Józef Krupa — Pisarstwo

opowiadania · bajki · wspomnienia · historyjki

Krótkie historyjki

alfabet Muzyka

Muzyka


Wzruszający hałas

Mowa dźwięków bez słów

Miód z dźwięków kojący duszę

Gdy już przebrzmi, nadal masuje do głębi

Piękno, którego się nie widzi, w pełni wchłania i mocno odczuwa.

Apluzyna

Apluzyna u dentysty




Do dziś zachowała się nazwa pomarańczy w gwarze śląskiej jako apluzyna, od niemieckiej Apfelsine. Pozostało mi też pomarańczowe wspomnienie z wczesnego dzieciństwa. Gdy byłem na wakacjach u babci niedaleko Rybnika, w Biertułtowach, kończyły się moje mleczne zęby, jeden złośliwiec nie dał się "wyruszać" i potwornie mnie bolał. Chciałem koniecznie wrócić do mamy w Rybniku. Po naradzie rodzinnej u dziadków, ciocia Ciska miała mnie zaprowadzić do dentysty. Ustalono, że najlepiej do "Żyda". Dotąd nie rozumiałem, kto to Żyd, ale i kto to dentysta. Jak postanowiono, tak mnie przerażonego zaprowadzono do owego dentysty pochodzenia żydowskiego. Po wejściu do gabinetu, na powitanie zostałem poczęstowany przez pana doktora pomarańczą. Wtedy przed wojną były to wspaniałe Jaffy z Palestyny, każda sztuka estetycznie opakowana w kolorowym firmowym papierze. To mnie od razu usposobiło przyjaźnie do dentysty. We wczesnym dzieciństwie zostało mi zakodowane, że Żydzi to mili ludzie. Tam, gdzie wtedy przed wojną mieszkałem, nie było żydowskiej biedoty, jak w miastach Zagłębia, w Sosnowcu, czy Będzinie, należących wtedy do województwa kieleckiego, a nie do Śląska. W Rybniku była synagoga, byli Żydzi, ale to była mała grupa, głównie inteligencja i bogaci handlowcy, osoby o nastawieniu proniemieckim. Mówili po niemiecku, jidisz się u nas nie słyszało. Mój stosunek do "izraelitów" bo tak się też o nich mówiło, ukształtował się przez ten przypadek z dzieciństwa bardzo pozytywnie i taki pozostał. Tuż przed wojną mówiono dużo o żydowskich krwiopijcach, nawet kościół katolicki szerzył propagandę anty żydowską. Niestety, nasz biskup, późniejszy kardynał Hlond , Ślązak z Mysłowic też wydal odezwę, by nie kupować u Żydów. Przykład szedł z hitlerowskich Niemiec tuż za granicą, bo do niemieckich Gliwic mieliśmy tylko i rozpowszechniały się hasła antysemickie. Po wojnie mimo holocaustu okazało się, że wielu Żydom polskim, czy niemiecki udało przetrwać wojnę. Wróciły piękne koleżanki, także harcerki, często katoliczki o nazwiskach takich jak Jutta Epsztajn, Hanka Boehm. Pochodziły z bogatych kupieckich rodzin rybnickich i przeżyły zagładę. Po wydarzeniach marcowych w 1968 wielu mieszkańców pochodzenia żydowskiego opuściło Polskę. Rozproszyli się raczej po krajach zachodnich, mało z nich wyjechało do Izraela.

Bażant

Bażant

Miałem tylko raz okazję fotografować taką zaczarowaną zimę. Lekki mróz, błękit nieba i każda gałązka pokryta błyszczącą szadzią. Bajkowy pejzaż zimowy jak w malarstwie Fałata. Na polu w zasięgu zrobienia zdjęcia na zbliżenia poruszał się bażant. Pysznił się swym barwnym upierzeniem na bieli śniegu. Po raz pierwszy mogłem tego ptaka oglądać z tak bliskiej odległości. W komputerze uzyskałem zadowalające ujęcie. Gdy to teraz oglądam, jest tak samo kolorowy jak ten namalowany na dużym obrazie oleodrukowym u sąsiadów. Leży dostojnie ułożony z różnymi smakołykami. Jako dziecko miałem często okazję przyglądania się tej „martwej naturze”, tak realistycznie namalowanej. Sąsiadka nazywała to po niemiecku Stillleben mit Fasan. Dziwna ta niemiecka nazwa, bo w niej aż trzy litery L jedna po drugiej, a obraz musi też być dość długi, bo taki jest ogon tego ptaka. Bażanty można było dawniej i u nas na polu zobaczyć, ale zawsze z daleka. Może się bały bliżej podchodzić, bo w pobliżu mieszkał leśniczy, który zawsze chodził ze strzelbą. Jako dziecko poznałem w czasie wojny język niemiecki i dowiedziałem się, że w tej martwej naturze, czyli w Stillleben, to co martwe, żyje jednak, ale w ciszy. Nie zajmowały mnie wtedy problemy życia po życiu, a rozważania o tym, czy będę mógł malować martwe natury, jeśli nie będę miał do dyspozycji martwych ptaków. Dopiero znacznie później spostrzegłem, że na tych najbardziej podziwianych przeze mnie dziełach malarstwa bardzo rzadko bywały umieszczane nieżywe ptaki.

Muszę jeszcze dodać, że słowo bażant miało na samym początku lat pięćdziesiątych, w czasach stalinowskich bardzo pejoratywne znaczenie. Nie chodziło już o te barwne ptaki, ale o młodych ludzi, odstających w swym ubiorze od oczekiwanych norm. Kolorowe skarpety, szaliki i inne elementy ubioru były dla władzy politycznej demonstracyjnie jaskrawe, jak u bażanta. Podkreślały nieprzychylny stosunek do ludowej ojczyzny. To sprzyjanie dekadenckim nowinkom z imperialistycznej Ameryki. Czasy były wtedy siermiężne i szare, a wyróżnianie się, miało posmak wrogości politycznej. Na szczęście to dawno minęło, jak moda na oleodruki z bażantami.


***

8.lipca 2020

Bez tytułu

Bez tytułu

Janek wyrastał w ciszy. Pierwszymi dźwiękami które do niego dotarły, był jego własny płacz, ale na ogół nie płakał, później zaczął gaworzyć, ale nikt do niego nie mówił. Jego rodzice byli głuchoniemi. Dowiedzieli się od razu, że ich syn będzie mówił i słyszy również doskonale. Od wczesnego dzieciństwa uczył się porozumiewać z rodzicami ich sposobem. Poznał mowę znaków i gestów, oraz odczytywania nie słyszalnych słów z ust rodziców. Był od dzieciństwa bardzo uwrażliwiony muzycznie, początkowo nie słowa a przypadkowe dźwięki wpłynęły na jego świat doznań dźwiękowych. Jego gaworzenie przekształciło się w naśladowanie tego, co zasłyszał w dość melodyjne ciągi dźwięków. Potrafił śpiewać, nucić te swoje pieśni bez słów. O wiele wcześniej, niż nauczył się mówić. Dopiero w przedszkolu, do którego zaczął za poradą lekarzy dość wcześnie uczęszczać nauczył się porozumiewania za pomącą słów wypowiadanych dźwiękiem. Nie miał żadnych problemów w porozumiewaniu się z rodzicami. Czuł się również swobodnie na spotkaniach rodziców z podobnie jak oni upośledzonymi. W szkole nie miał żadnych problemów, wykazywał większe zdolności muzyczne, niż inne dzieci.

Ciężkie książki

Ciężkie książki


Pamiętam, jak w dzieciństwie mi mama mówiła: synek nie czytej takich ksionżek, to za czynżkie dlo ciebie. Ty tego nie rozumisz.

Teraz podczas mego rzadszego czytania jest podobnie. Sam stwierdzam, że niejedna książka jest dla mnie za ciężka. Chciałoby się wygodnie poleżeć i poczytać, ale to ponad siły. Wzrok się szybciej męczy, ręce opadają pod ciężarem książki. Duch ochoczy, ale ciało mdłe. Rezygnuję z czytania. Przerzucam się na audiobooki. Mogę leżeć wygodnie i słuchać. Lektor świetnie interpretuje treść. Książkę się wchłania, spokojnie bez zmęczenia oddycha, ale to szybko sprawia, że zasypiam. Potem nie wiem, na czym się zakończył mój świadomy odbiór lektury. Zaczynam od początku. Zasypiam jeszcze wcześniej słysząc znane treści. Najlepiej znam początki tych nowych lektur. Znudzony początkiem, nie wysłuchuję ich do końca i sięgam po nowe. Z gazetami i czasopismami nie jest lepiej, bo dochodzi do skurczów w dłoniach, tak że potem nie mogę rozprostować palców. Usiłuję też czytać z ekranu specjalnego czytnika, Kindel, który mi syn podarował. Nie trzeba dźwigać ciążącej książki, można sobie dowolnie powiększać litery. Są odpowiednio podświetlone. Takie książki nie są ciężkie, prawie nic nie ważą. Książki w sam raz dla mnie. Do czytania do czasu, póki wszystko rozumiem. Jeszcze nie za ciężkie.

Debata o sądach

O sądach


Był taki kraj, gdzie nie sędziowie, a przywódcy partii wydawali wyroki na ludzi, i na ludzkie dzieła, na książki, na obrazy. Te kazali spalić zaraz na początku, a potem przyszła też kolej na ludzi. U nas tylko sądy wydają wyroki. Na ludzi i na ludzkie dzieła. Na przemycane dzieła sztuki też. Przepadają na rzecz państwa i zostają spalone. Ponad dwadzieścia obrazów ikon z przemytu zostało z tytułu wyroku sądowego spalonych. Inni sędziowie pomyśleli i odwołali tamtego. Czy sam się też spalił ze wstydu? Czy skażą u nas głupotę na całopalenie? DURA LEX SED LEX. Tłumaczę po swojemu. Durne prawo…ale prawo. Durne to, ale prawdziwe.


Anno Domini 2011

Dusza

Dusza

Wydawało mi się, że ten metafizyczny problem rozwiązałem już w dzieciństwie. To coś jakby z grania sfer, bo tkwiące w muzyce. Od najwcześniejszych lat byłem zafascynowany dźwiękiem skrzypiec. Gdy miałem pięć lat, ojciec zapowiedział że będzie mnie uczył gry na tym instrumencie. Nie na ojca skrzypcach, a na połówkach, w sam raz dla mnie. To spowodowało wielki protest i płacz z mej strony, że na pół skrzypiec się nie zgadzam, albo całe, albo żadne. Trwało to trochą, zanim jeszcze nie biegły w ułamkowym liczeniu zrozumiałem, że jednak będą to całe skrzypce, takie same jak taty, tylko nieco mniejsze, choć wcale nie o połowę. I tak zacząłem tę skrzypiącą naukę na tym instrumencie. Uczęszczałem już do przedszkola i tam też dokształcano mnie metafizycznie, bo słyszałem o duszy, ale i duszyczkach. Już nie dziwiłem się, że i dusze maja różne rozmiary. Wiedziałam już wtedy od taty, że skrzypce też mają duszę. Mój tata mi wytłumaczył, że musi wymienić swoim skrzypcom duszę. Ma już zapasową. Jest to bardzo trudne umieścić ją przez mały otwór tak doskonale, by skrzypce znów ożyły i nabrały swego śpiewnego dźwięku. Wtedy przypomniałem sobie, gdy pani nam w przedszkolu czytała dość smutną historyjkę, kończącą się tym, że wyzionął ducha, co miało znaczyć, że jego dusza przez usta, a może i przez nos wydostała się z niego. Tłumaczono nam, że dusza to duch, a ja zobaczyłem że jest to wystrugany kołek z drewna. Taka była ta dusza którą tata zręcznie wstawiał za pomocą specjalnych narzędzi w środku skrzypiec. Mówił mi, że od duszy zależy, czy skrzypce zadźwięczą.

Nie wiedziałem tylko, czy to bardzo boli, gdy ktoś wyzionie ducha, a nie małą duszyczkę, jeśli ona cała jest z drewna?

Dużo czerwieni

Dużo czerwieni


W czasach telewizji czarno białej dochodziło często u propagandystów z komitetu wojewódzkiego do niedosytu koloru czerwonego. Bywało, że pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego bywał w studiu z okazji partyjno państwowego święta i wygłaszał bardzo ważne przemówienie. Tło musiało być odpowiednio uroczyście zaaranżowane. Niestety, gdy towarzysz od propagandy przyszedł do studia sprawdzić miejsce dla swego szefa, popatrzał i stwierdził natychmiast autorytatywnie do mnie jako scenografa: Wy wiecie, że to święto partyjne, a tu za dużo narodowych barw. Obecny redaktor naczelny podchwycił myśl towarzysza i polecił mi zaraz dodać więcej czerwonych draperii. A te białe goździki też usuńcie, zostawcie tylko czerwone.

Niestety, następnego dnia zostałem skrytykowany za to, że tło dla towarzysza sekretarza przygotowałem zbyt jednolite, wręcz smutne, bo w czarno białej telewizji bez tych akcentów bieli, wszystko było tak szare, jak rzeczywistość w której wtedy żyliśmy.

Inna wigilia

Inna wigilia


Mrok zapadał tego dnia około pół do czwartej, na ulicach zrobiło się prawie pusto. Alejką przez park na skraju miasta przechodziły od czasu do czasu pojedyncze osoby z małymi już ozdobionymi choinkami. Nie wracały teraz do swych domów, a zmierzały w kierunku cmentarza. O tej porze już nikt nie przechodził przez miasto z zakupioną w ostatniej chwili choinką. Tamte osoby podążały do bramy cmentarnej i rozchodziły się do grobów swych bliskich. Mimo, że zmrok zapadał teraz dość szybko, było tu nadal jasno, prawie jak w dzień Wszystkich Świętych, kiedy groby są szczególnie bogato kwiatami dekorowane i oświetlone. Dziś nie było tu o tej porze zbyt wielu osób, ale większość grobów była udekorowana i rozświetlały je różnokolorowe znicze. Na niektórych grobach umieszczono małe choinki, ktoś dodawał jeszcze opłatek i co nieco z dzisiejszych potraw wigilijnych, symboliczne ślady tych smakołyków, którymi domownicy będą się dziś dzielić przy wigilijnym stole. I wspominać nieobecnych.

Nad cmentarzem zapadła nocna ciemność, można jednak było zauważyć tu i ówdzie pochylone nad grobami osoby, a nawet siedzących mimo zimna na ławeczkach przy mogile. Starszy pan próbował zapalać światełka diodowe na choince, chyba miał kłopoty z baterią, bo drzewko raz zajaśniało w kolorowym blasku, to znowu gasło. Nad cmentarzem trwał przejmujący spokój, bo nie dochodziły teraz żadne odgłosy z pobliskiego miasta. Nastała już uroczysta świąteczna cisza. Cmentarna cisza. W blasku światła zniczowych świec można było zauważyć powoli opadające płatki śniegu. Jeszcze nie chwycił mróz. Śnieg z trudem przeobrażał się w biały całun cmentarnego smutku. Od niedalekiego grobu rozległ się cichy dziecięcy śpiew. O takiej nocy były też słowa tej pieśni: Cicha noc, święta noc… Pomiędzy spadającym płatkami śniegu niosła się nad cmentarzem ta pełna uroku znana wszystkim kolęda. Po chwili dołączył się kolejny głos, już nie dziecka a kobiecy. Zaraz potem zaczęły z różnych miejsc cmentarza dobiegać i inne głosy. Chór bez dyrygenta z pomiędzy przeróżnych grobów. Żywi śpiewali kolędę dla martwych, czy może tym ponad mogiłami, gdzieś bardzo daleko, a blisko zarazem. Śpiew zaczęła mała Ania, bo chciała by i jej tatusiowi nie było tu smutno dziś w wigilię.

Irek Wikarek

Irek Wikarek


W latach sześćdziesiątych , a zwłaszcza począwszy od marca 1968 roku, gdy należało dać widzom więcej chleba i rozrywki, to bardziej stawiano na rozrywkę, bo chleb co prawda był, choć szynki ciągle brakowało. W Telewizji Katowice produkowaliśmy wtedy sporo programów rozrywkowych, nie było jeszcze dużego studia, więc programy nadawaliśmy z różnych miejsc korzystając z wozu transmisyjnego. Bywały to koncerty z zaproszoną publicznością. Mieliśmy wtedy własną orkiestrę rozrywkową, był to Big Band Ireneusza Wikarka. Irek był znakomitym muzykiem i dobrym menedżerem zespołu, który stworzył. Skromny człowiek, wspaniały kolega, lider grupy indywidualistów, w wielu wypadkach dobrych muzyków solistów. Do mnie, jako głównego scenografa należało zadbać o stroje dla zespołu i jednolite pulpity jak w każdym szanującym się zespole big bandowym. Dla zespołu uszyto marynarki z metalizującej złotawo niebieskiej tkaniny. Irek zaś wyróżniał się jako szef w dostojnym smokingowym garniturze. Orkiestra miała pod batutą Irka swój indywidualny styl nie tylko muzyczny, ale reprezentowała się odtąd nieźle wizualnie. Przypominam sobie jeden z koncertów na dużej obrotowej scenie w Dąbrowie Górniczej, do którego projektowałem scenografię. W tym koncercie orkiestra grała przy obracającej się scenie. Irek stał z przodu przed kręcącą się orkiestrą. W trakcie obrotu fortepian wraz z pianistą znikał z pola widzenia, a gdy się znów pojawiał, nie było przy nim pianisty. Przerażony dyrygent wiedział o tym, że ma zaraz nastąpić dłuższe solo pianisty, więc tak, jakby to było zaplanowane, Irek podszedł do fortepianu i zastąpił pianistę, który zjawił się teraz z przodu sceny i po chwili zajął swe miejsce, a dyrygent musiał dość szybko dreptać w miejscu, by pozostać z przodu, przed orkiestrą. Wszystko to wyglądało jak z góry zaplanowane, choć tak wcale nie było. Praca w TV pełna była przypadków.

ISLANDZKIE SPOTKANIE

1 z 7 186










Islandzkie spotkanie


Nie ma ich wielu, około dwu set tysięcy Islandczyków brakuje do miliona. Zwykli ludzie. Ja miałem przyjemność poznania jednego z nich w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Byłem wtedy w Warszawie w jakieś galerii sprzedażnej z obrazami i jak zwykle chciałem wpaść do muzeum. Gdzieś na Nowym Świecie zaczepił mnie starszy  facet, typowy gość z prowincji z tradycyjną teczką, zagadał twardym angielskim i pytał jak się dostać do Muzeum Narodowego. Wydawał się sympatyczny i postanowiłem sobie z nim pogadać i pójść tam z nim. Po drodze okazało się, że jest z Islandii. Przyjechał na oficjalne spotkanie, które ma dopiero jutro. Z tego co mówił, myślałem że to jakiś nawiedzony gość, bo powiedział coś o swoim ministerstwie, że chciałby nawiązać współpracę w dziedzinie kultury. Widziałem w tym dużo megalomanii, choć się przedstawiłem jako plastyk, to jednak żadnej współpracy osobistej z nim nie próbowałem nawiązać. Miałem już przykre doświadczenia "skandynawskie" za sobą. Oszukał mnie kilka lat temu młody Szwed, który rzekomo w jakieś galerii sztokholmskiej pracował i ode mnie zabrał obraz, licząc na dalsze moje przesyłki. Zostawił mi wizytówkę, a pieniądze miał mi w Szwecji składać na koncie. Gdy napisałem do niego na adres tej galerii, okazało się, że już tam nie pracował, rozpłynął się. Kiedyś w Szwecji karano za kradzież odrąbaniem ręki. Mówi się u nas że w tym kraju nie kradną.  Ja zaś mogę pochwalić się tym, że mnie okradł  Szwed. Pochodziłem wtedy z owym Islandczykiem trochę po muzeum, próbowałem mu coś z naszej sztuki pokazać i objaśnić. Ów pan przy pożegnaniu dał mi też swoją wizytówkę. Nie popatrzałem od razu na nią dokładnie, nazwisko było typowo skandynawskie, trochę trudne w odczytaniu. Ja wizytówki nie miałem, więc mnie poprosił o zapisanie mego adresu, bo chciał mi coś przysłać. Szybko o tym incydencie zapomniałem, mając w pamięci te mniej przyjemne skandynawskie doświadczenia. Gdzieś po miesiącu przyszła do mnie przesyłka z materiałami wizualnymi o Islandii  z tamtejszego ministerstwa kultury i informacji. Sięgnąłem po ową zapomnianą wizytówkę. Tak, nadawcą był  ten sam człowiek, od którego otrzymałem w muzeum w Warszawie wizytówkę, minister kultury Islandii. Chyba Islandia jest trochę dziwnym krajem, skoro przedstawiciele jego władz udają się samotnie jak najskromniej w podróż służbową w celu nawiązania współpracy międzynarodowej.




1 z 7 186





Kajak

Kajak


Kąpielisko Ruda istniało po wojnie jeszcze przez kilka lat w takiej postaci jak przed 1939 r. Była tam piaszczysta plaża, a poza wyznaczoną bezpieczną częścią do kąpieli, na znacznie większym obszarze pływały także łodzie i kajaki. Na kąpielisko przedostawałem się od strony „starej rzeki” bez konieczności płacenia za bilet wstępu. Na wypożyczenie kajaka nie było mnie stać. Byli jednak koledzy, którzy od czasu do czasu zapraszali mnie na wspólne popływanie, czyli wspólne wiosłowanie.

Kiedyś przepływaliśmy z kolegą z dużą szybkością blisko brzegu, by zaimponować dziewczynom. Wolały nas, aby im na chwilę pozwolić popływać na kajaku. Obiecaliśmy im, że mogą za chwilę przyjść na przystań i będą mogły trochę powiosłować. Wpadłem na sztubacki pomysł. Dopłynęliśmy wpierw do pobliskich szuwarów, szybko nałapaliśmy na brzegu kilkanaście żab, które zapędziliśmy do samego dziobu kajaka. Zaraz przekazaliśmy kajak z żabim ładunkiem dwom elegantkom czekającym już na przystani. Dziewczyny wsiadły do kajaka i oddalały się raźno od brzegu, a my przewidując sytuację popłynęliśmy wpław za nimi. Za chwilę rozległy się przerażające krzyki i piski. Dziewczęta wstawały i wykonywały gwałtowne ruchy w kajaku, tak że po chwili kajak się wywrócił, a one wpadły do wody wołając o ratunek. Myśmy byli już w pobliżu, aby je dzielnie ratować. Nic im nie groziło, bo woda sięgała ledwo szyi. Odegraliśmy bardzo dzielnie role odważnych ratowników. Wszystko odbyło się jak przewidziałem. Żaby po chwili zaczęły wychodzić z dziobu i potwornie nastraszyły wioślarki. Wpierw do wody powskakiwały żaby, a potem za nimi wpadły do niej dziewczęta. Nie były już teraz takie eleganckie, wyglądały jak topielice, które ochoczo ratowaliśmy. Wdzięcznie przyjęły naszą pomoc i uczepione kajaka odholowaliśmy je do brzegu. W ten sposób poderwaliśmy dziewczyny „na żaby”. Szybko powykręcały teraz swoją wierzchnią odzież, a my mieliśmy miły dla naszych oczu pokaz w stylu „mokrego podkoszulka”. Niestety, nasze rozmowy z dziewczynami ograniczały się tylko do jednego tematu: skąd te żaby? Wytłumaczyliśmy im, że one tam po prostu były zadomowione, tylko że my pływaliśmy bardzo szybko i wtedy żaby mają kłopoty z wyjściem z wnętrza kajaka. Przy naszym szybkim wiosłowaniu siedziały więc cicho w dziobie. Imiona dziewcząt dawno uleciały z pamięci, a została tylko pamięć o tym żabim kajaku, czy też podrywaniu na żaby.

2005

Kajakiem po trawie

Kajakiem po trawie

Na prawdziwy spływ kajakowy wybrałem się dopiero na początku lat sześćdziesiątych. PTTK organizowało spływy na Czarnej Hańczy i Kanale Augustowskim. Wyruszyłem do Augustowa, gdzie spotkała się całkiem przypadkowa, ale sympatyczna gromada wodniaków. Moją kajakową partnerką była Irena, choć nie ta moja ślubna. Od przystaniowego wypożyczyłem do kajaka maszt z żaglem. Początkowo trasa wiodła kanałem od śluzy do śluzy, gdzie niestety trzeba było kajaki co parę kilometrów przenosić. Później był odcinek z transportem na furmankach do Jeziora Wigry. Tu mogłem już przy sprzyjającym wietrze ciągnąć za sobą kilka kajaków z bardziej zmęczonymi załogami. Zmierzaliśmy do miejsca gdzie Czarna Hańcza wypływa z jeziora. Zatrzymaliśmy się po drodze na biwaku. Miałem okazję na samotne popływanie na żagielku. Cały czas trwała upalna sierpniowa pogoda bez kropli deszczu. Dziś na koniec nadszedł dzień bardziej upalny od innych. Moja partnerka postanowiła wypoczywać i się opalać. To mi bardzo odpowiadało, bo czułem, że może nadejść burza i wolałem być na wodzie sam, gdyby się zrobiło niebezpiecznie. Początkowo było spokojnie, żadnego wiatru, ani jednej chmurki na niebie. Podpłynąłem ku przeciwległemu brzegowi, gdzie znajduje się klasztor Kamedułów. Dobiłem do brzegu, zwiedziłem co się dało, podumałem nad żywotem kamedułów, którzy tu dawniej przebywali i postanowiłem wracać, bo na niebie zaczęło się szybko chmurzyć. Postawiłem żagielek i wkrótce znalazłem się przy korzystnym wietrze na środku jeziora. Wtedy zaczęło już silnie wiać i wiatr nagle zmienił kierunek tak, że niosło mnie gdzieś dalej wzdłuż środka jeziora. Bardzo szybko powiało tak silnie, że na wodzie pojawiły się grzywacze. Moje doświadczenia żeglarskie były wtedy minimalne. Ster już nie działał, żagiel musiałem wypuścić do przodu z wiatrem, jak flagę na maszcie, a mimo to wchodziłem w ślizg. Widoczność prawie żadna, bo na dodatek zacinał silny deszczowy szkwał. Pioruny walące oślepiały i były coraz bliżej. Nagle zobaczyłem przed sobą ląd. Była to, jak się okazało wyspa na środku jeziora. Przy takiej wichurze kajak i tak nie był już od dawna sterowny. Zobaczyłem przed sobą pole namiotowe. W mgnieniu oka wyrzuciło mnie z wody ślizgiem aż na sam środek tamtego obozowiska. Nawet na trawie miałem jeszcze dużą szybkość w ślizgu. Burza jak szybko przyszła, tak prędko minęła. Z namiotów wychylali się powoli turyści i dziwili się mojemu wpłynięciu tak daleko, aż na środek wyspy. Pomogli mi kajak zanieść do wody i mogłem po chwili, gdy się woda uspokoiła, wiosłując dotrzeć do mego obozowiska. Niestety, żagiel już mi nie pomagał, bo był podarty. Reszta spływowiczów i tak mi nie uwierzyła, gdy opowiedziałem im o moim dziesięć metrów długim ślizgu na trawie.


***


Katowice, luty, 2005

karabin maszynowy

Karabin maszynowy



Zaraz po wybuchu wojny w 1939 roku dowiedziałem się, że tata znalazł karabin maszynowy na terenie rozległego gospodarstwa ogrodniczego należącego do szpitala psychiatrycznego. Teren ten przylegał do koszar, gdzie dotąd stacjonował rybnicki batalion 75 pułku piechoty z Chorzowa.

Tata się na broni maszynowej za bardzo nie znał, bo służbę wojskową odbywał jako ochotnik w orkiestrze wojskowej. Dowiedziałem się, że karabin dobrze naoliwił, szczelnie zapakował i zaraz zakopał. Przez dłuższy czas nie był pewien, czy go ktoś nie obserwował, ale najwidoczniej nikt go nie widział, gdy zakopywał broń.

Może tata wierzył jak jego ojciec, mój dziadek Józef, że wojna się niedługo skończy, bo będzie jak w tej przepowiedni, którą dziadek i mnie od czasu do czasu czytał. Rosjanie i Niemcy się nawzajem wykrwawią i powstanie znów Polska od morza do morza. Broń na pewno się przyda. Tata lubił w ogóle wszystko przechowywać tak na wszelki wypadek, bo mogłoby się ewentualnie przydać. Karabinu oczywiście nie mógł zabrać do domu i trzymać na strychu jak wiele innych przedmiotów, które tam na strychu przechowywał. Tata wspominał, że miejsce zakopania karabinu dokładnie oznaczył, przesadzając nad owo miejsce okazałą jodełkę.


Gdy wojna w 1945 się skończyła, tata nie wrócił od razu z Anglii do domu. Przez jakiś czas od jej zakończenia przebywał jeszcze we Włoszech z armią Andersa, a potem w Anglii. Przez cały czas nie miał do czynienia z bronią i na froncie nie walczył, bo znów wcielono go zgodnie z jego specjalnością do orkiestry pułkowej. Wojna miała się powoli ku końcowi i było sporo zwycięskich okazji do grania marszów wojskowych. Były i smutniejsze okazje, bo zbyt wielu poległo pod Monte Cassino, gdzie tata też grał z okazji uroczystości żałobnych.

W samą wigilię 1946 tata pojawił się w domu, był to powrót do takiej Polski, przed jaką przestrzegano powracających zdemobilizowanych żołnierzy z Anglii do kraju. Komunistycznym władzom tata postanowił miejsca przechowania karabinu maszynowego nie ujawniać. Na wszelki wypadek tata się do owego miejsca nie zbliżał. Chyba powoli przestał myśleć o schowku. Broni nie było komu przekazać. Długo to trwało, dokładnie pół wieku, do owego przełomu historycznego, gdy Polska odzyskała prawdziwą niepodległość w 1989 roku. Tata miał już 84 lata, już od dawna był na emeryturze, nie bywał na tym terenie, gdzie kiedyś zakopał karabin maszynowy. Po tak długim czasie byłaby ta broń już na pewno nie przydatna. Miałaby wyłącznie wartość muzealną. Niestety, tata nie potrafił tego miejsca już rozpoznać, żadna pięćdziesięcioletnia jodła w tym miejscu nie rosła. Pewno dawno temu została wycięta przez kogoś i posłużyła jako choinka na Boże Narodzenie. Zamiast niej karabin z 1939 roku zapuścił korzenie głęboko w ziemię. Pośród przedmiotów odnalezionych przez naszego tatę zaraz po wybuchu wojny na terenie koszar była też duża mapa ścienna przedwojennej Polski. Przechowywaliśmy ją w domu przez całą wojnę. Przekazałem ją do rybnickiego muzeum jako pożółkłą pamiątkę historyczną.


Katowice,9.07.2011

Karpie

Karpie

Nad stawami Bażantarni przyglądałem się karpiom wyczyniających dziwne figle. Mniej w tym było pływania, a jakieś trzepotania i wyskoki z wody. Po chwili zrozumiałem, to karpie podczas tarła. Przy grobli pomiędzy dwoma stawami, w wodzie zarośniętej wysoką trawą i trzciną zgromadziło się mnóstwo ryb. Karpie wyskakiwały z wielkim pluskiem nad powierzchnię. Uchwyciłem moment efektownego skoku, co prawda nie na miarę delfina, a figlującego seksownie zwykłego karpia, a może i królewskiego.

Karp jak wiadomo jest u nas rybą świąteczną, jedzoną masowo ale prawie tylko raz w roku, na wigilię Bożego Narodzenia. Nie ma u nas świąt bez karpia. Przez tydzień przed świętami nie można się było kąpać w wannie, bo zwłaszcza w czasach PRL-u jeśli się udało karpie wcześniej zdobyć, potrzebny był tymczasowy zbiornik wodny dla ryb. Było to miejsce, gdzie jako dzieci mogliśmy się nimi nacieszyć aż do końcowego momentu, czego nam już nie było wolno oglądać. Niestety, w wieku dwunastu lat musiałem z konieczności stać się rybim katem. To był czas wojny, ojca nie było. Nie poszło mi to tak sprawnie, bo najsilniejszy karp mi się wyrwał, upadł na podłogę i musieliśmy to śliskie stworzenie z młodszym bratem zręcznie łapać w ścierkę kuchenną. Ryby jako obiekt do łowienia mnie nigdy nie pociągały. Raz tylko byłem „na rybach”, było to wiosną 1945 roku. Kilku chłopców z sąsiedztwa poszliśmy z rosyjskimi żołnierzami na stawy łowić ryby. Właściwie to myśmy szli to wyłowić, co wypłynie po wybuchu dynamitu. Ogłuszone karpie wypływały nieruchome na powierzchnię, a my pływaliśmy i aportowaliśmy ryby. Otrzymywaliśmy za naszą usługę po kilka ryb, co bardzo wszystkich cieszyło, bo w powojennym czasie były duże kłopoty aprowizacyjne. Wtedy jedliśmy karpie tylko w okresie świątecznym. Kiedyś później na wyprawie kajakowej na Mazurach opowiadał mi stary rybak o tym jak silną rybą jest dorosły karp. Złapał takiego leciwego olbrzyma, który miał w grzbiecie wbite szpony orła. Ryba przeżyła i zatopiła orła, z którym musiała się dość długo męczyć na swym grzbiecie, aż z niego tylko wbite szpony zostały. Nie zawsze napastnik jest silniejszy od ofiary.


***

10.07.2020

Koniec

Koniec

Kiedyś, a może było to jakieś 30 lat temu, naszkicowałem pomysł do obrazu tematycznego. Zwykłe łóżko szpitalne w pustym pokoju. Od strony głowy widać postać starego człowieka, ręka mu już opadła, był chyba wpatrzony w telewizor na ścianie, gdzie widać jeszcze końcówkę filmu, jakiś pejzaż rajskiej wyspy z mórz południowych, na którym pojawił się napis  KONIEC. Nie wiem, czy to kiedykolwiek namaluję. A może zrobić takie zainscenizowane zdjęcie? Komu? Może sobie. Swój koniec. Czy zdążę...

Korniki

Korniki   

  Mam takie zdjęcie na którym w zbliżeniu stare drewno, podziurawione jak sito. Otworki wywierciły drewno żerne korniki. Pracowite głodomory. Pamiętam ich działanie już z dzieciństwa. Co prawda nigdy nie widziałem kornika bezpośrednio, ale słyszałem, ten cichy jednostajny szmer gdy pracowały. To odgłos ich wiercenia w drewnie. Tak bywało przed zaśnięciem, niepokoiłem się, bo te dziwne dźwięki pochodziły ze starej rzeźbionej  szafy ubraniowej, którą  używała jeszcze mama mojego taty, moja starka. Wołałem wtedy mamę i zalękniony pytałem co tam w szafie siedzi, bo ja tam  kogoś słyszę i nie potrafię zasnąć. Mama mnie uspokajała, że to nic groźnego, to tylko takie małe robaczki schowane w deskach szafy zjadają zbyt głośno swoją kolację. Nazywają się korniki. Kiedyś postanowiłem poszukać tych robaczków w szafie, ale niczego nie zobaczyłem,. Zdziwiłem się tylko, że dno szafy było ciągle poprószone jakby jakąś żółtą mąką.

            Dopiero w liceum zobaczyłem na ilustracji w podręczniku przekrój deski zaatakowanej przez korniki. Jest to rozległa sieć kanalików, jak misterny rysunek rozgałęzionego drzewa. Owad, który dotkliwie niszczy tkankę żywych drzew, jak  i martwe użytkowe drewno. Niszczy także cenne zabytki, jak ten, który należy do naszych najwartościowszych. Wyrzeźbiony kilka set lat temu przez Veita Stossa, czyli po naszemu Wita Stwosza ołtarz Mariacki w Krakowie. Jeszcze go korniki nie zdołały doprowadzić do zbyt dalekiego zniszczenia, bo po wojnie, po zrabowaniu go przez Hitlerowców gdy ołtarz znowu wrócił do Polski, zdołano go odrestaurować. Korniki zdołano całkowicie unicestwić nowoczesnymi metodami, a wydrążone przez nie kanaliki wypełniono właśnie wchodzącymi w użytek  żywicami epoksydowymi. Gdy byłem na studiach w Krakowie, na Wawelu wystawiono cały ołtarz rozłożony na części. To nie była tylko przyjemność oglądania całej rzeźby z bliska, ale można było oglądać naprawione zniszczenia powstałe przez wieki w starym lipowym drewnie. Konserwatorzy wprowadzali tę płynną żywiczną substancję strzykawkami w każdy otwór pozostawiony przez korniki. Drewno tylnej strony płaskorzeźb wyglądało jak to na mojej fotce z  otworami po kornikach.


***

11. lipca 2020

Kryka a nie laska

Kryka a nie laska


Mój towarzysz fotograficznych wypraw wydawał się ostatnio nieco zdziwiony, gdy mu w mailu pisałem o tym, że muszę się więcej ruszać i pomyśleć, aby poszukać sobie jakąś zgrabną laskę. Widziałem, taką która była dla mnie odpowiednia, giętka, a nie gruba. Taką zauważyłem, gdy byłem w supermarkecie. Nabrałbym znów pewności siebie i żwawo spacerowałbym z laską. Zapomniał bym o dolegliwościach. Trochę trudno mi się jednak zdecydować. Ja z laską?

Doczekałem się rychłej odpowiedzi. Była w gwarze, bo często do siebie tak pisujemy. Zabrzmiało to dosadnie: nie je żeś już młody synek, czasy żebyś szpaciyrowoł ze jakom młodom laskom, za kierom żeś ślypiami przewrocoł we markecie minyły. Dej se pozór, bo baba cie kulokiym zdzieli. O szukaniu laski nie godej. U nos doma blisko Czech się tak nie prawiyło, bo to po czesku było fest brzidko tak rzondzić. Stary chop żeś je, to się opamiyntej i czas byś sie o dobro kryka wystaroł. To by my zaś mogli dalij chodzić po tym parku za Siemianowicami i od czasu do czasy sie siednonć po drodze na ławce.

Żadna laska. To już nie dla mnie. Mnie teraz dobra kryka jest potrzebna, a mówić szukać po czesku nie uchodzi.


Katowice, 9 maja 2012

Krzyczące pawie

Krzyczące pawie


Moja siostra Małgosia opowiedziała mi przejmującą historię, która wydarzyła się przed laty. Bywają takie momenty, czasem powoduje je napięcie w przedburzowy czas, że coś, jakiś niezrozumiały impuls każe nam tak, a nie inaczej postąpić. Nie zdajemy sobie wtedy sprawy z tego, dlaczego tak robimy. Któregoś dnia przyszedł do nich, do fabryki kolega będący na urlopie. Mówił, że bardzo chciał się z nimi zobaczyć, że musiał ich odwiedzić. Pożegnali się i życzyli mu jeszcze dobrego wypoczynku podczas reszty urlopu.

Tego dnia nadeszła gwałtowna burza nad Rybnik, a najsilniej szalała w okolicy podmiejskiej w Wielopolu. Następnego dnia dowiedzieli się wszyscy w pracy o tragicznym wypadku jaki spotkał ich kolegę.

Ledwo wrócił do domu, rozszalała się potworna burza z piorunami. Ów kolega hodował pawie w ogrodzie przydomowym. Zalęknione ptaki nie zdążyły się schować w ich pomieszczeniu poza ogrodem i goniły jak oszalałe od jednego drzewa owocowego pod drugie, szukając schronienia przed silną ulewą i wichurą. Zobaczył przez okno przerażone pawie i wybiegł natychmiast, żeby je zagonić do ich pomieszczenia, bo żal mu było swych ptaków. Pioruny uderzały w pobliżu, ale wcale go to nie przerażało. Gdy biegał za pawiami przez ogród, piorun uderzył właśnie w drzewo, pod którym on się znalazł. Został śmiertelnie porażony, zaś wylęknione pawie uszły z życiem i zdołały się na resztę burzy schować w swoim pomieszczeniu.

Po trzech dniach odbył się tradycyjny pogrzeb, jak to w tych czasach bywało. Wyprowadzenie trumny ze zmarłym odbyło się z domu żałoby i kondukt pogrzebowy z konnym karawanem udał się na pobliski cmentarz. W pewnym momencie dźwięki orkiestry pogrzebowej zostały zagłuszone przez przeraźliwy krzyk dobiegający z tyłu. To pawie, które jakimś sposobem wyrwały się z ich zagrody pobiegły za wszystkimi i dołączyły do konduktu z żałobnikami odprowadzającymi ich opiekuna w tej ostatniej drodze. To był dziwny pogrzeb. Z przodu grała orkiestra górnicza marsza żałobnego, za karawanem szła rodzina z liczną gromadą przyjaciół, a z tyłu za ludźmi kroczyły pawie przekrzykujące wszystko swym przeraźliwym wołaniem. Nikt nie potrafił ich odpędzić. Towarzyszyły swemu opiekunowi aż do bram cmentarza.



Katowice,29.05.2007.

Kwitnące jabłonie

Kwitnące jabłonie

Gdy ostatnio oglądałem zdjęcie pojedynczej gałązki kwitnącej jabłoni, byłem zadowolony bo mi się udało na nim uchwycić także pszczołę. Przypomniałem sobie wtedy kwitnącą gałązkę jabłoni w prostym szklanym wazonie, coś co miało miejsce 75 lat temu, w ostatnich dniach kwietnia 1945 roku, gdy wojna się już dla nas skończyła. Wtedy chciałem namalować kwiaty jabłoni. Był to czas wyczekiwania na oswobodzenie, czas trudnego przetrwania na pierwszej linii frontu, tam gdzie wtedy w Rybniku mieszkaliśmy. Któregoś dnia na samym początku marca obciąłem kilka gałązek jabłoni w ogrodzie i wstawiłem je do wazonika by się rozwinęły. Niestety, za kilka dni musieliśmy opuścić nasze mieszkanie, wypędzono nas. Wróciliśmy dopiero po prawie dwu miesiącach. W moim kwiatowym wazoniku zastałem prawie już przekwitające kwiaty jabłoni. Nie zdążyłem w odpowiednim czasie. Zauważyłem jednak co innego, te dwie gałązki puściły również korzenie. Zasadziłem je w ogrodzie. Nie wiem co z nich wyrosło, bo niedługo się stamtąd wyprowadziliśmy. Po jakimś czasie zobaczyłem reprodukcję obrazu malarstwa van Gogha z kwitnącą gałązką jabłoni w prostym szklanym wazoniku. Sam już nigdy nie namalowałem kwiatów jabłoni, za to często malowałem na swych obrazach dojrzałe jabłka.

***

12.07.2020

lilie wodne

Lilie wodne

Janek z Isią uchodzili w klasie szkoły podstawowej za parę. Jawniej dawała temu wyraz Isia, bo listy które pisała do Janka dostawały się w dziwny sposób w ręce koleżanek, a te przekazywały ich treści nieco mniej delikatnie Jankowi. Było tam i o tym, że Isia chciałaby, żeby na ich ślubie sam zagrał w kościele Ave Maria. Nie była jednak pewna, czy wpierw będzie grał, czy dopiero po ceremonii ślubnej. Sęk w tym, że Janek już od jakiegoś czasu nie grał na skrzypcach, bo zaczął naukę gry na wiolonczeli. W ich kościele Isia nie słyszała nigdy, by ktoś przygrywał do ślubu na innym instrumencie. W tamtych latach, choć w której już kolejnych klas wszedł na ekran ich kina film o Mozarcie Wen die Goetter lieben, o tym że „Ci których Bogowie kochają, umierają młodo”. Na tym filmie byli razem. Film był dozwolony od lat 12.Isia płakała, bo film kończył się smutno, młody kompozytor zbyt szybko odchodził. Nie zdołał całkowicie ukończyć swej mszy żałobnej. Janek zaczął się pilniej przykładać do ćwiczeń na wiolonczeli po tym filmie. Zastanawiał się który z dwu utworów, do jakich miał nuty wpierw wyćwiczyć. Mozart nie napisał niczego szczególnego na wiolonczelę. Dostępniejszy dla jego umiejętności był Robert Schumann. Jego Traeumerei, czyli marzenie, albo Ave Maria, choć nie to zazwyczaj grane na skrzypcach do ślubu. Isia się jeszcze nie interesowała kompozytorami, znała jak dotąd tylko Mozarta. Wytłumaczył Isi, że to też wielki kompozytor, nie żył wiele dłużej od Mozarta, choć filmu o nim jeszcze nie ma. Pomyślał, że na Ave Maria przyjdzie jeszcze czas później, zaś teraz woli marzenia, także o Isi.

Trwały wakacje 1944 roku i Janek miał sporo czasu, by przygotować się do zaprezentowania swojego Marzenia Isi. Niestety, nie zdołał opanować utworu z pamięci, więc na swój występ prócz wiolonczeli musiał zabrać także składany metalowy pulpit i kartkę z przepisanymi nutami. Zaprosił Isię na specjalny koncert na łonie natury. Miało to być w tajemnicy przed wszystkimi. Tylko dla niej. Miejsce wybrał w mało dostępnym zakątku nad stawem gdzie stała prymitywna ławeczka mogącą służyć wiolonczeliście do siedzenia w czasie występu. Ustalono to spotkanie na godzinę 11.00. Janek przyszedł na umówione miejsce ze swym muzycznym bagażem nieco wcześniej. Poszedł okrężną drogą, by nie budzić sensacji z wiolonczelą przy zagajnikach nad stawem. Delikatnie podstroił instrument, rozłożył pulpit i założył kartkę z nutami. Nie próbował nawet jak najciszej zrobić sobie próby, mimo że jeszcze nigdy nie grał w takim naturalnym otoczeniu. Po chwili pojawiła się Isia, ubrana elegancko, prawie odświętnie, co Janka przyprawiło od razu o większą tremę. Isia nie zbliżyła się do niego, pozostała o parę metrów od ławeczki i powiedziała że tam przysiądzie, bo będzie go lepiej słyszeć i widzieć z odległości. Razem z otroczeniem, bo jak stwierdziła, lilie wodne zakwitły tego roku szczególnie obficie, a tam gdzie ona usiadła, tatarak pachnie szczególnie intensywnie. Janek zaproponował Isi, by usiadła na futerale brezentowym od wiolonczeli, lecz odmówiła grzecznie.

Pierwsze dźwięki wiolonczeli zaczęły narastać i pięły się w górę jak przy marzeniu oświadczynach wypowiedzianych dźwiękami. Janek nie widział Isi, tylko ulatającą z pulpitu swoją nutową kartkę. Sfrunęła do wody. Upadła tuż obok i częściowo na lilię. Reszty Janek nie widział, bo miał przed oczami mgłę, dogra dalej bez nut? Co za kompromitacja! W tym momencie, na dźwięki marzenia nałożyło się głośne wycie syreny alarmowej co spowodowało, że ostatni ton marzenia stał się podobny do syreny. To Alarm lotniczy

Liść babki na ranę coś z medycyny dzieciństwa

Liść babki na ranę, to coś z medycyny czasów dzieciństwa. Miałem chyba sześć lat, gdy ciocia przyjechała do nas na swej damce, i zostawiła rower przed sienią. Postanowiłem skorzystać z okazji i nauczyć się jazdy na kole, jak wówczas nazywaliśmy po naszemu rower. Ojciec codziennie jeździł na swoim do pracy w szpitalu. Na nim nie udawało mi się wtedy jeździć, bo był to rower męski. W moim wieku musiałbym na nim pedałować pod rurką mocno skręcony z jednej strony roweru, co było dużym utrudnieniem. Do siodełka wtedy jeszcze nie sięgałem. Wydawało mi się, że na damce będzie łatwiej utrzymać równowagę bez tej przeszkadzającej górnej rurki. Udało mi się wkrótce opanować jazdę stojąc na pedałach. Niestety, rozpędziłem się za bardzo i nie potrafiłem zahamować, więc w pędzie zeskoczyłem okrakiem z roweru i nadziałem się na blaszany uchwyt do pompki rowerowej. Blacha weszła mi w lewej pachwinie głęboko w ciało. Trysnęła silnie krew i usiłowałem ją zatamować mocno ściskając dość dużą ranę. Byłem bardzo przerażony, bałem się wrócić do domu, bo bez pozwolenia wziąłem rower cioci. Krew lała się ciurkiem. Miałem na sobie krótkie kąpielowe majteczki i nic nie uchroniło mnie przed głębokim rozcięciem. Udałem się zaraz za domowy ogród, gdzie pod płotem rosły liście babki lekarskiej, wziąłem garść, przyłożyłem do rany i ją mocno zaciskałem. W końcu krew przestała lecieć. Dość długo to trwało, zanim odważyłem się wrócić do domu. Rodzicom nic nie powiedziałem, nie przyznałem się do niczego. Liście się mocno przylepiły do rany. Mama się dziwiła, dlaczego mimo upału ubrałem teraz spodnie. Chyba dopiero za dwa dni w sobotę, odkleiły się liście od rany w trakcie sobotniej kąpieli w wannie. Rana na szczęście już przyschła. Mama zauważyła to zmienione miejsce, bo było jeszcze mocno zaczerwienione. Zaraz zawołała tatę, który był pielęgniarzem i powiedział do mamy, że to szczęście, bo mogło dojść do zakażenia krwi. Opatrzył mi od razu tę już dobrze gojącą się ranę, a ja musiałem opowiedzieć, jak do tego wydarzenia doszło.  Ojciec miał dość wyobraźni, by wiedzieć do czego ten wypadek mógł doprowadzić, że mogłem się na całe życie w swej męskości okaleczyć i nie zostałem ukarany. Po latach, przy badaniu arteriograficznym lekarz mnie zapytał, co za operację miałem w tym miejscu. Blizna po ranie ma 3,5 cm długości i ślad rozstępu 3mm. Nigdy nie miałem potem awersji do rowerów, chętnie na nich nadal jeździłem, ale też nigdy więcej nie leczyłem żadnych ran liśćmi babki.

Ludvig van Beethoven

Dziś 250 rocznica urodzin Ludviga van Beethovena.

Trwa transmisja koncertu z Bonn, gdzie się urodził, ale zmarł w we Wiedniu. Koncert z pustej sali, bo to czas pandemii. Muzycy w maseczkach, choć nie wszyscy, dyrygent Barenboim też bez maseczki. Gra jego młoda orkiestra Divan-wschód-zachód. Słucham i zastanawiam się. Chyba odkryłem swoje małe prawdy życiowe. Po co żyjemy? Może  dlatego, by się kontaktować z innymi. By rozmawiać, coś sobie w różny sposób przekazywać. Chyba to nasza główna potrzeba. Wszystko co nas nurtuje możemy w tych próbach kontaktu wypowiedzieć, wyrazić niekoniecznie słowami. Można jak Beethoven muzyką. Heniu mnie pyta po co on tyle rysuje, maluje. Chyba właśnie po to. Przez ten wewnętrzny impuls wysyłania sygnałów, znaków do innych ludzi.


17.12.2020

Moj telewizyjny grób

Mój telewizyjny grób


Było to chyba na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy przygotowałem scenografię do teatru tv, według opowiadania J. Steinbecka p.t. Dym. Reżyser Zbigniew Zbrojewski chciał, aby ze sceną na cmentarzu wyjść poza studio, w autentyczny plener. Tuż obok ośrodka telewizyjnego, na miejscu dzisiejszych ogródków były ugory, a za nimi dziki park leśny. Tam przygotowałem fragment zaniedbanego cmentarza, jakby z amerykańskiej prowincji. Były to bezładnie wkopane w ziemię proste płyty nagrobne. Zostały one spreparowane ze styropianu i wyglądały jak kamienne. Jak zwykle przy okazji kręcenia dodatkowych scen filmowych w plenerze, było mnóstwo czekania. W takich chwilach rodzą się na tak zwanym „planie” rożne pomysły u nudzących się pracowników. Na niektórych nagrobkach zostały spreparowane nieco zatarte napisy. Na jednym z nich zobaczyłem także swoje nazwisko i datę śmierci z tylko dwiema wyraźnymi ostatnimi cyframi. Według nich moja śmierć nastąpi za dwadzieścia lat, w roku 1981. Było to dziwne uczucie widzieć swój nagrobek i obserwować szadenfreude sprawców. Nie wypadało się obrażać i obróciłem wszystko w żart. Powiedziałem coś w tym sensie, że do emerytury już z wami nie doczekam. Nie dochodziłem też tego, kto był tym dowcipnisiem. Cóż, przed sobą miałem zaledwie dwadzieścia lat życia. Mało jak na trzydziestolatka. Potem program gonił program i szybko o incydencie zapomniałem. W 1981 nadszedł jednak koniec. Moja śmierć telewizyjna. 13. grudnia generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny i nagle przestałem być pracownikiem Telewizji Katowice. Nie zweryfikowano mnie. Nie nadawałem się do pracy w jednostce zmilitaryzowanej. Tak mi napisano w oficjalnym dokumencie zwolnienia.

Żyję i wspominam o tym teraz po 40 latach od daty podanej w tej

przepowiedni, która się na szczęście spełniła tylko częściowo.



2021

Moje pierwsze nagrodzone zdjęcie

Moje pierwsze nagrodzone zdjęcie

Z okazji pierwszej komunii otrzymałem prosty aparat fotograficzny wraz z jednym filmem. Mogłem zrobić aż dwanaście zdjęć. Po wywołaniu filmu okazało się, że z negatywu filmu można było uzyskać tylko pięć w miarę możliwych zdjęć. Reszta była całkowicie nieudana, więc otrzymałem tylko tyle odbitek. Właściwie to nie było co oglądać, trzeba było wykazać sporo dobrej woli, by na tych fotografiach coś rozpoznać. Pochwaliłem się zdjęciami nieco starszej Stefie, córce naszych gospodarzy. Zostałem za jedno z nich nagrodzony pocałunkiem. Co prawda nie w usta, a tylko w policzek, ale przyprawiło mnie to w miłe zdziwienie. Na zdjęciu marnej jakości można było rozpoznać kilku starszych kolegów stojących na naszym polnym boisku. Najlepiej widoczny był najwyższy z kolegów, dużo starszy ode mnie Marian, kapitan drużyny piłkarskiej naszej ulicy. Gdy Stefie pokazałem moje fotki, spojrzała z błyskiem w oczach na to jedno i poprosiła mnie o to zdjęcie. Niedługo dowiedziałem się, że nasz kapitan i Stefa stali się parą, później nawet małżeństwem. Ten pocałunek był moją pierwszą nagrodą w naturze za zdjęcie.

Na tym zakończyło się moje wczesne fotografowanie. Nie było filmów, aparat zaraz po wojnie przehandlowałem z kolegą na wojskowe narty. Przez wiele lat nie odczuwałem potrzeby fotografowania, bo wszystko co chciałem wizualnie utrwalić, rysowałem w swoich szkicownikach. Dopiero gdy zacząłem pracę zawodową, były pierwsze ujęcia, ale nie fotografie wykonane aparatem fotograficznym, a kamerą telewizyjną. Fotografiką zająłem się dopiero w bardzo późnym wieku. Traktowałem tę dziedzinę zastępczo zamiast zaniechanego malowania, czy rysowania. Nigdy nie interesowały mnie zdjęcia reporterskie. Ludzi na moich fotosach niewiele. Podobnie jak na obrazach.

***

W czasach zarazy, w maju 2020

Mój dziadek od gazu poszedł do gazu

Mój dziadek od gazu poszedł do gazu Katowice, 9.05.2018.

Już bardzo wcześnie się dowiedziałem, że mój dziadek Jan był gazmajstrem, czyli takim specjalistą od gazu, który badał w kopalni nim górnicy zjechali na swoją szychtę, czy tam na dole jest bezpiecznie, czy nie zagraża gaz. Byłem jako dziecko bardzo dumny ze swego dziadka, że pełni tak ważną funkcję. Później urosła moja duma jeszcze bardziej, gdy dziadek z ważnych okazji ubierał swój mundur prawie jak wojskowy, bo był powstańcem śląskim i walczył z Niemcami o Górny Śląsk. Kiedyś poniosło dziadka i na capstrzyku powstańczym spalił kukłę Adolfa Hitlera, najwyższego dostojnika niemieckiego. Gdy wybuchła wojna, dziadek wycofywał się z wojskiem i innymi powstańcami aż do granicy rumuńskiej. Zobaczył sromotną ucieczkę rządu i postanowił wrócić. Gdy dotarł z pieszej poniewierki do domu, czekało na niego już gestapo, czyli tajna hitlerowska policja. Po kilku więziennych etapach dostał się do Dachau, do obozu koncentracyjnego, czyli obozu zagłady. Był to pierwszy niemiecki obóz w którym hitlerowcy więzili wrogów rzeszy niemieckiej. Już jako dziecko wiedziałem, że dziadek jest w Dachau w lagrze. Niemieckie słowo Lager znaczy obóz. Dla mnie obóz to było tyle, co obóz choćby harcerski, czy innych podobnych organizacji. Pobyt raczej przyjemny. Niedługo potem do innego lagru dostał się i wujek Erwin, który był policjantem. Ich pobyt w tych obozach się dziwnie przedłużał. Mnie nie wtajemniczano początkowo w to, czym te obozy są. Niedługo zacząłem uczęszczać do niemieckiej szkoły. Kiedyś na lekcji nauczyciel odpytywał nas z tego kim są nasi ojcowie i dziadkowie z zawodu i gdzie pracują. Byli na ogół pracownikami Huty Silesia, górnikami, a także kolejarzami. Byli i tacy, którzy chwalili się tym, że ich ojciec jest niemieckim żołnierzem. Ja odpowiedziałem, że mój ojciec jest pielęgniarzem w rybnickim ansztalcie, o czym wszyscy wiedzieli, że to szpital dla wariatów. Zaś jeden dziadek jest Ziegelmeister ( mistrz ceglarski), ale na rencie, a drugi dziadek jest Gasmeister, jetzt im Lager Dachau. Nauczyciel jakoś dziwnie zareagował, na tym uciął to wypytywanie i powiedział, że zaraz będzie dzwonek i mamy się po cichu pakować do domu. Niektórzy Niemcy widocznie wiedzieli, co się dzieje w obozach koncentracyjnych. Może sądził że się przechwalam, że mój dziadek bierze udział w zagazowaniu w Konzentrationslager.

Dziadek poszukiwał w kopalni tego śmiercionośnego gazu, miał na ogół szczęcie, nic mu się nie stało tam na dole pod ziemią. W Dachau, pewno jak inni nie wyczuł że wchodzi do komory gazowej. Nie zginął w kopalni od metanu, gazu tworzonego przez naturę, a od gazu Cyklon, który stworzyli jedni ludzie do masowego uśmiercania innych ludzi.

Na greckiej wyspie

KRÓTKIE HISTORYJKI

Na greckiej wyspie

Otoczenie oczarowało mnie tak bardzo, że wykonałem ponad tysiąc zdjęć, które teraz przeglądam, porządkuję i przypominam sobie miejsca, sytuacje i wydarzenia. Migawki czasu. Gdy patrzę na zdjęcia zrobione nad brzegiem morza w pobliżu hotelu, wraca w pamięci ciągle to jedno wydarzenie.

Jak podaje grecki mit, bogini Afrodyta urodziła się z piany morskiej, choć nie przy tej wyspie.

Często fotografowałem tę pianę, jaką tworzą fale rozbijające się o przybrzeżne skały. Na samym początku naszego pobytu, na krótko przed zachodem słońca robiłem zdjęcia na prawie pustej plaży. W pewnym momencie wypłynęła z piany pośród przybrzeżnych fal dziewczyna. Nazbyt długo pozostawała z twarzą zanurzoną pod wodą. Początkowo wydawało mi się, że nurkuje. Zaniepokojony podszedłem tam, a zaraz za mną jakiś młody człowiek, z którym odwróciliśmy ją, bo ciągle tkwiła w tej samej pozycji i przyciągnęliśmy ją na sam brzeg. Ta dziewczyna, nie urodziła się z morskiej piany jak Afrodyta. Ona zakończyła w niej swe życie. Z jej ust wylewał się nadmiar piany. Ta była różowa. Ktoś próbował masażu serca, bo mu się przez moment wydawało, że jej piersi zafalowały, ale oczy pozostały szkliste i oglądały już to, co zobaczyły w ostatniej chwili po drugiej stronie horyzontu. Nadbiegł jeszcze inny młody człowiek, jej chłopak, pochylił się nad nią i próbował tchnąć życie w ukochane usta, ale mógł już tylko złożyć na nich pożegnalne pocałunki.

To był kres ich wspólnych wakacji tutaj, dokąd przybyli z dalekich Czech. Gdy się kolejny raz przekonuję, że coś bezpowrotnie minęło, przypominam sobie czeskie powiedzenie: TO SE NEVRATI.


***.

Październik 2008

Nenufary

Nenufary

Na zbiorniku wodnym w podmiejskim parku zakwitły i w tym roku nenufary. Stary człowiek robił ich pojedyncze zdjęcia jak już tyle razy przedtem. Podziwiał te zwracające uwagę swym kształtem kwiaty już w czasach dzieciństwa, gdy go ojciec zabierał nad tamte stawy rybne na skraju ich miasteczka. Prócz delikatnego zapachu nenufarów zapamiętał jeszcze latające różnokolorowe ważki, które zatrzymywały się w locie nieruchomo nad nimi jak dziś to helikoptery potrafią. Takiego porównania wówczas nie robił, bo dziewięćdziesiąt lat temu helikoptery jeszcze nie latały. Wchodził do wody mimo lęku przed pijawkami, by obserwować z bliska i kwiaty i ważki, które go tak bardzo urzekały. Dziś do wody już nie wchodzi, ważek już nie widzi, bo owadów teraz jakby mniej niż wtedy. Zdjęcia robi z większej odległości, ale potem ogląda je w domu na ekranie jeszcze bliżej niż dawniej w dzieciństwie. Utrwalił bardzo dużo tych pojedynczych zdjęć nenufarów, ale nie ma w swych zbiorach wielkiej przestrzeni pokrytej tymi białym kwiatami. Takiego widoku, jaki ich wtedy zauroczył, gdy wypłynęli z Ireną pod ciasnym i niskim mostkiem w ślepą odnogę jeziora. Dostali się jak przez tajemne wejście w zaczarowany świat wodnego ogrodu. Oboje wcześniej napatrzyli się wystarczająco dużo na obrazy Moneta z nenufarami na jego zbiorniku wodnym w ogrodzie w Giverny. Zaprzestali wiosłować i zamilkli. Widok zniewalał i na długie chwile pozostał im w pamięci niemy zachwyt. Jeszcze po wielu latach gdy wspominali wspólne szczęśliwe chwile, wracał moment zauroczenia widokiem tego zaczarowanego jeziora porośniętego tak obficie nenufarami.


Katowice, czerwiec, 2022

Nie ma Haliny

. Halina

Dziś wybierałem się na pogrzeb Haliny L. naszej koleżanki po fachu, sąsiadki z klatki schodowej obok. Halina zmarła tydzień temu. Msza odbędzie się w Kościele Mariackim. Pomyślałem, że mogę spotkać kolegów, może i kontakty odnowię z tymi, co jeszcze żyją, więc wziąłem na wszelki wypadek parę wizytówek. Początkowo miałem się zamiar udać na stypę, na którą nas zaproszono. Irena pojechała zaraz po mszy taksówką do domu, bo nie dałaby rady znieść trudu poruszania się i stania na cmentarzu. W kościele było dość zimno, nawet od drewna ławki ziębiło. Tu było więcej ludzi niż na cmentarzu. Ksiądz Pyka, niedawno jeszcze dyrektor muzeum archidiecezjalnego, zaprzyjaźniony z plastykami celebrował uroczystości pogrzebowe w kościele i na cmentarzu. I tu ziąb był dokuczliwy, zmarzłem, wiec nie skorzystałem z zaproszenia pani Izy, córki Haliny i starałem się jak najszybciej dotrzeć do domu

Wizytówek nie potrzebowałem, bo nie zdołałem nawiązać żadnych kontaktów. Coraz mniej nas zostało, tak wielu odeszło, a inni nie potrafią się już kontaktować, albo nie odczuwają już takiej potrzeby. Pozostaje potem tylko ten ostatni kontakt na cmentarzu nad grobem. Przychodzi wtedy na myśl, że mało się ostatnio widzieliśmy, rozmawialiśmy, kontaktowali się. To daremne rozważania, że na wszystko już za późno, bo to tak jak w wierszu ks. Twardowskiego: spieszcie się kochać ludzi, bo ludzie tak szybko odchodzą… Halina już trochę odeszła, ale i została w nas i w obrazach. Nieświadome jej odejścia sąsiadki czasem mnie pytały, czy nie wiem co u pani Haliny, jak się czuje. Na takie pytania Halina nie da już odpowiedzi i patrzy tylko milcząco z góry. Już mi nie powie, że czas jej tak szybko ucieka, bo jest tam już poza czasem. Nie odpowiem jej na często powtarzane pytania, dlaczego nie maluję. Ona już też nie maluje. Kontempluje swe życie, które jej tak owocnie minęło.


27.03.2013.

Nie ma już kolegów

Nie ma już kolegów

Nie ma już kolegów z tamtych lat, a przynajmniej nikogo już ostatnio nie spotykałem. Odeszli wcześniej ode mnie. Dziś jest już po północy, mam 86 lat. Lata schyłkowe, lata przypominania sobie starych, dobrych czasów. Robię to coraz częściej, uciekam od dzisiejszych dni. Ostatnio odszedł Czesio Gawlik. Zaczynał w gimnazjum jak ja, też skończył maturę w handlówce. Przedtem łączyło nas harcerstwo, nasza czwarta drużyna pod egidą dh-a, harcmistrza i profesora Libury. Coś tam rysowaliśmy do księgi pamiątkowej drużyny. Muzycznie nie szły nasze drogi równolegle. Czesiek poszedł w kierunku muzyki jazzowej, a ja grałem w obu szkołach w orkiestrze, pasjonowała mnie klasyka. Czesio miał i zacięcie plastyczne, ale on poświęcił się muzyce. Nasze drogi rozeszły się.

Przypominam sobie dziś nocą kolegów, już niewiele nazwisk pamiętam, rybnickie kontakty zamarły. Trochę to słowo nieodpowiednie, gdy ostatni ludzie z tamtych lat umierają. Mailowałem do Włodka S. do Kanady z tą smutną wiadomością. Odpisał, że i my musimy być gotowi do apelu. Nadchodzi nasz czas.

To dziwny czas, gdy przewracanie na posłaniu nie sprowadza snu. Myśli błądzą to tu, to tam. Raz o tym, co było i raz o tym co jest, a może i będzie. Nie śpię, wiec ostatecznie wstaję, włączam komputer i coś notuję. Zaczynam wcześnie kolejny dzień. W kalendarzu zapisuję liczbę 31 410. Tyle dni do dziś przeżyłem.

Nie wiem

Nie wiem


Była to dosyć barwna postać w latach powojennych u nas w Rybniku. Kierował małą pracownią dekoracji wystaw okiennych MHD, co znaczyło wówczas MIEJSKI HANDEL DETALICZNY. Miał tak zwane powiązania , czyli dostęp do różnych trudno dostępnych towarów w sklepach naszego miasta. Nie kochał tej pracy dekoratorskiej za bardzo i potrafił się wyręczać innymi. Ja też znalazłem się pośród nich już w okresie maturalnym i potem na początku studiów w ASP. Ta pracownia stała się miejscem spotkań różnych niedoszłych artystów i nieudaczników z branży plastycznej. Dyskutowało się głównie o malarstwie przy kieliszku taniego wina, malując tak zwane „wabiki”, czyli główne lanszaftowate akcenty do okna wystawowego w zależności od pory roku. Gdy już byłem na studiach, zmieniłem swoje myślenie plastyczne i podchodziłem trochę inaczej do wystaw okiennych. Niestety, to nie podobało się dyrektorowi MHD, bo powiedział mi, że Rybnik to nie Paryż, tu należy wszystko tak robić, jak klienci się do tego przyzwyczaili, czyli tradycyjnie. Mój pryncypał nie mieszał się w moje odmienne podejście do reklamy. Po epoce gomułkowskiej nastąpiła krótka odwilż polityczna i niedługo odszedł z pracy w MHD. Stał się właścicielem swego własnego, prywatnego sklepu z galanterią. Próbował mnie angażować do malowania krawatów, ale nie paliłem się już do tego. Ów pan był o jakieś dziesięć lat starszy ode mnie. Trochę podziwiałem jego kupiecką zaradność życiową i podobały mi się historyjki jakie zajmująco opowiadał. Miał bardzo barwne życie, które czasem obfitowało także w kłopotliwe incydenty i to już od czasu dzieciństwa.

Było to w Lublińcu, gdzie zaczynał naukę w gimnazjum. Już w pierwszym dniu doszło w klasie do przykrego incydentu. Gdy nauczyciel pytał po kolei uczniów o nazwisko, on odpowiedział: NIEWIEM. Zdenerwowany nauczyciel zapytał go jeszcze raz o imię i wtedy odpowiedział AL. Potem się poprawił i powiedział ALADAR. Nauczyciel na to: jednak wiesz, że nazywasz się DAR, tylko co to za imię dla polskiego chłopca ALA? No to powiedz jeszcze raz po kolei jak się nazywasz. Znów padła odpowiedź NIE WIEM. Tego było nauczycielowi za wiele i spoliczkował go, nakazując przyjść następnego dnia z ojcem do szkoły.

Wtedy w obecności ojca nauczyciel zapytał ucznia o nazwisko. Odpowiedź była taka sama: NIEWIEM. Wtedy nauczyciel zwrócił się do ojca: to może pan mi zdradzi swe nazwisko. Odpowiedź była taka sama jak syna: NIEWIEM.

Ostatecznie doszło do nauczyciela, że ów uczeń, mój znajomy nazywa się ALADAR NIEWIEM, a gdy był mały, mówiono do niego po prostu AL.



Katowice, 22.02.09.

Niebo

Niebo


Nieba lat dzieciństwa, zwłaszcza tego rojącego się niezliczoną ilością gwiazd z wyraźną Drogą Mleczną już teraz tutaj nie ma, te rozliczne gwiazdy pogubiły się gdzieś w czerni kosmosu. Droga Mleczna jakby wyschła, wyparowała z rozświetlonego miejskiego nieba. Nie ma już spadających gwiazd, nie mogę sobie niczego życzyć w trakcie ich krótkiego rozbłysku. Mam jeszcze w pamięci zobaczoną w dzieciństwie polarną zorzę, która pojawiła się nad lasami paruszowieckimi. Jak łatwo było mi w tamtych rybnickich czasach zobaczyć Mały Wóz z gwiazdą polarną na końcu dyszla. Wówczas był to w ogóle czas konnych zaprzęgów ciągnących przeróżne wozy, zwykłe furmanki, czy drabiniaste wozy, różne dorożki, bryczki, te eleganckie powozy do ślubów, ale i te ozdobnie rzeźbione karawanowe do ostatniej posługi. Powolny kondukt żałobny przechodzący ulicami miasta nie przeszkadzał wtedy nikomu w ostatniej drodze na cmentarz do grobu.

Dużo nieba można było zobaczyć w kościele św. Antoniego, ale głównie w postaci pomalowanego na niebiesko gotyckiego sklepienia usianego srebrnymi gwiazdami. Dziś już wiem, że nieba jest rzeczywiście z każdą chwilą coraz więcej, bo wszechświat poszerza się znacznie szybciej niż kiedyś. Te miliardy dróg mlecznych oddalają się od siebie coraz bardziej. Tym wszystkim, którym pisana jest droga do nieba, a są ich chyba też miliardy, miejsca trzeba tam bardzo wiele, gdy powstaną z martwych.

Teraz już nie spoglądam w niebo, bo i tak niczego nie widać. Oglądam niebo na ekranie telewizora. Mogę zobaczyć to, co w kosmosie zarejestrowały obiektywy Hubble’a z satelitów, które oddaliły się już miliony kilometrów stąd. Człowiek zagląda dziś w prapoczątki naszego czasu, może w ogóle na to, co określamy czasem. Człowiek sięga nadal na ile się da wstecz, ale czy ten początek w ogóle zaistniał? Niektórzy są skłonni przypuszczać, że wielki wybuch może się powtarzać. Kosmogonia jest ciekawa i okrutna. Ludzie też tacy bywają. Bo są jej częścią.


KATOWICE, 28.09.2014.

Notatkinotatki

Notatki już nie NA BOŻE NARODZENIE a Na okres świąt

Tak proponuje zmienić nazwę religijną komisja Unii Europejskiej? U nas też mówiono święta, to na ogół miało się Bożę Narodzenie na myśli, albo też jak dawniej mówiono, po prostu GODY.

Chyba to już po raz ostatni na ten temat, zresztą niewiele nowego napiszę, bo co będzie gdy zdarzy się to po raz dziewięćdziesiąty. Dziś druga niedziela adwentu, siedzę sam w domu, nikt nie zajrzy, ja tu sam, a Irena w szpitalu. Może będziemy jeszcze raz razem, ona po operacji, dość niesprawna, a ja ze swoją własną potęgującą się ostatnio niesprawnością będę próbował ją wspierać. Będziemy się wspomagać wspomnieniami z naszych wspólnych lepszych czasów, i tych indywidualnych własnych, sięgając do najdawniejszych z zapamiętanych.

Nowy Rok 2013

Nowy Rok 2013


O godzinie 13.00 w ostatnim dniu roku pokazali już w TV rozpoczęcie obchodów Nowego Roku w Australii. My jeszcze nie zdążyliśmy zjeść obiadu, a oni już mają rok 2013. Australię kryzys ominął. Wydali na fajerwerki 7 milionów dolarów. Tymczasem z głodu umrą jeszcze w tym starym roku tysiące ludzi na całym świecie. Tam u nich mogło się też zdarzyć, że trochę biednych Aborygenów nie przeżyło ostatnich godzin starego roku. Mówią wtedy, że są sobie sami winni, wybrali życie outsiderów. Głodni w stosunku do większości sytych są zawsze outsiderami. Ale czy ktoś wybiera głód, śmierć głodową? U nas mamy wszystko na mniejszą skalę. Ogni sztucznych na powitanie Nowego Roku starczy tylko na kilka minut. Mniej ludzi umiera z głodu, alkoholicy głodu nie czują, oni tylko zimą zamarzają w swych legowiskach. To prawdziwi outsiderzy. Rezygnują ze schronisk. Wybierają nie wolność, ale to co muszą z wewnętrznego chorobowego impulsu. Szczęśliwego życiowego wyroku!

O Hajnelu

O Hajnelu, który wszedł na minę


To było w maju 1945 roku. Ledwo co skończyła się wojna, ale pozostało jeszcze pełno śladów po froncie, który tu się zatrzymał od stycznia do marca. Tam, gdzie zeszłego roku spędzaliśmy na zabawach wolny czas nad rzeką Rudą, w olchowym zagajniku i w lesie, pozostały umocnienia Armii Czerwonej, a wokół nich groźne zaminowane przedpola. Kusiło nas, aby wrócić znów na tereny naszych niedawnych zabaw, zawłaszczone nam przez wojnę. Byliśmy żądni przygód i nie zdawaliśmy sobie sprawy z czyhającego zewsząd śmiertelnego niebezpieczeństwa. Nikt jeszcze nie oczyścił tego terenu z min i niewypałów. Byliśmy bezmyślnie odważni i penetrowaliśmy ten zaminowany teren wchodząc do okopów i ziemianek. Wydawało się nam, że znamy doskonale ten teren. Że widzimy miny, bo były na wierzchu nie zamaskowane, tyle że od detonatorów szły na wszystkie strony porozciągane cienkie druty, na które należało uważać. Dotknięcie drutu groziło wybuchem miny rozpryskowej. Zobaczyliśmy rozszarpanego zająca, bo widocznie poruszył drut. Myśmy je tym razem zręcznie ominęli, bo udało nam się przejść bez szwanku.

Wiosna majowa była piękna, nastały prawie letnie upały. Pewnego dnia poszliśmy w malej grupie chłopców z naszej ulicy Wodnej do lasu w kierunku stawów starej Rudy. Tam był łatwiejszy dostęp do okopów po wydeptanej już ścieżce. Okopy były oszalowane elementami płotów z pobliskich domostw Wielopola. Wpadłem na pomysł, aby płoty przenieść kawałek dalej nad wodę i zbudować z nich tratwę. Nie było jednak chętnych do wodnych przygód, więc musiałem się z pomysłu o pływaniu wycofać. Większość była za tym, by pójść pograć w piłkę na pustkowiach przy końcu naszej ulicy. Jedynie Hajnel zwlekał z powrotem i został za nami w tyle. Zwierzył się komuś, że zobaczył w polu minowym za okopem skórzaną torbę oficerską i może chciał ją teraz zabrać.

Nikt go nie wołał, bo i tak nie zrezygnowałby z takiej zdobyczy. Myśmy już ruszyli, gdy nagle rozległo się kilka potwornych wybuchów. Byliśmy przerażeni i pewni, że Hajnela zabiło jak tego zająca i pewno nic już z niego nie zostało. Pędziliśmy teraz przerażeni do naszych domów. Strach poraził nas tam do tego stopnia, że myśleliśmy tylko o tym, aby być jak najdalej od miejsca grozy. Szybko rozeszła się wiadomość o tragedii. Kilku starszych i bardziej doświadczonych kolegów pobiegło tam z taczką na miejsce wypadku. Niedługo potem przywieźli okrwawionego i nieprzytomnego Hajnela pod jego dom. Nikt nie był w stanie pomóc, więc pobiegli do rosyjskiego szpitala wojskowego znajdującego się w szkole. Niestety, nasz kolega zmarł wkrótce z wykrwawienia i to co z niego pozostało przywieźli do domu. Za trzy dni odbył się pogrzeb. Udało się sklecić po sąsiedzku trumnę. Karawanów wtedy nie było. My, koledzy Hajnela nieśliśmy trumnę do kościoła i na cmentarz do grobu. Trumna nie była za ciężka, bo z Hajnela zostało tak mało.

Miałem wtedy 14 lat, byłem o rok starszy od Hajnela. Nie powstrzymałem go. Może mnie ktoś, a może to ja sam się o to obwiniałem? Byłem bardzo przejęty jego śmiercią. Najbardziej dotknęło mnie to, gdy po pogrzebie mama Hajnela mimo swej wdowiej, powojennej biedy wmusiła nam tragarzom trumny po pięć złotych. Najbardziej ze wszystkich wzbraniałem się jak mogłem, bo traktowałem to jak Judaszową zapłatę.

Wojna zakończyła się już na początku maja 1945 roku, ale jej skutki jeszcze bardzo długo dawały się wielu chłopcom we znaki, gdyż ciągle ktoś wchodził na minę, czy nierozważnie bawił się znalezionym granatem. Miałem okaleczonych kolegów bez rąk, innych bez nóg , czy też oślepionych. Byli też tacy jak Hajnel, którzy nie przeżyli. Pozostały też inne rany, te nigdy nie gojące się rany psychiczne.



Katowice, 3. kwietnia 2007

O kotlecie

O kotlecie

Jak długo sięgam pamięcią, zawsze w trudniejszych momentach w czasach komuny, różni przywódcy próbowali nam aktualne trudności gospodarcze, czy napięcia polityczne wytłumaczyć owym KTO ZA TYM STOI.

Przypominam sobie rok 1956 gdy późną jesienią przyjechał do nas studentów okazujących swe niezadowolenie z warunków studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie sam minister kultury i sztuki Włodzimierz Sokorski. Zaczęło się od pogróżek i pouczeń po tak zwanej linii: WAM KOTLET PRZESŁANIA SOCJALIZM. Mimo pogrożenia palcem, wkrótce warunki na uczelni poprawiły się diametralnie. Chwilowo władza była na zakręcie i lekko zmiękła. Zaczęliśmy otrzymywać darmowe farby olejne i inne materiały.

Po dziesięciu latach spotkałem ponownie Włodzimierza Sokorskiego. Tym razem już w nowej roli, jako przewodniczącego Komitetu do Spraw Radia i Telewizji z okazji dziesięciolecia TV Katowice. W bardzo kameralnych warunkach, już po wielu toastach przypomniałem wtedy prezesowi tamtą sytuację na ASP w Krakowie. Jak zwykle bardzo elokwentnie wytłumaczył mi to następująco. Pewno miał wtedy na myśli kotlet po wiedeńsku, przyprawiony i przysmażony na sposób zachodni. Takie kotlety bywają często dla młodych studenckich żołądków niestrawne. W TV prezes potrafił dobrze zadbać o żołądki wszystkich telewidzów, aby nie dostały niestrawności od nadmiaru zachodnich filmów na ekranach telewizorów. Tylko w święta kościelne, takie jak n. p. Boże Ciało, żeby odciągnąć obywateli od udziału w procesji, następowała bogata podaż filmów zachodnich niedostępnych na co dzień, tak chętnie oglądanych przez telewidzów.


Katowice, w maju 2007

O lataniu

O moim lataniu


Od najwcześniejszego dzieciństwa próbowałem na różne sposoby latać. Biegałem z kręcącym się wiatrakiem na patyku tak szybko jak tylko potrafiłem, ale nie uniosłem się nawet odrobinę wyżej. Siadałem też okrakiem na duże modele z listew zbite. Były ze śmigiełkiem i bez, ale i tu nie udało się wyżej wznieść. Moje pierwsze latające modele unosiły się już nieco w górę, ale beze mnie, same. Pierwszy samolot z bliska, z wyraźną twarzą niemieckiego pilota Messerschmitta zobaczyłem 1. Września 1939 kilka naście metrów nad naszym domem. Pod koniec wojny prawie wcisnąłbym się do kabiny amerykańskiego bombowca, który uszkodzony przez ostrzał artylerii przeciwlotniczej zawadził przy awaryjnym lądowaniu o olbrzymią lipę. Było to na polu niedaleko domu mej cioci w Niedobczycach. Wujek E. nie pozwolił mi jednak na to, stwierdzając, że może nastąpić wybuch.

Pierwszy raz poleciałem samolotem w wieku około trzydziestu lat. Lecieliśmy służbowo z ekipą telewizyjną z katowickiego lotniska w Pyrzowicach do Gdańska. Był to lot ponad chmurami, w pełnym słońcu. Ziemi w ogóle nie było widać. Przy lądowaniu, gdy wyszliśmy z chmur, pojawiło się nagle zamiast ziemi rozlegle morze. Nastąpił moment niepewności, czy to katastrofa, ale zaraz nadlecieliśmy z nad wody na pobliską płytę lotniska. Później bywały loty wakacyjne nad morze do Świnoujścia i te dalsze, czasem do egzotycznych miejsc. Największe wrażenie zrobił na mnie pierwszy nocny lot do Zagrzebia, gdy lecieliśmy nad rozświetlonym nocnym Wiedniem. Miasto wydawało się wielkim rozrywkowym parkiem Praterem. U nas w latach sześćdziesiątych miasta były jeszcze dość ciemne i ponure.

Czasem zdarzało mi się, że dokonywałem też swoistych nocnych lotów. To latanie było dziwne i bardzo przyjemne. Zdarzało się podczas moich sennych eskapad. Kiedyś śniłem, że w studiu telewizyjnym, w dość dużej przestrzeni wypełnionej ludźmi przebiegałem parę kroków, aby się rozpędzić, wyciągałem przy tym ramiona jak ptak i zaczynałem unosić się w górę. Szybowałem tak ponad głowami innych, czułem tę lekkość pływania w powietrzu. Wiedziałem, że potrafię latać, dziwiłem się, że inni nie potrafią i nawet nie próbują. Nie musiałem machać ramionami jak skrzydłami, tylko szybowałem lekko. Ten sen powtarzał się od czasu do czasu. Kiedyś podczas takiego unoszenia się w powietrzu zgasło nagle światło. Nastała głęboka ciemność. Nie wiedziałem gdzie się znajduję, ale czułem, że lecę dalej. Powoli zacząłem dostrzegać w wielkiej odległości migocące światełka. Skierowałem się w tamtym kierunku i niedługo leciałem nad oświetlonymi miastami. Wszystkie jednak miały swe światła w innym kolorze. Były jak konstelacje różnych gwiazdozbiorów. Te kolorowe mgławice gwiazd zaczęły się i ponad mną pojawiać. Po chwili byłem już pośród niezliczonych świateł. Te nie rosły, nie przybierały olbrzymich gwiezdnych kształtów. Pozostały nadal małe poruszały się jak ogniki, robaczki świętojańskie. Zaczęły tylko coraz szybciej wirować aż z wszystkich kolorowych światełek powstała jakaś fosforyzująca coraz jaśniejsza mgła. Była tak gęsta, że aż obezwładniała mnie, pozostałem nieruchomy w leżącej pozycji, usiłowałem coś wołać. Wiedziałem, że krzyczę, ale mnie nikt nie słyszy, bo był to niemy krzyk w głębokim śnie.


13.11.2013.

O Marianie N

O Marianie N.

 Podczas drugiego roku studiów mieszkałem w sześcioosobowym pokoju  w domu akademickim na Zakrzówku w Krakowie. Najstarszym z nas był Marian Nowak, student rzeźby. Był o dziesięć lat starszy ode mnie. Bardzo sympatyczny kolega już z wojennym doświadczeniem. Zdawał sobie z tego sprawę, że wojna zabrała mu kilka lat i chyba najpoważniej z nas traktował studia. Widać było, że chce jak najszybciej nadrobić utracony czas, nie jak my młodsi skłonni także do zabawy i figli w życiu studenckim. Marian potrafił nas czasem zainteresować swoim opowiadaniem. To były najczęściej krótkie relacje, coś popartego jego życiowym doświadczeniem. Marian był wyuczonym kowalem, pracował w kuźni ze swym ojcem. Potrafił wykonać podkowę, dobrze podkuć konia, ale zawsze korciło go, by wykonać jakiś drobiazg metalowy, który choć miewał praktyczne zastosowanie, to miał też walory artystyczne. Światli ludzie to dostrzegli i ostatecznie Marian wylądował na Akademii Sztuk pięknych u znakomitego rzeźbiarza, profesora Dunikowskiego. Marian potrafił doskonale naśladować styl mówienia profesora, nieco sepleniącego i doskonale przekazywał nam różne anegdoty. Profesor był już barwną postacią jeszcze przed wojną, jednak w czasie okupacji dostał się bardzo szybko do obozu zagłady w Auschwitz. Czasem potrafił w pracowni i coś o tym tragicznym czasie opowiedzieć. Jako więzień był poddawany różnym szykanom. Bywało, że musieli rozebrani stać długo na dworze przy mrozie, tak że wielu więźniów padało martwych z wyziębienia. Profesor wiedział, że uratować przed wyziębieniem może go tylko stanie nieruchomo , jak kamienna rzeźba. Tworzy się wtedy nad ciałem cienka warstwa, jakby poduszka powietrzna chroniąca przed nadmiernym oddawaniem ciepła. Ten bezruch doprowadzony do perfekcji ratował go. Może także i to, że profesor był dość niskiego wzrostu. Marian nie zastanawiał się długo i zaraz zadał profesorowi pytanie, jak długo wytrzymywał  stać bez poruszenia się. Profesor odpowiedział trochę zirytowany, że zegarków tam nie mieli. Marian podpadł tym pytaniem  profesorowi, bo przez długi czas profesor nie podchodził do Mariana z korektą. Kiedyś, gdy Marian przygotowywał szkielet rusztowanie z elementów metalowych  pod wieloosobową kompozycję, profesor zbliżył się, obszedł tę konstrukcję dokoła i powiedział do Mariana:

 - Zostaw to takie jak jest, widać, że metal ci leży. Wypróbuj się w nim.

Marianowi zsunął się przy pracy nieco rękaw fartucha roboczego i profesor  złapał go za ramię, przytrzymał i zapytał:

- A ten numer to gdzie dostałeś?

- W  KL. Oranienburg, panie profesorze.

- No to ja nie będę pytał, co ty tam długo wytrzymywałeś.


Marian opowiedział nam innym razem, jak się do obozu dostał. Było to już pod koniec wojny, razem z ojcem podkuli partyzantom konie, ktoś doniósł, Niemcy wywieźli rodzinę do obozu. Marian przeżył, po wojnie uczył się rzeźby u profesora Dunikowskiego, ale później wykonywał wszystkie swoje rzeźby jak kowal z metalu.


                                                                   10.01.2021.

O polityce coraz mniej myślę

O polityce już coraz mniej chętnie myślę, bo to denerwuje, ale trzeba uznać prawa demokracji. Naród ma to czego chciał, jak wybrał, no może jak został uwiedziony. Zaszokowała mnie wypowiedź arcybiskupa Życińskiego przed kilku dniami w 1. Programie Polskiego Radia. Mówił z wielkim żalem o tym co usłyszał w mediach, nie wymieniając rozgłośni. OSTATNIE WYBORY W POLSCE WYGRAŁA MATKA BOSKA. To teraz dojdzie do tego, że Matka Boska będzie musiała wygrywać mecze. Taka wypowiedź mogła paść tylko w jednej rozgłośni. Smutne, ale prawdziwe. Papież już prawie święty, był naszą własnością, Matka Boska też. Pan Bóg może należeć do wszystkich. Podobała mi się wypowiedź Wałęsy, że odda Order Orła Białego, jeśli go też otrzyma O. Rydzyk, bo takie propozycje odznaczenia ojca dyrektora pojawiły się ostatnio. No to po Paderewskim, Piłsudzkim, Janie Pawle II, ten który skromnością ( o innych sprawach nie mnie sądzić) nie grzeszy(TELEWIZJA TRWAM = Tadeusz Rydzyk WAM). A jednak to też polityka o czym piszę.


Pod koniec 2005r.


Teraz zobaczymy, co przyniesie Nowy Rok 2006.

Odlot drzew

Odlot drzew

Gdy dziś rano wstałem i podszedłem do okna, odczułem jakąś obcość, byłem jak nie u siebie , bo za oknem ujrzałem inny widok niż do tej pory. Czyżby to odlot stąd, opuściłem swój kąt? Zniknęły dwa jarzębinowe drzewa, które jak kurtyna zasłaniały widok na sąsiedni blok mieszkalny, odsłoniły fasadę brudnego muru patrzącą tępymi oczami okien, czego dotąd nie zauważałem. Drzewa muzykalne, bo od wczesnej wiosny gościły wesoło śpiewających szpaków w domkach umieszczonych na gałęziach. Były też żywicielkami ptaków i przez całe lato szykowały jesienną i zimową ucztę dla nadlatujących tu gromadnie jerów na jarzębinową ucztę. Przedtem nim na gałęziach pozostały już tylko świecące intensywną czerwienią grona owoców jarzębiny, drzewa urządzały wystawny pokaz barwnych liści w gamie od żółci do cynobru. Jedno z nich zaczęło chorować, utraciło swój liściasty urok i to drugie wchodziło swymi gałęziami w tamte ogołocone z liści, jakby chciało mu oddać nieco swej urody. Ludzie z piłami jednak tego nie widzieli, zmusili umierające drzewo jesienią do odlotu razem ze szpakami. To pozostałe samo karmiło teraz zimą przylatujące stadka ptaków. Gdy śnieg pokrył gałęzie, pozostały już tylko pojedyncze grona czerwonych owoców. Jeszcze raz przyszli drwale i wykonali niesprawiedliwy wyrok ludzi na drzewach. Odleciały ptaki, a po nich drzewa. Mnie pozostał mrok ciemnej nocy, zasłoni mi już na zawsze tą swoją inną kurtyną ten obcy świat.


2021

Odszedł Stalin 5. marca 1953

5. marca 1953. Na samym początku marca 1953 roku, gdy byłem na drugim roku studiów na ASP w Krakowie, przyjechałem na kilka dni do domu. Trwała przerwa semestralna i próbowałem coś malowaniem zarobić. Miałem wtedy zamówienie na dość duży obraz o tematyce religijnej. Była to kopia Chrystusa w Ogrójcu, nocna scena przy księżycu z Jerozolimą w tle. Format dość duży, bo 110cmx 62cm. Było z tym trochę roboty. Otrzymałem za to 100 zł, czyli prawie tyle co pół mego ówczesnego stypendium. Marzyłem o kupnie radia, ale na to nie było mnie stać. Mogłem sobie pozwolić na radio kryształkowe, tak zwany detektor słuchawkowy. Kupiłem to radio i pojechałem do Krakowa. Mieszkałem wtedy w domu akademickim, który był w starych koszarach kawaleryjskich na peryferiach miasta, na Zakrzówku. W pokoju było nas pięciu kolegów. Udało mi się zawiesić antenę na drzewie i uzyskałem dość dobry odbiór. Rano 5. marca, zaraz po przebudzeniu złapałem stację. W zasięgu miałem jedynie Polskie Radio z Krakowa na falach średnich, nadające z pobliskiego Kopca Kościuszki. Coś bardzo ważnego się działo, bo z Moskwy nadawano komunikaty o stanie zdrowia generalissimusa Stalina. Zaraz podzieliłem się wiadomością z kolegami. Rozdzieliłem słuchawki i z jednej słuchawki na zmianę odbierał wieści któryś z kolegów. Doczekaliśmy się, komunikatu z wiadomością, że marszałek Stalin zmarł. Właściwie, to nikt nie wykazywał nadmiernego smutku, ani radości. Mieliśmy ograniczone zaufanie do siebie. Za chwilę usłyszeliśmy wycie syren i opóźnieni wyruszyliśmy w drogę na uczelnię.

Droga z Zakrzówka prowadzi przez Dębniki, most na Wiśle w pobliżu Wawelu. Już z daleka było słychać ciężkie dudnienie dzwonu Zygmunta. Przechodząc przez most dźwięki niosły się pełnym głosem nad Wisłą. Ten dzwon, który dzwonił dotąd z okazji śmierci królów polskich, dudnił teraz żałobnie na śmierć tego, z którego rozkazu zginęły w czasie ostatniej wojny i jeszcze długo po niej tysiące Polaków. Data 5. marca zaistniała w życiorysie Stalina już wcześniej, w 1940 roku. Tego dnia osobiście podpisał katyński wyrok śmierci na tysiącach polskich oficerów. Od dziś Stalin nie żył, komuniści narzucili krajowi obłudną żałobę. Byli też nieliczni, którzy ronili łzy i szczerze obnosili się swą żałobą za katem narodów. Gdy dotarłem na uczelnię, było już po tak zwanej masówce, czyli ogólnym zebraniu studentów. Nasz asystent z przedmiotu marksizm i leninizm, zarazem przewodniczący zarządu ZMP na uczelni, zalewał się łzami podczas swego przemówienia. Koleżanka Gienia, szczera komunistka, sierota z domu dziecka też płakała i zadawała kolegom pytanie, co teraz będzie. Jak będziemy dalej żyć wobec imperialistycznego zagrożenia. Mój świat, jak i mego zaufanego kolegi Adama, emigranta ze Lwowa jednak się nie zawalił. Co prawda, miasto Katowice, w którym później po studiach zamieszkałem przemianowano niedługo po śmierci Stalina na Stalinogród. Trzy lata po śmierci Stalina nastąpiła odwilż polityczna, gdy byliśmy na piątym roku studiów. Wtedy zaczęto już otwarcie mówić o zbrodniach Stalina. Rodziła się nadzieja na zmiany ustrojowe. Trwało to krótko, powoli socjalizm umacniał się znowu na jeszcze długie lata. Stalinogród, przestał straszyć swą złowrogą nazwą, bo stolicy województwa przywrócono poprzednią nazwę Katowice.


Katowice, 5. Marca, 2015.

Opowiastka wigilijna

Opowiastka wigilijna


W samą wigilię urodził się Piotrowi syn. Miał na tę nadzwyczajną okazję butelkę Chianti. Jak się wtedy mówiło „zdobył” ją, gdy ten ekstra towar „rzucili” w ramach przedświątecznego zaopatrzenia do Delikatesów. Po otrzymaniu wiadomości, że ma syna, wypił natychmiast samotny toast za jego szczęśliwą przyszłość. Potem powtórzył to jeszcze kilka razy i wszedł radośnie w swą nową rolę ojcowską, wzmacniając się też mniej szlachetnymi napojami z barku, które miał zawczasu zakupione na oblewanie narodzin potomka. Męczył się długo wymyślaniem imienia dla swego pierworodnego syna. Ostatecznie, po zaglądnięciu do kalendarza stanęło na Adamie, bo to była już wigilia i imię figurowało razem z Ewą na dziś w kalendarzu. Młody ojciec będzie musiał spędzić dzisiejszy wieczór i całe święta bez żony i nowonarodzonego, bo muszą jeszcze nieco pobyć w szpitalu. Piotrek, do którego zwracaliśmy się często Pyter, był bardzo zadowolony z wyboru imienia dla syna, bo Adam to we wszystkich znanych językach po prostu Adam.

W miarę dopijanej radości z ojcostwa, przychodziły mu przeróżne pomysły do głowy. Postanowił zakomunikować całemu światu o tym, że ma syna. Dzwonił do kolegów, zapraszał na spotkanie, ale jako że to dzień wigilijny, nie było chętnych. W inny dzień, poszedłby do „piwniczki”, ale dziś ten przybytek alkoholowych libacji twórców i dziennikarzy był nieczynny. Pozostał mu telefon i samotne popijanie. Wtedy na miejscowe numery telefonów można było dzwonić bezpośrednio, ale na zamiejscowe i międzynarodowe trzeba było połączeń poprzez centralę międzymiastową, czy międzynarodową i długo oczekiwać na rozmowę.

Piotr zamówił kilka telefonów międzymiastowych, w tym jeden do Krakowa na Wawel, bo i tam chciał się podzielić swoim iście królewskim szczęściem. Z Krakowem uzyskał najszybciej połączenie i zaraz zaczął krzyczeć do słuchawki: Wawel, Wawel, urodził mi się syn, a z kim ja rozmawiam? Na to odezwał się głos: tu Król, Król Zygmunt.

Młody ojciec zamilkł, bo poczuł się zaskoczony. Wiedział, że w wigilię zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, ale żeby to król sprzed wieków do niego przemówił? Pomyślał, że chyba już za dużo tych toastów wychylił. W tym czasie mieszkał na Wawelu nadal mój dawny profesor, historyk sztuki Zygmunt Król, o czym Piotr nie mógł wiedzieć. Numery telefonów w innych miastach wybierał na chybił trafił. Ktoś zapytał go, gdy oznajmiał że urodził mu się syn, czy to się też w stajni wydarzyło i czy dużo pastuszków przyszło. Po tych niezliczonych toastach urodzinowych i imieninowych przyszły i międzynarodowe połączenia. W Pradze Piotr zamówił rozmowę z knajpą „ U Kalicha. Gdy próbował się przedstawić, wymamrotał tylko Sz,sz sz.. i ktoś zniecierpliwiony odpowiedział na to, że Sz, sz,wejka dziś nie ma. Najgorzej było w rozmowie z Londynem. Był przekonany, że połączono go z zamkiem Windsor i nachalnie dopominał się: I’d like to speek the Queen. .Gdy odpowiedział na jakieś zdawkowe hello, I have a son, usłyszał: God save your son. Piotrek w pijanym widzie uwierzył, że rozmawiał z samą angielską królową w wigilijny wieczór. Potem już bardzo rozczulony wydarzeniami dnia zaczął nucić raz Silent Night, to trochę Stille Nacht, mieszając to z Cichą nocą, by ostatecznie już tylko mruczeć, aż wreszcie zasnął pod nie udekorowaną choinką. Całą noc śnił jakiś powtarzający się proroczy sen, w którym było o rodzinie świętej, która ucieka jak w biblii. Śniła mu się ucieczka z nowo narodzonym do Ziemi Obiecanej.

Niedługo potem w stanie wojennym Piotr musiał z rodziną opuścić Polskę i zamieszkał we Wiedniu.

Ozłocona, wysrebrzona

Ozłocona, wysrebrzona

Przed kilku laty robiłem zdjęcia na lwowskim rynku. Od dłuższej chwili urzekła mnie śliczna złota dziewczyna stojąca nieruchomo na postumencie. Ona sama i wszystko na niej błyszczało metalicznie. Zwróciłem uwagę, że nawet prócz kunsztownie ułożonej fryzury ze złotych włosów, nawet jej rzęsy błyszczały złotem. Koloru oczu nie było widać, czy również miały kolor złota, nie mogłem stwierdzić, bo były w cieniu parasolki i prawie przymknięte. U jej stóp stał złoty koszyczek, do którego podziwiający urok tej żywej pozłoconej rzeźby wrzucali po kilka hrywn. Nie miałem już ukraińskich pieniędzy, więc wrzuciłem polskie złote, co stanowiło dla niej w przeliczeniu też prawie złoto. Wtedy dziewczyna poruszyła się, zmieniła pozę i wdzięcznym głosem powiedziała śpiewnie po polsku: dziękuję. Zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie, na którym uchwyciłem jej sympatyczny uśmiech skierowany do mnie.

Patrząc na to zdjęcie, przypomniałem sobie historię z inną metalicznie błyszczącą dziewczyną sprzed wielu lat, gdy pracowałem w katowickiej TV.

Do jednego z widowisk w latach sześćdziesiątych, gdy wszystkie programy nadawano na żywo i były jeszcze czarno białe, potrzebny był posąg z błyszczącego metalu przedstawiający prawie nagą dziewczynę, który potem zamieniał się w żywą nagą piękność. Fachowcy z pracowni malarsko modelarskiej wpadli na racjonalizatorski pomysł. Nie trzeba wykonać figury metalowej rzeźby przedstawiającej dziewczynę. Był pośród nich Lucek uchodzący za wielkiego podrywacza, który zobowiązał się przyprowadzić dziewczynę, która wystąpi jako żywy metalowy posąg, a potem jako ożywiona naga dziewczyna.

Reżyser zgodził się na pomysł, który wydawał się bardzo prosty i mniej pracochłonny. Odbyła się próba z przyprowadzoną przez Lucka dziewczyną. Dokonano tego w pracowni, gdzie Lucek ucharakteryzował modelkę. Zrobił to w prosty sposób, dziewczyna musiała się zanurzyć w wannie wypełnionej wodą z substancją klejącą. Potem koledzy obsypali ją obficie sproszkowanym srebrnym brokatem, aż jej ciało stało się podobne do metalowej rzeźby. Wyliczono, że w trakcie nadawanego programu pozostanie 15 minut na usunięcie metalicznej charakteryzacji. Podczas przedstawienia antenowego wszystko poszło gładko. Dziewczynę grającą metalową rzeźbę pokazano przez krótką chwilę. Była skąpo świetlona od tyłu, tak że widzowie z pewnością nie zorientowali się, że jest to żywa osoba udająca metalową rzeźbę. Po piętnastu minutach doszło do sceny gdy posąg był już przemieniony w żywą dziewczynę. Niektórzy telewidzowie zauważali wtedy znacznie więcej od innych i dzielili się po programie swymi uwagami listownie z redakcją programu. Ktoś spostrzegł, że ożywiona dziewczyna miała na skórze jakieś dziwne ślady.

Prawdziwą przyczynę znał jednak tylko Lucek, który bardzo intensywnie, może w pośpiechu zbyt szorstko usuwał z pleców dziewczyny ostrą i szorstką charakteryzację. Powstałe mocno czerwone podrażnienia skóry nie działały tak odrażająco, bo to było w czarno białej TV. Jako środek służący do malowania elementów dekoracyjnych, a nie ciała, służył wówczas metaliczny proszek z dodatkiem mielonego szkła z baniek choinkowych. Nie dysponowaliśmy wtedy tym, czego się używa w dzisiejszej charakteryzacji i kosmetyce, jak choćby te środki, używane przez dziewczynę we Lwowie. Nerwowość i emocje przy programach TV na żywo wnosiły zawsze jakieś ryzyko wpadki.


***

Katowice, 27.10.2017.

Pamięć

Pamięć


Zastanawiałem się jaka jest moja pamięć, teraz gdy przekraczam 80 lat. Czasem wydaje mi się, jakbym nie tak dużo pamiętał z tych wielu lat, jakie przeżyłem. Są na pewno sprawy o których się nie chce pamiętać. Są i takie, do których by się chętnie wracało, tylko mniej się pamięta. Wszystko to, co pozostaje w pamięci to jakiś wielki chaos. Raz silniej wraca we wspomnieniach to, raz tamto.

Gdy próbuję zapisać jakieś fakty, tracę czasem pewność, czy było tak, czy może nawet trochę inaczej. To nie dziennik spisywany na bieżąco, a wydarzenia przepuszczone przez filtr czasu, zniekształcone słabnącą pamięcią. Z dystansu chciało by się coś upiększyć, nadać opisywanej historii cechy jakieś niezwykłości. Utwierdzić się samemu w tym, że to co kiedyś przeżywaliśmy, było ciekawe, jedyne, choć najczęściej tylko dla nas samych.

Czasem wydaje mi się, że czego dziś nie zanotuję, mogę już jutro nie pamiętać. Notuję więc często jakieś fragmenciki wydarzeń, bez wyraźnego szerszego kontekstu. Z moich doświadczeń plastycznych wiem, że można z różnych, często pozornie nie związanych ze sobą fragmentów zbudować jakąś całość spojoną wykoncypowaną ideą.

Pamięć przepełniona

Pamięć przepełniona

Już wiem, a raczej wydaje mi się, że SZTUKA TO ZAPIS CZASU, albo inaczej, że SZTUKA TO ZNAKI, CZY REZULTAT RADOŚCI TWORZENIA. Nie twierdzę, że mnie się to udało. Nie zdążyłem i mam już mało czasu. W ostatnich dniach przed 1. Listopada pojawiają się momenty cmentarnego ożywienia. Potrwa to jeszcze trochę, wszystko będzie tam przez jakiś czas bardzo kolorowe aż przymrozki zeszronią kwiaty na mogiłach, proces gnilny będzie trwał tak na górze jak i w dole. Normalna kolej rzeczy. Śnieg wszystko pokryje, nastanie zima. Czas wypełniony bielą. Oj płynie nam ten czas, od świąt do świąt. A my nawlekamy na sznur pamięci nowe wspomnienia, drobne, ważne i nieważne. Kiedyś wokół tych dni jak te, co minęły, wspominałem i wyliczałem wszystkich kolegów, bo nie sprawiało to jeszcze trudności. Dawniej było ich mniej w wyliczance, a pamięć o nich znacznie lepsza, bo jeszcze świeża. Teraz nie zdołam już pomyśleć o wszystkich, którzy odeszli, przypomnieć sobie ich twarze, postaci. Utworzyłem w mym zbiorze zdjęć folder noszący tytuł: Koleżanki i koledzy. W dni takie jak teraz wspomagam pamięć fotkami, by wróciły na chwilę postaci tych, których już nie ma. Sam stoję przed smugą cienia, ta słoneczna strona została już prawie za mną. Trudniej mi przychodzi coś zanotować, wydarzenia z nieco zamglonej przeszłości wracają już z trudem. Mniej piszę, nie maluję prawie wcale. Wolę fotografować. Pozornie idzie to łatwo, lekko i przyjemnie. Na pozór. Trudniej sprawom lekkim nadawać cechy sztuki. Czasem się coś wybierze. Komputer już pęka w szwach. Ciągle na ekranie miga ostrzeżenie. Pamięć przepełniona. Kolejnego życia jeszcze raz od samego początku nie będzie. Dysk pamięci można w komputerze wymienić. Odżyje. W własnej pamięci tkwi piosenka z dawnych lat: NIC DWA RAZY SIĘ NIE ZDARZA... Wczoraj w nocy oglądałem film amerykański z Penelopą Cruz. Późna, odwzajemniona miłość starego profesora do młodej dziewczyny. Komplementował ją, że tak cudownych piersi dotąd nie widział. Pokochali się. Chciała go zapoznać ze swymi rodzicami. Na przyjęcie do nich nie dotarł. Ich kontakt urwał się odtąd na zawsze, nie spotkali się już więcej. Po latach zadzwoniła do niego w sylwestrowy wieczór. Poprosiła go, aby jeszcze raz sfotografował ją nagą. Przyznała się, że wkrótce będzie miała amputację obu piersi. Ma już skrajnie rozwinięty nowotwór. Nie wiadomo ile czasu jej zostało. A jeśli przeżyje, pozostanie znacznie mniej urodziwego ciała tej dawnej dziewczyny, którą znał i podziwiał. Kim będą teraz dla siebie? Zbliżą się jeszcze do siebie jego starość z jej gwałtownie amputowanym czasem młodości?


***

Pancerfaust

Pancerfaust


Wiosną 1946 roku, my, już nie dzieci, a wyrostki, wzięliśmy znowu w posiadanie nasze tereny blisko lasu i stawów przy starej Rudzie. Te okolice stały się teraz bezpieczne, bo Rosjanie rozminowali tereny swych wojennych umocnień i zostawili tam napisy min niet. Teraz było już tutaj bezpiecznie po tych wielu tragicznych wypadkach na skutek wejścia na miny.

W zaroślach olchowego lasku w pobliżu pierwszej rzeki zaczęły się pojawiać pary szukające odludnych miejsc. Nas młodzików bawiło skradanie się w zaroślach tak jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i bawiliśmy się tam w gry z chowaniem się i poszukiwaniem, co nazywaliśmy z niemiecka riter i rojber. Teren był nam doskonale znany i z łatwością odnajdywaliśmy pary ukryte w zaroślach. Mieliśmy złośliwą uciechę, gdy mogliśmy taką parę spłoszyć i nie zostać samemu rozpoznanym. Rzucaliśmy po odkryciu pary jakieś gliniane kulki w jej kierunku i najczęściej płoszyliśmy ją znienacka. Któregoś razu kolega skradając się przez szuwary, prawie że się nie położył na leżącym tam pancerfauście. Bardzo się przeraził, bo mógł przez nieuwagę odpalić tę broń przeciwczołgową i zaklął niechcący dość głośno, wypowiadając słowo kurwa. Usłyszał to dużo starszy od nas chłopak i widocznie sądził, że dotyczyło to jego dziewczyny, z którą się ściskał w zaroślach. Wyskoczył znienacka z ukrycia, dotarł kilkoma susami do miejsca, skąd usłyszał głos mego przeklinającego kolegi. Ten zdołał już wcześniej uciec. Zaraz rozległo się inne przekleństwo: pierona i rozległ się słabszy wybuch z syczeniem i natychmiast kawałek dalej duża eksplozja. Rozbłysk i wielka chmura dymu. Zeszłoroczne wysuszone trzciny na brzegu stawu zaczęły się palić. Starszy chłopak, który gonił mego kolegę wpadając na nią musiał niechcący uruchomić tę wyrzutnię przeciwpancerną. Okazało się, że w pobliżu było jeszcze kilka par, które w popłochu uciekały i w biegu ubierały pozdejmowaną odzież. Trochę to komicznie wyglądało gdy ktoś skakał w jednej nogawce spodni, bo wybuch był groźny.

Skąd ten pancerfaust tam w pobliżu stawu? Przy słabym zaopatrzeniu powojennym zdarzało się, że niektórzy łowili ryby na stawach wspierając się środkami wybuchowymi. Dynamit był łatwo dostępny. Wybuch panzerfaustu też potrafił ogłuszyć ryby, które potem można było zebrać z powierzchni wody. Widocznie ktoś zgubił ten egzemplarz właśnie tam, albo musiał się go szybko pozbyć.

Gdy po chwili wszystko się uspokoiło, zrobiło się cicho, my z kolegami rozebraliśmy się do spodenek, by wejść do wody i znaleźliśmy trochę ogłuszonych ryb. Cóż, jedni mieli przerwane randki, a my ryby. Czasem słyszałem takie powiedzenie: albo pipka albo rybka, a może być i na odwrót.

Pierwsze fotografie

Pierwsze fotografie

Miałem wtedy dziesięć lat, gdy z okazji pierwszej komunii otrzymałem w prezencie aparat fotograficzny. Był on bardzo prosty, miał dwie możliwości wykonania zdjęcia. Oznaczone one były słonkiem lub chmurką. Wymiar filmu wynosił 4,5 x 6cm na 12 zdjęć. Otrzymałem go z jednym filmem założonym w aparacie. Podarował mi go pan B. nasz zaprzyjaźniony sąsiad kolejarz, a nabył go gdzieś podczas kolejarskich wyjazdów w jakimś lepiej zaopatrzonym mieście niż Rybnik. Pan B. pouczył mnie, jak postępować przy robieniu zdjęć. Był zapalonym amatorem fotografem, posiadał dobry aparat, bo Kodaka. Umieszczał go na statywie i wykonywał nam zdjęcia przy różnych towarzyskich okazjach. Pamiętam, że po ustawieniu nas dzieci zawsze odzywał się: uwaga, nie ruszać się, patrzeć tu, bo zaraz z aparatu wyleci ptaszek. Jednak żadnego ptaszka nie zobaczyłem od razu, ani gdy oglądałem potem te zdjęcia w mamy albumie.

Kiedyś, po wielu latach, gdy przeglądałem swoje zasoby zdjęć, by je przegrać na nośniki cyfrowe, odkryłem małe niezbyt wyraźne zdjęcie kozy. W pierwszym momencie chciałem je usunąć jako bardzo nieudaną fotkę bez pamiątkowej wartości. Zdjęcie leżało jakiś czas jeszcze na biurku i gdy na nie zerknąłem, przyszło olśnienie. Był to POWIDOK, moja pierwsza fotografia. Mało udana, ale ile wspomnień. Zaraz ją skopiowałem do komputera i obrobiłem cyfrowo. Na ekranie monitora zobaczyłem dużo więcej, niż na małej odbitce. Odkrycie jak na filmie Powiększenie.

Na zdjęciu zrobionym najwyraźniej na naszym podwórzu obok ławki stojącej przy płocie ogrodu naszych gospodarzy, zobaczyłem teraz szczegół niewidoczny na małej odbitce. Koza zjadała resztki gazety. To był Der Oberschlesische Wanderer, tutejsza miejscowa gazeta codzienna wydawana w Gliwicach. Pozostało jeszcze kilka liter widocznych z winiety i kawałek głównego tytułu dnia: … erobern Kreta. Tomusiało być z maja 1941 roku, gdy spadochroniarze niemieccy zdobyli grecką wyspę Kretę. W tym czasie miałem i inne przygody z pożerającymi papier kozami, choć nie pamiętam czy tą, czy tą drugą, bo nasi gospodarze hodowali dwie kozy, czarna i bialą. Nam dzieciom sprawiało satysfakcję, gdy te goniły za kawałkami papieru gazetowego. Podczas czyszczenia chlewa były wypuszczane na podwórze. Pamiętam jak w czasie przed pierwszą komunią, mieliśmy na lekcjach katechizmu naukę spowiedzi i szło nam to w ogóle niezbyt sprawnie, bo w połowie musieliśmy przejść z języka polskiego na niezbyt dobrze opanowany niemiecki. Siedziałem wtedy na podwórzu na ławce i tam „opracowywałem swoje grzechy na piśmie”. Było to tuż przed próbną spowiedzią w konfesjonale. Na chwilę podszedłem do mieszkania po inny ołówek i pozostawiłem kartkę na ławce przy katechizmie. Gdy wróciłem, zobaczyłem obie kozy przy ławce, ale brak było kartki na katechizmie. Domyśliłem się, że to sprawka kóz, Tylko która, czarna, czy biała pożarła moje grzechy? Na czarną czasami gospodyni wołała ty dioblico. Czyżby czarna rogata diablica sięgnęła po moje grzechy? Przeraziłem się trochę. Pomyślałem też o piekle, ale bardziej przeraziło mnie to, że jeszcze raz będę musiał robić rachunek sumienia i grzechy recytować z pamięci. A jak o którym zapomnę, to pójdę do piekła?

Po wielu latach fotografowałem kozy podczas pobytów w skansenie w Chorzowie oraz duże stada na wyspie Rodos, gdzie się wspinały po skałach. Za te zdjęcia nie byłem już ani karany, ani nagradzany.

Przypominam sobie jeszcze inne zdjęcie, które zrobiłem i też spowodowało niezbyt przyjemne skutki dla mnie. Nie to, co na zdjęciu utrwaliłem, a co potem odczułem. U naszych sąsiadów o dwa domy dalej, miałem kolegę w moim wieku, którego starszy brat hodował gołębie, które postanowiłem fotografować. Skończyło się na jednym nieostrym zdjęciu z wzlatującym gołębiem, nałożonym nie chcący na inne już wcześniej naświetlone ujęcie. Była na nim już sfotografowana wcześniej koza i na tym podwójnym zdjęciu gołąb jakby siadał na rogach kozy. Czarny gołąb na białej kozie. Istotniejsze jednak to, co nastąpiło zaraz po zrobieniu zdjęcia. To był nowo zakupiony gołąb, teraz powoli przyzwyczajany do nowego miejsca, pierwszy czy drugi raz dopiero wypuszczony poza wnętrze gołębnika. Dla mnie fotografującego był zbyt schowany i pomachałem by się ruszył, ale on się przestraszył i odleciał. Po prostu uciekł nowemu właścicielowi. Starszy ode mnie chłopak nie rozliczał się z tego powodu ze mną, a poszedł do mego taty, by uzyskać ekwiwalent za utraconego z mojej winy ptaka. Brat kolegi uzyskał od taty swoją rekompensatę za poniesioną stratę, a ja lanie za to, że wyrządzam szkody w obcych miejscach. Fotoreporterem nie zostałem. Co prawda po latach pracowałem jako operator telewizyjny przy reportażach, ale to było w czasach gdy TV była wielką nowością i atrakcją, gdy nikt nie zwracał uwagi na ewentualne szkody, jakie mimo woli wyrządziliśmy, co niestety się zdarzało.

***

W czasach zarazy, w maju 2020

.

Pierwszy kajak

Pierwszy kajak

W dzieciństwie zauroczyły mnie kajaki pływające na stawie kąpieliska Ruda. Od czasu do czasu przeglądałem pismo dla dzieci „Płomień słońca”, gdzie zobaczyłem zdjęcia ze spływów kajakowych, co jeszcze bardziej pobudziło moją fascynację kajakami.

Wielkim przeżyciem było dla mnie, gdy mnie tata zabierał na kajak wynajęty na godziny.

Kiedyś, a miałem chyba dziesięć lat, odkryłem w „pierwszej rzece” (właściwie kanale, a rzekę Rudę nazywaliśmy „drugą rzeką” ) porzucony, podtopiony kajak. Niewiadomo skąd tu dopłynął, zanim utkwił zaczepiony w zarastającym brzegi tataraku. Poleciałem do domu po Bolka, młodszego o dwa lata brata, aby wspólnymi siłami spróbować wyciągnąć kajak. Bolek chętnie pomagał, bo mu obiecałem, że popłynie ze mną na daleki spływ Rudą. Musieliśmy się bardzo wysilić, zanim się nam udało wyciągnąć kajak na brzeg. Woda szybko wyciekała, bo kajak był mocno podziurawiony. Pożyczonym wózkiem zawieźliśmy tę zdobycz na podwórze sąsiadów, gdzie właśnie smołowano dach i użyczono nam trochę płynnej jeszcze smoły do zasmarowania kajaka, w którym przedtem pozatykaliśmy dziury różnymi gałgankami. Wysmarowaliśmy cały kajak, zarówno spód jak i górę, przekonani, że w ten sposób kajak został odnowiony. Nasz kajak, kiedyś czerwony, był teraz całkowicie czarny.

Zaraz zawieźliśmy naszą zdobycz nad rzekę. Kajak udało się zwodować i zobaczyliśmy, że trzyma się na powierzchni wody. Nie byliśmy dosyć cierpliwi, aby zaczekać do jutra, aż smoła całkowicie wyschnie. Wioseł nie mieliśmy jeszcze, więc postanowiliśmy dziś popłynąć kawałek dalej z prądem, aby kajak schować głębiej w szuwarach, a jutro dotrzeć aż do kąpieliska Ruda. Pierwszy wgramolił się do środka Bolek, który był znacznie lżejszy niż ja. Kajak zanurzył się tylko nieznacznie. Teraz przyszła kolej na mnie. Jakoś pokonałem trud zaokrętowania się, ale niestety, kajak zaczął się zanurzać i coraz bardziej wypełniać wodą. Tonęliśmy. Rzeka wprawdzie miała tylko metr głębokości, ale ulegliśmy panice i wydostając się z wnętrza kajaka przewrócił się i na chwilę do góry dnem. Czepialiśmy się go, jakby to była wywrotka na głębokiej wodzie. Kajak szybko zatonął i przestał być naszą ostatnią deską ratunku, bo tak naprawdę, to nic nam tu nie groziło. Na dno poszły na długie lata marzenia o pływaniu na własnym kajaku.

Nasz pierwszy kajak, obciążony nadmiernie ciężką smołą pozostawiliśmy już rzece. To co nam pozostało po nim, to sporo tej czarnej mazi na nas. Obaj byliśmy nią wysmarowani i ogarnęła nas rozpacz, bo wzajemne szorowanie się gliną i piaskiem w rzece na nic się nie zdało. Przypomniałem sobie, że w piwnicy pozostały resztki terpentyny po ostatnim malowaniu delówek, czyli naszych podłóg. Udało nam się jakoś z trudem i dosyć boleśnie wytrzeć smołę ze skóry. Gdy mama zobaczyła nas rozebranych, dziwiła się że słońce nas tak mocno przypiekło na czerwony kolor, choć dzień był raczej pochmurny. Zarumieniona skóra piekła przez kilka dni, ale wkrótce o tym zapomniałem. Po latach dopiero miałem swoje własne kajaki. Do dziś tkwią w piwnicy dwa składaki, których smołować już nie trzeba. Odbyłem na nich różne spływy także z naszymi synami i wakacyjne pływania z żagielkiem na różnych akwenach, ale najwięcej radości sprawiały mi niedzielne, jednodniowe spływy Skawą, a dalej Wisłą do Krakowa. Zawsze urzekał mnie mijany po drodze przepiękny przełom pod Tyńcem. Na brzegu często obserwowały mnie dzieci. Czy one też marzyły o swoim pierwszym kajaku?


Katowice, 9 listopada 2004

PIES

PIES I ONI


Oni mieli psa. Ona, gdy bywała sama tuliła się do niego. On też przytulał psa, gdy wracał zmęczony po pracy. Oni nie tulili się do siebie.





Katowice, 23.11.2009

Podróże do krainy zapomnienia

Podróże do krainy zapomnienia


Najdziwniejsze, że nie wyruszam gdzieś w głąb tej krainy, a docieram w bezsenne nocne godziny tylko do jej peryferii. Powstają wtedy dość kruche konstrukcje wspomnień z nagle pojawiających się porwanych strzępów dawnych wydarzeń. Myślę jak to rano zapisać, ale niewiele z tego pozostaje w pamięci do następnego dnia. Wydaje się, że to bardziej sposób na szybsze przywołanie snu.

Zdarza się, że gdy rano coś zapamiętałem i spisuję to, nie zawsze tworzy się z tego jakaś całość, bo wiele detali podczas snu już poznikało. Zastanawiam się wtedy, czy to było tak, a może nawet inaczej. Podobnie jak to czyniłem przy malowaniu, szukałem jakieś wersji, która współgrała by z całością. Nie zawsze malowałem to, co widziałem, oglądałem, a tworzyłem kształty, konteksty form, które sam wymyślałem. To takie tworzenie słowami treści, których się samemu nie przeżywało, a komponowało na podstawie drobnych zaistniałych faktów, niekoniecznie z własnego życia. Dawało to impuls do tworzenia ciągów wydarzeń, aby opowiedzieć komuś jakąś historyjkę, która mogła, a może się naprawdę komuś, czy może nawet mnie naprawdę wydarzyła.

Polish Samuray Vodka

Polish Samuray Vodka


Było to w czasach telewizji czarno białej, po którymś z festiwali piosenki w Sopocie. W naszym ośrodku telewizyjnym przygotowaliśmy recital jednej z piosenkarek festiwalu, z Japonką Miki Nakasone. Scenografię zaprojektowałem w stylu japońskim, wykorzystałem elementy oparte na wzorach ze sztuki japońskiej. W tym czasie istniał w Katowicach sklep ORIENT, w którym były artykuły dekoracyjne pochodzące z Chin, czy Wietnamu. Nie było tam jednak niczego japońskiego. Dla mnie te wielkie porcelanowe wazy chińskie nie różniły się na pozór od japońskich. Zdobione były również napisami. Wykorzystałem te dzbany umieszczając w nich gałęzie sosny, czy wierzby japońskiej,

Piosenkarka przybyła do nas ze swym menedżerem i kompozytorem w jednej osobie. Sama nie mówiła w żadnym języku poza japońskim, a jej towarzysz bardzo słabo po angielsku. W studio przykuły jego uwagę chińskie wazy. Zdziwiłem się, gdy powiedział mi, że te japońskie napisy na nich, to mądre wschodnie sentencje o kwiatach, których jednak na angielski przetłumaczyć nie potrafi. Nie przeczytał tego przecież po chińsku, a po japońsku, bo znaki tego pisma wyrażają w obu językach to samo.

Po zarejestrowaniu recitalu spotkaliśmy się z japońskimi gośćmi na herbacie. Tę mieliśmy w naszym bufecie w dobrych gatunkach, ale niestety podawaną nie w porcelanowych filiżankach, a w szklankach, co ich bardzo dziwiło. Japończyk przyniósł olbrzymie pudło z japońskim poczęstunkiem. Wyglądało to jak duże pudełko z czekoladkami. Były w nim przegródki z różnego rodzaju drobnymi ciasteczkami. Na niektórych były przyklejone zielone bibułki. Myśmy je zrywali, co spotkało się z jego protestem. Pokazał nam, że należy to razem zjadać, ale nie potrafił wytłumaczyć dlaczego i co to jest. Poprosił o kartkę papieru i narysował statek z siecią z rybkami , ale napisane słowo fish przekreślił. Zrozumieliśmy, że to nie z ryb, a innych owoców morza, po prostu ze sprasowanych w bibułkę glonów. Wpadłem na pomysł, aby z bufetu przynieść butelkę ówczesnej wódki Myśliwskiej, na której etykiecie był jeździec z oszczepem. Byłem pewien, że naszego pisma Japończyk nie zrozumie, a więc wmówiłem mu, że ten jeździec na koniu, to samuraj. Miało z tego wynikać, że to polska SAMURAY VODKA. Nie wiem, czy uwierzył w to, podobnie jak w te wazy japońskie.


Katowice, listopad 2007.

poprawiony THE OLD PAINTER

The Old Painter


The old artist painted a landscape on his huge canvas, a picture of a sunset over a homely little town, near the mountains. He managed to hang the painting on his balcony, so that the neighboring block, which completely obstructed his view of the sky, was covered. He remembered the days of his childhood. Sometimes he could hear the tolling bells of the church tower in the distance. Sunset went on and on, only time stopped, and the painter was more and more tired.

One day he fell asleep in his chair, as the day was humid – a storm was brewing. Behind the canvas the weather changed, a strong wind suddenly started to blow. The painter awoke with great trepidation and watched as the torn canvas flew from the frame, like an ancient bird, hurried by a gale. Something broke in the old man. He won’t paint another landscape ever again. His heart was as cold as the concrete of which the neighboring block was made.

Far from the town, in a small garden someone found the torn canvas, glad he would have something to impregnate the roof of his patio. He didn’t spare a glance for the painting, as he considered looking at art a waste of time. The old painter never learned of that, however. He fell into the deepest of dreams for ever.


Spring 2005

PORANNE, POSENNE

Poranne, posenne


Obudziłem się o wpół do szóstej, bardzo wcześnie, ale może dlatego, że poszedłem już około 22.00 spać. Czy sen był tak intensywny, że wymagał, by go dalej na jawie analizować? To nie była jakaś ciągłość marzeń sennych, takich jakby nanizanych na jednej nici następujących po sobie faktów. Wszystko się mieszało i jeszcze w śnie czułem się zdenerwowany, bo nie potrafiłem uporządkować tych wydarzeń, faktów, ludzi i umiejscowić to w czasie. Gdy się obudziłem, nie potrafiłem tej sennej rzece nadać odpowiedniej nazwy. Wiedziałem, że chodzi o pojęcie na literę M. Szukałem słów na tę literę , ale mi się wszystko mieszało. Fakty, a raczej półfakty zapętliły się w czasie. Postanowiłem dziś wcześniej wstać niż zwykle i zaraz włączyłem komputer. Najbardziej odpowiadało mi słowo MAGMA. To coś, co nie ma wyraźnego kształtu i nie zawiera żadnej istotnej treści. To magma czasu w której dziś nad ranem tkwiłem. Wyjść z czasu, by potem ciągle uciekać w magmę zapętlonych myśli?


6.04.2013.

Posenne Miałem sen w którym nieżyjąca Halina dzwoniła do Ireny

Posenne

Miałem sen w którym nieżyjąca Halina dzwoniła do Ireny, by pożyczyła jej tubę farby olejnej i oddała w jej imieniu Dance Ch., która co dopiero zmarła. Józek mógłby ją na pogrzebie wrzucić do grobu Danki, tak zadysponowała Halina. Byłem nad grobem Danki, ale nie wrzuciłem do grobu tuby farby olejnej, bo nie wiedziałem o jaki kolor chodzi. Tego Halina w śnie nie powiedziała. Pozostają więc niektóre długi na wieczność.


05.08. 2014.

Powiedziałem memu synowi

Powiedziałem memu synowi, że ożenisz się z dziewczyną, którą ci wybiorę.

On odpowiedział: Nie.

Odpowiedziałem mu: Ona jest córką Billa Gates. Na to odpowiedział : OK

Powiedziałem Billowi Gates : Chcę by Twoja córka wyszła za mego syna.

Bill Gates powiedział : Nie.

Powiedziałem Billowi Gates: Mój syn jest dyrektorem Światowego Banku. Bill Gates powiedział: OK

Zadzwoniłem do prezesa Światowego Banku by uczynił mego syna dyrektorem banku.

Odpowiedział: Nie.

Powiedziałem mu, mój syn jest zięciem Billa Gates.

Na to odpowiedział: OK


Tłumaczenie

Przepowiednia

Przepowiednia

Przychodzi czas

Przychodzi czas na zamkniecie kurtyny nad teatrem wspomnień. Coraz częściej przypominam sobie kogoś z dawnych lat, jakieś wydarzenie i chciałbym porozmawiać jak kiedyś, o czymś powiedzieć, czego się poprzednio nie zdążyło. Niestety, dziś już za późno. Ktoś odszedł całkowicie, a ktoś inny niby jest, ale już w smudze cienia swej pamięci. Czy sens jest żałować, że wcześniej się nie rozmawiało, nie mówiło o tym, co takie proste i zrozumiałe? Wszystkie przemyślenia, do których samotnie dochodziłem są już tylko moimi własnymi, nawet gdyby się było nimi z kim podzielić, napotkałyby na niezrozumienie. Zabrakło tych wspólnych przemyśleń, wyciągania wniosków. Zostajemy ze swymi przemyśleniami sami, nie znajdujemy potwierdzenia. Nie ma powrotów do dawnych spotkań. Dzieli nas czas i odległość Może sprawdza się teoria astrofizyków, że świat się coraz bardziej poszerza, wszystko się od siebie oddala. My też od tego, co kiedyś było nam bliskie. Odchodzimy w nieskończoność. Tam, gdzie już nie ma wspomnień.


27.03.2019

Przygody scenografa na planie zdjęciowym

Przygody scenografa na planie zdjęciowym


Zdarzyło mi się to przy programie rozrywkowym reżyserowanym przez Jerzego Michotka na scenie Pałacu Młodzieży w Katowicach. Program nie szedł na żywo, a był rejestrowany, czyli ciągle przerywany. Publiczność była z konkretnego zakładu pracy, który władze uważały za godny uhonorowania programem rozrywkowym. Poza występami piosenkarzy, czy baletu, przedstawiano tak zwanych zasłużonych przodowników, jak to było wówczas w zwyczaju. Pracownik mógł sobie życzyć jakiegoś konkretnego wykonawcę, piosenkarza czy nawet numer cyrkowy. Był ktoś, kto prosił o jakieś groźne zwierzę w występie cyrkowym na scenie. Trudno było sprowadzić w tych warunkach naprawdę duże zwierzę, jak na przykład lwa, czy tygrysa. Skończyło się na dużym zwierzęciu, ale tylko jeśli o długość chodzi, choć też bardzo groźnym. Był to wąż boa. Okaz prezentował się wspaniale. Został przed programem dobrze wykarmiony, co było widać, bo boa był szczególnie gruby i leniwy, zajęty najwidoczniej trawieniem. W trakcie niemrawego popisu z leniwym wężem uniesionym wysoko w górę, nastąpiło tak zwane wypróżnienie się zwierzęcia, czynność fizjologiczna nie mieszcząca się w scenariuszu widowiska. Wyglądało to, jakby ktoś wyciskał z długiej olbrzymiej tuby całą jej zawartość. Urodziwa asystentka pogromcy boa poślizgnęła się i prawie że nie wpadła w tę masę gigantycznych odchodów. Występ został zaraz przerwany, ale brawa były niesamowite pomimo niedokończonego występu. Nastąpiła teraz konsternacja, reżyser krzyczał: niech ktoś z tym g…..zrobi porządek, ale jakoś nikt się nie kwapił. Jurek Michotek wyszedł na scenę i zaproponował, że może on w międzyczasie coś zaśpiewa, aż tamto zniknie. Stwierdziłem, że do dosłownie gównianej pracy naprawdę nie ma w ekipie telewizyjnej nikogo, więc sam wyszedłem przy otwartej kurtynie na scenę z łopatą i workiem ze sprzętu przeciwpożarowego, jaki się w przy każdej scenie znajdować musi. Przed swoją czynnością sceniczną ukłoniłem się publiczności i szybko uwinąłem się z tak zwanym mało higienicznym zagrożeniem. Ja też dostałem obfite brawa i zaraz po nich odezwał się reżyser do publiczności, aby jakoś skomentować przykry incydent i mnie wytłumaczyć. Jurek powiedział, że to ja jestem od projektowania i nadzoru dekoracji jako scenograf. Wiadomo, że w trakcie spektaklu trzeba zawsze coś w dekoracjach zmienić, coś wynieść, usunąć. On lubi ze mną pracować, bo wie że w każdej, nawet takiej gównianej jak ta sytuacji, może zawsze na mnie liczyć. Cały ten incydent nie wszedł do programu i nie zyskałem gównianej sławy.

Puste ramy

Puste ramy


W czwartek 25. stycznia odbył się pogrzeb Jurka Pitery (*1933 -+17.01.2007), poety, grafika , malarza i także scenografa w Telewizji Katowice. O śmierci Jurka dowiedziałem się z maila od Henia Bz., który nadesłał mi też kilka zdjęć Jurka wraz z krótkimi anegdotami o nim. Pogrzeb był dość okazały i zaczął się mszą w kościele Mariackim dzięki staraniom tamtejszego proboszcza, który cenił go jako artystę i człowieka bardzo związanego z życiem parafialnym Kościoła Mariackiego. Jurek żył samotnie i ostatnio chorował. Ostatni raz Jurka spotkałem w mieście dwa miesiące temu. Był w dobrym nastroju i mówił, ze już był prawie po drugiej stronie, ale o szczegółach nie chciał mówić. Jurek zawsze bywał tajemniczy, lubił się o czymś jednym zdaniem pochwalić, zaznaczyć, że to co teraz robi będzie naprawdę wydarzeniem. Był egzaltowanym introwertykiem i przeżywał swoje sukcesy i porażki po swojemu. Pracował jakiś czas jako pedagog i miał dobry kontakt z młodzieżą. W ostatnich latach żył bardzo skromnie, bo jak większość artystów w naszym wieku mógł liczyć tylko na niezbyt pokaźną emeryturę.

W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, aż do stanu wojennego spotykałem się z Jurkiem bardzo często w TV Katowice, gdzie jako główny scenograf miałem możność angażowania go do opracowań licznych scenografii. Jego specjalnością były programy muzyczne, jak recitale i programy poetyckie. Jurek wypracował sobie swój bardzo oszczędny, pełen metaforycznych symboli styl. Poznałem go też jako doskonałego gawędziarza, bywał przecież także poetą, więc te opowieści były zawsze bardzo górnolotnie ze swadą podawane. Częstym tematem były historyjki związane z wędkarstwem, ponieważ Jurek był także zapalonym wędkarzem. Później były nasze spotkania już bardziej sporadyczne i niestety, tematem bywało to, co już w naszym wieku istotne, nasze niedomagania zdrowotne. Nie było w tym pesymizmu i narzekania, bo Jurek miał zawsze jakieś plany i próbował je mimo wszystko zrealizować. W drodze do kościoła wstąpiłem do znajomego ramiarza przy ulicy Mariackiej. Nic nie wiedział o śmierci Jurka, który jeszcze niedawno zamówił kilka ram do swych najnowszych prac. Niestety, Jurek nie wypełni ich już swymi obrazami i pozostaną na zawsze puste. Pozostanie także pustka po człowieku, po artyście.

Pytania

Pytania

Skoro tak filozoficznie kończysz, a mnie koniec  już bliski, to  pomijam początek o pogodzie. Na zadane pytania można odpowiedzieć jak w czeskim filmie: Nikt , nic, nie wie.  Można od nowa pytać dlaczego? Nie odpowiem Ci, tak jak nikt,  nie znam odpowiedzi, ale też mogę zapytać dlaczego nie ma odpowiedzi na te pytania? Niektórzy w ogóle nie pytają, bo wystarcza im to co tłumaczy im ich religia. Religie były już od dawna, są i będą, a różnią się w tłumaczeniach m. i. spraw ostatecznych. A jeśli istnieje gdzieś życie w kosmosie, gdzie może podobne istoty żyją, to i tak się nigdy z nimi nie skontaktujemy, bo i jak. Dzieli nas czas i przestrzeń. Nikt nam nie pomoże w zdobyciu  odpowiedzi na pytania które zadajesz. Nie Ty jeden. Szukajcie a znajdziecie, może i w błąd wprowadzać, jeśli ją zinterpretować: Pytajcie, a dostaniecie odpowiedź. Jeśli inni nie wiedzą, to czy wolno zadawać te pytania Bogu? Wygodne jest pytanie z odpowiedzią na Nie. Czy muszę wszystko wiedzieć? Marksiści mówili; Nie wiemy, ale będziemy wiedzieć. A może i tak: Wiemy bardzo dużo, ale wszystkiego nigdy wiedzieć nie będziemy. Zapytaj, a jeśli odpowiedzi nie usłyszysz, odpocznij, prześpij to, jutro możesz ponowić pytanie. Najważniejsze, to wiedzieć, komu zadać pytanie, sobie, innym, Bogu, a może nikomu? 

Radiowęzeł w akademiku

Radiowęzeł w akademiku


W domu akademickim krakowskiej ASP przy ul. Leya mieliśmy we wszystkich pokojach głośniki i działał nasz radiowęzeł. Były to czasy, gdy nikt jeszcze nie posiadał prywatnego radia. Na ogół transmitowano program Polskiego Radia. Duże uznanie zyskał Teatr Eterek o podobnym rodzaju humoru, jaki lansował wówczas krakowski Przekrój. Powodzenie miały programy z muzyką orkiestr Jana Cajmera i Jerzego Haralda. Mieliśmy też możliwość nadawania własnej muzyki z płyt. Czasem zdarzało się, że któryś z kolegów zdobył jakiś krążek z muzyką swingującą, nawet jazzową i mieliśmy okazję wysłuchania tego, czego w Polskim Radiu w tych czasach nie nadawano. Gdy zamieszkałem w domu akademickim radiowęzłem kierował późniejszy głośny grafik plakacista Romek Cieślewicz. Zawsze potrafił wygrzebać jakieś płyty z jazzem i je mieszkańcom udostępnić. Sam też zacząłem udzielać się w radiowęźle, pełniłem dyżury i dobierałem muzykę z dostępnych płyt. Tu jednak nie wykorzystałem już tego pomysłu, jaki kiedyś zrealizowaliśmy z Jurkiem C. w Rybniku, podłączając jego radio do sieci miejskich kołchoźników (głośników przewodowych) z audycją Wolnej Europy. Dokonaliśmy jednak z kolegami z radiowęzła innego żartu poprzez przełączenie głośników w części żeńskiej akademika na pracę mikrofonową. Wszyscy w pokojach męskich akademika mogli teraz choć w wielkim rozgardiaszu podsłuchiwać mniej czy bardziej zrozumiałe rozmowy koleżanek. Kilka wypowiedzi koleżanek było doskonale zrozumiałych. Później niektórym kolegom wydawało się, że rozpoznali kto mówił, a nawet że to właśnie o nich była ta plotkarska rozmowa. Jeszcze większą sensacją przeżyły koleżanki, gdy i one po chwili usłyszały rozmowy swoich kolegów, którzy teraz komentowali co przed chwilą usłyszeli z żeńskich pokojów w głośnikach. Po chwili pojawiło się sporo osób na dole przy portierni, gdzie znajdował się radiowęzeł i komentowało to dziwne zajście. Wytłumaczyliśmy wszystkim poprzez komunikat w radiowęźle, że nastąpiło nieprzewidywalne zwarcie na linii, które stało się przyczyną zaistniałego zjawiska. Mówiło się potem, że kilka par zostało skłóconych, a niektóre koleżanki podejrzewały, że są na podsłuchu. Przez jakiś czas było mniej plotek towarzyskich.

Robaczki świętojańskie

Robaczki świętojańskie


Na obozie harcerskim w Piwnicznej w 1947 roku odbywaliśmy długą wycieczkę - marsz górami, który przeciągnął się do głębokiej nocy. Trasa prowadziła lasem, dość wysoko, wzdłuż granicy polsko - czechosłowackiej. Było wtedy bardzo ciemno, przy silnie zachmurzonym niebie, tak że niewiele można było przed sobą zobaczyć. Szliśmy gęsiego, jeden bardzo blisko za drugim, by nie tracić kontaktu. Druh oboźny na czele posiadał latarkę i próbował nas odpowiednio prowadzić. Co jakiś czas trzeba było się zatrzymywać i odliczać, sprawdzać, czy się ktoś nie zgubił. Byliśmy bardzo zmęczeni i sam wtedy stwierdziłem, że można zasnąć idąc. Tej nocy latało wokół nas wyjątkowo dużo robaczków świętojańskich. W trakcie marszu złapałem kilka sztuk i zatrzymałem w dłoni. Zauważyłem, że razem dają silne fosforyzujące światło. Miałem w chlebaku butelkę po lemoniadzie i zacząłem do niej wrzucać wyłapywane po drodze świetliki. Koledzy mi skwapliwie pomagali i w krótkim czasie butelka była prawie pełna. Stanowiła ona dość dobrze widoczną latarnię, bo zauważono to moje światło z czoła pochodu. Drużynowy przekazał komendę, aby druh z dodatkową latarką, czyli ja poszedł na koniec idących gęsiego, tak aby można z czoła drużyny dostrzec koniec naszego pochodu. Były momenty, gdy ku mojemu zdziwieniu moja latarnia nagle gasła. Robaczki przestały nagle świecić, wszystkie jak na rozkaz, aby po chwili znów ta moja namiastka latarki rozjaśniła się fosforyzującym blaskiem. Późno w nocy dotarliśmy do obozu. Dotarli wszyscy, nikt się nie zgubił. Może to dzięki świecącym robaczkom świętojańskim? Nasz harcmistrz, profesor Libura po dojściu do obozu zażądał, abyśmy wszystkie robaczki natychmiast ostrożnie wypuszczali na wolność. Ze względu na wyższą konieczność nie zostałem tym razem skarcony za nieposzanowanie przyrody, jak to już miało miejsce na wcześniejszym obozie w Żybocinie, gdy budując kapliczkę obozową, ogołociłem z kory kilka brzóz.


Katowice, w październiku 2010

Ruska kura

Ruska kura

W maju 1945 roku do domu naszych gospodarzy, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie dokwaterowano do jednego pokoju kilku radzieckich żołnierzy. My, piątka rodzeństwa od dwu do 14 lat byliśmy ciągle głodni. Tata zaginął w wirze wojny gdzieś na zachodzie i mama z trudem mogła nas wykarmić. Zarabiała to praniem, to innymi dorywczymi pracami u ludzi, a rodzina też często pomogła czym się dało. Czasem nawet rosyjscy żołnierze dali kawałek boczku i chleba.

Wtedy mieliśmy już leciwą kurę, która nam od czasu do czasu złożyła jajo i było na makaron czy naleśniki. Jako że kura była stara, to pewnego dnia przestała po prostu żyć. Mama chciała ją ugotować, ale nie mogła się od razu zdecydować. Cóż to był za zbieg okoliczności, gdy nazajutrz żołnierze przynieśli mamie żywą białą kurę i poprosili o ugotowanie jej. Żołnierze, mimo że chłopy biegli w zabijaniu wrogów, ptaka nie zarżnęli. Mama wtajemniczyła mnie, że ruskim ugotuje tę naszą martwą kurę, a ja mam schować tę żywą kurę w naszej sypialni. Została ona częściowo zburzona od wybuchu rosyjskiego granatu zaraz na początku stycznia, gdy front dotarł do nas. Przywiązałem ją za nogę pod łóżkiem i tam ją dokarmiałem chrabąszczami i czym tylko się dało. Chyba dobrze o nią dbałem, bo za dwa dni odkryłem pierwsze jajo, które wdzięcznie zniosła za uratowanie życia. Ruskim nasza ugotowana kura bardzo smakowała, bo choć stara, to mięso długo gotowane już dobrze zmiękło. Posiłek zakropili obficie spirytusem i potem mamę chwalili. Następnego dnia wyjechali. Kurę mogliśmy wypuścić swobodnie na podwórze i wszyscyśmy ją wołali: cip, cip, „ruska”. Za bardzo to ona ruską kurą nie była. Jak to na wojnie, zarekwirowali komuś białą kurę rasy Leghorn, która odtąd pilnie znosiła nam jaja. Młodsze rodzeństwo się tylko dziwiło, dlaczego mama zamieniła się z żołnierzami na kury, skoro nasza była większa i taka bardzo kolorowa.

Różne podróże

Różne podróże


W czasach pracy w TV zdarzało mi się od czasu do czasu podróżować z kolegami różnymi środkami, najczęściej jednośladowymi, bo tych dwuśladowych było wtedy bardzo mało. Właściwie to samochód posiadał tylko reżyserzy Rysiek Barnert i Rysiek Zawadzki. Ten pierwszy posiadał ówczesny najmniejszy polski pojazd, jeden z pierwszych egzemplarzy MIKRUSA, nieudanego dziecka początków polskiej masowej motoryzacji na długo jeszcze przed Fiatem MALUCHEM. Drugi samochód był z tych największych jeżdżących z rzadka po polskich drogach olbrzymich amerykanów, jakiś stary Lincoln na sześć osób Ryśka Z.

Kiedyś pojechaliśmy w trójkę na transmisję do Wrocławia wspomnianym MIKRUSEM. Pasażerami byliśmy obaj z Ferdynandem Szypułą. Jazda tam odbywała się bez żadnych szczegółów godnych zapamiętania. Zmienialiśmy się co jakiś czas z F., bo na ciasnym i twardym tylnym siedzeniu było trudno dłużej wysiedzieć. MALUCH stanowił istny luksus wobec MIKRUSA. W drodze powrotnej Rysiu wydawał się nam bardzo senny, prawie zasypiał za kierownicą. Zaproponowaliśmy krótki postój. Wjechaliśmy na polną dróżkę między łanami zbóż. Rysiu położył się na trawie i natychmiast zasnął.

Po jakimś czasie postanowiliśmy spróbować jazdy samochodem po polnej dróżce, a właściwie ścieżce, która była wystarczająco szeroka dla tego pojazdu. F. miał świeżo ukończony kurs prawa jazdy, bo zamierzał kupić skuter. Ruszyliśmy, Ferdek okazał się sprawnym kierowcą i Rysiu chyba odjazdu swego samochodu wcale nie zauważył, bo zapadł w głęboki sen. Pojechaliśmy więc przed siebie, jakieś dwa kilometry w pola.

Niestety, droga nie kończyła się, nie mieliśmy jak nawrócić. Baliśmy się, czy R. się nie obudzi i gdy nas i samochodu nie będzie, mógłby próbować zatrzymać jakiś samochód i pojechać dalej drogą w przekonaniu, że za nami. Mógł pomyśleć, że coś się nam wydarzyło. Jako, że był to naprawdę mały samochód, postanowiliśmy go odwrócić „ręcznie”. Ferdek podniósł go z przodu, a ja z tyłu i ustawiliśmy go w kierunku powrotnym. Szybko dojechaliśmy na miejsce skąd wyruszyliśmy. Rysiu nadal smacznie spał. Gdy go obudziliśmy, spojrzał na samochód i powiedział, dobrze, że od razu wjechał tyłem w dróżkę, że możemy wsiadać i ruszamy, bo jest już wypoczęty.

Następny wyjazd do Wrocławia odbyłem już z F. na jego nowym skuterze Lambretta. Tym razem jazda odbyła się bez żadnych przygód. Przygodę mieliśmy jednak na krótszej trasie z Bytkowa do Katowic. F. zaproponował mi, że odwiezie mnie do domu, bo miałem do zabrania rulon dwudziestu arkuszy papieru bristolu do robienia projektów. Papier wziąłem pod pachę lewą ręką, a prawą usiłowałem się trzymać Ferdynanda. Po drodze zaczął siąpić deszczyk i kocie łby na jezdni stały się widocznie zbyt śliskie, bo na wysokości kościoła na Wełnowcu Lambretta weszła w poślizg i wywróciliśmy się na lewy bok. Nic nie jechało, nie mieliśmy żadnej kolizji . Upadek był prawie kontrolowany, bo na elastyczny rulon Bristolu. Ferdek zobaczył, że ja wstaję i zapytał czy mi się coś stało. Powiedziałem, że nic, tylko nie mam butów. W dziwny sposób wyślizgnęły się gdzieś dalej od miejsca upadku. Zaraz je znalazłem, buty nadawały się do użycia, tylko Bristol już nie nadawał się do użycia i zostawiłem go przy drodze w rowie. Ani Ferdek nie zaznał żadnego szwanku, ani Lambretta nie odniosła nawet najmniejszego zadrapania.

Sosna

Sosna

W poprzek leśnego traktu leży uniesiony nieco na swych grubych konarach potężny pień sosny. Leciwe drzewo spoczywało na wysokości metra. Chyba jedyne z pośród starych drzew, które wyrosło tu tak wysoko ponad cały las. Nie dało rady oprzeć się huraganowej wichurze, która je powaliła. Jeszcze parę tygodni temu stało tu dumne, bo najwyższe w całym lesie. Zwracało też uwagę kolorem swych błękitno zielono ubarwionych iglastych gałęzi. Sosna rozkładała je bardzo szeroko, tak wiele ich miała, jak rzadko które z tych leciwych drzew. Dopiero teraz, gdy połamana leżała na dnie poszycia leśnego, można było zobaczyć z bliska jakie to potężne drzewo zwalił ten huraganowy wicher. To drzewo wyrastało zbyt dumnie ponad inne szczyty drzew. Zostało pokonane i tarasowało teraz powalone drogę w głąb lasu. Ani nad pniem przejść, ani pod nim, bo taki potężny, że trzeba dokoła obejść lasem. Pozostał w pamięci żywiczny zapach połamanego drzewa, a na zdjęciu utrwalona leśna przeszkoda. Duża masa drewna dla tartaku. Będzie sporo desek, a z nich co? Nowe stoły. Łóżka, a może i trumny?


***

7. lipca 2020

STARY MALARZ

Stary malarz

Stary malarz namalował na dużym płótnie pejzaż z zachodem słońca nad sielskim podgórskim miasteczkiem. Udało mu się ten panoramiczny obraz tak zawiesić na balkonie, że przysłonił nim widok na sąsiedni blok, bo nigdy nie polubił tego miejskiego pejzażu. Siadał naprzeciw i patrzał na ten nowy widok, na tę zręcznie namalowaną dal z odległymi górami. Przypominało mu to jego dawne strony rodzinne. Czasami miał wrażenie, że słyszy bicie wieczornego dzwonu z odległej kościelnej wieży. Zachód słońca teraz trwał i trwał, czas się zatrzymał. Malarz czuł się już coraz bardziej zmęczony.

Pewnego dnia zasnął w fotelu, bo dzień był parny i przedburzowy. Nie widział, jak bardzo zmieniła się pogoda za malowidłem, gdy nagle zerwał się gwałtowny wicher. Malarz obudził się z przerażeniem gdy zobaczył jak podarte płótno wyrwane z ram poleciało niczym jakieś przedpotopowe ptaszysko gnane wichurą. Coś się załamało w starym malarzu. Wiedział, że nie namaluje już powtórnie tego widoku. Jego serce stało się ciężkie jakby było z betonu, z którego budowano te wszystkie bloki dokoła. Niedaleko za miastem, w ogródku działkowym ktoś znalazł rozdartą płachtę z malowidłem i był uradowany, że miał, czym uszczelnić przeciekający dach altanki. Płótno było doskonale zakonserwowane farbą olejną. Na malowidło nawet nie spojrzał, bo oglądanie obrazu wydawało mu się mało praktyczne.

Stary malarz już się o tym nigdy nie dowiedział, bo zapadł teraz w ten najgłębszy ze wszystkich snów.

***

Katowice, 21.06.2004.

Studenckie zarabianie

Studenckie zarabianie


Podczas roku dyplomowego na ASP szukałem doraźnych prac zarobkowych. W Krakowie, był nadmiar plastyków i było trudno coś zarobić. Spróbowałem więc w Rybniku, w moim rodzinnym mieście przy dekoracjach reklamowych okien sklepowych. Już wcześniej w czasie studiów zachodziłem tam do pracowni dekoratorów sieci sklepów MHD, gdzie spotykali się miejscowi „artyści” i różne nawiedzone bratnie dusze. Kierownik był bardzo towarzyskim panem o nienagannych manierach i trochę ekscentryczny. Kiedyś było kilka osób i głośno w pracowni, gdy odezwał się telefon. Odebrał jak zwykle sam kierownik, mówiąc do telefonu dwukrotnie NIE WIEM. Zaraz oddał mi słuchawkę i usłyszałem w niej: Jestem nowym dyrektorem MHD, co za kpiny tam sobie robicie, jak nazywa się kierownik? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, NIEWIEM. Usłyszałem tylko jeszcze coś o bandzie zapitych idiotów i trzask rzuconej słuchawki. Pan kierownik zachował się naprawdę normalnie, on rzeczywiście nazywał się trochę dziwnie, bo Aladar Niewiem. Zdarzały mu się w związku z tym dziwne sytuacje już w dzieciństwie, ale to już inna historyjka. Często miewał tak zwane fuchy dekoracyjne dla nielicznych wówczas prywatnych właścicieli sklepów, które mi czasem odstępował. Byłem już trochę podkształcony w tym fachu i znałem wymagania zleceniodawców. Trzeba było przede wszystkim „wybić” okno, co nie znaczyło, że się tłukło szyby, a wytapetować wnękę. Dekorowało się zgodnie z porami roku, czyli na ogół raz na kwartał. Najważniejszy był teraz nowy wabik, czyli to artystyczne coś, co miało przyciągnąć uwagę klientów. W pracowni przygotowano przedtem dość dużego formatu lanszaft zgodny z porą roku. Były to wiosny z kwitnącymi sadami w górach, letni pejzaż nad jeziorem, jesienią były na drzewach ogniście kolorowe liście. Zimy bywały liryczne i musiały wywoływać świąteczny nastrój, ale bez skojarzeń religijnych. Takie były dekoracje dla sklepów, których kierownik był bardziej tradycyjny, gdzie indziej preferowano już „nowoczesność”, bez pejzażu, a tylko z symbolami danej pory roku. Wycinaliśmy je z tektury i malowaliśmy je. Zawieszaliśmy to na cieniutkich nitkach w przestrzeni okna wystawowego tak, aby miejsca na ekspozycję towaru prawie wcale nie było. Towaru też wówczas nie było zbyt wiele, szybko schodził z lady sklepowej i do dekoracyjnego trzymania w oknie go brakowało. Żyliśmy przecież w czasach permanentnych braków końca lat pięćdziesiątych.

Z tą nowoczesnością w dekorowaniu było często problematycznie. O tym przekonał mnie ów nowy dyrektor MHD. Byłem już wtedy absolwentem Akademii Sztuk Pięknych. Wraz z odwilżą szło i NOWE w sztuce. Zdobyłem wtedy umowę- zlecenie na dekorację dwudziestu okien wystawowych w Rybniku. Dokumentacja i płatności przechodziły przez kwesturę ASP w Krakowie. Musiałem tam zatwierdzać projekty w związku z tym musiały one być na poziomie tego, co oglądało się w wystawach sklepowych w Krakowie. Niestety od pana dyrektora MHD w Rybniku dowiedziałem się po tym, gdy zobaczył moją pierwszą dekorację „jakby krakowską”, że tu nie Paryż, ani Kraków, a prowincja i muszę okna tak dekorować jak tutejsi tego oczekują. Mówią, że sztuka nie zna kompromisów, ale życie je zna. Robiłem więc podwójne projekty. Jedne szły do zatwierdzenia w ASP, a inne do realizacji, tej tutejszej, tradycyjnej.. To co uchodziło studentowi, nie mogło być już kontynuowane przez dyplomowanego artystę. Czasem zdarzyło się, że kierownik sklepu próbował ubić ze mną dodatkowy interes, tak zwaną fuchę. Za specjalną gratyfikację malowałem ów pejzaż inaczej, nie farbami plakatowymi jak zwykle na arkuszu bristolu, a olejnymi farbami na płótnie. Po wystawie lanszaft zdobił w odpowiednich, najczęściej bogatych złotych ramach ściany mieszkania pana kierownika.

Styropianowa sztolnia

Styropianowa sztolnia


W latach sześćdziesiątych wystawialiśmy w TV Katowice sztukę teatralną wg powieści Albina Siekierskiego „Białe i czarne pióropusze”. Już tytułu wynikało, że to tematyka górnicza. Jedną z dekoracji, które musiałem zbudować, był chodnik kopalniany, tak zwana pochylnia. Reżyser Tadeusz A. chciał koniecznie zobaczyć przed pracami nad scenariuszem „spodek” kopalni, czyli miejsce, gdzie górnicy fedrują, wydobywają węgiel.

Mnie taki teren nie był już obcy, bo w klasie maturalnej, w 1950 mieliśmy obowiązkowe „dniówki niedzielne”, gdy musieliśmy pomagać „w planowym wydobyciu węgla” w pobliskich kopalniach. Byłem wtedy bardzo zaszokowany, gdy przyjechaliśmy po raz pierwszy do pracy na kopalnię Knurów. Na nadszybiu, przy wejściu do klatki wyciągu zobaczyliśmy żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego z bronią w pogotowiu. Stanowili tu wartę ochronną. Nic z tego nie rozumieliśmy i dopiero po zjechaniu na dół i udaniu się do chodników, gdzie fedrowano węgiel, zobaczyliśmy dziwne osoby w resztkach mundurów wojskowych, zarówno niemieckich jak i polskich. Byli to jeńcy niemieccy, najczęściej z SS i polscy więźniowie, skazańcy z formacji AK i NSZ. Pracą kierowali miejscowi górnicy, rzucający czasem niemieckie słowo polecenia, ale w zasadzie po pięciu latach pracy na kopalni Niemcy już doskonale rozumieli język polski. W naszym podręczniku do historii najnowszej czytaliśmy, że „AK stało z bronią u nogi i współpracowało z Niemcami”. Faktycznie, tu pod ziemią było dosłownie tak jak w podręczniku. Całkowita współpraca, choć mocno wymuszona. Jedni i drudzy byli nawet zadowoleni, że nie muszą wydobywać węgla dla Rosjan za kręgiem polarnym na dalekiej Syberii, a tutaj. W czasie przerwy śniadaniowej miejscowi górnicy dzielili się śniadaniem zarówno z naszymi jak i Niemcami.

Z reżyserem zjechaliśmy do chodnika wydobywczego w kopalni „Wujek”. Tadeusz A. wszystkiemu się bacznie przyglądał i pytał sztygara o różne sprawy. Ja zaś dogadywałem ewentualne wypożyczenie potrzebnego sprzętu, czyli rekwizytów. Mąż naszej telewizyjnej kierowniczki produkcji pełnił dyrektorską funkcje na kopalni, więc nie było problemów i obiecano nawet samochód z ładunkiem węgla. Miały to być duże bryły, jakie z reżyserem oglądaliśmy na dole kopalni. Część dekoracji podziemia kopalnianego musiałem zbudować z braku miejsca poza studiem, w innych pomieszczeniach, jak w korytarzu magazynów. Pochyły chodnik kopalniany wyglądał jak prawdziwy, było w nim dosyć ciemno, jak to pod ziemią. Na chwilę przed rozpoczęciem nadawania programu, a odbywało się to wtedy na żywo, wszyscy aktorzy byli już na miejscach. Tadeusz zszedł z reżyserki jeszcze na moment do studia aby dodać wszystkim odwagi i rzucić parę ostatnich uwag. W dekoracjach chodnika reżyser się potknął i upadł na zwały brył węglowych. Ku jego zdziwieniu wcale się nie potłukł, bo był to upadek na bardzo miękkie podłoże. W naszej telewizyjnej kopalni nie było wcale węgla, a styropianowe atrapy zręcznie przez pracowników spreparowane i pokryte błyszczącym czarnym tuszem kreślarskim. Wywrotka prawdziwego węgla nie dotarła do telewizji, a do czyichś piwnic. Niestety, teraz to co tak pięknie udawało prawdziwy węgiel świeciło bielą styropianu. Za chwilę miało nastąpić wejście na antenę. Nie było czasu na awanturę, bo reżyser musiał pędzić do reżyserki. Pracownicy dekoratorni przynieśli szybko parę litrów czarnego tuszu kreślarskiego i zaczęli spryskiwać i polewać styropian, tak aby na powrót mógł udawać węgiel. Na szczęście scena w chodniku nie odbywała się zaraz na początku. Aktorzy, świadkowie niedawnej przygody reżysera starali się omijać bryły udające węgiel aby nie rozdeptać styropianu. Po udanej emisji teatru reżyser powiedział, że węgiel wyglądał na ekranie jak prawdziwy i aż błyszczał. Jak to zwykle bywa, telewizja ma swoje sposoby, aby oszukać widza. Pomalowany styropian wyglądał lepiej, niż węgiel. W tym teatrze TV było jak u Szekspira: Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Nie było dochodzenia w czyich piecach palono węglem, który nie dotarł do studia.


Katowice, 1.03.2009

Szklane przyjęcie

Szklane przyjęcie


Niedługo po ukończeniu studiów na ASP nadszedł czas aby wstąpić do ZPAP. Stało się to tak jakoś mimochodem, bo byłem zbytnio zajęty pracą na etacie w telewizji. Ireny rodzice byli zaprzyjaźnieni z Elżbietą i Marianem Wyrożemskimi, znanymi malarzami mieszkającymi wówczas w Bytomiu. Bywały u nich huczne przyjęcia nie tylko suto zakrapiane, ale i z bogatym stołem z dziczyzną, bo jak wiadomo, Marian był zawziętym myśliwym. W jednym z takich przyjęć brał także udział Jacek de Gache, ówczesny prezes związku. Marian jak i Jacek byli uroczymi gawędziarzami i w ten sposób poznawałem tajniki z życia elit artystycznych regionu. Jacek i Marian zaproponowali mi niedługo wypicie bruderszaftu. Jacek dokonał przy tym szczególnego ceremoniału, bo po wypiciu wódki przegryzł kieliszek i zaczął szkło najnormalniej rozdrabniać zębami i połykać. Zagryzał to kawałkami tłustej dziczyzny jakby miał ostre szkło za nic i połykał je. Tłumaczył mi, że to nic takiego, bo trzeba szkło połykać nie sztorcem, tylko na płasko, aby się ślizgało. W tej sytuacji i ja spróbowałem tej szklanej degustacji. Jacek mnie przy tym instruował: nie miel teraz językiem, tylko mocno zębami, a potem unikaj sztorcowego łykania. Nie było konieczności by po chwili, ani za jakiś czas potem wzywać pogotowie. Jak się okazało, był to dla prezesa Jacka taki oryginalny sprawdzian, czy może mnie przyjąć do Związku Plastyków. Zaproponował mi, abym się zjawił w Katowicach w biurze zarządu, które się wtedy mieściło w narożnym budynku przy ul. Teatralnej i obecnej Alei Korfantego. Zostałem niedługo członkiem ZPAP, choć w pierwszym okresie nie miałem ze względu na pracę w telewizji na tyle czasu, aby się udzielać w związku artystycznie i towarzysko..

Tadziu

Tadziu K.


Tadziu był najpierw redaktorem muzycznym w Polskim Radiu, a z nastaniem telewizji już tu redagował programy. Poza tym tworzył własne scenariusze, w których realizacji miałem także swój udział opracowując do nich scenografię. Tadziu był również kompozytorem i miał na swym koncie muzykę do kilku filmów Bielskiej Wytwórni Filmów Animowanych. Był wspaniałym kolegą i duszą towarzystwa, bo świetnym gawędziarzem. Mimo, że często się bardzo jąkał, nie przeszkadzało to w wysłuchiwaniu jego dykteryjek. Tłumaczył nawet to swoje jąkanie, że jest inne, nie samogłoskowe, jakieś tam a, a, a…, lecz że jąka się tylko na niektóre spółgłoski i czuł się trochę arystokratą pośród jąkających się. O tym potrafił zabawnie opowiadać. Zdarzyło się kiedyś, że przy nadawaniu programu Tadeusza na żywo, jak to bywało w pierwszych latach naszej TV, siedział jako autor programu w reżyserce i podpowiadał realizatorowi co kiedy ma nastąpić. W pewnym momencie Tadeusz chciał dać dyspozycję startu do telekina przez interkom, czyli polecenie przez mikrofon wewnętrzny i nie wydobył z siebie słowa, tylko tykał wargami t.t.t.t… aż wreszcie wyszło z tego już bardziej czytelne: t t tttelek kkkino s ssstart, a na antenie była tak zwana dziura, trwała już przerwa z braku wyraźnej dyspozycji. Pianista w studiu skończył grać a miał zostać wyświetlony fragment filmu. Po chwili nagle nastąpił wybuch całego prawie gładko przez Tadeusza wypowiedzianego zdania: Znowu się skurczy-skurczy-by-byki w te-te-telek-k-k-kinie spó-spó-spóźnili… Może dla widzów ta czarna dziura na ekranie nie trwała zbyt długo, mogło się wydawać, że tak miało być, po akurat odegranym ostatnim utworze kompozytora, któremu był program poświęcony.

Tamte zabawki

Tamte zabawki

Szczególnie teraz w moich późnych latach,  a właściwie już od wieku dojrzałego zaczynamy mimo woli wspominać przeżycia z dzieciństwa. Robiłem to malując, przedstawiając elementy swych zabawek i nadając im znaczenie symboli w swoich obrazach z cyklu P.S. Były to n.p. drewniane klocki o urozmaiconych kształtach od których bardziej niż rysowania zaczęły się moje quasi plastyczne zabawy. Wiele tych prostych zabawek pochodziło od handerloków,  domokrążców zbierających stare szmaty, gazety. Był czerwony drewniany konik luzem i wózek z ich parą.  Miałem od nich i kolorowe kule. Zafascynowały mnie swoją gładkością i kolorem.  Z drewnianych polskich klocków przeszedłem   w czasie mego niemieckiego dzieciństwa w zabawki z wyższej technicznej półki. Mieliśmy obaj z bratem Stabil Baukasten. Były to metalowe elementy do skręcania i montowania wg załączonych wzorów i własnej fantazji. Dziwne, że te bardziej ztechnicyzowane zabawki nie pozostawiały tylu wspomnień w późniejszych działaniach plastycznych. Coś jednak, bo czasem pojawiają się na moich Paintach podłużne elementy jakby dziurkowane, takie jakie były na tych podłużnych blaszkach. Przypominam sobie to wszystko po namalowaniu tego obrazka do pokoju prawnuka. To już inne pokolenie ery plastikowej. Nie ma drewnianych klocków ani prostych góralskich struganych zabawek, bo ma duży zestaw Lego. Do tego jeszcze zmechanizowaną rozkładaną kolejkę z wagonikami, zdalnie sterowaną. Ja miałem dość toporną drewnianą lokomotywę. W czasie wojny poznałem jeszcze różne zestawy Zinnsoldaten. Sami zbieraliśmy na pobliskiej strzelnicy wystrzelone kule karabinowe. Te były jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej, ołowiane. Któryś z kolegów miał w domu formy do odlewania takich żołnierzyków z ołowiu. Potem się wymienialiśmy się na inne z kolegami. Czasem wykorzystywałem na swych obrazach element skrzypiec. Nim w wieku sześciu lat miałem swoje pierwsze prawdziwe skrzypce, małe połówki na których mnie tata uczył grać, zdobyłem u handerloka takie malutkie blaszane.  Miały struny z drutu i wydawały nieznośny metaliczny dźwięk.  Mama tego nie znosiła i ponaglała tatę by mi znalazł prawdziwe małe skrzypce. Przez jakiś czas dźwięki, jakie byłem w stanie z nich wydobyć, niewiele różniły się od tamtego blaszanego jazgotu. 


1. marca 2023

Telewizyjna Barbórka 1957

Telewizyjna Barbórka 1957

3 grudnia 1957 był dla mnie dniem szczególnym, pierwszy raz stanąłem za kamerą telewizyjną jako operator w transmisji „na żywo” z akademii barbórkowej transmitowanej z Opery Śląskiej w Bytomiu. Tego dnia nie musiałem jak ostatnio przed dzisiejszym dniem otwarcia ośrodka Telewizji Katowice jechać do studia w Bytkowie, wtedy w Siemianowicach Śląskich, bo mieszkałem wówczas w Bytomiu. Dziś po 59 latach próbuję sobie przypomnieć jak to było. Sięgam pamięcią wstecz, ale na wszelki wypadek telefonuję do Tadeusza Wróblewskiego, jedynej osoby z tych, którzy wówczas pracowali przy transmisji by skonsultować fakty. Do Tadeusza dzwonię od lat tego dnia, bo to dla nas w jakimś sensie także osobiste święto. Wtedy rodziła się nasza do dziś trwająca przyjaźń. Jeszcze jedno nas bardziej scementowało, bo okazało się, że jesteśmy krajanami, choć zwykle Tadeusz podkreślał, że pochodzi z Warszawy, tam przeżył dość tragicznie wojnę łącznie z powstaniem. Kiedyś, gdy podawaliśmy nasze dane osobiste przy okazji bytności w hotelu na jakieś kolejnej transmisji, wymienił miejscowość urodzenia Radlin. Obaj mamy to samo miejsce urodzenia. Jego ojciec objął tam w 1923 kierownictwo szkoły po powrocie Śląska do Polski i przez jakiś czas tam mieszkali.

Nasz olbrzymi Chausson, francuski wóz transmisyjny wielkości sporego autobusu pasażerskiego stanął na podwórzu opery w Bytomiu już na kilka dni wcześniej przed Barbórka, by przeprowadzić wszelkie próby techniczne. To była nasza osobista i dziewicza transmisja naszej telewizji. Do części artystycznej akademii odbywaliśmy próby spektaklu baletowego. Było to przedstawienie baletu Ludomira Różyckiego Pan Twardowski. Dla nowych władz tv, ale i partyjnych władz wojewódzkich, jak i dla nas pracowników nowo powstającej instytucji miała to być próba ogniowa. Nie chodziło o to, że tak wielką wagę przywiązywano do transmisji baletu z opery, a dlatego, że była to tak zwana centralna akademia górnicza z okazji święta barbórkowego z udziałem samego towarzysza Władysława Gomułki, pierwszego sekretarza PZPR. Atmosfera była bardzo nerwowa, staraliśmy się spełnić naszą misję wobec ciężko pracującej klasy robotniczej jak najlepiej, jak to ktoś w jednym z wystąpień określił. Przemówienie tow. Wiesława było jak zwykle dość długie i nurzące. Górnicy w swych paradnych mundurach przerywali często na dany znak i bili długo brawa. Wtedy też było wiele obietnic i wszyscy mocno ufali jeszcze pierwszemu sekretarzowi. Po części oficjalnej w trakcie przerwy co ważniejsi oficjele poznikali, nie czekali już na część artystyczną. Mieli swoje przyjęcie w zamkniętym gronie. Wtedy niewielu widzów było w stanie oglądnąć tę pierwszą transmisję telewizyjną z Katowic. Połączenie z Warszawą było tylko jednokierunkowe. W Warszawie mogli oglądać to, co z Katowic, a u nas nie było dzisiaj odbioru programu warszawskiego. Początkowo telewizja nie nadawała jeszcze programu codziennie. Od dziś stałem się po chrzcie bojowym prawdziwym operatorem tv. Zacząłem przez kilka lat uprawiać ciekawy zawód telewizyjny, nim go zamieniłem na jeszcze ciekawszy, na scenografię telewizyjną.

Telewizyjny węgiel

Telewizyjny węgiel

Z tego programu pozostało mi zdjęcie z czeskim piosenkarzem Waldemarem Matuszką. W czasach siermiężnego socjalizmu, za schyłkowego Gomułki zdarzały się w naszej TV programy rozrywkowe dyskretnie kpiące z nadmiaru tematyki produkcyjnej. Reżyser Antoni Halor przygotował poza pozycjami teatralnymi kilka programów rozrywkowych, w których często przemycał surrealny humor sytuacyjny. Nasz ośrodek słynął z pokazywania przy każdej okazji pierwszego sekretarza komitetu wojewódzkiego partii i niekończących się ilości tak zwanych „tematów” związanych z wydobywaniem węgla. Apogeum przypadało na okres barbórkowy.

Było to na Barbórkę 1970 gdy niedługo potem tow. Gomułka musiał odejść, a po krwawo stłumionych strajkach na wybrzeżu stanął tow. Gierek na czele partii. TV Katowice przygotowywała zawsze barbórkowy program rozrywkowy. Antoni napisał scenariusz, ściągnął jak zwykle sporo dobrych wykonawców, nie tylko krajowych, a mnie obarczył zrobieniem scenografii.

Poszczególne pozycje programu były łączone scenkami rozgrywającymi się w typowej kuchni śląskiej. Gospodarzem był bardzo popularny u nas czeski piosenkarz Matuszka. W kuchni umieszczono wielki kaflowy piec kuchenny, a jak to często u nas bywało, kuchnia bywała głównym ośrodkiem życia rodzinnego, no to stał tam i duży radziecki telewizor Rubin. Pokazywano na przemian różne „węglowe sytuacje”. Kpiną z propagandy był węgiel dla każdego z własnego telewizora. W pewnym momencie zaczęła się na ekranie przesuwać taśma z węglowym urobkiem. Matuszka zabrał spod pieca pustą węglarkę i podszedł pod telewizor. Podstawił ją odpowiednio pod nim i jakby z telewizora wysypywał się prawdziwy węgiel wprost do węglarki. Nawet było widać jak trochę węglowego pyłu się przy tym uniosło. Do mnie jako scenografa należało odpowiednie przygotowanie zamaskowanego zsypu z węglem, a do kolegów operatorów tak skadrować sytuację, że robiło to wrażenie rzeczywistego wysypywania się węgla z telewizora. Prześmiewcza aluzja widocznie nie była dla wszystkich dość czytelna, cenzura się nie czepiała, nikt nie miał przykrości. My autorzy mieliśmy swoją drobna satysfakcję, że mogliśmy sobie zadrwić z panującej sytuacji, choć na zmiany trzeba było jeszcze trochę poczekać. Wielkość produkcji węgla pokazywana w TV nie robiła już na nikim wrażenia. Wszyscy dotkliwie odczuwali wówczas inne mniej węglowe braki. ( 2012 )

Telewizyjny węgiel

Telewizyjny węgiel


W czasach siermiężnego socjalizmu, za schyłkowego Gomułki zdarzały się w naszej TV programy rozrywkowe dyskretnie kpiące z nadmiaru tematyki produkcyjnej. Reżyser Antoni Halor przygotował poza pozycjami teatralnymi kilka programów rozrywkowych, w których często przemycał surrealny humor sytuacyjny. Nasz ośrodek słynął z pokazywania przy każdej okazji pierwszego sekretarza komitetu wojewódzkiego partii i niekończących się ilości tak zwanych „tematów” związanych z wydobywaniem węgla. Apogeum przypadało na okres barbórkowy.

Było to na Barbórkę 1970 gdy wkrótce potem musiał odejść tow. Gomułka, a na czele partii po krwawo stłumionych strajkach na wybrzeżu stanął tow. Gierek. TV Katowice przygotowywało zawsze barbórkowy program rozrywkowy. Antoni napisał scenariusz, ściągnął jak zwykle sporo dobrych wykonawców, nie tylko krajowych, a mnie obarczył zrobieniem scenografii.

Tak zwane poszczególne pozycje programu były łączone scenkami rozgrywającymi się w typowo śląskiej kuchni. Gospodarzem był wtedy bardzo popularny u nas czeski piosenkarz Matuszka. W kuchni był oczywiście wielki kaflowy piec kuchenny, a jak to często bywało, że kuchnia bywała głównym ośrodkiem życia rodzinnego, to stał i duży radziecki telewizor Rubin. Pokazywano na przemian różne „węglowe sytuacje”. W pewnym momencie zaczęła się na ekranie przesuwać taśma z węglowym urobkiem. Matuszka zabrał spod pieca pustą węglarkę i podszedł pod telewizor. Podstawił ją odpowiednio pod nim i z taśmy na ekranie prawdziwy węgiel wysypywał się wprost do węglarki. Widać było jak trochę węglowego pyłu się przy tym uniosło. Do mnie jako scenografa należało odpowiednie przygotowanie zamaskowanego zsypu z węglem , a do kolegów operatorów tak skadrować sytuację, że robiło to wrażenie rzeczywistego wysypywania się węgla z telewizora. Prześmiewcza aluzja widocznie nie była dla wszystkich dość czytelna, cenzura się nie czepiała, nikt nie miał przykrości. Nadmiar węgla w TV nie robił już na nikim wrażenia. Wszyscy odczuwali wówczas dotkliwie inne braki .


Katowice, Barbórka, 2012.

Trudne pytania

TRUDNE PYTANIA


To trudne, spróbować pomyśleć i coś napisać. Myśleć o tym, że się myśli, jest łatwiej niż coś naprawdę sensownego wymyśleć i potem napisać, czy tylko powiedzieć. Utrudniam sobie życie, którego z każdym dniem ubywa. Chcieć wiedzieć, bo myślę, że można się wszystkiego dowiedzieć. A gdyby to odwrócić: nie chcesz wiedzieć, że można niczego nie wiedzieć. Kiedy będziesz mądrzejszy? Stawiasz sobie pytania, bo chcesz dostać odpowiedzi. Pewno mam to typowo szkolne podejście w sobie. Jak cię pytają to odpowiadaj. Z wiekiem bywa inaczej. Można próbować stawiać sobie pytania bez oczekiwania odpowiedzi. Przychodzi wiedza o tym, że są takie pytania, na które nie ma odpowiedzi. To trudna wiedza o tym, jakie pytania stawiać. Ale kogo o to zapytać, bo znów może nie być odpowiedzi. Może nie pytać. Tylko dziwić się i dziwić, jaka jest ta cząstka świata, którą jesteśmy w stanie poznać? Może lepiej, łatwiej wierzyć niż myśleć? Wierzyć, że się wie, ale czy wiedzieć, że się wierzy? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Czasem są to wątpliwości w stawianiu samych pytań, a nie czekanie na odpowiedzi, których nie ma i nie będzie. To najtrudniejsze do zaakceptowania, dowiedzieć się, że czegoś na co się czeka , nigdy nie będzie. Czy dotyczy to tylko mnie, czy innych też? To trudne pytanie: czego potem na pewno nie będzie. Ale kogo o to zapytać?


18.08.2013.

Trzciny

Trzciny

Niedawno znalazłem stary rysunek piórkiem, na którym był wazon z secesyjnie powykręcanymi liśćmi trzcin. Nasze pierwsze własne mieszkanie było początkowo prawie puste. Białe pobielone ściany pachniały wapnem, a parkiet drewnem. Przyniosłem duży wazon siwak i kilka długich trzcin, jeszcze z zielonymi liśćmi, niektóre były zakończone brązowymi pałkami. Liczyłem na to, że trzciny niedługo wyschną i nabiorą żółtawego koloru. Tymczasem wniosły rodzaj zapachu, tak dobrze mi znany z dzieciństwa. Zapach szuwarów zarastających brzegi stawów starej Rudy. Często kąpaliśmy się tam. Potem zrywaliśmy rosnące na końcach trzcin pałki, zapalaliśmy je i udawaliśmy, że palimy cygara.

***

Było to zaraz po wojnie, gdy wróciliśmy z ewakuacji do naszego starego mieszkania. Dom, w którym mieszkaliśmy został dwukrotnie trafiony granatem. Jeden wybuch zburzył naszą sypialnię, a drugi uderzył w dach i zburzył kawałek ściany w górnej części klatki schodowej. Tynki odpadły i uwidoczniły zamocowane do desek maty z trzcin. Jedna mata zwisał z pod dachu. Ten wybuch uwidocznił dziurę schowek pod dachem, gdzie na czas wojny syn gospodarzy przechowywał swoją bibliotekę polskich książek. Przez jakiś czas korzystałem potajemnie z tej biblioteki pośród trzcin na poddaszu. W jakiejś książce przeczytałem wtedy zdanie o uginaniu się trzciny na wietrze.

***

Na pierwszym roku studiów na ASP w Poznaniu odważyłem się pokazać profesorowi W. namalowany olejnymi farbami pejzaż nad pobliskim jeziorem Rusałka. Namalowałem na nim mało wody, a duży obszar trzcin. Byłem dumny, że udało mi się uchwycić chwiejące się na wietrze zielone szuwary. Profesor spojrzał i powiedział tylko: ależ to prawdziwy tygrysi pejzaż. Prawie jak u Roussau, tylko tygrysa nie widać w tej gęstwinie trzcin.

***

-Mam już dość, coś mi przeszkadza, boli mnie d…

- Jeszcze chwilę w tej pozycji, kochana już kończę...

Jeszcze trochę…

Tyle usłyszałem z głębi trzcin, gdy wpłynąłem z jeziora w szuwary trochę bliżej brzegu, bo wydawało mi się, że chwilę tam odpocznę nim popłynę dalej. Zachowywałem się cicho i nikt mnie chyba nie zauważył, choć ja zobaczyłem coś niezbyt wyraźnie, bo przysłoniętą trzcinami nagą dziewczynę stojącą w łodzi. To była sesja zdjęciowa. Fotograf był ubrany, jemu komary nie dokuczały. Zmitrężona modelka była urocza. Wypadało się jednak dyskretnie wycofać, nie przeszkadzać. Oni uprawiali sztukę.

***

Kat. 31.06. 2017

U marszałka

U marszałka


Przy kolejnych odwiedzinach grobu brata na Wawelu, brat bliźniak podszedł wpierw do grobowca marszałka Piłsudskiego i zostawił na nim zwinięta karteczkę z zapytaniem. CO MAM ZROBIĆ, BY ZOSTAĆ NACZELNIKIEM PAŃSTWA?

Bratu takich pytań nie zadawał, bo się krępował. Gdy ponownie zbliżył się do grobowca marszałka, usłyszał głos: -

Zlikwiduj demokrację,

Zmień konstytucję,

Urządź w sejmie muzeum


-Dlaczego muzeum?

- Wiedziałem, że o to pierwsze nie zapytasz.

Uśpiona miłość

Uśpiona miłość


On i ona się pokochali. Inni też ich nadal kochali, choć już nie byli z nimi razem. Ci dawni kochający pozostali tam, gdzie kiedyś trwało tamto poprzednie szczęście, które się już skończyło. On i ona coraz rzadziej przebywali w domu. Byli lekarzami i leczenie ludzi zabierało im coraz więcej czasu. Pracowali razem. Czy to ich zbliżało? Zamknęli za sobą tamte drzwi i odeszli od tego, co było przedtem. Odtąd zamieszkali razem. Próbowali się ogrzać tym nowym uczuciem dogrzewanym węglowym piecykiem w małym wynajętym mieszkaniu. Po powrocie z pracy musieli w nim rozpalać mocny ogień, by nagrzać ich pokój. Zbliżało się Boże Narodzenie, mało o tym rozmawiali, bo to przywracało przeszłość i pamięć o tamtych świętach, które spędzali ze swymi dziećmi i małżonkami. Takie święta mąciły trochę radość w tej nowej miłości. Na dzień przed wigilią oboje nie pojawili się u swych chorych w szpitalu.

Jej stary ojciec miał niepokojący go sen. Po długim szukaniu udało mu się odnaleźć adres nowego miejsca zamieszkania córki. Zadzwonił do administracji, aby ktoś sprawdził, czy córka tam przebywa, czy coś się nie stało, bo telefon milczał stale. Wysłano tam pracownika. Na głośne pukania nie było odpowiedzi. Stary człowiek pojawił się tam w końcu sam, bo dręczyło go jakieś dziwne przeczucie. Proszeni przez niego sąsiedzi wyważyli drzwi do mieszkania. Pojawiła się też córka lekarza, studentka medycyny aby udzielić ewentualnej pomocy. Gdy weszli do mieszkania, zastali na podłodze śpiącą parę. To nie miłość ich uśpiła, ona ich tylko zaślepiła. Z kominka popłynęło złudne ciepło, ale i śmiertelny sen. Na pomoc było za późno. Już nie musieli wybierać, jak spędzić wigilię, czy wrócić na trochę w ten szczególny wieczór do swych bliskich? Zostali od tego zwolnieni. Na zawsze.


W styczniu 2010

W poszukiwaniu słów

W poszukiwaniu słów

To było już kilka dni po ostatnich urodzinach, tych dziewięćdziesiątych drugich. Janek obudził się niezbyt wcześnie rano. Nastał kolejny przyjemny wiosenny dzień, za oknem świeciło już słońce. Po dzisiejszej nocy był mniej wypoczęty, czuł się połamany i zastanawiał się, którą nogą wpierw wstać. Wpierw jednak musiał wesprzeć się rękami, ale prawa dłoń była zdrętwiała. Poczuł w niej delikatne mrowienie, miało to swoją nazwę, ale teraz nie potrafił sobie tego określenia przypomnieć. Postanowił by za chwilę zapytać w GOOGLE. Coraz częściej szukał tam słów jeszcze niedawno doskonale znanych, a teraz rozpierzchłych gdzieś dokoła. Niektóre wracały po chwili same, ale po chwili już mniej potrzebne do określenia spóźnionej myśli. Ostatnio wpadł na pomysł, by te zagubione i odnalezione na wszelki wypadek zapisać. Miał potem sporo kartek na biurku, ale były one już tylko bezużytecznymi słowami wyrzuconymi z jakiegoś zapomnianego kontekstu.

W SZPITALU

W SZPITALU


Na korytarzu szpitalnym siedzi matka z synem na ławce i żali się cicho. Nie mówi o bólu fizycznym, a o swej samotności. Zrozumiała, że jej życie coraz szybciej przemija. Rano przychodzi ksiądz ze złotym kielichem i czeka aż ktoś o Boga zawoła, albo i Bóg kogoś do siebie powoła, bo tym którzy tu cierpią, a jeśli jeszcze głęboko wierzą, otwarta droga do nieba. A dziś niebo szare, przyszła śnieżyca i trudno było innej matce dotrzeć w odwiedziny do syna. Leży już od pięciu lat nieruchomo na łożu, jest prawie po drugiej stronie, już prawie nie żyje, ale nie całkiem umiera. On jest, choć go nie ma. Matka wpierw myje, a potem długo gładzi jego zwiędłe ciało. Mówi do niego, choć nie wie, czy ją słyszy. Jest adwent i ona czeka. Może wydarzy się cud i jej syn narodzi się jeszcze raz na Boże Narodzenie. Ksiądz go przecież codziennie błogosławi, czyniąc znak krzyża złotym kielichem. Jego żona rzadko tu bywa, bo po pracy jest zmęczona, a patrzenie na męża odbiera jej resztę sił do zapracowania na utrzymanie dzieci. Ostatnio już nic do męża nie mówi, bo zapomniała tych wszystkich dawnych słów, które mu kiedyś do ucha szeptała.

Staruszka na ławce uśmiecha się teraz, bo syn jej powiedział, że na Boże Narodzenie wyjdzie i będzie znów z nimi przy stole wigilijnym, zobaczy roześmiane twarze dzieci. Dla niej skończy się to adwentowe czekanie radośnie.

Jutro opuszczę szpital. Nie leczono mnie, tylko dociekano dlaczego dwa razy przechodziłem na drugą stronę, trochę za wcześnie w mym życiu. Nikt mi nie mówił, że jestem zdrowy, bo sam wiem, że można być zdrowszym. Mam też swój adwent i czekanie na zapisywanie kolejnych dni mego życia w nowym kalendarzu. Doliczyłem już do 29 090 dni.

Zrobiłem pamiątkowe zdjęcie. Za oknem zimowy pejzaż, na jego tle butla z kroplówką, na szybie ostatnia szpitalna mucha kończąca swój żywot. Już się nie rusza. Uwieczniłem ją na zdjęciu.

Tym razem nie podłączono mnie już kroplówki.



W Ochojcu, 30.listopada 2010

Wczoraj zmarł Ryszard Kapuściński

Wczoraj zmarł Ryszard Kapuściński,. w TV, w mediach sporo o pisarzu. Dziś nazywa się go CESARZEM polskiego reportażu, który Nobla, mimo kilkakrotnego nominowania nie otrzymał, bo jak mówiono, był zbyt sławnym pisarzem, aby mu ta nagroda była potrzebna.

Teraz po tylu latach muszę się przyznać, że się na niego w czasach licealnych bardzo obraziłem, gdy mi nadesłał recenzję moich wierszy. Kapuściński, młodszy ode mnie o rok, publikował już swoje wiersze w wieku 17 lat . W 1951 wysłałem zachęcany przez panią profesor języka polskiego kilka moich prób poezji do ówczesnej młodzieżowej gazety, do SZTANDARU MŁODYCH. Nadeszła zniechęcająca mnie recenzja podpisana przez Ryszarda Kapuścińskiego. Tak ją odebrałem, choć było w niej tylko tyle, żebym dużo czytał i nic o wierszach. Nie było żadnego druzgocącego osądu mego pisania. Mnie jednak zabrakło pochwały, czy nawet wydrukowania tych wierszy, na co liczyłem. Początkowo pocieszałem się, że Kapuściński jest zbyt młody i mało doświadczony. Niemniej przed maturą spaliłem wszystkie swoje wiersze i ze studiów dziennikarskich zrezygnowałem tak samo jak z dalszego pisania wierszy. Wybrałem studia plastyczne. Początkowo myślałem o architekturze wnętrz w Poznaniu, ale później interesowało mnie już tylko malarstwo i po pierwszym roku przeniosłem się do Krakowa na ASP. Po studiach wylądowałem w TV Katowice gdzie początkowo zająłem się operatorką, a potem już tylko scenografią.

Z Ryszardem Kapuścińskim spotkałem się przypadkiem po wielu latach w 1980 w Telewizji Katowice, gdzie zrobiłem scenografię do programu, w którym sławny już reporter i pisarz był głównym gościem programu. Miałem okazję zamienić z nim kilka zdań. Był bardzo skonfundowany tym, gdy mu przypomniałem jego młodzieńczy epizod w SZTANDARZE MŁODYCH, dziś bardzo niepochlebnie ocenianej gazety za ówczesną stalinowską indoktrynację młodzieży. Tam wysłałem moje wiersze naśladujące Majakowskiego .

Powiedziałem, że jestem mu wdzięczny, bo sprowadził mnie tą recenzją na właściwą drogę i robię to co bardzo lubię. Z całą swoją skromnością stwierdził, że nie musi mnie wobec tego przepraszać za tamto sprawienie mi zawodu. Może dlatego to spotkanie go krępowało, ponieważ wiedział, że i jego wiersze z tamtego czasu zyskały słabą ocenę, nie było w nich niczego szczególnego, co zapowiadałoby jego późniejsze wspaniałe pisarstwo.


Katowice, 24.01.07.

Wielki dzwon

Wielki dzwon


W bardzo starym polskim mieście wisiał w jednej z katedralnych wież największy dzwon w kraju, odlany z armat zdobytych na wrogach. Ostatnio dzwonił wiosną z okazji śmierci Wielkiego Polaka. Tych umiera jednak mało, bo nie mamy ich tak wielu. Dzwon już od dawna milczy. Idzie ku jesieni, a w listopadzie wielkie święto państwowe, więc znów się winien odezwać. Rajcy miejscy wysłali do oględzin dzwonu najbardziej muzykalnego pośród nich. Zabrał on ze sobą kamerton i młoteczek, aby sprawdzić stan dzwonu.

Po dotarciu do dzwonnicy zdziwił się bardzo, bo okazało się, że na konstrukcji belkowej nie było dzwonu. W szparze w podłodze utkwił tylko jakiś mały kawałek metalu na którym radca odczytał literkę A. Jak się słusznie domyślał, była to jedyna pozostałość z Wielkiego Dzwonu. Natychmiast wrócił na ratusz i oznajmił tę okrutną wieść radzie. Po długich debatach radcy doszli do wniosku, że to złomiarze pocięli historyczny dzwon na małe części i wynieśli je w workach, a może nawet spuszczali nocą na linie. W mieście już od dłuższego czasu ginęły po kolei wszystkie metalowe kratki ściekowe. Odtąd zaczęto stosować tylko betonowe, których punkty skupu złomu nie przyjmują. Dla zbieraczy nadszedł teraz czas na złomowanie dzwonów. Zaczęli od tego największego, bo był tak rzadko używany i mieli dużo czasu na spokojny demontaż. Rajcy doszli do wniosku, że teraz i tu trzeba zastosować beton. Najsławniejszy rzeźbiarz podjął się dzieła. Na podstawie zdjęć zrobił model, a z niego odlew z betonu. Pokryto go metaliczną farbą i patyną, tak że wyglądał łudząco podobny do oryginału. Nocą niepostrzeżenie z pomocą dźwigu zamocowano dzwon na wieży. Nie trzeba było tylu par wołów, jak wtedy, gdy na wieżę wciągano oryginał.

Pozostała najistotniejsza sprawa. Dzwony betonowe nie wydają dźwięku, chyba że tylko jakiś głuchy pomruk. Najbardziej muzykalny rajca miał pomysł, aby przygotować nagranie z taśm archiwalnych, podłączyć duże głośniki i tak imitować dzwonienie. Na kilka dni przed Wielkim Świętem zwolniono wszystkich dzwonników, oznajmiając im, że odtąd rajcy w ramach oszczędności będą sami dzwonić.

Gdy nadeszło święto, rajcy udali się na dzwonnicę, by udawać, że odtąd to oni dzwonią. Dzwonienie rozlegało się donośnie jak dawniej, choć dzwon był głuchy jak pień. Megafony rozmieszczone w oknach wieży na cztery strony świata zamaskowano zręcznie nowymi żaluzjami, by nikt nie spostrzegł mistyfikacji. Na dzwonie wymalowano na wszelki wypadek napis: OSTROŻNIE, DZWON NIE NADAJE SIĘ DO ZŁOMOWANIA, BO JEST NAPROMIENIOWANY.



Katowice, w październiku 2005.

Wiesiu Lange

Wiesław Lange 1914 - 1988)




Na początku lat osiemdziesiątych odwiedziłem Wiesia w szpitalu w Bogucicach. Miał jakieś sercowe dolegliwości. Zwykle mawiał, że najlepiej leczy to wódka. Tym razem to nie pomogło. Leżał tam przez parę dni. Gdy wszedłem do kilkuosobowej sali, dość ciasnej, w łóżku naprzeciw leżała postać przykryta prześcieradłem. Spróbowałem Wiesia indagować, ale nic nie powiedział, choć zawsze był nad wyraz elokwentny, złapał mnie z całej siły za rękę i milczał. Po chwili przyszła służba szpitalna od umarlaków, zawinęli martwego delikwenta mocno w prześcieradło i odtransportowali na korytarz za szafy, gdzie było chyba jakieś tymczasowe miejsce dla świeżych nieboszczyków. Trwało to dosyć długo, gdy tak siedziałem na łóżku Wiesia. Trzymał   mnie nadal prawie kurczowo  za rękę. Bał się. Później gdy Wiesiu wyszedł podleczony, spotykaliśmy się jeszcze parę razy w pobliskim barze na Koszutce by kurować serce. Mieszkał wtedy tuż obok, z Melą Pomorską, jego drugą żoną. Dużo się od niego nauczyłem, miał olbrzymią wiedzę. Nie był wystarczająco ceniony i wykorzystany. Myślę, że mógłby studentom na tutejszej ASP przekazać bardzo wiele, nawet nie tylko z dziedziny scenografii, a sztuki w ogóle. O takich jak on mówi się, że byli wielkimi erudytami. Nie tylko barwnie opowiadał, ale miał też o czym. A życie miał barwne. Urodził się w Marsylii, we Francji zdał maturę. W czasie wojny zaczepił się i o Ludowe Wojsko Polskie, ale bardziej jako plastyk w teatrze niż na froncie. Szkoda, że te opowieści o życiu snuł zazwyczaj przy dużej wódce, wszystko szybko wyparowywało wraz z alkoholem. Pozostały tylko strzępy wspomnień, kilka szczegółów biograficznych, pozostała barwna, ciepła postać Wiesia. Przed kilku laty byłem w kontakcie z synem Wiesia, który mieszka w Wiedniu. Próbował w internecie ożywić pamięć o ojcu, pokazać jego prace malarskie, którymi dysponował, ale okrutny czas zasnuł zbyt szybko jego postać mgłą zapomnienia.

05.11. 2013.

Wigilijna gwiazdka w studni

Wigilijna gwiazdka w studni


Nareszcie nastał dla dzieci od dawna oczekiwany dzień wigilii Bożego Narodzenia. Radość wkrótce prysła, bo mama wróciła właśnie z pustymi wiadrami od studni i ogłosiła, że wigilii chyba dziś nie będzie. Nie można nabrać wody, zerwał się cebrzyk i wpadł wraz z łańcuchem do studni. Mama narzekała podobnie jak dzieci, choć te z zupełnie innego powodu. Dla nich spadło dotąd za mało śniegu, by móc pojeździć na sankach, a mama, bo nie ma go by stopić w garnkach do mycia i gotowania. Bardzo się denerwowała, że nie zdąży z wigilią na czas

Jeszcze do południa wrócił gospodarz domu i zabrał się do wyłowienia metalowego cebrzyka, który leżał w wodzie tam głęboko na dnie studni. Próby wydobycia go drągiem nie powiodły się. Orzekł, że ktoś musi zejść do studni. On był za korpulentny i się nie zmieści. Padło na najmłodszego, szczupłego siedmioletniego Bolka. Był lekki, zwinny i odważny. Bardzo się do tego zapalił. Gospodarz poszedł do mamy zapytać o zgodę na to przedsięwzięcie. Wytłumaczył, że to nie głęboko, opuści drabinę do studni, na której będzie Bolek stał i będzie przywiązany liną do drabiny. Nie będzie wcale musiał wchodzić do wody. Zaczepi tylko drążek z hakiem do łańcucha cebrzyka i zaraz go z drabiną wyciągnie. Akcja poszła sprawnie, Bolek znalazł się zaraz w studni. Powiedział, że hak zaczepił się o łańcuch, ale zaraz głośno krzyknął: Widzę jak na wodzie w studni odbija się pierwsza gwiazda. Już czas na wigilię. Gdy Bolek wyszedł ze studni, stwierdził, że tu na górze nadal jest jeszcze jasno i nikt poza nim nie widział tej pierwszej gwiazdy. Gospodarz zamocował zaraz cebrzyk, sprawdził czy korba dobrze działa i zawołał, że można już nabierać wodę ze studni. Mama zeszła na dół i obaj chłopcy pomagali jej wnosić wodę na górę do mieszkania. Mama nie wpuszczała ich do izby, gdzie stała już udekorowana choinka. Tam już było wszystko wysprzątane i mama co jakiś czas wchodziła z czymś, co ustawiała na stole do wieczerzy wigilijnej. Mimo wielkiej ciekawości, niewiele zdołali zobaczyć. Postanowili wyjść jeszcze przed dom do kolegów. Może w ten sposób zleci im szybciej czas do wieczerzy. Do pomocy w przygotowaniach świątecznych nie bardzo byli dziś mamie potrzebni, więcej potrafiła już mamie pomóc ich siostra Małgosia.

A z tą pierwszą gwiazdą, którą Bolek zobaczył w studni, to chyba tak było, bo kiedyś czytałem książkę pod tytułem „Gwiazdy w studni” . Było o tym, że w ciemnościach studni odbijają się niewidoczne na dziennym niebie gwiazdy.

Wigilijna noc

Wigilia

Ten wieczór, już długo wcześniej oczekiwany staje się co roku inny, trudno powiedzieć czy lepszy. Wracamy wtedy w myślach do tych minionych wigilii dzieciństwa, także do tych wojennych, bardzo siermiężnych, biednych, naznaczonych wydarzeniami wojennymi, a jednak tęsknimy za ich nieprzemijającym urokiem. Zaczyna nam się wydawać, że takich świąt jakie kiedyś przeżywaliśmy, już nie ma, wrócić mogą jedynie w marzeniach. Wtedy wierzyliśmy, że w trakcie wigilijnej nocy zwierzęta naprawdę potrafią przemówić. Przekonałem się o tym, że takie magiczne sprawy mogą się wydarzyć. Dziś niektórzy ludzie cierpiący na alzheimera wracają w tę noc do rzeczywistości. W mej ulubionej stacji radiowej nadawano właśnie I’m dreaming of a White Christamas…Od wieczora padał dzisiaj śnieg, choć prognozy tego nie przewidywały. Zadzwonił telefon. W słuchawce odezwała się ona, która już jakiś czas temu zagubiła się w ciszy słów, własnych myśli. Mowa ludzka stała się jej obca. Jej, która potrafiła na scenie oczarować słowem, bo była wspaniałą aktorką. Już w czasach szkolnych potrafiła kolegów uwodzić modulowanym tembrem swego głosu. Ja uległem jej czarowi już bardzo wcześnie, bo w przedszkolu i dalej w szkole podstawowej, gdy deklamowała wiersze. W liceum już nie chodziliśmy ze sobą, chyba że ten jeden raz, gdy wspólna wędrówka na wycieczce szkolnej zawiodła nas dość wysoko, wtedy aż ponad chmury, bo na szczyt Śnieżki, a potem jeszcze raz ten długi spacer leśnym traktem i potem ta przejażdżka kajakiem pośród nenufarów na paruszowieckim stawie. Wiedzieliśmy, że się od siebie oddaliliśmy, że tamto, to był już zamknięty rozdział dziecięcego oczarowania. Nasze drogi się rozeszły. Po wielu latach nawiązaliśmy ponownie kontakt. Starsza pani, wdowa i starszy żonaty pan. Dużo czasu przegadaliśmy przez telefon, pisałem też do niej listy załączając do nich swoje wspomnienia. Oceniała je dobrze, a miała jako aktorka duże doświadczenie w pracy nad tekstami.

W rozmowie podziękowała mi, za przesłane życzenia świąteczne, które wysłałem na jej dotychczasowy adres. Dotarły do niej, choć przebywa teraz w prywatnym ośrodku w górach, gdzie ma pełną opiekę. Tęskni trochę za Krakowem, ale mimo że tam mieszkała, dawno już w śródmieściu nie była. Wspomina dziś dawne lata, teraz w wigilię, gdy za oknem pada długo oczekiwany śnieg. Przeczytała moje życzenia, miała tu swój notes z telefonami i zadzwoniła do mnie. Przypomniała sobie, że raz szliśmy razem w środku nocy na pasterkę, a w ogóle, to tak to nie wiele z dawnych czasów pamięta. Zapytała mnie jeszcze, czy nadal gram na skrzypcach, bo kiedyś w dzieciństwie bardzo chciała, bym tylko dla niej grał. Ja ją pamiętam doskonale, jej obraz utrwalił mi się we wczesnym dzieciństwie w przedszkolu, gdy w przedstawieniu jasełkowym była jasnowłosą niebiańską zjawą z białymi skrzydłami i mówiła pięknie swój anielski tekst. Do jednych mówią dziś zwierzęta, a do mnie przemówił dziś przez telefon anioł z dalekiej krainy zmąconych myśli. Może po raz ostatni.


Boże Narodzenie 2016.

Wigilijny powrót taty

Wigilijny powrót taty OK


Koło południa w wigilię 1946 roku dotarła do nas wiadomość, że właśnie dziś wieczorem tata wróci po wieloletniej nieobecności wojennej do domu. Ogarnęła nas szalona radość, nareszcie po kilku latach spędzimy wigilię Bożego Narodzenia razem. My starsi z naszej piątki, z Bolkiem i Małgosią, pomagaliśmy mamie w czym tylko mogliśmy. Mimo naszej powojennej biedy, zanosiło się na skromną ale świąteczną wigilię. Dzięki zapobiegliwości mamy i pomocy jej rodziny będziemy się mogli raczyć karpiem, makówkami, moczką i piernikami. Na prezenty nie mogliśmy liczyć. Po choinkę udałem się już w ubiegłą niedzielę na nartach do lasu. Była to trochę nierozważna wyprawa, bo znajdywało się tam jeszcze sporo min przy wejściu do lasu, gdzie pod koniec wojny znajdowały się rosyjskie okopy. Udało się i dostarczyłem do domu okazałe drzewko. Teraz stała już w pokoju udekorowana choinka. Jej zapach jak i ten od rana gotowanych potraw zwiastował nam atmosferę tej gorąco oczekiwanej chwili. Dziś miała ona być dla nas wszystkich szczególnie szczęśliwa. W ten wieczór wraz z powrotem taty nastąpi dla nas prawdziwy koniec wojny. Czekaliśmy długo, aż wreszcie nadejdzie ta najpiękniejsza wigilia w naszym życiu.

Tata dopłynął dziś w nocy statkiem z Anglii do Gdyni, stamtąd pociągiem do Katowic, a wieczorem miał być na dworcu w Paruszowcu. Wyruszyliśmy z Bolkiem po tatę na dworzec. Byliśmy obaj bardzo przejęci, czy rozpoznamy tatę, bo nie widzieliśmy go od kilku lat. Okazało się mimo obaw, że rozpoznaliśmy go od razu. Tata był w angielskim mundurze i miał sporo bagażu z czym się nie liczyliśmy, że wróci tak obładowany. Obaj z Bolkiem przejęliśmy część bagażu udając tęgich siłaczy. Pewno tata się zdziwił, gdy zobaczył jak mu synowie wyrośli.

Młodsze rodzeństwo musiało się powoli przyzwyczajać do widoku nieznanego im dotąd ojca. Kolacja wigilijna była wspaniała, wzbogacona różnymi od dawna niedostępnymi nam smakołykami przywiezionymi przez tatę. Wszyscy byliśmy bardzo radośni, panował serdeczny nastrój Wigilii Bożego Narodzenia. Przez cały okres świąt odczuwaliśmy ten zachodni dostatek, ale najważniejsze było to, że znów byliśmy wszyscy razem.

Tata przywiózł nowe skrzypce kupione we Włoszech. Miał nawet ze sobą nuty kolęd, które zaczęliśmy wspólnie z Bolkiem i tatą grać, a mama swoim melodyjnym głosem śpiewała z nami. Tata się dziś wcale nie denerwował, gdy któryś z nas zafałszował. Może udawał, że tego nie słyszy, albo i my z Bolkiem graliśmy dziś pełni radości lepiej niż zwykle. Może uczucie szczęścia stępiło tacie nieco jego absolutny słuch muzyczny.

Na pasterkę ubrałem taty wojskowy mundur z naszywkami Poland, aby zaimponować kolegom i koleżankom. Prawie mi już pasował. Kieszenie miałem wypchane czekoladami, których tata sporo przywiózł. Jak zwykle poszedłem na chór, bo chętnie śpiewaliśmy tam z Bernardem B. kolędy blisko organów. Dziś robiliśmy często przerwy i posilaliśmy wtedy się za organami czekoladą. Jego ojciec wrócił też niedawno z wojny, ale bez czekolady, bo z łagru w Rosji.


Grudzień, 2002.

Wycieczka szkolna w Pieniny

Wycieczka w Pieniny OK


Teraz po wielu latach, przed kolejną wycieczką w Pieniny, przypomniałem sobie tamtą szkolną sprzed 67 lat. Zwiedzaliśmy wtedy Pieniny. Sporo przemaszerowaliśmy, ale mieliśmy jeszcze zaliczyć spływ na Dunajcu. Cała klasa ulokowała się bardzo ciasno na jednej tratwie. Była to jak na tamte czasy spora gromadka, ale wielkich grubasów poza Kaziem Kościańskim nie było. Flisakowi wydawało się, że powinniśmy się zmieścić wszyscy na jednej tratwie. Miało być taniej. Flisaków nie było dwu, jak to od dawna jest obowiązkowo. Żadnych kół, czy kamizelek ratunkowych nie było. Albośmy to jacy tacy… no i wypłynęliśmy. Wszystko było wspaniale aż do momentu, gdy zbliżyliśmy się do gwałtownego zakrętu rzeki. Przed nami wyrosła na lewym brzegu stroma ściana skały przegradzająca nam drogę. Flisak próbował mocno odpychać tratwę w bok, ale złamał w tym momencie drąg, który był mu sterem, motorem i odpychaczem. Profesor zbladł, zapytał tylko kto nie potrafi pływać? Kilku się zgłosiło, choć większość była ciężko przerażona. Profesor dał polecenie, by gdy wpadniemy do wody, trzymać się tratwy i nie brać plecaków, choć niektórzy mieli małe walizki, czy aktówki. Dla mnie to było niepojęte, bym miał na pastwę wody pozostawić cały mój dobytek razem z butami i częścią odzieży w plecaku. Po kryjomu założyłem szelki plecaka. Tumult był wielki, jakieś nieartykułowane dźwięki, głośne góralskie przekleństwa flisaka, który na domiar złego nie posiadał zapasowego drąga. Byliśmy tuż przed skałą, już mieliśmy w nią uderzyć, a tu tratwa wykonała wspaniały samoistny skręt, oddalając się na metr od skały. Niebezpieczeństwo minęło, woda nagle płynęła uspokojonym nurtem i padła komenda, wszyscy po prawej wiosłują mocno ręką, a ci z lewej zanurzają dłonie i hamują. Dobiliśmy po chwili w ten sposób do brzegu. Wszyscy poczuli się cudownie uratowani. Flisak był tak samo przerażony i zrozumiał, że zlekceważył flisackie warunki bezpieczeństwa. Okazał się honornym góralem i nie przyjął umówionej zapłaty. Przewiózł nas za darmo za tyle przysporzonego nam strachu, a może najwięcej naszemu profesorowi. Za kilka godzin zapomnieliśmy o niebezpiecznej przygodzie, bo mogliśmy podziwiać wspaniały widok ze szczytu Sokolicy, spod cherlawej sosny, nie wiadomo gdzie znajdującej miejsce na zapuszczenie korzeni w skałach. Na to zwrócił nam uwagę profesor. To miała być przenośnia o ojczyźnie. Nawet na najuboższej glebie można korzenie głęboko zapuścić na przekór wszystkiemu złu.

Byłem w tym miejscu znowu po wielu latach, sosna niewiele urosła, ale wydawało się, że potrafi się wszystkim niekorzystnym warunkom przeciwstawić. Natura hoduje ją tam jako egzemplarz ponad normatywnego drzewka bonzai.

Zapamiętane z dzieciństwa

Zapamiętane z dzieciństwa OK


Mój kolega bardzo barwnie opisywał mi wypasanie krowy gdzieś pod Jabłonkowem, gdzie spędzał wojnę. Czasem go podkusiło, żeby krowę wprowadzić na lepszą cudzą trawę, niż tę ubogą na ugorach, gdzie miał jedyny dostęp. Krowa najadła się wtedy dużo szybciej, choć to miało i bolesne skutki, gdy go na tym właściciel tego gruntu przyłapał. Kij do odganiania much od krowy posłużył wtedy gospodarzowi do wymierzenia wiejskiej sprawiedliwości razami na plecach kolegi i tego co poniżej. Ja nie miałem z krowami do czynienia, a tylko z kozami. Te raczej bywały na długich łańcuchach uwiązane do stalowych szpikulców wbijanych głęboko w ziemię. Co jakiś czas trzeba było zmieniać miejsce, bo to były ugory. Kozy były mało wybredne, właściwie pożerały nawet papier. Kiedyś zostawiłem książkę na suchej trawie, gdzie przed chwilą leżałem i czytałem. Gdy wróciłem po nią, parę kartek było już zjedzonych. Na szczęście już te przeczytane. Po żniwach pasły się kozy na ścierniskach. Po nich potrafiłem w czasie dzieciństwa doskonale boso biegać. Trzeba było w specjalny sposób nadeptywać na końcówki zżętego zboża, aby zostały zręcznie odchylone.. A jak się już zdarzyło, że stopa została do krwi przecięta na podeszwie, to stosowaliśmy babskie liście, rzekomo odkażały i leczyły rany. Obwiązywaliśmy to słomą, której resztki się zawsze znajdywało na ściernisku. Moim zadaniem dla pozyskania lepszych plonów w ogródku, gdzie mieliśmy tylko sześć wydzielonych grządek było zbieranie krowińców. Chodziłem po ścieżkach, czy nawet ogólnie  dostępnych pastwiskach, gdzie krowy pozostawiały swe życiodajne odchody i te właśnie resztki organiczne zbierałem małą łopatką do wiaderka. Gówniana robota. Słyszałem czasami drwiny kolegów: Krupa, dupa, mało kupa, cudze gówna zbiyrać musi. Obelgi były gorzkie, ale jednak trud coś dał. Pomidory smakowały wtedy całkiem inaczej po takim nawożeniu  krzewów. Nie jak te dzisiejsze, bezsmakowe, hodowane na chemii pod folią.


Katowice, maj 2012