już w Wehrmachcie i przebywał w Belgii. Matka chyba wymodliła to, by obaj synowie nie poszli na Ostfront, skąd po sromotnej klęsce Niemców pod Stalingradem, coraz częściej przychodziły zawiadomienia, że ktoś poległ za Führera i za Vaterland. Po przeszkoleniu rekruckim w koszarach na Śląsku, Wiktor znalazł się we Francji nad Wałem Atlantyckim. Tam dostał się do jednostki konnej. Nie była to co prawda kawaleria, bo mieli ciężkie konie pociągowe przydatne do transportu w trudnym terenie. Wszystkie konie miały imiona na literę V. Wiktora klacz nazywała się Venezia. Od razu mu to imię przypadło do gustu, bo przypomniał sobie ostatni film jaki jeszcze zdołał zobaczyć w kinie Apollo w Rybniku, nim dostał powołanie do wojska. Był to niemiecki film operetkowy „Eine Nacht in Venedig” – „Noc w Wenecji” (Venezia).

W lutym 1944 dostał telegram w którym matka pisała, aby natychmiast przyjechał do domu, bo jego brat Alojz jest na urlopie i chciałaby jeszcze raz przeżyć spotkanie z wszystkimi synami. Wiktor pokazał ten telegram swemu Hauptmannowi, który się roześmiał i powiedział, że matkom nie należy się sprzeciwiać, bo one w tych sprawach mają zawsze rację. Wiktor dostał tydzień urlopu.

Matka była szczęśliwa, gdy mogła obu synów z wojska gościć przez kilka dni w domu. Synowie byli rozpieszczani, dokarmiani smakowicie, bo na tę okazję zabito ich jedyną już dobrze utuczoną gęś. Była pieczeń i znakomita leberka (pasztetówka). Obaj synowie dostali trochę na drogę powrotną i aby w podzięce od matki poczęstowali swych dowódców za ten urlop.

Pożegnanie było smutne, matka ukrywała łzy jak tylko mogła, żegnała synów krzyżem, bo nieznane były ich przyszłe losy. W domu pozostał teraz tylko najmłodszy piętnastoletni Hanek. To było pożegnanie na prawie trzydzieści lat. Dopiero na złote gody rodziców w 1972 roku przyjechali dwaj starsi synowie. Matka bała się ciągle, że wojna może jej

zabrać któregoś z synów. Hanek nie zginął na wojnie, ale wojna zabrała mu zdrowie i zmarł niedługo po jej zakończeniu na często zdarzające się wtedy galopujące suchoty (gruźlica).

W czerwcu 1944 wylądowali alianci w Normandii. Wal Atlantycki nie ochronił Niemców i jednostka Wiktora zajęta była transportem różnych dóbr, nie zawsze o znaczeniu wojskowym w głąb Francji. Niemcy odczuwali coraz częściej braki paliwa. Konie radziły sobie nadal dobrze, bo nocą wypasano je na łąkach i po zmęczeniu mogły wypocząć. Wiktor miał szczęście, dotąd udawało mu się uniknąć bezpośrednich działań wojennych. To transportowanie było jednak pełne niebezpieczeństw, bo alianckie samoloty miały bezwzględną przewagę w powietrzu i często następowały ich ataki. Kiedyś, gdy przejeżdżali przez małe francuskie miasteczko nastąpił nagły nalot. Myśliwce ostrzeliwały ich z broni pokładowej. Wiktor nie namyślając się długo, złapał konia za cugle i kierując nim wprowadził go z dyszlem przez ciasne drzwi wejściowe do środka, do sieni budynku. Uratował się razem z koniem, ale z wozu zostały szczątki. Teraz Wiktor dosiadł klaczy jak wierzchowca i co jakiś czas pomagał innym kolegom ciągnąć ich wóz. Posuwał się ze swą Venezią coraz dalej na południowy wschód Francji. Wydawało mu się, że może dotrze w tej ucieczce aż do prawdziwej Wenecji.

W połowie listopada znalazł się ich oddział w pobliżu szwajcarskiej granicy. Koledzy wysłali go konno na zwiad, aby się rozejrzał w okolicy, bo posuwali się teraz po trudnym, podgórskim terenie nie zaznaczonymi na ich mapie drogami polnymi. Wiktor popędził swą klacz i nim się spostrzegł został zatrzymany przez żołnierza celującego w niego z karabinu. Był w nieznanym mu mundurze, który jednak krzyczał po niemiecku: halt, Haende hoch! Był to żołnierz szwajcarskiej straży granicznej. Wiktor wcale nie chciał być zwycięzcą i z ochotą się poddał rzucając swoją broń.

Szwajcar kazał mu zejść z konia i próbował klacz przegonić na powrót za granicę. Venezia się wzbraniała, a jeniec Wiktor nie mógł teraz już wiele poradzić, tylko wołał do klaczy: Ade, Venezia. Gdy koń się zapierał, bo nie chciał ruszyć bez Wiktora, Szwajcar uderzył konia kolbą karabinu i dopiero wtedy klacz pogalopowała z powrotem na francuską stronę. Szwajcar myślał, że i Wiktor chciałby do Wenecji, ale mu wytłumaczył, że to za daleko stąd, bo aż w Italii. Oni tu nie chcą koni niemieckich, bo mogą przywlec jakąś chorobę. Wiktor wytłumaczył Szwajcarowi, że nie jest Niemcem, a Polakiem ze Śląska, na co mu żołnierz odpowiedział: Ja, ja, du kommst in ein Lager fuer internierte polnische Soldaten. To Wiktora uspokoiło, bo wiedział już, że dla niego to koniec wojaczki, że pójdzie do obozu dla internowanych Polaków. Podobnie było z jego bratem. Alojz dostał się do niewoli w Holandii i trafił potem do polskiego wojska w Anglii. Z Niemcami już nie zdążył walczyć, bo wojna się niedługo skończyła. Hauptmann Wiktora przesłał matce wiadomość, że Wiktor jest vermisst, czyli zaginął, ale niekoniecznie zginął. Rodzice mieli nadzieję, że dostał się do niewoli. List podobnej treści dostali również od dowódcy Alojza. Matka opłakiwała już obu synów, ale potem budziła się w niej na nowo silna nadzieja, że obaj żyją. Wojna miała się już ku końcowi. W styczniu 1945 front stanął na długie tygodnie pod Rybnikiem. Za rzeką Rudą na skraju lasu okopali się Rosjanie. Środek miasta był wyludniony, tylko tu na peryferiach udało się mieszkańcom przetrwać do początku marca, zanim i ich usunięto z pobliża pierwszej linii frontu. To był trudny czas, mieszkało się w piwnicach, bo trwał ostrzał miasta. Sklepy były już nieczynne, nie było prawie co jeść. Trwało wyczekiwanie. Od lasu Rosjanie i współpracujący z nimi Polacy nadawali przez olbrzymie gigantofony polskie i rosyjskie pieśni oraz wiadomości. Dowiadywaliśmy się, że trwają walki pod Berlinem, że wojna przesunęła się daleko na zachód. Tutaj zaś front zatrzymał się na długie tygodnie. Nic już nie działało, ani elektrownia, ani komunikacja, ani poczta. Czekaliśmy na pokój, na powroty bliskich, którzy przepadli bez wieści w wirze wojny na różnych frontach.

Którejś nocy matka Wiktoria miała bardzo wyrazisty sen. Zobaczyła wybuch w budynku poczty w Chwałowicach, miejscowości tuż za Rybnikiem. Wszędzie fruwały listy i powoli osiadały na ulicy i podwórzu. Tam zobaczyła list od Wiktora. Od razu poznała trochę zamazane pismo Wincenta. Gdy się obudziła, postanowiła sprawdzić to co jej się śniło. Wczesnym zimowym rankiem wybrała się w drogę, przez opustoszałe, zniszczone miasto. Nie przerażało jej, gdy w pobliżu usłyszała wybuchy. Gdy tak szła tuż obok kościoła św. Antoniego, westchnęła do tego świętego od rzeczy zagubionych, by łaskawie pomógł w odnalezieniu listu. Dziwiła się, że otoczenie dokoła kościoła się zmieniło. Powstał tu cmentarz pełen grobów niemieckich żołnierzy. Były to w pośpiechu usypane kopczyki, dość mocno przysypane śniegiem. Na jednych były proste krzyże z połamanych desek, na których wypisane były kopiowym ołówkiem już mocno rozmazane nazwiska. Na niektórych nie było krzyży, tylko położono na grobie hełmy z jakimiś niewyraźnymi napisami na nich. Matka obu żołnierzy siłą woli odrzucała myśl, że tak mogłyby też wyglądać groby jej synów gdzieś daleko stąd.

Gdy Wiktorii udało się z trudem pokonać tę cztero kilometrową drogę w trudnych warunkach zimowych, wiedziona jakimś wewnętrznym impulsem dotarła do poczty. Skierowała się nieco w bok, na podwórze gdzie leżały rozrzucone , już nieco śniegiem przysypane listy. Pochyliła się i zaraz zobaczyła list zaadresowany do niej przez Wiktora. List nadszedł ze Szwajcarii pocztą Czerwonego Krzyża. Drżącymi rękami rozdarła kopertę i przeczytała, że Wiktor żyje i jest w obozie dla internowanych na terenie Szwajcarii. To była zbawienna wiadomość. Wiedziała już, że jeden z dwu synów na pewno żyje. Teraz mama Wiktoria uwierzyła, że nadzieja zwycięża. Z pewnością odezwie się niedługo i drugi syn. Po zakończonej wkrótce wojnie napisał z Anglii także starszy syn Alojz. Podobnie jak Wiktor nie wrócił do zajętego przez komunistów kraju. Obaj bali się, czy nie zostaną ukarani za służbę w niemieckim wojsku, bo takie wieści krążyły w obozach wojskowych na zachodzie. Wiktorowi nie udało się pozostać w Szwajcarii, dotarł wkrótce do Anglii, gdzie zobaczył się z bratem i potem wyemigrował do Nowej Zelandii, a Alojz pozostał w Anglii. Matka i ojciec zobaczyli synów dopiero na swoich złotych godach w 1972. Zobaczyli teraz dorosłych ludzi, których początkowo nie poznali. Wiktor był już dojrzałym człowiekiem, zapuścił korzenie tam daleko na antypodach. Poznał tam młodą dziewczynę, Polkę, która pochodziła z Wileńszczyzny i została wywieziona na Sybir. Wróciła stamtąd jako sierota z Armią Andersa i dostała się do Nowej Zelandii. Pobrali się i mają dwójkę dzieci. Często piszę maile do Wiktora , a on do mnie te swoje Emilki. Jest w nich o dziwnych wydarzeniach, które mnie trudno zrozumieć, jest też o czasie, który nam coraz szybciej mija. Czasem wysyłam Wiktorowi jakieś zdjęcie z naszej okolicy blisko dworca na Paruszowcu, które zrobię gdy jestem w Rybniku. Dziwił się, gdy zobaczył fotosy dworca, dziś już ruiny. Często wspominamy dawne lata. Wiem, Wiktor tęskni za krajem lat dziecinnych, ale już wie, że tu nigdy nie wróci. Gdy ja w Sylwestra jeszcze czekam aż wybije północ, u Wiktora cieszą się już od dwunastu godzin kolejnym Nowym Rokiem. U nich każdy dzień nastaje wcześniej i Wiktorowi czas szybciej ucieka. Pytam jaka u nich wiosna, bo my akurat mamy naszą złotą jesień. Tę złotą jesień życia przeżywamy już wspólnie, niezależnie od różniących się pór roku u nas i u nich.



Katowice, 29.09.09.

Wigilia

Wigilia

Stary malarz mieszkał na poddaszu w swojej pracowni w dużym mieście. Nie żył w dostatku, bo tylko od czasu do czasu otrzymywał zlecenie na namalowanie czegoś. Z tych dochodów musiał jeszcze utrzymywać żonę i dwójkę dzieci, którzy żyli na wsi w domku po jego rodzicach. Jego żona, córka i synek przyzwyczaili się do tego, że już nawet w święta ich nie odwiedzał. Dzieci dorosły, wyprowadziły się po studiach ze starego domu nad jeziorem do różnych miast. Jego schorowana żona mieszkała tam samotnie, podobnie jak on w swej pracowni. Nic nie pozostało z tego, co ich kiedyś łączyło, tylko zdawkowe i rzadkie kontakty telefoniczne. Raz ona, innym razem on mieli sobie coś do zakomunikowania przez telefon.

Z biegiem czasu było tych rozmów coraz mniej. Znów zbliżało się kolejne Boże Narodzenie. Stary malarz, który od dawna nie namalował żadnego obrazu, poczuł że nastał czas jego odejścia, bo nie dawał sobie już rady z samotnym bytowaniem. Gdyby, to jeszcze ta złota jesień życia trwała nadal, ale zimy w pracowni stawały się nieznośne, gdy tam wewnątrz temperatura spadała nawet poniżej zera. Jego dochody też spadły prawie do zera. Miał w pracowni mały żelazny piecyk i w nim spalał teraz po kolei stare czasopisma, które przez tyle lat gromadził. Potem przyszła kolej na katalogi z wystaw i na książki. Zima była dokuczliwa, więc zaczął spalać nawet stare listy od żony. Przechowywał je przez tyle lat, bo były dla niego dowodem gorącej miłości, jaka ich kiedyś łączyła. Teraz był to tylko pożółkły, nieco wilgotny papier, który paląc się nie potrafił go już ogrzać w zimnej pracowni. Zamalowanych płócien nawet nie próbował spalić, bo były za bardzo zawilgocone i zbyt mocno dymiło się wtedy z piecyka. Ślady przeszłości nie dają dość ciepła. Ostatniej nocy stary malarz znowu cierpiał, serce wypadało z rytmu i mu boleśnie dokuczało. Pamiętał, że jutro wigilia, postanowił zaraz rano pojechać do domu nad jeziorem.

Nie wiedział, czy tam kogoś zastanie, bo jego żona nie odzywała się już od dawna. Tym razem nie zabrał ze sobą żadnego bagażu. Nie miał zresztą niczego ważnego, co należałoby zabrać, co byłoby mu potrzebne na tę ostatnią podróż. Stary malarz dotarł do domu, znalazł klucze w zwykłym miejscu, wszedł do mieszkania i stwierdził, że od dawna nikogo tam nie było. Pewno żona przebywała w mieście u któregoś z dzieci. Podróż zmęczyła go bardzo, więc poszedł na górę do swego dawnego pokoju, który teraz stanowił rupieciarnię. Uprzątnął swoje miejsce do spania i zaraz zasnął kamiennym snem.

Późnym popołudniem zbudził go jakiś rumor i różne głosy. Był nieco przemarznięty, więc otulił się czerwoną aksamitną narzutą i zszedł na dół. Mały chłopczyk, który go tam zauważył zawołał: Ten pan będzie na pewno świętym Mikołajem przy choince, bo się zaczął przebierać. Wnuk rzadko widywał dziadka, więc go nie rozpoznał. Syn się zaraz odezwał: Tato, myśmy się Ciebie na dzisiejszą wigilię nie spodziewali i w ogóle na święta. Będzie nam tu z Tobą za ciasno.

Stary malarz uśmiechnął się tylko z zakłopotaniem do wszystkich, chciał coś do żony powiedzieć, ale zauważył, że nikt go nie słucha. Pomyślał, że najlepiej będzie zaraz wyjść na spacer wzdłuż jeziora. Tak robił zawsze i dawniej, gdy miał jakiś problem rodzinny do przemyślenia. Może mu jakiś pomysł przyjdzie do głowy, jak oznajmić rodzinie, o celu swego przybycia. Czy powiedzieć im jeszcze przed kolacją wigilijną o tym, po co tu przyjechał, czy dopiero po niej, gdy wszyscy najedzeni do syta będą rozleniwieni i spokojniej przyjmą jego głośno wypowiadane rozważania o kończącym się życiu. Chciał im obwieścić, że przybył tu, by odejść na zawsze, tak jak dokonali żywota tu przed laty jego rodzice. Był przekonany, że to już wkrótce nastąpi. Nie liczył się z tym, że wszyscy się tu gromadnie zjadą, że nie będzie miał świętego spokoju na swoje odejście. Stary malarz postanowił wrócić do domu dopiero w czasie kolacji wigilijnej. Wypatrywał pierwszej gwiazdki, gdy spacerował w pobliżu domu. Wiedział, że nikt go nie będzie szukał, ani wołał. Po ukazaniu się pierwszej gwiazdy, zobaczył przez okno, że wszyscy już siedzą przy stole, zakradł się cicho na górę, położył się na łóżku i przykrył tą czerwoną narzutą. Poczuł, że jest bardzo zmęczony, że odejdzie wcześniej, może już nawet podczas wigilii, gdy zaśnie tu na swoim dawnym łóżku. Przestał już być mężem, ojcem i dziadkiem, a nawet malarzem. Powoli stanie się nikim.

Jeszcze nie wszyscy skończyli jeść kolację, gdy wnukowi już się spieszyło, by odnaleźć św. Mikołaja. Wszedł na górę, tam zakradł się do pokoju dziadka i zobaczył śpiącą postać otuloną w czerwoną tkaninę. Zaraz zbiegł na dół do ojca i wołał rozżalony, że święty Mikołaj chyba dziś nie przyjdzie, bo już śpi. Wnuk jeszcze nie wiedział, że staruszek zasnął na zawsze.

Po chwili wszyscy przekonali się o tym, że świętego Mikołaja rzeczywiście dziś nie będzie, choć wnukowi trzeba było wytłumaczyć, że to nie święty Mikołaj leży tam na górze, a jego dziadek, którego nie pamięta. Prezenty leżą pod choinką i może je sobie sam wziąć. Dzieci w tym dniu bardziej zainteresowani są prezentami, niż swoimi dziadkami rozdającymi prezenty.



Grudzień 2010

wigilia o dzień później

Wigilia o dzień później

Janek obudził się dziś wcześniej niż zwykle, bo o 7.30 i nie był w stanie się ruszyć, nie wypoczął, a zesztywniał przez noc, więc leżał sobie i myślał jaki to dziś dzień, czy to już na pewno wigilia? Udało mu się zerknąć na wiszący na ścianie kalendarz i po chwili już wiedział. Nie włączył jak zwykle telewizora z newsami, bo tych było coraz mniej, a za to więcej politycznych komentarzy. Dobrze było nadal poleżeć w cieple i dać myślom czas na poranny rozbieg. Wigilia. Dziś to pojęcie z dalekiej przeszłości, bo tylko te dawne z dzieciństwa i wczesnej młodości utrwaliły się w nim tak głęboko, że tylko one kojarzyły mu się świątecznie z tym dniem. Te wszystkie następujące po nich wigilie, to już tylko marne naśladownictwa, namiastki medialnego świętowania.

Po chwili przerwał tę przedświąteczną nirwanę telefon komórkowy, którego jednak nie odebrał a zawołał głośno, by w drugim pokoju go żona usłyszała. Było to odezwanie się na każdy sygnał telefonu o wczesnej porze jak i w nocy: -Zaraz, już idę. To trwało jednak chwilę, miał trudności nie tyle z zerwaniem się na nogi, a ze zwykłym złapaniem równowagi po osiągnięciu pionu. Złapał laskę i pokuśtykał udzielić kulawej pomocy leżącej żonie. Wieczorem poprzedniego dnia ustalili menu na wigilijny dzień. Nie będą pościć aż do kolacji wigilijnej, niczego mięsnego na śniadanie nie będzie, a tylko małe co nieco do chleba, jak choćby trochę śledzia. Zrobiło się późno, nim zjedli śniadanie. W wigilię czas przyspieszał jeszcze bardziej. Przyszło południe i znowu była kolejna porcja śledzia, tym razem w galarecie z sałatą jarzynową przygotowana przez Janka. Telefonów już nie było, bo i od kogo. Większość przyjaciół zamilkła na zawsze. W skrzynce na listy były tylko trzy kartki i jeden list, na dodatek urzędowy. To i tak dużo, zważywszy, że Janek nie wysyłał tego roku poczty do nikogo. Po prostu już nie wychodzi z domu. Jasia, żona Janka miała o porze podwieczorku ochotę na cos słodkiego. Janek podał jej próbki dostarczonego ciasta. Ocena wypadła pozytywnie i bardzo syta Jasia zapadła ponownie w sen. Janek ugotował dla siebie zupę grzybową, bo Jasia miała barszcz dostarczony z restauracji. Janek spróbował swego produktu i był bardzo zadowolony. Udało mu się uzyskać znakomity krem grzybowy. Spróbował i po dwu kubkach czuł się tak najedzony jak po dwudaniowym obiedzie. Oboje stwierdzili po naradzie, że nie ma potrzeby się spieszyć z wigilią, bo pierwszej gwiazdki i tak nie zobaczą. Dzień bardzo pochmurny, zapowiadane są opady śniegu. Ustalą sobie pojawienie się gwiazdki wigilijnej o dowolnym czasie, bo im się już w ogóle nie spieszy, bo dokąd? Resztę potraw przygotowanych zostawią tymczasem nadal w lodówce. Przyjdzie pora, to Janek zacznie je rozmrażać. Jasia polegała na nim, bo sama już od dawna w kuchni nie była.

Telewizor był przez cały czas włączony i często pojawiały się na ekranie suto zastawione stoły pełne reklamowanych produktów wigilijnych. Od ostatniego posiłku minęło już nieco czasu i Jasia oznajmiła, że jest głodna. Właśnie pokazywali na ekranie karpia w galarecie i też poprosiła o porcję tej ryby. Może już zacząć spożywać wieczerzę wigilijną. Na początek jednak prosi o barszcz z uszkami. Janek uporał się bardzo szybko z przygotowaniem tych potraw, bo były gotowe do podgrzania. Od jakiegoś czasu nie mieli już w pokoju stołu. Jasia jadła siedząc na łóżku przy dostawnym stoliku. A że łózka były dwa, nocne i dzienne, to ruchomy stolik, miejsce posiłków wędrował to tu, to tam. W tym roku improwizowana kolacja wigilijna obywała się więc bez tradycyjnego stołu wigilijnego. Janek miał swój mały niski stolik. Wypił jeszcze jeden kubek swego kremu grzybowego i do tego zjadł kilka uszek. Po chwili był syty, podobnie jak Jasia. Oboje stwierdzili, że zamrożonych potraw tymczasem nie ruszą, co najwyżej zjedzą jeszcze coś z ciast i pierników. Permanentnym deserem dla Jasi był Dziadek do orzechów, balet Czajkowskiego trwający już ponad dwu godzin w francuskim programie Mezzo. Sami orzechów nie rozłupywali, bo były dla nich za twarde. Od czasu do czasu ktoś z rodziny łączył się z nimi na Skype i pokazywano im suto zastawione stoły z śmiejącymi się pełnymi ustami biesiadnikami. Janek jednak własnej kamery nie włączał, by nie pomyśleli że to co u nich, to jak w kolędzie o ubogim żłobie. Wigilijna senność ogarnęła i Janka i Jasię. Postanowili nieco odpocząć. Pasterka z Watykanu odbędzie się dziś wcześniej niż zwykle, bo tak postanowił papież, też już staruszek i inaczej mierzył teraz ziemski czas.

Jasia wpadła w drzemkę przed telewizorem, a Janek usiadł przed komputerem, bo chciał sobie przypomnieć tę opisaną wigilię sprzed 75 lat. Przeczytał, coś znowu poprawił, no może zmienił. Była inna, jeszcze naznaczona niedawno co zakończona wojną, dla nich po prostu biedna. W tym dniu wigilijnym nagle się wszystko odmieniło przez niespodziewany powrot ojca po wojnie. Było nie tylko radośnie, ale i bardziej dostatnio, bo ojciec wracał z Anglii i raczył swe dzieci dawno zapomnianymi smakołykami. Janek przeczytał jeszcze raz tę swoją opowieść wigilijną sprzed lat słuchając dzisiejszych kolęd Preisnera odtworzonych na YOU TUBE. Tu też było o przemijającym czasie, o dzieciątku co dwa tysiące lat temu przyszło na świat, bo to była kolęda na 2000 rok, że to jeszcze jedno Boże Narodzenie.

Chyba przedwczesne czekanie na wieczerzę, jak i wszystkie przygotowania przyczyniły się, że Janek i Jasia zapadli wcześniej w głęboki wigilijny sen. Dalszego ciągu uroczystej kolacji już dziś wieczorem nie było.

W pierwsze święto Janek obudził się wcześniej niż zwykle, a Jasia spała nadal do późnego do południa. Dla Janka był to czas na spokojne siedzenie przy komputerze i mógł się zająć korespondencją świąteczną.


Blank inkszo była by tera moja wigilijno powiastka po 75 latach od tamtej powojynnej. To byłoby o gonitwie czasu , też tego straconego, ale i tego kerego nom tak gibko coroz wiyncyj ubywo. Nie nadonżom. Dzisio we piyrsze świynto byda dopiyro jod narychtowane na wilijo potrawy. Też ta nojważniyjszo, usmażonego karpia, kapusta z grzibami i szałotym kery ech som zrobioł. No i jeszcze makówki, kere som od poru dni już zamrożone. Mojej zupy grzibowej już żech wczora wypioł dwie szolki. Nie wiym czamu my nie byli wczora z wieczora głodni i nie jedli. A i tak to już normalnej wiliji by nie było, bo żona może jyno siedzieć na łóżku i zjeść co przi swoim stoliku. Izba my przemeblowali, ni ma już stołu a dwa łóżka, dziynne i nocne dlo żony. Kontakt miyndzy łózkami na wózku, kery musza jo cisnonć. Na wszystko co trza, mo żona yno jedna rynka i dwie fest osłabione nogi. No i mie. Ale musza sie też co chwila legnonć. To już nie bóle, a wielko starczo słabizna. Tera juz żona nakarmiono, lykarstwa narychtowane i zjedzone, to siedza przi kompie i mom kastla włonczono a nastawiyła mi sie mszo z Niymiec. Pisza po ślońsku, a słuchom pobożnego godania po nimiecku i se coś tam przipominom jak jo chodzioł przez wojna na nimieckie msze i na pastyrka, co sie zwała Hirtenmesse. Tak mie jakoś wczora brało na oglondanie koncertow ze kolyndami. Też w radiu. Toch odszukoł ta downo powiastka.


Wigilijny powrót taty


Koło południa w wigilię 1946 roku dotarła do nas wiadomość, że właśnie dziś wieczorem ma tata wrócić po wieloletniej nieobecności wojennej do domu. Ogarnęła nas szalona radość, nareszcie po kilku latach spędzimy pierwsze święta razem. My starsi z naszej piątki, z Bolkiem i Małgosią, pomagaliśmy mamie w czym tylko mogliśmy. Mimo naszej powojennej biedy, zanosiło się na skromną ale prawdziwą wigilię. Dzięki zapobiegliwości mamy i pomocy rodziny będziemy się mogli raczyć karpiem, makówkami, moczką i piernikami. Na prezenty nie mogliśmy liczyć. Po choinkę udałem się już na nartach w ubiegłą niedzielę do lasu. Była to trochę nierozważna wyprawa, bo znajdywało się tam jeszcze sporo min przy wejściu do lasu, gdzie pod koniec wojny znajdowały się rosyjskie okopy. Udało się i dostarczyłem do domu okazałe drzewko. Teraz stała już w pokoju udekorowana choinka. Jej zapach jak i ten od rana gotowanych potraw zwiastował nam atmosferę tej gorąco oczekiwanej chwili. Dziś miała ona być dla nas wszystkich szczególnie szczęśliwa. W dzisiejszy wieczór wraz z powrotem taty nastąpi dla nas prawdziwy koniec wojny. Czekaliśmy długo, ażby wreszcie nadeszła ta najpiękniejsza wigilia w naszym życiu.

Tata miał przyjechać wieczornym pociągiem z Katowic, po dotarciu tam z Gdyni, dokąd dziś w nocy dopłynął statkiem z Anglii. Wieczorem poszliśmy z Bolkiem po tatę na dworzec w Paruszowcu. Byliśmy obaj bardzo przejęci, czy rozpoznamy tatę, bo nie widzieliśmy go od kilku lat. Okazało się, że mimo to poznaliśmy go od razu. Tata był w angielskim mundurze i miał sporo bagażu z czym się nie liczyliśmy, że wróci tak obładowany. Obaj z Bolkiem przejęliśmy część bagażu udając tęgich siłaczy. Pewno tata się zdziwił, gdy zobaczył jak mu synowie wyrośli.

Młodsze rodzeństwo musiało się powoli przyzwyczajać do widoku nieznanego im dotąd ojca. Kolacja wigilijna była wspaniała, wzbogacona różnymi od dawna niedostępnymi nam smakołykami przywiezionymi przez tatę. Wszyscy byliśmy bardzo radośni, panował serdeczny nastrój Wigilii Bożego Narodzenia. Przez cały okres świąt odczuwaliśmy ten zachodni dostatek, ale najważniejsze było to, że znów byliśmy wszyscy razem.

Tata przywiózł nowe skrzypce kupione we Włoszech. Miał nawet ze sobą nuty kolęd, które zaczęliśmy wspólnie z Bolkiem i tatą grać, a mama swoim melodyjnym głosem śpiewała z nami. Tata się dziś wcale nie denerwował, gdy któryś z nas zafałszował. Może udawał, że tego nie słyszy, albo i my z Bolkiem graliśmy dziś pełni radości lepiej niż zwykle, a może tacie uczucie szczęścia stępiło nieco jego absolutny słuch muzyczny.

Na pasterkę ubrałem taty wojskowy mundur z naszywkami Poland, aby zaimponować kolegom i koleżankom. Prawie mi już pasował. Kieszenie miałem wypchane czekoladami, których tata sporo przywiózł. Jak zwykle poszedłem na chór, bo chętnie śpiewaliśmy tam z Bernardem B. kolędy blisko organów. Dziś robiliśmy często przerwy i posilaliśmy wtedy się za organami czekoladą. Jego ojciec wrócił też niedawno z wojny, ale bez czekolady, bo z łagru w Rosji.


Boże Narodzenie, 2021.

Wigilia z ograniczeniami

Wigilia z ograniczeniami

Tym razem ze względu na trwający czas zarazy władze u nas, ale i w sąsiednich krajach zaczęły ze względu na bezpieczeństwo ingerować w liczebność osób przy wigilijnym stole. Gości ma być znacznie mniej niż tych tradycyjnych dwunastu potraw. Powstaje problem z dodatkowym nakryciem, dla spóźnionego, nieznanego gościa. Czy traktować ten uświęcony tradycją symboliczny pusty talerz, jako uspokojenie naszego sumienia gościnności? Nie reagować w czasie wieczerzy na niespodziewany dzwonek do drzwi, bo czuwająca nad naszym bezpieczeństwem władza może to zarejestrować? W dzieciństwie czytałem bajkową opowieść o biblijnym zabarwieniu. Bóg w przebraniu żebraka zapukał do drzwi, gdy cała rodzina zasiadła odświętnie ubrana do bogato nakrytego stołu wigilijnego. Gdy pan domu otworzył drzwi, zobaczył obdartego przybłędę, podał mu tylko kilka monet i zamknął szybko za nim drzwi nie prosząc go do środka, gdzie przy stole było puste dodatkowe nakrycie. Do tradycji należało też siano pod obrusem, mające świadczyć że ta dzisiejsza uroczystość wywodzi się z Narodzin Pana w ubogiej stajni. W pamięci pozostały mi te składane kolorowe stajenki przedstawiające nam dzieciom w wigilię Boże Narodzenie tak teatralnie i radośnie, co Dzisiaj w Betlejem… się stało. Temat ten został wielokrotnie utrwalony na obrazach wielkich mistrzów, zaś sama wigilia została przedstawiana na rozlicznych ilustracjach, gdzie tylko moment wydarzenia i nie jest jak w filmie, tu brak dalszego ciągu.

Ten sam temat, Boże Narodzenie przedstawiał czarno biały drzeworyt, który oglądałem kiedyś w dzieciństwie, było na nim mało sentymentalnego teatru ilustracyjnego. Stanowił raczej skrót myślowy, jakby połączenie dwu wydarzeń z życia, narodzin i śmierci. Noc z pełnią księżyca, na pierwszym planie przydrożny krzyż z wyraźnie zaznaczoną postacią ukrzyżowanego Chrystusa. Na drugim planie dom-chata z rozświetlonym oknem, wewnątrz widoczna choinka z zapalonymi światłami. W domyśle radość z Bożego Narodzenia. Sceneria bardzo uproszczona, nie tylko do oglądania, a skłaniająca do myślenia. To co oglądałem jako dziecko zapamiętałem na zawsze.

Rano w pierwsze święto poszedłem wynieść śmieci. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, bo w nocy spadł tej zimy pierwszy śnieg. Niewiele go było, ledwo trochę pobieliło drzewa i krzewy, które jeszcze niedawno pyszniły się liśćmi o prawie złotej barwie, co utrwalałem na zdjęciach. Teraz liczyłem na pierwsze zimowe ujęcia, chciałem uchwycić nieco świątecznego nastroju. Nasze zbiorniki na odpady domowe i wielkogabarytowe elementy mieszczą sią na skraju osiedla w murowanej wiacie, dobrze osłoniętej i zadaszonej. Od biedy, gdy nie za zimno, przesypia tam na starym materacu jakiś bezdomny. Przy gorszej pogodzie wiata stanowi tymczasowe miejsce spotkań, różnych niebieskich ptaków. Ludzi, którym w życiu się prawie nic nie udało. Zamykanie wiaty na klucz nie odnosiło skutków. Dziś rano nie zastałem tam już nikogo, ale pozostały ślady niedawnej bytności bezdomnych. Na małej choineczce świeciły się jeszcze różnokolorowe światełka podłączona do baterii. Były widoczne resztki po spożywanej tu kolacji wigilijnej, opróżnione puszki, i puste butelki. Zagubieni w życiu ostatni przechodnie spotkali się tu, gdzie nikt na nich nie czekał i ich nie zapraszał, ani nie wyrzucał. W nocy było cicho, nie było słychać, by zbyt głośno kolędowali. Czy życzyli sobie wzajemnie lepszych świąt, gdy ustąpi czas zarazy, nie jestem pewien. Niektórzy ludzie utracili nadzieję.


Grudzień, 2020

WIKTOR

WIKTOR



Dziś rano miałem telefon. Odezwał się Marian S. Od razu wiedziałem, że to niedobra wiadomość. Nawet pomyślałem, skoro Marian dzwoni, to nie z Nowej Zelandii, a że jest w kraju. Może musiał znowu przyjechać, bo coś z jego mamą. Trochę mi się najwidoczniej głos zmienił, bo Marian zapytał, dlaczego masz taki dziwny głos? Marian nie powiedział od razu, że telefon dotyczy Wiktora, że coś z nim. Było o tym, że u nich już sobotni wieczór, że oni chodzą do kościoła właśnie wtedy na niedzielną mszę. Pomodlą się za Wiktora, bo nadziei zostało niewiele. Wiktor miał w sobotę rano około godziny 4.00 silny wylew. Jest sparaliżowany i nie wiadomo, czy zachował świadomość. Lekarze nie zostawiają Wandzie, żonie Wiktora żadnej nadziei. Ze stolicy Wellington, przyjechała już córka Wiktora z mężem stanąć u boku matki w trudnej chwili. Ta zła chwila dla Wiktora, to był w Polsce jeszcze piątek 13. U nich teraz środek lata, a u nas styczeń, nawet wydaje się, że mamy już teraz zimę, bo spadł śnieg. Najczęściej u nas odchodzili koledzy, przyjaciele właśnie teraz. Niedobry to czas gdy niespodziewanie odchodzą. Wiktor nie odszedł teraz jeszcze całkowicie a częściowo. Pozostanie na zawsze w pamięci swych bliskich i przyjaciół. Nigdy Wiktora nie spotkałem i już nie spotkam. Byliśmy przyjaciółmi, trwaliśmy w bliskim kontakcie mimo odległości czasu i przestrzeni. Mijaliśmy się, zawsze on był nieco wcześniej w jakimś miejscu, o parę lat, jak w klasie gimnazjalnej , gdzie wychowawcą jego przed wojną był profesor Libura, potem po wojnie moim. Chodziliśmy po tych samych ulicach w Rybniku, nawet mieszkaliśmy blisko siebie. Oglądaliśmy te same filmy w kinie Apollo . On mnie wyprzedzał o kilka lat, tak jak i teraz. Brak mi będzie tych jego Emilków skierowanych do mnie, do nas IJK. Tak zabawnie nazywał E-maile. Kiedyś w tytule zapisał IJK alfabetem Morse’a, który jeszcze z czasu wojny pamiętał. Na pewno zna i nadal do dziś pamięta cały alfabet i może kiedyś dotrze znowu z dalekich przestrzeni wszechświata jakaś zabłąkana wiadomość od Wiktora do mnie?



Dziś, 14. stycznia rano, miałem telefon od mego kuzyna Romka, że Wiktor zmarł. Niedługo potem przyszedł mail od Mariana, w którym donosił co następuje:

W dniu dzisiejszym, w niedzielę 15 stycznia 2012 roku, o godzinie 14.35 czasu nowozelandzkiego w wieku 86 lat zmarł nasz Wielki Przyjaciel Wiktor Watoła. W miniony piątek, ok. godziny 4-tej nad ranem, Wiktor miał rozległy wylew i stracił przytomność. Natychmiast został przewieziony do szpitala w Kawakawa, gdzie nie odzyskawszy przytomności zaopatrzony Świętymi Sakramentami odszedł do Pana. Termin pogrzebu zostanie ustalony na początku przyszłego tygodnia. Wanda, żona ś.p. Wiktora, pozostaje pod opieką córki i jej męża. Kondolencje można przesyłać na dotychczasowy adres domowy pp. Watołów w Kerikeri, możliwe też jest telefoniczne skontaktowanie się z Wandą. Inną opcją jest też wysłanie emaila na mój adres: marian@manukau.ac.nz. Wszystkie elektroniczne kondolencje skierowane na mój adres zostaną wydrukowane i przekazane Wandzie w dniu pogrzebu. Pozostaję w głębokim żalu po stracie Wielkiego Przyjaciela. Cześć Jego pamięci! Serdecznie pozdrawiam, Marian Sosna







Tę wiadomość wysłałem jeszcze Romkowi i do pani redaktor Lubiny, która swego czasu przeprowadziła z Wiktorem wywiad w Rybnickich Nowinach. Odezwała się zaraz mailem do mnie, a ja przesłałem go Marianowi.

Z wielkim smutkiem odebrałam dzisiaj w pracy wiadomości od Pana. Bardzo lubiłam Pana Wiktora, choć tylko raz mieliśmy okazję rozmawiać - wtedy, gdy się poznaliśmy w Rybniku. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu. Teraz - jeśli to będzie możliwe - spotkamy się dopiero na „zielonych pastwiskach Pana”.

Proszę też przyjąć najszczersze moje kondolencje - Wiktor był przecież Pana wielkim przyjacielem i Jego odejście to na pewno dla Pana wielka strata.

Danuta Lubina -Cipińska



W międzyczasie napisałem list kondolencyjny do Wandy i ich syna Georga. Do Georga przetłumaczyła mi go w Warszawie wnuczka Aśka. Nie dowierzałem swojej znajomości angielskiego, bo chciałem napisać coś bardziej od siebie, mniej zwyczajowych banałów kondolencyjnych.


Dear George, I was deeply saddened by the news of the major stroke your father

suffered on Friday, and his subsequent passing last morning.

We became friends late in life, though when we traced our roots it

turned out we had very much in common, from the same teacher in middle

school in Rybnik (though he finished it before the war and I after).

We have never met in person, but for many years we have kept up and

avid email correspondence. We got to know each other well, despite the

physical distance. There’s an expression in Polish, which translates

roughly to “knowing one another like old horses”.

You father’s computer will be silent to me from now on, but I will

keep reading Viktor’s old emails. The last one, from only three days

ago, mentioned a visit to the doctor, and positive results of all

tests. There was summer over there - your father was harvesting fruit

from his garden. He mentioned he planned on pickling the cucumbers.

Both me and my wife are sharing your grief in his wake. If you could,

I would be grateful if you could relay to your mother our condolences,

which I will of course do myself as well in a letter, but I presume

you are in constant contact with her, if not there already.

We are sending our warmest regards,

Józef and Irena Krupa, or, as your father used to abbreviate,

sometimes in Morse code which he remembered from the war, IJK.


To zaś list mailowo dostarczony Wandzie przez Mariana:

Droga Wando, pogrążona w żalu, wiedz że podzielamy go z Tobą, bo wiemy jaką stratę poniosłaś, z żoną Ireną my IJK, jak do nas swe Emilki Wiktor zwykle zaczynał. Byłem zaskoczony pierwszą wiadomością od Mariana , że Wiktora dopadł ten od razu poważnie oceniany dla jego zdrowia wylew. A przecież jeszcze dwa dni wcześniej mailował mi o tym że byliście u lekarza, pielęgniarki i wszystko było OK. W niedzielę zatelefonował do mnie mój kuzyn Romek Duda, który wiedział już od Waszej sąsiadki o śmierci Wiktora. Niedługo potem był i e-mail od Mariana, gdzie szczegółowo zawiadamiał wszystkich, którym Wiktor był bliski o tragicznym wydarzeniu już oficjalnie.

Stąd do Was na antypody tak daleko, kolejny dzień myślę o Wiktorze. Wiem, że i w moim codziennym rytuale się coś zmienia. Te Wiktorowe maile stały się już jakimś utartym zwyczajem. Pisał mi o sprawach bardzo ważnych dla niego, ale i takich bardzo zwykłych, co tam w ogródku, że ostatnio za dużo deszczu spadło, że do słoików już sporo ogórków poszło, że Ty Wando robisz wspaniałe ogórki w Krauzach (słoikach), które i Jurek Owsiak pamięta. Z rzeczy ważnych to może na przykład to, że chciałby, gdy Go już nie będzie, żebym nadal Tobie nagrywał ten Festiwal Zespołów Kresowych w Mrągowie. I o tym pamiętał Twój Wiktor, znał Cię tak doskonale i wiedział jak czasem tęsknisz za krainą swego dzieciństwa. Myślę sobie, że może udawało mi się być takim pomostem między Kerikeri, a Rybnikiem i tym co dokoła. Między wydarzeniami dawnymi, które zachował w pamięci Wiktor i ja. Dzieliliśmy się tymi wspomnieniami często. Wiktor stał się taką małą cząstką mej codzienności. Mam w komputerze taki World Time Table i patrzę, która to godzina u WWWas. Tak najczęściej tytułowałem maile do WWWas bo Wy to Wanda & Wiktor & Watoła. A więc Wando, dalsze koncerty, o ile tylko będą, nagram. Mam bardzo bliski kontakt z Marianem, Ty zaś z nimi też, więc gdyby coś, daj proszę przez Mariana znać. Serdecznie Cię pozdrawiamy i pozostajemy z Tobą w żalu serdecznie Ci oddani Józek Krupa z żoną Ireną


Dużo ostatnio myślałem o Wiktorze, wiem bez ubierania tego w banalne słowa, że będzie mi brak tych naszych częstych mailowych kontaktów. To stało się przyzwyczajeniem, pisałem do Wiktora gwarą śląską, podobnie jak on do mnie. To był mój sposób wyprzedzania czasu, z Wiktorem przyspieszałem nieco, bo różnica była dwunasto godzinna. Wiedziałem, że on świętował już Nowy Rok, gdy u nas była dopiero godzina dwunasta w południe. Nowy Rok, z którego tak niewiele dni było mu dane przeżyć. Otrzymał ode mnie kalendarz z moimi zdjęciami stąd. Nie zmieni w nim kartek kolejnych miesięcy. Żal, żal, żal…kajś Ty zostoł Wichtorze hań daleko na końcu świata we Kiwilandzie, a ogromnie daleko od Ślońska, od Rybnika. Kaj tera mom te Emilki do Ciebie adresować? Moga yno karteczka napisać do Wandy, żeby Ci jom na grobie w Kerikeri położyła.

Wujek Erwin i ciocia Małgosia

Wujek Erwin i ciocia Małgosia.


Nasza mama miała trzech braci, starszego Floriana, młodszego od niej Erwina i najmłodszego Henryka, który niestety zmarł dość młodo, gdy miałem około pięciu, sześciu lat. Wujek Erwin był dla mnie tym ważniejszym wujkiem, bo był policjantem. Zrobił na mnie wielkie wrażenie, gdy go zobaczyłem z długą szablą u boku. Wujka Erwina nie spotykałem zbyt często, bo pełnił służbę poza Emą, gdzie dziadkowie mieszkali. Przypominam sobie że była mowa o takich miejscowościach, jak Tychy, czy Pszczyna. Udawało mi się często podsłuchiwać rozmów dorosłych gdy byłem u dziadków. Zawsze wyobrażałem sobie, że policjant to ktoś bardzo dzielny, kto głównie walczy ze zbójami i zamyka złodziei. Tuż przed wojną Niemcy na Górnym Śląsku bardzo demonstrowali swoją niemieckość choćby przez odpowiednia garderobę. W niedziele paradowali mężczyźni w spodniach „pumpach” i białych podkolanówkach. Policjantom nakazywano zmuszać Niemców do zdejmowania tych białych podkolanówek. Wujek zwrócił mamie uwagę, aby nie ubierała mnie i Bolkowi tych ażurowych szydełkowanych białych podkolanówek, bo nas też będą za Niemców uważać. Wtedy dotarło do mnie coś, co było niezbyt zrozumiale, ale świadczyło o tym kim się jest. Rozumiałem to na swój sposób, jak to, że Indianie są tym kim są, bo ubierają pióropusze.

Zaraz po wybuchu wojny, gdy wujek Erwin wrócił z nieudanej kampanii wojennej do domu, został podobnie jak wcześniej dziadek Jan aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym. Wtedy mówiono w rodzinie, że to wszystko przez te białe podkolanówki, które Niemcom ściągał.

Wujek Erwin miał więcej szczęścia niż nasz dziadek, który z obozu w Dachau już nigdy nie wrócił. Jego Niemcy po jakimś czasie zwolnili. Musiał podjąć pracę w wyznaczonym miejscu i był pod obserwacją. O pobycie w obozie nie chciał nic opowiadać. Narzeczoną wujka była nasza przyszła ciocia Małgosia, która pracowała w dużym sklepie z tekstyliami w Rybniku. Często tam zachodziłem nie tylko z mamą, ale i sam po jakieś sprawunki. Tkaniny były na kartki, ale ciocia Małgosia zawsze potrafiła znaleźć odpowiedni towar dla nas. Czasem bywałem w Niedobczycach u babci, gdzie w którąś letnią niedzielę 1944 roku wujek z ciocią zabrali i mnie na spacerową wyprawę po śmietanę do znajomego gospodarza. Szliśmy drogą w kierunku Wypandowa, gdzie tuż obok zabudowań gospodarczych przy samej drodze pod wielka lipą leżał rozbity amerykański bombowiec. Wracał najwyraźniej postrzelony z bombardowania zakładów sztucznej benzyny w Kędzierzynie i szukał sposobu wylądowania na polu, ale zawadził o wysoką lipę tam rosnącą. Lipa nie ucierpiała tak bardzo jak samolot. Mówiono, że niektórzy Amerykanie przeżyli, a pośród nich jeden czarny. Niemieccy żandarmi ich szybko wyłapali. Wujek powiedział, że marny będzie ich los w obozie. Zdążył się już o tym przekonać, jak Niemcy traktują swoich przeciwników w obozach koncentracyjnych a nawet jenieckich.

Gdy wojna się skończyła, wujek z ciocią zamieszkali samodzielnie niedaleko słynnego Szybu Reden, do którego Niemcy wrzucali zwłoki więźniów. Chętnie ich tam odwiedzałem. W wieku 14 i 15 lat byłem strasznym głodomorem. Ciocia gościła mnie różnymi smacznymi potrawami, którymi mogłem się najeść do syta i coś jeszcze dostawałem do zabrania do domu dla rodzeństwa. Wtedy do końca 1946 roku, dopóty nasz tata nie wrócił z wojennej poniewierki u nas się naprawdę w domu nie przelewało. Rodzina nas bardzo wspomagała. Wujek, który wtedy kierował małym zakładem techniczno produkcyjnym w Biertułtowach postanowił dać mi pracę u siebie. Jako, że wykazywałem zdolności plastyczne, miałem pomalować znaki drogowe z napisem STOP. Dostarczono mi wzór i zabrałem się na swój sposób nie pouczony przez nikogo do roboty. Wtedy się przekonałem, że trochę więcej wiem o namalowaniu obrazu, niż szyldu. Moje szyldy były szalenie grubo pokryte farbą, która potem miała zacieki, długo nie zasychała. Gdy przyszedł fachowiec popatrzeć co robię, też powiedział do mnie STOP. Pokazał mi jak to należało zrobić. Wszystko okazało się takie proste, dla kogoś, kto wiedział jak. Wujek Erwin też się pojawił, popatrzył na moje dzieło niedoszłego malarza szyldów, wyciągnął dwadzieścia złotych i mi je wręczył mówiąc, że jednak będzie lepiej żebym się przykładał do nauki w gimnazjum. Po latach dowiedziałem się, że szyld po holendersku to po prostu obraz.


13. 10. 2010.

Wycieczki w opolskie

Wycieczki w opolskie

Niedługo po wojnie, zaczęto organizować wycieczki masowe choćby takie, jak ta z okazji 25 rocznicy trzeciego powstania śląskiego na Górę św. Anny. Z Katowic jechały tam do najbliższego dworca w pobliżu, do Oleśnicy darmowe pociągi, takie zwykłe, jak wtedy najczęściej jeździły, zwykłe towarowe wagony, t.zw. krowioki. To, że były niewygodne, bez ławek, gdy siedziało się na podłodze, a najlepsze miejsca były w otwartych drzwiach, do zajęcia miejsca ze spuszczonymi nogami na zewnątrz wagonu, wcale nie przeszkadzało brać udziału w takiej przygodzie. Była to wtedy moja najdalsza wyprawa koleją, bo dotąd byłem najdalej w Opawie, odwiedzić tatę tam w koszarach. Już poprzedniego dnia wypatrywałem jakie będzie niebo na zachodzie. Słońce zachodziło tam gdzieś za stadionem czerwono pomarańczowo, co wróżyło dobrą pogodę. W radiu u naszych gospodarzy przy ul.Wodnej nadawano wtedy z Katowic powstańcze piosenki z okazji jutrzejszych uroczystości na Górze św. Anny. Właśnie grali: Zachodzi słoneczko... To podbudowało mój nastrój wycieczkowy.

Następnego dnia, a była to niedziela wyruszyłem ochoczo na dworzec, w pociągu już był tłok, bo wycieczka była darmowa, ale znalazłem miejsce siedzące w drzwiach. Byłem sam, nikt z kolegów z naszej ulicy nie wybrał się tam ze mną. U nas na stadionie miał się odbyć mecz piłki nożnej, a ja nie byłem zbyt wielkim kibicem tego sportu. W czasie jazdy śpiewano nieustannie znane piosenki, gwar był wielki, bo tworzyły się różne grupy, ale ja byłem zauroczony oglądaniem mijającego szybko i zmieniającego się pejzażu. Na trasie nie było widać zbyt wielu zniszczeń wojennych, raczej przejeżdżało się przez zielony Śląsk. Jazda minęła dość szybko i po opuszczeniu pociągu nastąpiła część piesza wycieczki w kierunku góry. Pomijaliśmy klasztor na szczycie, a udaliśmy się do amfiteatru. Był w dobrym stanie, wysadzono tylko znajdujące się na skalnej stromej ścianie niemieckie elementy dekoracyjne. Pomnik ku czci powstańców jeszcze nie powstał. Było tam sporo wojska z bronią, chyba to KBW dla ochrony komunistycznych władz rządowych z Bolesławem Bierutem na czele, który również wygłosił przemówienie. Po innych wystąpieniach „ku czci”, jak to zwykle bywało, odbyły się występy zespołów regionalnych. Ochrona dobrze pilnowała komunistycznych dostojników na dole w pobliżu estrady i na niej. Doszło jednak do nie przewidzianego przez nich incydentu, bo z góry z wysokiej skalnej ściany zaczęły w pewnym momencie spadać ulotki. Trwało to trochę, zanim spadły na dół na tłum w amfiteatrze. W pewnym momencie powstał na dole gdzie siedzieli dostojnicy jakiś zgiełk, małe poruszenie i nagle żołnierze zaczęli się wciskać między rzędami publiczności i odbierali ludziom ulotki. Chyba nie udało się im wszystkie zebrać, bo później dowiedziałem się, że miały antykomunistyczny charakter. Była to akcja podziemia, które w 1946 było jeszcze bardzo silne. Towarzysza Bieruta jednak z bliska tam nie zobaczyłem.


Rok później miałem znów okazję pojechać na wycieczkę, tym razem do Opola na ogólnopolskie dożynki. Odbywały się one częściowo także na błoniach nad Odrą, gdzie odbywała się parada jednostek wodnych. Tym razem był również obecny najważniejszy dostojnik państwowy i partyjny Bolesław Bierut. Oficjele zajęli miejsce na dość wysokiej trybunie blisko wody. Wokół było znowu spora wojskowej ochrony, ale tym razem z odległości kilku metrów mogłem zobaczyć Bieruta i innych oficjeli. Orkiestry wojskowe grały dość głośno marsze, holowniki wydawały z siebie swe przeraźliwe sygnałowe dźwięki syrenami, a ludzie się głośno przekrzykiwali. Poza większymi jednostkami wypłynęły i płaskie łodzie transportowe załadowane do ostatniego miejsca gośćmi imprezy. Jeden z holowników podpłynął dość blisko z maksymalną szybkością w kierunku trybuny i ktoś z marynarzy próbował rzucić w kierunku władzy wieniec dożynkowy. Statek spowodował nagłą dużą falę, tak, że jedna płaskich łodzi będących w pobliżu się wywróciła. Wszyscy znaleźli się w nurtach Odry. Rozległy się krzyki wołające o ratunek, ktoś coś głośno wołał, jakieś wojskowe rozkazy i wielkie zamieszanie. Na wodzie, na brzegu pośród ludności obserwującej imprezę i na trybunie. Bierut do kogoś coś mówił i mocno gestykulował. Na wodzie wszystkie jednostki zawracały i próbowały się zbliżyć do tonących. Gwałtownie skręcały i powodowały jeszcze większe fale. Jeszcze trudniej było nieść ratunek, ludzie się topili, bo ich nie można było dostrzec. Żołnierze wskakiwali do wody, ale obciążeni ubiorem i bronią sami potrzebowali pomocy, bo nie byli w stanie pływać. Wielu cywilów też skakało na ratunek i zamieszanie się tylko potęgowało. Podjechało kilka samochodów, myślałem, że to po topielców, ale to po władze, które szybko opuściły teren klęski. Po jakimś czasie rozeszła się wieść, że czternaście osób się utopiło


Następnego dnia usłyszałem w wiadomościach o wspaniałych uroczystościach dożynkowych w Opolu z udziałem najwyższych władz. Tragiczne incydenty zaistniały tylko dla tam obecnych.

Katowice, 04.09.2013.

Zamiast epilogu - Biala mgła

Zamiast epilogu

Biała mgła

Stary malarz nadal przeglądał zasoby swych prac w komputerze na bardzo leciwym monitorze z małym kineskopowym ekranem. Obrazy, które malował były też niewielkiego formatu. Postanowił zmienić teraz sprzęt na taki z większym i płaskim ekranem, bo odnosił wrażenie, że już widzi znacznie gorzej. To nie miało być zwykłe oglądanie obrazu, ale próba jakby wejścia w jego głąb. Gdy mu dostarczono sprzęt, trzeba było co nieco w pracowni poprzestawiać. Dwaj kurierzy pomogli mu w tym trochę i zainstalowali nowy komputer i duży monitor. Od ponad roku już nie malował, bo stwierdził, że nie wystawia, ani niczego nie sprzedaje. Chętniej fotografuje teraz różne drobiazgi, a potem ogląda je w dużym zbliżeniu na ekranie i odkrywa na nowo proste, prawie abstrakcyjne formy realnych przedmiotów. Czasem myśli, by spróbować coś takiego namalować w dużym formacie. Oglądnął mnóstwo interesujących go fotosów, ale nie mógł się zdecydować, co z tego przenieść na płótno. Patrzenie na powiększone fotografie na dużym ekranie monitora zaczęło mu całkowicie wystarczać. Przetwarzał je dalej w wyobraźni. Zauważył, że robi ostatnio zbyt wiele nieostrych zdjęć. Czytał już niechętnie, bo litery stawały się niewyraźne, a i obraz na tym nowym ekranie też zaczął tracić na ostrości. Dość szybko zarzucał ledwo co zaczętą czynność, zbyt prędko wypalało się w nim to początkowe intensywne zainteresowanie. Wiedział, że myślał o czymś przed chwilą, że wpadł właśnie na wspaniały pomysł, ale za moment nie mógł go sobie przypomnieć. Postanowił, by wszystko zaraz zapisywać na kartkach, czy w podręcznych notesach i w kalendarzu. Wkrótce i tego zaniechał, bo zbyt dużo czasu zajmowało mu szukanie właściwych notatek. Zapominał, gdzie co zapisał. To na co spoglądał, zaczęło coraz bardziej zatracać swoją wyrazistość. Kształty oddalały się, kolory traciły blask, były bardzo nie ostre, płowiały. Te jeszcze niedawno świetliste, witrażowe barwy na dużym ekranie nowego telewizora nie oddawały już tak wiernie rzeczywistości, jaką przedtem na nim oglądał. Coraz częściej miał wrażenie, że te jesienne mgły, mgiełki które tak chętnie ostatnio fotografował w naturze, przenikają teraz aż do wnętrza mieszkania. Początkowo była to tylko lekka mgiełka nieostrości, świat nieco zamazanych malarsko konturów, kształtów. Czasem jednak mgła zaczynała się jakby zagęszczać i miał wrażenie, że sam zanurza się teraz w tę białą, ciasną przestrzeń. Oglądał gdzieś daleko, jakieś słabo świetliste miraże na końcu tunelu. Na ekranie monitora widział czasem ulubione reportaże z nad dalekich wysp mórz południowych. Jeszcze rozróżniał, że była to jakaś rajska kraina, za którą tęsknił od dzieciństwa. Były to pejzaże znane mu wpierw z małych obrazków dodawanych przed wojną do pudełek z papierosami, a później, gdy już poznał malarstwo Gauguina, wiedział że ten jego ulubiony malarz uciekał z Paryża na egzotyczne Tahiti, by znaleźć tam swój malarski raj.

Stary malarz już od dawna nie był w stanie podróżować. Przestał nawet o tym marzyć. Zdawał sobie sprawę, że dla niego czas spełniania się marzeń minął. Jest już inaczej niż w młodości, gdy wszystkie drogi prowadziły w przyszłość. Różnie się ona potem kształtowała, tych wędrówek po świecie nie było za dużo w tamtych czasach. Większość wędrówek odbywał po kraju. Pozostały liczne rysunki z tych pierwszych podróży, później były zdjęcia czarno białe, bo do kolorowych filmów nie miał dostępu. Przeżył wiele lat w okresie siermiężnego socjalizmu. Dopiero po zmianach ustrojowych, podczas tych późnych podróży mógł utrwalać ślady, notować wrażenia na kolorowych filmach, a potem już z cyfrowego aparatu magazynować to wszystko w pamięci komputera. Teraz nastąpił jednak kres drogi prowadzącej naprzód. Nadszedł czas zatrzymania się, a może nawet zawrócenia z wędrówki. Tu na miejscu, wchodził w ten wyświetlony, wirtualny świat na ekranie. Zaczął się cofać w przeszłość. Daleka droga wstecz przez osiemdziesiąt lat, droga do źródeł, do krainy dzieciństwa, do pierwszych obrazów, dźwięków i zapamiętanych zapachów. Ostatnio słuchał przy tym tej pierwszej ukochanej muzyki z dzieciństwa, tego jedynego kompozytora jakiego bez przerwy nadawało w internecie marsylskie Radio Mozart. Przy tych dźwiękach, ale nie z ich przyczyny mgła zagęszczała się coraz bardziej. Rajskie wyspy stawały się tylko powidokami i powoli wszystko stapiało się w magmę białej mgły.


16.06.2013

Zbieracz kluczy

Zbieracz kluczy


Ten niepozorny człowiek nazbierał już bardzo dużo kluczy, które zawsze nosił ze sobą. Z czasem zaczęły mu coraz mocniej ciążyć. Podzwaniały cicho, ale ten dźwięk był przytłumiony, bo wszystkie mieściły się przypięte agrafkami do wewnętrznej strony jego płaszcza. Poruszał się dosyć wolno, przytłoczony ciężarem tej metalowej wyściółki jego przyodziewku. Zachowywał się jak typowy zbieracz rzeczy bezużytecznych, chodził po osiedlu i wołał: klucze, klucze stare klucze zbieram. Czasem ktoś zrzucał mu jakiś klucz. Zaglądał też do śmietnikowych pojemników i znajdywał tam coś od czasu do czasu. Wtedy rozpinał poły swego płaszcza i szukał wolnego miejsca, by przypiąć jeszcze jeden klucz. To był zadziwiający widok, gdy trzymał obie części płaszcza rozwarte i można było wszystkie klucze zobaczyć, które świeciły się jak nowe. Bywało, że siadał zmęczony na ławce gdzieś w cieniu i zabierał się do polerowania nowych nabytków. Sam nie troszczył się o swe odzienie, o buty. Wszystko u niego było zaniedbane, łącznie z poszarpanym kapeluszem. Tylko klucze błyszczały pierwszą nowością, gdy rozchylał płaszcz. Chyba nikt nie potrzebował jego starych, choć odświeżonych kluczy, bo chodził coraz bardziej pochylony pod zwiększającym się ciężarem tego zbioru.

Kiedyś usiadłem na ławce obok niego i dałem mu do zrozumienia, że widziałem ten okazały zbiór kluczy, że podziwiam jego dbałość o nie. Z pewnością są te klucze dla niego jakimiś ważnymi przedmiotami, nie tylko narzędziami otwierającymi przeróżne zamki. Opowiedział mi, że często doznaje przykrości, bo ludzie uważają go za złodzieja. On jednak nikomu jeszcze niczego nie zabrał, nie kradnie, tylko zbiera różne klucze i czeka aż nadejdzie dzień, gdy odkryje tajemnicze miejsce i otworzy je. Z pewnością będzie któryś z tych kluczy odpowiedni do otwarcia owego zamka. Może to będzie wejście do innego, lepszego świata dla takich jak on bezdomnych ludzi. Kiedyś słyszał, że takie miejsce istnieje, tylko nie zdołał zapamiętać, gdzie to jest. Teraz chodzi i szuka, choć już coraz trudniej mu się poruszać. Musi wszystkie rodzaje kluczy mieć zawsze przy sobie, bo nigdy nie wiadomo, który będzie wtedy potrzebny. Po jakimś czasie zbieracz kluczy zniknął chyba w ogóle z naszego miasta, bo od dawna go już nie widziałem.


Niedaleko, w sąsiednim mieście występowały dotkliwe szkody górnicze, budynki pękały, waliły się mury, tak że mieszkańców trzeba było wykwaterować do zastępczych mieszkań. Mówiono, że zginął w tych ruinach człowiek. Spadł z trzeciego piętra. Może to był ów bezdomny zbieracz kluczy? Obok niezidentyfikowanego martwego ciała leżało mnóstwo błyszczących kluczy. Sądzono, że musiała to być samobójcza śmierć zrozpaczonego człowieka. Na pewno otworzył swymi kluczami drzwi w ścianie, za którą była pustka, przepaść, bo nie było już podłogi. Na ścianach za otworem drzwiowym zobaczył jakiś wielki krajobraz. Istne rajskie malowidło. Mieszkał tam górnik, znany malarz niedzielny, który na ścianach swego pokoju wymalował obraz, podobny do tych znanego malarza Ociepki. Niestety, musiał opuścić to mieszkanie, a obraz ścienny pozostał na ocalałej ścianie. Zbieracz kluczy był pewno przekonany, że odkrył to tajemnicze miejsce, którego przez tyle lat szukał, dokąd przez cały czas dążył. Odczytał to malowidło i te drzwi jako zaproszenie do wejścia w inny tajemniczy świat. Gdy którymś z kluczy udało mu się drzwi otworzyć, pchnął je zbyt mocno do środka i znalazł się w tym innym świecie. Odleciał w przepaść, w świat wiecznej pustki.


Katowice 06.02.2013

Zefek muzykant

Zefek muzykant


W pierwszej, jeszcze przedwojennej klasie szkoły powszechnej nauczyciel zapytał uczniów o zawód ojca, formując to raczej prościej, gdzie pracuje wasz tata. Zefek, czyli ja odpowiedział na to tak jak wielu uczniów swoim językiem, po śląsku: tata gro na trombie, chodzi do służby w zakładzie kaj dowo pozor na gupich. Nasz nauczyciel i wychowawca nazywał się pan Mocek i raczej nas dobrze rozumiał. Próbował nas nauczyć, jak na takie pytania poprawnie po polsku odpowiedzieć. Początkowo odpowiadałem także po swojemu na pytanie kim ja chciałbym zostać: już poradza trocha grać na skrzipkach, też myśla zostać muzykantym, ale ni w takim zakładzie dlo gupich. Sam również miałem trudności zrozumieć, co tata mojej koleżanki Gertrudy robi, gdy odpowiadała, że jej ojciec pracuje pod miastem. Miało to znaczyć, że wykonuje prace porządkowe pod zarządem miasta. Niektórzy odpowiadali, że ich ojciec robi na grubie. To już wiedziałem, że jest to praca pod ziemią. O tym opowiadał mi tata, bo po szkole podstawowej przepracował tam w Westfalii, gdzie się urodził, dwa lata na grubie Prosper. Był górnikiem.

W czasie plebiscytu tata przyjechał ze swymi rodzicami na Górny Śląsk, bo miała tu nastać Polska. Tu było wielkie bezrobocie i już nie znalazł pracy w kopalni. Gdy miał osiemnaście lat, w 1923 wkroczyło na Górny Śląsk polskie wojsko i polskie władze. Tata postanowił pójść jako ochotnik do wojska, do orkiestry wojskowej. Z trudem udało mu się napisać odpowiednie podanie po polsku, bo przecież nigdy do polskiej szkoły nie uczęszczał. Widziałem po latach w domowym archiwum ów dziwnym językiem napisany dokument z podpisem jakiegoś majora aprobującego ochotnicze zgłoszenie do wojska. Tata zdobył w wojsku podstawowe wykształcenie muzyczne. W Krakowie w orkiestrze pułkowej, nauczył się grać na rogu, czyli na owej trombie, ale także na skrzypcach, altówce i wiolonczeli. Był chyba zdolny, bo już przed wojną grał na altówce w kwartecie braci Szafranków w Rybniku, a także na rogu w ich popularnej orkiestrze salonowej. Pamiętam te koncerty muzyki promenadowej, które odbywały się w pawilonie przy kąpielisku Ruda, czy też w sali hotelu Świerklaniec.

Gdy miałem dziesięć lat, tata zaczął mnie uczyć gry na wiolonczeli. Zaraz po wojnie, już w gimnazjum miewałem nadal kłopoty językowe. Wszystkie nuty dla mego instrumentu były niemieckie, dla Cello. Gdy mnie w klasie profesor zapytał na jakim instrumencie gram, odpowiedziałem że na cello. Wzbudziło to zaraz kpiny kolegów z poza Śląska, bo niektórzy wiedzieli, że w języku polskim nazywa się ten instrument wiolonczela. Jako Ślązak ciągle jeszcze nie opanowałem poprawnie języka polskiego. Usłyszałem też w uwagach swej polonistki, że w moim opracowaniu aż się roi od germanizmów. Myślę, że się bardzo starałem by zdobyć językową perfekcję, bo w klasie maturalnej inna pani profesor, znana rybnicka poetka Janina Podlodowska zachęcała mnie, by pójść na studia polonistyczne, czy dziennikarstwo. Długo jednak byłem niezdecydowany, bo pozostała jeszcze muzyka, ale bardziej pociągały mnie już studia plastyczne, które wybrałem.

Tata grał jeszcze dość długo po wojnie w orkiestrze braci Szafranków na rogu i w orkiestrze dętej Szpitala Psychiatrycznego. Przedtem, w czasie wojny miał swój kolejny epizod w orkiestrze pułkowej Brygady Karpackiej armii generała Andersa. Brali tam udział w uświetnieniu uroczystości poświęcenia cmentarza wojskowego pod Monte Cassino. Moje występy orkiestralne były bardziej skromne, grałem trochę w orkiestrze szkolnej rybnickiego gimnazjum, jak w orkiestrze szkolnej „handlówki”, gdzie mieliśmy i występy radiowe. Raz jednak zostałem dokooptowany do zespołu kameralnego muzyków orkiestry szpitalnej przy wykonaniu mszy na Boże Narodzenie, skomponowanej przez pana Kolorza , klarnecisty tej orkiestry. W kaplicy szpitalnej zagrałem i ja w owej orkiestrze „u gupich”, jak mówiłem w dzieciństwie. Najbardziej cieszyło mnie jednak wspólne muzykowanie rodzinne, oraz to u mego przyjaciela Bernarda, gdzie spotykaliśmy się w dość licznym gronie muzykujących kolegów. Tu wchodziłem w świat muzyki, poznawałem kompozytorów, pokochałem muzykę, choć nie zdecydowałem się, by uprawiać ją zawodowo, o czym marzyłem w latach dzieciństwa. W nowelce Sienkiewicza czytamy o Janku muzykancie. Ten chłopak marzył o posiadaniu skrzypiec. O Zefku muzykancie nie będzie, choć miał w dzieciństwie i skrzypce i potem nawet wiolonczelę.


Katowice, 02.03.2015.

Zimy

Zimy, narty, dużo dawniej


2012.02.12. Wszystko u mnie zaczyna się na Emie, może nie od razu narty, ale tam dostałem pierwsze łyżwy typu holendry od pani Evy S., która ich już nie używała. Wtedy takie łyżwy były przykręcane do butów za pomocą specjalnego kluczyka, czy tulejki, po naszemu, kurbli. Nie chodziło się wtedy na łyżwy na lodowisko, a ślizgaliśmy się na ulicy, na wygładzonych miejscach, czy też zjeżdżało się z małych wzniesień. Bywało takich kilka w mieście, gdzie sprawniejsi chłopcy zjeżdżali na łyżwach. Czasem i ja się odważyłem. Przyjemnie było uczepić się jeżdżących ulicą zaprzęgów konnych ze saniami. Trzeba było tylko uważać, zachowywać się cicho, bo czasem furman odpędzał nas końskim biczem. Można było boleśnie oberwać.

Marzyły mi się jednak narty, a przynajmniej jakieś ich namiastki. Pierwszymi niby nartami, bardziej łyżwo podobnymi były zwykłe pantofle drewniaki. Próbowało się na spodzie założyć gruby kawał drutu. Był to już kawałek drewna pod stopami, choć jeszcze bardzo krótki i nart nie przypominał. Z małych wzniesień dało się zjechać sprawniej, niż na samych butach. Jako kilkuletni chłopcy nauczyliśmy się sobie radzić i zdobywaliśmy w sklepie mleczarskim deseczki z beczek po maśle. Te były już nieco wygięte, co prawda bez tych typowych czubków, ale nie wbijały się w śnieg, o ile nie był za wysoki. Wystarczyło przybić jakieś paski, w które wchodził but, sznurkiem resztę dowiązać i można było próbować jazdy jak na prawdziwych nartach.

Zaraz po wojnie udało mi się wymienić z kolegą kilka książek za narty. Były to prawdziwe białe wojskowe kandahary, które miał pozostawione po niemieckich strzelcach górskich, gdy przez jakiś czas na początku 1945 roku przebywali w Rybniku. Miałem narty, ale niestety nie posiadałem odpowiednich butów. Dopiero gdy tata sprowadził z Anglii za resztę żołdu dla Bolka i dla mnie wojskowe, wysokie, sznurowane byty, mogłem opanować jazdę na tych nartach. Nasz teren narciarski ograniczał się teraz głównie do nasypu kolejowego tuż za dworcem w Paruszowcu. Była to bardzo stroma pochyłość tylko dla pewnie trzymających się nogach, bo można było zjeżdżać wyłącznie szusem. Na dole trzeba było gwałtownie wyhamowywać, żeby nie wjechać do rzeki albo w płot. Tuż pod lasem było jeszcze jedno miejsce, mniej strome, gdzie trzeba było już mieć wprawę w skręcaniu, by omijać rosnące tam brzozy. To zbocze leśne nazywało się Birkenwald. Kiedyś, chyba w 1947 wybraliśmy się pod opieką naszego wychowawcy na wycieczkę narciarską w okolice Gotartowic. Są tam pokaźne pagórki i mieliśmy sporo okazji do zjazdów z nich. Z jednego z pagórków zjeżdżałem jako pierwszy. Śnieg był dość wysoki, puszysty. Będąc już prawie na dole, mocno rozpędzony, bo oczywiście i tu szusowałem, nagle najechałem na niewidoczną pod śniegiem przeszkodę, którą stanowił rozciągnięty drut kolczasty. Wbiłem się weń już powyżej zakończenia cholewek butów. Drut się naciągnął i mnie do niego wczepionego wyhamował. Nie odniosłem żadnego uszczerbku, bo uratowały mnie grube wojskowe kamasze angielskie taty, które miałem założone. Drut kolczasty nie przedziurawił ich na szczęście i nie uległem kontuzji. Od razu wołałem na górę do kolegów żeby nie zjeżdżać, bo jest przeszkoda na trasie. W międzyczasie dotarł już do mnie profesor, który ze słabiej jeżdżącymi kolegami zjechał okrężną trasą. Gdy profesor zobaczył przeszkodę, ów drut kolczasty, który teraz doskonale widoczny był na wierzchu i moje nienaruszone nogi, powiedział do mnie, że gdyby na moim miejscu był kto inny, bez takich kamaszy wojskowych z grubego brezentu, to odniósłby ciężkie rany.

Trwał trudny czas powojenny, tylko jeden jedyny raz udało mi się pojechać z kolegami na narty do Wisły. Byłem wtedy pierwszy raz w życiu w górach. Wtedy jazda na nartach miała to do siebie, że tyle, ile się z góry zjechało, tyle trzeba było się przedtem wspinać. Dopiero na studiach, w czasie pobytu na plenerach malarskich w Zakopanem, dokąd zawsze swe narty zabierałem, podjechałem kolejką na Gubałówkę i potem dwa, trzy razy zjechałem w dół na nartach. W drodze powrotnej zjeżdżaliśmy już długim trawersem z Gubałówki Grapą w kierunku Harendy, gdzie mieszkaliśmy. Jednego razu, gdy Irena uczestniczyła w wyprawie na Gubałówkę, spróbowała mimo woli swych sił w skokach narciarskich. Miejscowi chłopcy mieli na zboczu Grapy swoją skocznię, której w zapadającym mroku Irena nie zauważyła. Nagle usłyszeliśmy jakiś nieartykułowany okrzyk, a po chwili już wyraźnie, radośnie: SKOCZYŁAM NA SKOCZNI! Choć ten skok zakończył się upadkiem, to ten jedyny skok narciarski w życiu zaliczyła sobie sama jako nadzwyczajny wyczyn sportowy.

Po ostatnim plenerze, w 1956 pod sam koniec studiów sprzedałem moje wysłużone narty, by zasilić skąpe stypendium. Nigdy już więcej nowych nart nie kupiłem, chyba później dla synów. Byłem jeszcze kilka razy na pożyczonych nartach z telewizyjnej rekwizytorni w Bielsku, czy Szczyrku z kolegami z TV, ale to białe szaleństwo mnie już nie kusiło. Chyba telewizyjny pracoholizm stanął temu na przeszkodzie. Podobnie pożyczałem buty z łyżwami hokejowymi i wychodziłem na łyżwy z synami, ale nie na ulicę, jak to robiłem kiedyś w dzieciństwie, a na lodowisko w hali przy Spodku.


Katowice , luty, 2012

Znalezione

Znalezione


Niedawno otrzymałem od Adama obszerny list z załączoną w nim mini akwarelką. Został wysłany z Wysp Kanaryjskich. Bardzo się zdziwiłem tym jego pobytem na dalekich wyspach. Nie mogłem sobie wyobrazić, skąd znalazł środki na tego rodzaju wczasy mając dość chudą emeryturę. Wiedziałem, że z trudem wiązał koniec z końcem. A tu ten pejzaż z naszkicowanym widokiem na wulkan Teide. Wszystko to było bardzo zagadkowe, co opisywał.

Dwa tygodnie temu podczas spaceru do jego ulubionego lasu podmiejskiego usiadł na ławce, by odpocząć. Wydawało mu się, że przed chwilą ktoś wstał z tej ławki i ruszył dalej, nie zobaczył postaci, nikogo już nie było w pobliżu. Na Ławce pozostała kolorowa koperta biura turystycznego Neckermann. Adam przyjrzał się kopercie i otworzył ją. W kopercie był bilet lotniczy i skierowanie na pobyt w czterogwiazdkowym hotelu Las Palmas w Puerto de la Croce na Teneryfie. W drugiej kopercie były jeszcze pieniądze, dwa tysiące złotych i sześćset euro. Adam postanowił wrócić najbliższym autobusem do centrum, gdzie znajdowało się owo biuro turystyczne. Był przekonany, że osoba siedząca przed nim na ławce wyjęła koperty i je tam niechcący zostawiła.

W biurze turystycznym poprosił o adres tej pani od której ma bilet i dowiedział się, że pewna pani wykupiła już dłuższy czas temu ową wycieczkę na Teneryfę dla siebie i swej przyjaciółki, która nagle zachorowała. Zgłaszała rezygnację, ale wyjazd następuje już jutro z lotniska w Poznaniu. Ten bilet lotniczy i voucher pobytowy przepadną, bo nie ma chętnych na last minute. Skoro już posiada ten bilet, to należy go na niego przepisać. Pani w biurze zapytała Adama, czy już był na Teneryfie i zachęciła go by skorzystał z okazji. Adam nic nie powiedział o dodatkowej zawartości drugiej koperty. Chciał się dowiedzieć o adres, czy telefon do tej pani, ale go nie otrzymał, a dowiedział się tylko, że po dwu dniach i tak się z tą panią spotka tam na miejscu w hotelu na Teneryfie. Do pani w biurze nie dotarło to, że w ogóle żadnej właścicielki biletu nie poznał, nie spotkał, nie mówiąc o pieniądzach, które chciał jej zwrócić. Na szczęście Adam nie potrzebował na tę wycieczkę paszportu, a tylko dowód osobisty. Został przekonany by skorzystał z takiej okazji, więc szybko załatwił formalności po uzyskaniu niezbędnych informacji odnośnie wyjazdu.



Jako znawca lotnictwa był szalenie zachwycony lotem Boeingiem, bo jeszcze tym typem w ogóle nie latał i w ogóle na takich długich trasach. W hotelu otrzymał pokój na siódmym piętrze z widokiem na górzysty teren z dominującym nad nim wysokim jak Mt Blanc wulkanem Teide. Ten widok namalował właśnie na kartce, którą otrzymałem. Decydując się na przylot tutaj był przekonany, że będzie mógł podziękować swej fundatorce mimo woli przy spotkaniu się z nią na miejscu i ustalić sposób przekazania należności za wycieczkę. Niestety, nikt, żadna z pań nie okazywała jakiegoś zainteresowania jego osobą, nikt się do niego nie zwrócił. Zresztą grupa Polaków w tym hotelu nie była zbyt liczna. Pilnie obserwował zwłaszcza panie ze swego otoczenia. Był przekonany, że musiała to być dość młoda osoba, bo wtedy z ławki zerwała się dość energicznie, ale żadne szczegóły nie utkwiły mu w pamięci. Po kilku dniach ciągle jeszcze nie wpadł na żaden trop. Rozglądanie się za młodszymi paniami nie doprowadziło go do żadnych rezultatów. Adam zdecydował się na wycieczkę statkiem na Gomerę. Koszty nie były tak wysokie i postanowił naruszyć kwotę euro, jaką wtedy znalazł w kopercie na ławce. W podróży w tam tę stronę, która trwała aż trzy godziny spacerował po statku i długi czas spędzał na obserwowaniu delfinów z części dziobowej statku. W pobliżu zatrzymała się starsza pani, mniej więcej w wieku sześćdziesięciu kilku lat. W pewnym momencie wiatr zerwał jej kapelusz z głowy, który na szczęście nie poleciał za burtę, a potoczył się po pokładzie. Adam szybko ruszył za nim, udało mu się kapelusz złapać i podszedł do dystyngowanej pani z szarmanckim ukłonem, by jej go wręczyć. Nie odezwał się przy tym, bo nie wiedział kim pani jest. Ta bardzo uprzejmie podziękowała mu po polsku. W ten sposób nawiązał z nią rozmowę. Adam dowiedział się, że pani znalazła się na tej wycieczce całkiem przypadkowo, w miejsce jej córki, która od dawna miała ten wyjazd dla siebie i jej przyjaciółki wykupiony. Wycieczka miała być wytchnieniem po pomyślnie zdanym egzaminie magisterskim. Córka miała odlecieć z dwu dniowym opóźnieniem na Teneryfę, ale na skutek komplikacji zdrowotnych jej przyjaciółki postanowiła w ogóle zrezygnować z wycieczki i namawiała usilnie swoją mamę na skorzystanie z biletu, który inaczej by przepadł, podobnie jak ten koleżanki. Może ktoś z niego gratis skorzystał. Adam nie zdradził się w tym momencie, że to on jest tą osobą. Był tym bardzo skonfundowany i postanowił tę przykrą dla niego okoliczność nieco później wyjaśnić. Wiedział już tyle, że mieszkają w tym samym hotelu, na tym samym piętrze, tyle, że ona nie ma


widoku na Teide, a na morze. Nie chciał się sympatycznej pani narzucać, chciał się pożegnać. Zapytała go, czy jest tutaj sam, potwierdził to i dowiedział się, że to tak jak ona i byłoby jej przyjemnie móc z kimś porozmawiać i razem zwiedzić wyspę. Spoglądali razem na baraszkujące delfiny towarzyszące statkowi i jeszcze trochę rozmawiali. Niedługo potem rozmowa toczyła się gładko jak u dość dobrze znających się osób, które trudnią się sztuką, choć o różnych kierunkach. Adam zdradził się już, że jest plastykiem, że mieszka też w Poznaniu. On był wielkim fanem muzyki, a ona interesowała się plastyką. Ona tak jak jej córka ukończyła studia muzykologiczne na uniwersytecie w Poznaniu. Czas zaczął im nieco szybciej upływać, niedługo dobili do Gomery i zeszli na ląd. Po chwili podjechał autobus, zajęli miejsca obok siebie i udali się z wycieczkowym przewodnikiem na objazd wyspy. Pani przewodnik mówiła po niemiecku, bo przeważali Niemcy. Adam trochę rozumiał, ale jego współtowarzyszka wycieczki znała język lepiej i sporo mu tłumaczyła. Część czasu spędzili w autobusie, wysiadali na krótkie spacery z objaśnieniami przewodnika. Widoki były wspaniałe. Gomera jest jedyną wyspą archipelagu kanaryjskiego, który nie posiada własnego lotniska, turystów jest tu mniej, więc wyspa zachowała w znacznej mierze swą pierwotną dzikość i naturalne piękno. Z pewnego miejsca mieli upojny widok na daleką, tkwiącą w morzu wyspę, skąd przypłynęli, gdzie ponad chmurami widać było wulkanowy szczyt Teide. Tam na Teneryfę wracali późnym popołudniem i cały ten czas spędzili już razem, zanim znaleźli się znowu w hotelu. Wspólnie zjedli jeszcze kolację i pożegnali się na 7 piętrze do jutra. Nie umówili się szczegółowo, pozostawili to przypadkowi.

Adam kąpał się dotąd w morzu ze dwa razy, bo zniechęcała go do tego żużlowa plaża. Wejście do wody po ostrych kamykach było bardzo męczące. Postanowił pomimo trudności jeszcze raz zanurzyć się w Atlantyku. Zanim dojdzie do kolejnego spotkania z sympatyczną znajomą, chciał całą rzecz w spokoju przemyśleć, nim poruszy z nią kłopotliwy temat. Spodziewał się, że raczej jej tu nad morzem nie będzie, bo jest mniej wygodnie i jak większość gości zażywa pewnie kąpieli na basenie w ogrodzie hotelowym. Adam popływał trochę dłużej, bo woda miała całkiem znośną temperaturę. W wodzie spotkał jednak swoją wczorajszą znajomą. Teraz była bez tego eleganckiego kapelusza z szerokim rondem, a w pomarańczowym czepku kąpielowym, więc w pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Uśmiechała się do niego, więc się upewnił że to ona. Od tej chwili zaczął się ich kolejny wspólny dzień. Przesiedzieli w


cieniu palmy prawie do kolacji, czas im szybko mijał. W rozmowie przechodzili od tematu do tematu. Od muzyki do plastyki. Adam był ciągle mocno skonfundowany swoją sytuacją dłużnika wobec nowo poznanej nieznajomej. Próbował nawiązać rozmowę do tematu wycieczki, ale wychodziło to jakoś niezręcznie. Jego współtowarzyszka dowiedziała się z rozmowy, że jest malarzem, sporo było na temat sztuki w ogóle. Zapytany, czy tu na miejscu coś maluje odpowiedział, że na tę wycieczkę zdecydował się prawie nagle, dość przypadkowo i nie zdołał przygotować materiałów do malowania. Szkicuje tylko akwarelą. Robi to tylko z pokoju hotelowego, bo ma ciekawy widok na wulkan i góry. Zaproponowała mu, że może też skorzystać z widoku w jej pokoju, bo ma widok od strony morza. Nie będzie mu przeszkadzać, zostawi go samego przy pracy. Adam przystał na to bardzo chętnie. Może już jutro dopołudnia skorzystać z jej pokoju, a dokładniej z jej balkonu. Ona w międzyczasie zrobi sobie spacer do sklepów w mieście.

Niedługo po wspólnym śniadaniu Adam zgłosił się do swej nowej znajomej ze szkicownikiem i farbami. Jeśli by nie wróciła do czasu, gdy on już skończy , miał klucz od pokoju zostawić w recepcji. Adamowi podobał się widok w kierunku morza, z doskonale rozwiniętą skalną linię brzegową, roślinnością parku na pierwszym planie, a dalej był półwysep, gdzie już nie było dużych hoteli a drobna małomiasteczkowa hiszpańska zabudowa. Powstały trzy eleganckie akwarelki na których uchwycone były bardzo syntetycznie widoki na pejzaż nadmorski. Z trzech akwarelek Adam wybrał jedną, która jak mu się wydawało, oddawała najlepiej klimat oglądanego tu wybrzeża. Na stoliku przy łóżku zauważył zdjęcie w ramce, na którym rozpoznał swoją znajomą, chyba z mężem i ich córką. Zostawił akwarelkę na stoliku, zamknął pokój i zniósł klucz do recepcji.

Nowa znajoma powiedziała mu przy kolacji, że gdy wrócą na górę, będzie mógł odebrać akwarelkę. Adam wytłumaczył, że udało mu się namalować kilka, a ta jest prezentem dla niej. Serdecznie mu podziękowała, bo obrazek odpowiadał jej oczekiwaniom. Umówili się zaraz na wieczorny spacer nad morzem.


Adam postanowił wytłumaczyć się jak doszło do jego udziału w wycieczce oraz o znalezionej gotowce. Bardzo mu to ciążyło. Nawet był zadowolony, że nie będzie musiał tego przykrego problemu omawiać z jej córką. Urok księżycowego wieczoru nie wpłynął na to, by rozmowa poszła mu gładko. Zakłopotanie brało górę. Był skrępowany i z trudem składał zdania. O tym, że nie wiodło mu się ostatnio i uległ namowie pani w biurze turystycznym by skorzystać z okazji. Pieniędzy jeszcze nie zwrócił. Jej córka nie przyznała się, że zgubiła pieniądze. Nie wiedziała, że jest ktoś, kto skorzystał z wycieczki gratis. Zapewnił ją, że chce zwrócić całą kwotę gotówki. Wszystko to opowiedział, a właściwie zrzucił z siebie jak ciężar, który go przygniatał. Przyznał, że postąpił zbyt nierozważnie. Pani Anna, bo tak miała na imię jego nowa znajoma potraktowała sprawę dość swobodnie, zapewniając, że córka bardzo się ucieszy, jeśli dostanie od niego w formie ekwiwalentu za wycieczkę akwarelkę z widokiem z Teneryfy. Wycieczka przepadłaby bez żadnej rekompensaty na skutek rezygnacji w ostatniej chwili, bo chętni na last minute się nie znaleźli. Co do gotówki, to zaproponowała Adamowi, że nie musi się kontaktować z jej córką, ona to zrobi. Chce żeby potraktował tę sumę pieniędzy jak zaliczkę za obraz, który u niego zamawia. Ma to być pejzaż z Teneryfy. Widziała już co prawda jego akwarele malowane w obu pokojach, ale nie zdecydowała się jeszcze który widok wybierze. Format ma być oczywiście dużo większy, niż przedstawiane akwarelki. Ma to być obraz olejny, względnie akrylowy. Adam podjął się dzieła z wielką ochotą. Termin dostarczenia obrazu ustalili za miesiąc po powrocie z wycieczki.


13.12.2013.

Został mi obraz

Został mi obraz

Pośród bardzo nielicznych obrazów, które mi pozostały jest też ten bez tytułu, a sygnowany P.S. CLXXXV ‘09 Owe P.S. oznaczają Powidoki Sceniczne, czy też Pejzaże Scenograficzne, należące do dość dużego cyklu, który malowałem, gdy przestałem uprawiać scenografią w telewizji, czy też od czasu do czasu w teatrze. Tego obrazu nie widziałem od dość dawna, bo został oddany do krakowskiej galerii z którą współpracowałem i zapodział się tam potem na dłuższy czas. Ostatnio został mi zwrócony. To jeden z moich ostatnich obrazów z tego cyklu i chciałbym go dla siebie zachować. Niedawno, po dłuższym okresie nie widzenia się, odwiedziła nas koleżanka dziennikarka i malarka. Porozmawialiśmy o tak zwanych starych, dobrych czasach, dużo wypytywała o Jurka, brata Ireny, bo uważała, że była kiedyś jego sympatią. Oglądała nasze obrazy i wyraziła chęć kupna jednego obrazu Ireny, a także mojego, tego właśnie wspomnianego. Przy kolacji zaczęła swoją opowieść, dlaczego chciałaby właśnie ten mój obraz mieć. Dużo dziwnych przypadków było w tej historii, to wszystko wydawało się zręcznie skomponowane, barwne jak jej „pisanki literackie”, które nam przysyłała do przeczytania.

„- W dzieciństwie, gdy żyłam w świecie bajek, wyobrażałam sobie, że sroka jest tylko na niby ptakiem, a w rzeczywistości zaś zaczarowanym księciem. Byłam przekonana, że któregoś dnia przyleci do mego okna, przyjmie swą prawdziwą postać i poprosi mnie o rękę. Muszę tylko przedtem poznać zaklęcie, którym go do tego skłonię. Wymyślałam też różne imiona, które głośno wypowiadałam, by mego księcia zwabić, ale żadne nie skutkowało. Wtedy mieliśmy w klatce innego ptaka, była to papuga, która w kółko powtarzała tylko jedno zdanie: ” Ja chcę męża”. Wtedy chodziłam już do przedszkola i wkrótce przestałam czekać na mego zaczarowanego księcia, bo zakochałam się w koledze, który obiecał mi, że się ze mną ożeni. Teraz miałam już swojego narzeczonego i było mi żal papugi, gdy wołała: ja chcę męża. Postanowiłam jej pomóc i zostawiłam otwartą klatkę na oknie. Gdy wróciłam popołudniu z przedszkola, klatka była pusta. Postanowiłam poczekać, aż papuga wróci do niej z mężem, którego sobie znajdzie. Zdziwiłam się bardzo, gdy zamiast jednej, czy raczej dwu papug, znalazła się w klatce sroka. Klatka zatrzasnęła się sama, tak że ptak tkwił w niej zamknięty, był bardzo niespokojny i głośno skrzeczał. Zaraz narzuciłam ciemną chustę na klatkę, tak jak to robiliśmy z papugą, by ją uciszyć. Sroka też zamilkła. Od wczesnego rana sroka zaczęła się tym swoim krzykliwym głosem wydzierać. Przy śniadaniu mama powiedziała, że papuga już nie chce męża, bo nauczyła się mowy sroki i wykrzykuje coś w jej języku. Nie przyznałam się, że papuga z mojej winy uciekła. Skoro ta sroka nie chce się zamienić w księcia, to niech sobie też ucieka i zostawiłam jej klatkę otwartą. Podczas mej nieobecności sroka opuściła klatkę, bo gdy wróciłam, nie było w niej ani sroki, ani papugi. Po kilku dniach zdziwiłam się, gdy do zamkniętego okna coś pukało. To sroka biła dziobem o szybę. Nie robiła tego zamkniętym dziobem, a szeroko otwartym, jakby chciała coś powiedzieć. Chyba zbliżyłam się za nadto do okna, bo zaraz stuknęła dwa razy zamkniętym dziobem w szybę i odleciała. Wieczorem opowiedziałam o tym mamie, która mi zwróciła uwagę, że sroka to dziwny ptak, który ma dość dziwne obyczaje i dziwnie falująco lata, a jego długi ogon ciągnie się za nim, jak u komety.”

Nie będę szczegółowo opisywał obrazu, bo i on jest wielowątkowy, różne w nim epizody. Jak zwykle zawiera konglomerat szczegółów, elementów. Wiele na nim punktów zbiegów perspektywicznych, kilka horyzontów, co jak w piosence, że za tą dalą jeszcze jedna dal. Od czasu do czasu umieszczam na swych obrazach różne ptaki. Tu były dwie sroki, które często maluję. Właściwie, to nie lubię tych krzykliwych, drapieżnych, ale dość inteligentnych ptaków. Rossini umieścił w tytule do jednej ze swych oper srokę. W różnych językach inaczej tłumaczono ten tytuł. W języku niemieckim jest to Die kluge Elster, Mądra sroka, w naszym języku zaś, tytuł jest mniej pochlebny: Sroka złodziejka. U nas mówi się dość obcesowo o niej: patrzeć jak sroka w kość. Ja tych ptaków nie lubię, ale je maluję , bo mi się podoba ich elegancja. Dlaczego jestem do nich wręcz wrogo nastawiony? Byłem świadkiem ich morderczych instynktów. Przed moim oknem rośnie bardzo wysoki klon. Na jego pniu umieszczono ptasi domek dla szpaków. Co roku cieszył mnie ich śpiew. Miałem i swoją zabawę ze szpakami. Puszczałem przez otwarte okno nagranie ze śpiewem szpaka. Szpak z domku starał się odnaleźć rywala, który się nagle pojawił w jego rewirze. Robił co mógł, śpiewał coraz głośniej, choć rywal nie zamilkł. Często przerywała taki koncert swym skrzeczeniem jakaś sroka, których teraz tu tak dużo. Wiosną, gdy szpaki miały pisklęta i gdy oboje dorosłych wylatywało po karmę dla małych, pojawiła się sroka, siadła na ściance domku i wsunęła głowę do środka. Wyciągnęła jedno i drugie pisklę, rzuciła je na ziemię i pofrunęła na dół, gdzie je zabrała w dziobie i odleciała. Widocznie też była po pokarm dla swoich piskląt. Pozostała mi po tym niechęć do tych ładnych ptaków. Gdy krzykliwe ptaszyska stają się zbyt głośne, sięgam do innych nagrań. Włączam wtedy głos sokoła. Zaraz następuje na jakiś czas cisza. Groźne sroki też się kogoś boją.

Na swoim obrazie umieściłem dużą srokę w nietypowej klatce zbudowanej z drewnianych belek pośród głazów na wzór budowli w Stonehenge. Tak ją uwięziłem. Druga siedziała na górze budowli, trzepotała skrzydłami, jakby chciała dostać się do uwięzionej, może jej pomóc? Na tle dramatycznego nieba leciała kometa. Leciała wprost na tę kamienną budowlę. Coś takiego zobaczyłem na zdjęciu, które mi syn przywiózł z wycieczki. Dobrze widoczna kometa Hale- Bopp pojawiła się nad Stonehenge 15 kwietnia 1997 roku. Wyglądało to na zdjęciu, jakby leciała wprost w kierunku tej budowli. Umieściłem tę datę na kamiennej tablicy położonej pod budowlą. Ta data zainteresowała mnie, więc poszperałem w kalendarzu internetowym, by zobaczyć, czy się jeszcze coś szczególnego pod tą datą wydarzyło. W kwietniu owego roku, mieliśmy spóźnioną wiosnę, ostatnio spadł śnieg. Sporo pisano o innej komecie, a właściwie o skutkach pojawienia się jej. Można ją było gołym okiem oglądać już od maja 1996 roku, aż do grudnia 1997. W marcu 1997 roku w San Diego w Kalifornii 39 osób z sekty NIEBIESKIE WROTA popełniło zbiorowe samobójstwo. Mieli po śmierci przesiąść do pojazdu kosmicznego ciągnącego się w ogonie komety.

O kometach opowiadał mi już w dzieciństwie mój ojciec, bo sam widział po raz pierwszy kometę Halley’a w 1910 roku gdy miał 5 lat. Mówiono wtedy, że to zwiastuje nieszczęście, będzie wielka wojna. W 1914 wybuchła Pierwsza Wojna Światowa. Tę samą kometę zobaczył mój ojciec po 67 latach, w roku 1986 po raz drugi. Żył jeszcze 8 lat po ukazaniu się komety, ale tym razem wojny nie było. Nie było u nas. One jednak trwają stale, tylko gdzieś dalej od nas. Ostatnio rozmnożyły się za bardzo te dziwne długo ogoniaste ptaki, ale komety nie. To dobrze, bo powszechnie mówi się, że komety coś niedobrego zwiastują.


Katowice, 23.maja, 2016., w dniu śmierci mej siostry Małgosi

Śledzie na wigilijną wieczerzę

Śledzie na wigilijną wieczerzę


Tata małego Janka niedomagał już od kilku dni. Leżał przykryty dwiema pierzynami i głośno kaszlał. Od kilku dni nie łowił już ryb w jeziorze. Jutro wigilia, mama bardzo bolała nad tym, że nie będą mieli na wieczerzę karpia, ani żadnej innej ryby. Biednie bywało już nie raz, nie było prezentów dla dzieci, ale zawsze była ryba na kolację. Janek widział, jak mama się martwi, dzieci były przejęte chorobą ojca, bo dotąd nigdy nie chorował. Mama zawsze miała co ugotować, dzieci nie chodziły głodne. Teraz powiedziała do Janka, że on przecież potrafi pójść do sklepu i za resztę pieniędzy kupi choć jednego, czy dwa śledzie. Mają w piwnicy dość ziemniaków i będzie z tego kolacja wigilijna. Następnego dnia rano Janek zawinął resztę drobnych monet, jakie mamie pozostały w chustkę i powiedział, że idzie po ryby. Nie mówił, że do sklepu po śledzie, ale po ryby. Śledź, to przecież też ryba. On kłamać nie lubił. Janek nie poszedł dróżką do wsi, gdzie sklep. Za zakrętem Janek skręcił w dół do brzegu jeziora i poszedł ścieżką ukryty za trzcinami tam, gdzie ojciec przycumował łódź. Sieć i wiosła oraz odzież rybacka ojca były w szopie. Ubrał taty kurtkę, wysokie buty gumowe i nałożył kapelusz rybacki. Tak się tata ubierał, gdy wypływał na jezioro łowić ryby. Załadował wszystko do łodzi, odcumował ją i powiosłował wzdłuż brzegu tak, by go nikt nie mógł zobaczyć z okna ich domu. Janek był przekonany, że musi teraz zastąpić tatę.

Gdy wpłynął do następnej zatoki, zarzucił sieć i powoli oddalał się coraz bardziej od ich brzegu. Pogoda jeszcze ciągle nie była mroźna, dotąd jeszcze ani razu nie spadł śnieg. Do niedawna trwała ciągle ciepła jesień. Na polach pojawiło się ostatnio duże stado wron. Mama zauważyła, że są głośne i niespokojne, co wróży, że chyba niedługo zrobi się zimno i spadnie pierwszy śnieg. Młodszy Franek zapytał wtedy mamę, czy jezioro szybko zamarznie, bo on chciałby się już ślizgać. Mama na to nic nie odpowiedziała, wiedziała, że młodszy synek może tylko o tym marzyć, bo ma dziurawe buty.. Dotąd woda była bardzo spokojna, więc dawał sobie dobrze radę z ciężkimi wiosłami. Nie zauważył jeszcze, żeby w sieć zaplątały się jakieś ryby. Postanowił popłynąć dalej, tam w kierunku drugiego brzegu, gdzie zapamiętał miejsce, gdzie kiedyś był z ojcem i złapali sporo ryb. Dotąd nie odczuwał chłodu, ale słońce przestało już świecić i zaczęło się chować za gęstymi chmurami sunącymi coraz szybciej po niebie. Widoczność zmniejszyła się znacznie, nad jeziorem pojawiała się coraz gęstsza mgła. Wydawało mu się, że jakieś ryby wpadają do sieci, ale było to trudno zauważyć, bo woda zaczęła coraz gwałtowniej falować i wiatr stawał się znacznie silniejszy. Janek zaczął odczuwać zimno w dłoniach, bo nie miał rękawic. Zaczął go ogarniać lęk, był przerażony, mimo że dobrze znał jezioro. Nie wiedział już gdzie się teraz znajduje. Nie miał sił, by dalej wiosłować. Był bardzo przemarznięty, opadł z sił, a duże fale pchały łódź to tu, to tam. Chłopak stracił całkowicie orientację i na dodatek zaczęła go ogarniać coraz większa senność i zmęczenie. Nastawał powoli zmrok w ten najkrótszy dzień roku. Jeszcze zamartwiał się tym, że rodzice oczekują go na próżno i na te śledzie, na wigilijną wieczerzę. Po jakieś chwili nie odczuwał już zimna, niczym się nie martwił, bo zmorzył go sen.

Obudziło go silne uderzenie łodzi o słup sterczący w wodzie . Była ciemna noc, ale po światłach w oknach niedalekich domów zorientował się, że znalazł się w drugiej wsi, pod mostem nad kanałem łączącym dwa jeziora. Zobaczył rozświetlona okna kościoła i usłyszał bicie dzwonów. Zrozumiał, że to na pasterkę, że już północ blisko. Padał śnieg, zrobiło się biało. Dobił jakoś do brzegu wyjął z sieci kilka ryb, które wsadził do worka i jakoś wytarmosił się z łodzi, wyszedł na brzeg i dalej na górę, na most. Zauważył z daleka nadciągających ludzi z zapalonymi latarniami, którzy podążali do kościoła na pasterkę. Nikt jakoś nie zwrócił uwagi na dziwnego, ni to niskiego mężczyznę, ni to chłopca z workiem przerzuconym przez plecy. Sprawiał wrażenie osoby nie pasującej do uroczystego nastroju dzisiejszego wieczoru. A nuż to ktoś, kto ma złe zamiary? Wszyscy go omijali z daleka. Janek był bardzo zmęczony, ten sen uratował go. Nie wpadł ze strachu w rozpacz, nie popełnił błędów, które mogłoby mieć gorsze skutki dla niego. Nie nabrał jeszcze dość sił. Był całkowicie przemoczony i zziębnięty. W takim stanie zobaczył go na moście w świetle reflektora jego nauczyciel jadący na motocyklu do kościoła. Był to stary zdobyczny motocykl wojskowy z przyczepą. Nie pytał wiele, rzucił tylko skąd się tu znalazłeś, ale nie czekał odpowiedzi, bo pewno zobaczył, że z dziurawego worka wysuwa się głowa ryby. Wsadził Janka do przyczepy, przykrył mocno kocem i plandeką, by natychmiast ruszyć do wsi Janka, do jego domu. Po drodze nadal padał pierwszy śnieg. Janek zauważył jak płatki wirowały w świetle reflektorów, ale nie stwarzało to dziś żadnego świątecznego nastroju, nie cieszyło go to jak zwykle. Martwił się tym, co rodzice powiedzą. Wiedział, że nawet rybami nie zdoła ich przebłagać. Pocieszał się, że ojciec chory, słabowity, nawet, gdy sięgnie po rózgę, nie zaboli go to dziś tak bardzo. Wiedział, że choć to wigilia, kara mu się słusznie należy, a prezentów żadnych i tak nie będzie, bo u nich bieda. Nauczyciel powiedział do rodziców: Nie trzeba dziś karać Janka, on to zrobił z dobrego serca. Źle uczynił, choć chciał dobrze. Odwróciło się to przeciw niemu. Janie, on tak jak wy, zostanie dobrym rybakiem. Muszę teraz gonić do kościoła, by pograć na organach do pasterki, a wy Janowa szykujcie ryby na wieczerzę, które Wam syn złowił. Będzie to późna wigilia, życzę Wam Wesołych Świąt.


Pierwsza niedziela adwentu 2015.


.