Wspomnienia — Rozdział V
Na egzamin wstępny do ASP w Krakowie pojechałam razem z mamą. Widocznie mimo zdanej już matury ciągle byłam jeszcze tą potrzebującej opieki córeczką. Miałam wtedy zaledwie16 lat. Przed samym egzaminem doszło do zabawnej sytuacji. Gdy w kolejce do egzaminu stałam z mamą, byłyśmy prawie jak dwie koleżanki, bo moja urodziwa mama wyglądała ciągle bardzo młodo i profesor Sawulak zwrócił się do nas, no która to z was przystępuje do egzaminu? Może mój zbyt młody wiek i to, że faktycznie wyglądałam jak podlotek, egzamin co prawda zdałam, ale zostałam przyjęta warunkowo jako wolny słuchacz. W czasie egzaminu wstępnego podczas rysunku w dużej sali usiadł obok mnie nieco starszy kolega. Zaproponował mi zrobienie korekty, bo wyjaśnił mi, że cośkolwiek się na rysunku zna, gdyż ukończył już trzeci rok studiów na architekturze. Przedstawił mi się, że jest Wiesiek Pater. Był niewysokim blondynem, o szarej zmęczonej twarzy. Nosił zwykle kapelusz, który ocieniał mu twarz, ale jego małe turkusowe ślepka mocno wyzierały spod ronda i zauroczyły mnie na pierwsze dwa lata studiów. Byłam szczęśliwa, kochałam chłopca i cały świat, w którym gdziekolwiek się z nim ruszyłam, rysowałam. Razem spędzaliśmy dużo czasu. Mieliśmy wspólne zajęcia na uczelni, w południe zjadaliśmy razem obiady, a potem był czas na poznawanie Krakowa, w czym Wiesiek był mi doskonałym przewodnikiem, bo Kraków był jego miastem rodzinnym. Pochodził z Krowodrza, miał bardzo ciężkie
dzieciństwo za sobą, bo ojciec wcześnie zmarł i wychowywała go tylko matka, a do tego gdy nadszedł czas wojny i Wiesiek jako młodziutki chłopak wylądował po łapance w niemieckim obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Matce udało się go stamtąd po jakimś czasie wydostać. Z jego opowiadań podczas naszych spacerów dowiedziałam się dużo o jego trudnym dzieciństwie. Czasem wstępowaliśmy do miejskiego domu kultury, gdzie odbywały się zajęcia rysunku z modela, z czego chętnie skorzystałam. Najczęściej przemierzaliśmy trasę plantami do Wawelu i potem do mego aktualnego miejsca, gdzie mogłam tylko przenocować, bo stałego mieszkania nie mogłam znaleźć. Przez jakieś kilka miesięcy udało mi się mieć bardzo skromne miejsce w klasztorze u sióstr Duchaczek. Jakiś czas mieszkałem w wspólnym pokoju blisko budującej się wówczas Nowej Huty. Tu jazda tramwajem trwała trochę dłużej, Wiesiek prawie codziennie jeździł ze mną tramwajem. W polu czy między resztkami drzew owocowych powstawało jak mówiono nowe socjalistyczne miasto. Znany nam z krakowskiego Przekroju poeta Ildefons Gałczyński napisał tekst do piosenki : Popatrz jaki deszcz. Pewnego dnia padało wtedy, gdy staliśmy z Wieśkiem przemoczeni pod parasolem na przystanku w Nowej Hucie i z głośnika popłynęła melodia tej piosenki. To piosenka, którą od tamtego czasu do dziś pamiętam, bo było w niej o ludziach co mają smutne miny, a my roześmiani, a my zakochani w taki deszcz . Wiesiek zajmował się też fotografiką i zrobił mi wtedy dużo zdjęć. Kiedyś Nina przyjechała mnie w Krakowie odwiedzić i pozostały nam wspólne zdjęcia zrobione na Salwatorze przez Wieśka.
Bywało, że mój cały dobytek osobisty miałam przy sobie w dużej skórzanej teczce, którą mi Wiesiek nosił. Tak wyglądał dzień po dniu mój krakowski tydzień, a potem w sobotę jechałam aż cztery godziny pociągiem do domu do Bytomia. W poniedziałek wstawałam już o czwartej, by znów zdążyć na zajęcia w Krakowie. Byłam bardzo pilną studentką, zajęcia mnie szalenie interesowały. Powoli wchodziłam towarzysko w kręgi nieco starszej ode mnie młodzieży. W latach powojennych na opóźnione studia zgłaszało się sporo osób znacznie dojrzalszych i starszych niż ja, które często wykazywały już bardzo daleko rozwinięte uzdolnienia plastyczne. Nie zniechęcało mnie też to, że duża część koleżanek i kolegów miała ukończone licea plastyczne i rozwinięte umiejętności fachowe. Głównym zajęciem praktycznym na pierwszym roku był rysunek poranny i wieczorny w dużej amfiteatralnej sali, gdzie pozowały zawodowi modele, panie i panowie. Największe kłopoty bytowe jakie mnie w Krakowie wtedy trapiły, to było mieszkanie. Ciągle gdzieś mieszkałam kątem, bo Kraków był istną Mekką studentów i wciąż trudno było o mieszkanie. Korzystałam też z wszelkich możliwości konsumpcji kultury, sztuki i rozrywki jakie Kraków studentom oferował. Do nieodzownych przyborów nas studentów ASP należał szkicownik, kredki czy ołówki. Nawet na koncercie w filharmonii się szkicowało, nie mówiąc o plantach, czy kawiarniach. Trwała pierwsza krakowska miłość, zaczęłam nawiązywać nowe znajomości i przyjaźnie. Pierwszy rok szybko minął i ku mojej wielkiej radości zostałam już na drugi rok pełnoprawną studentką z indeksem i legitymacją studenta ASP.
Odtąd zaczęłam jako pełnoprawna studentka nosić czapkę akademicką. Po trwającym aż trzy miesiące wakacyjnym wypoczynku myślałam już pod koniec o przygotowaniu się na ponowny wyjazd do Krakowa. Chyba poczułam się już teraz w pełni studentką i na dodatek stałam się pełnoletnia, miałam nareszcie osiemnaście lat. Chciałam by było widać, że jestem studentką uczelni artystycznej, w czym mnie i moja mama utwierdzała, no i pomagała. Mama jako córka mistrza krawieckiego była wspaniałą krawcową, choć z pracowni dziadka tego nie wyniosła, po prostu miała w tym kierunku talent. Z ojca koszul wyczarowała mi kilka modnych bluzek, których wzory podglądnęłyśmy w zachodnich żurnalach. Z przysłanej mi przez wujka Mariana kolorowej wełenki w kratę mama wyczarowała mi efektowną spódnicę solejkę, a do tego jeszcze wąziutkie spodnie z brązowej wełenki i kamizelkę z tegoż materiału. Do tego doszedł jeszcze sweter w kolorze jaskrawego żółtego ugru, w którym zostałam uwieczniona na portrecie namalowanym dla rodziców przez naszego przyjaciela Mariana Wyrożemskiego. Pozuję na nim jako młodziutka malarka z paletą i pędzlem w ręku. Babcia otrzymała od swej klientki przywiezioną z zachodu czarną lakierowaną torebkę ze skóry. To cudo było wewnątrz wykładane aksamitnym, turkusowym pluszem. Mieściło w sobie jaskrawo czerwony notesik z ołóweczkiem. W kosmetyczce znajdowała się puderniczka, szminka jasno różowego koloru i tusz do malowania rzęs. Było w niej jeszcze długie i wąskie
lusterko pozwalające obejść się bez korzystania z zewnętrznego dużego lustra. W tym czasie nosiłam bardzo długi warkocz i mama uradziła ze swą przyjaciółką Żenią, że należałoby moje włosy bardziej malarsko zabarwić jak na przyszłą artystkę przystało. Wtedy brak było jeszcze na rynku tych różnych barwników do włosów jakimi dziś dysponujemy i panie wymyśliły, że zrobią to prontosilem. Mój długi i gęsty warkocz nabrał swoistego blasku i koloru. Zdarzyło się, gdy potem w Krakowie przechodziłam z moją nową koleżanką Krystyną Wacławik przez AB na rynku, jacyś studenci z Jagiellonki głośno zauważyli, że od tego warkocza bije rudy blask. ASP - te trzy ważne dla mnie literki stanowiły w czasach socjalizmu inny skrót niż dziś i przed wojną. Moje studia rozpoczynałam na Akademii Sztuk Plastycznych. Gdy już byłam na piątym roku zmieniono nazwę mej uczelni na Akademię Sztuk Pięknych. Było to podczas tak zwanego polskiego października, czasu politycznej odwilży, odchodzenia od stalinizmu, częściowych reform i usuwania wypaczeń ustroju socjalistycznego. Wtedy fascynowaliśmy się zachodnim malarstwem, które zaczęliśmy poznawać, jazzem, zachodnio europejskimi filmami, tym wszystkim czego nam wzbraniano jako antysocjalistyczną kulturę. Ustrój po odnowie miał teraz być socjalizmem o ludzkiej twarzy. Kierunkiem artystycznym, nakazowo obowiązującym dla wszystkich dziedzin sztuki był dotąd realizm socjalistyczny, który od czasów politycznej odwilży odchodził powoli do lamusa historii. Na wystawach zaczęła się znów pojawiać abstrakcja. Nasi ówcześni profesorowie pozostali
jednak wierni kierunkom, które do nas już przed wojną docierały głównie z Francji. Był to postimpresjonizm, a z tego rozwinął się u nas koloryzm polski. Część starszych profesorów hołdowała tym kierunkom, a młodsi już nowszym prądom, temu co do nowej sztuki wnosili Picasso, Braque, Leger, Matisse i inni. Może niezbyt wiele rozumiałam w czasach szkolnych z twórczości Picassa, ale samego mistrza spotkałam we Wrocławiu w 1948 roku, gdy przybył na Kongres Pokoju do Polski. Siedziałam bardzo blisko tego znanego artysty przy stoliku tuż obok w kawiarni na terenie Wystawy Ziem odzyskanych. Dopiero później, gdy zapoznałam się z twórczością wielkiego i oryginalnego mistrza, byłam dumna, że spotkałam go tu w Polsce. Na drugim roku studiów dostałam się do pracowni profesora Zygmunta Radnickiego. To były moje początki studiów malarstwa. Profesor darzył mnie chyba szczególną sympatią, byłam w pracowni najmłodszą studentką, co dopiero uzyskałam pełnoletniość. Profesor poświęcał mi wiele uwagi, przychodził często na korekty i potrafił mi wiele spraw z malarskiego rzemiosła wytłumaczyć i dzięki tym rozmowom zaczęłam już cośkolwiek z malarskich tajemnic rozumieć. W tej pracowni wylądował również mój przyszły mąż Józek, który tu na akademię przeniósł się po pierwszym roku z poznańskiej uczelni. Parą jednak nie zostaliśmy tak od razu, to dojrzewało jeszcze przez kolejne lata studiów, nim doszło do zawarcia związku małżeńskiego na piątym roku studiów w 1956 roku, bo bywało różnie, jeszcze byli inni przed Józkiem, ale najbardziej emocjonalnie przeżywałam moje malowanie, próbowałam się
w nim spełniać. Teraz na trzecim roku stałam się już studentką wydziału malarstwa w pracowni profesor Cybisowej. Pani Hanna Rudzka-Cybisowa była tym wspaniałym pedagogiem, który pomógł mi zdobyć i ukształtować moje osobiste malarskie widzenie świata. Profesor budziła w nas duszę artysty. Sama już wiele doświadczyła, była po paryskim pobycie studiów u mistrza Pankiewicza. Od niej dowiadywaliśmy się o wielkich postaciach impresjonizmu i postimpresjonizmu, o Mekce malarstwa, jakim był wtedy Paryż. Pani profesor stała się dla mnie poważnym autorytetem, ale też osobą która nawiązywała z nami bliski kontakt, Było, że gdy pani profesor zachorowała, pracownia wydelegowała mnie z koleżanką w odwiedziny do chorej. Drzwi otworzyła nam pani którą natychmiast rozpoznaliśmy, bo widzieliśmy już jej portret namalowany przez panią profesor. Była to jej serdeczna koleżanka, która się nią teraz opiekowała. Wprowadziła nas do dużej wybielonej pracowni z antresolą, pełno tu było artystycznego nieładu, tu pani profesor tworzyła, ale i mieszkała. Zobaczyliśmy ustawiona martwą naturę, którą pani profesor najwyraźniej ostatnio malowała. Zawsze zwracałam uwagę na wygląd pani profesor, z odpowiednim makijażem, modnie i elegancko ubraną. Na co dzień nosiła czarne kapelusze na kruczo czarnych włosach i w jej bladej twarzy wyróżniały się dość jaskrawo czerwono pomalowane usta. W chłodne dni nosiła, a właściwie występowała w pelerynie z rudych lisów sięgającej stóp. Gdy wychodziła na ulice Krakowa, budziła zawsze powszechną uwagę. Jednym z naszych asystentów w pracowni został dziś sławny malarz Andrzej Wróblewski. Przypadkowo byłam świadkiem jak do tego doszło
do jego zaangażowania. Byłam wtedy już po drugim roku studiów i siedziałam na ławce w korytarzu na trzecim piętrze, gdzie mieściły się pracownie malarskie. Wtedy czekałam na panią profesor, by móc zapisać się do jej pracowni. Obok na drugiej ławce siedział starszy nieco ode mnie mężczyzna, niewysoki blondyn, ubrany w brązową sztruksową marynarkę. Wtedy jeszcze nie miałam o nim żadnego zdania, nie wiedziałam że siedzę obok jednego z największych polskich malarzy współczesnych. Gdy pani profesor wyszła z pracowni, mężczyzna podszedł do niej i ja usłyszałam mimo woli ich rozmowę. Prosił panią profesor o przyjęcie go na jej asystenta. Mówił o swoim dorobku i po chwili pani profesor wyraziła zgodę na pracę u niej od zaraz. Po chwili weszli razem do pracowni, a ja jeszcze przez dłuższą chwilę czekałam. Po wyjściu pani profesor poprosiłam z dużą nieśmiałością o przyjęcie mnie do jej pracowni. Musiałam nieco o sobie opowiedzieć, nawet się pochwaliłam że pochodzę z artystycznej rodziny, że mój kuzyn Antoni Porębski już u niej studiował, co doskonale pamiętała, oraz że mam też wuja śpiewaka operowego we Francji. Po chwili sympatycznej rozmowy, w której pani profesor zwracała się do mnie per moje dziecko i zakończyła, bym w październiku zgłosiła się u niej w pracowni. Wyszłam dumna i szalenie ucieszona. Gdy 1 października wróciłam do Krakowa na rozpoczęcie roku akademickiego, miałam już problem mieszkaniowy rozwiązany. Teraz najważniejszą sprawą dla mnie było zacząć studia u pani profesor Cybisowej. W pracowni było już kilku kolegów i koleżanek. Czekaliśmy na panią profesor i nastąpiło
zaskoczenie, gdy weszła nie tyle znana malarka, a dama ubrana elegancko i zadbana w każdym szczególe garderoby i makijażu. Było kilka słów na powitanie i potem każdy ze studentów musiał coś o sobie opowiedzieć, oraz pokazać swoje wakacyjne prace. Do nowych studentów w pracowni należałam ja, jeszcze jedna koleżanka i nasz późniejszy przyjaciel Adaś Falkiewicz. Nam pani profesor poświęciła nieco więcej uwagi. Potem nastąpiła ceremonia ustawienia martwej natury do malowania. Zauważyłam, że Józek Halama –„Zizi” był ulubionym studentem pani profesor i w związku z tym pierwszym pomagającym w wybieraniu i ustawianiu martwej natury. Był to niewysoki blondyn, o jasno niebieskich oczach i prawie zawsze uśmiechnięty. Tak jak ładnie malował, ale też i zgodnie z zaleceniami pani profesor, Zizi ładnie śpiewał i akompaniował sobie na gitarze. Nieco zmęczeni malowaniem, urządzaliśmy sobie w pracowni istne koncerty aktualnej muzyki rozrywkowej, ale i operetkowej czy nawet operowej. Wiele wnosili w ten repertuar Adaś Falkiewicz, oraz jeszcze jeden kolega, trochę oryginał, wysoki i nieco dziwnie lustrujący każdego swym przenikliwym spojrzeniem Andrzej Meisner. Najważniejsze jednak były bezpośrednie kontakty z panią profesor w trakcie malowania przy sztaludze. W trakcie korekty dowiedziałam się bardzo dużo o roli koloru i światła w malarstwie. Pani profesor zachęcała nas do szukania własnych środków wyrazu poprzez samodzielną interpretację formy i koloru. Naszą profesor uzupełniali poprzez swoje korekty jej asystenci z których na pierwszym miejscu wymieniłam bym doskonałego malarza, dziś uznanego za wybitną osobowość w polskim malarstwie,
Andrzeja Wróblewskiego. Żal, że tak krótko przebywał z nami z powodu jego tragicznej śmierci. Drugim asystentem z którym miałam już kontakt do końca studiów był malarz Józef Ząbkowski. Na rysunku wieczornym przeprowadzali nam korekty profesorowie Zbigniew Pronaszko, Emil Krcha, Jonasz Stern i sporadycznie Jan Swiderski. Poza malarstwem sztalugowym u pani profesor, miałam możliwość wyboru dwu dodatkowych specjalizacji na wydziale grafiki, a mianowicie uczęszczałam na zajęcia z grafiki warsztatowej, na litografię, oraz później na grafikę książki u pana profesora Witolda Chomicza. Bardzo mnie pochłonęła ilustracja i jako zadanie do zilustrowania książki wybrałam bajkę „Siostra siedmiu kruków”. Moje pierwsze próby ilustracji wykonanych wyłącznie jako rysunki piórkiem i tuszem zostały przez profesora mocno skrytykowane jako zbyt ubogie w wyrazie. Profesor polecił mi wykonać ilustracje bardziej malarskimi środkami , co też zrobiłam i byłam mocno zdziwiona zyskując za nie same pochwały. Ostatecznie powstała pełna makieta książki jak do druku, uzyskała pełne uznanie i tym samym została pokazana na wystawie prac wydziału na koniec roku. Jeszcze na trzecim roku zapisałam się dodatkowo na zajęcia z projektowania plakatu u profesora Macieja Makarewicza. Pamiętam, że tutaj moim najważniejszym dokonaniem był plakat do opery Eugeniusz Oniegin. Wykorzystałam tu tworząc postać Tatiany narysowany przeze mnie portret mej ślicznej koleżanki z pokoju w domu akademickim Krystyny Wacławik. Plakat ten znalazł się na wystawie końcowej roku i otrzymałam zań nagrodę. Uzupełnieniem dla mojego malarstwa sztalugowego stało się malarstwo ścienne u pana profesora Wacława
Taranczewskiego. Na początek otrzymałam do zrobienia projekty do namalowania kompozycji na murze o wielkości 2m x 1,5m . Porobiłam liczne szkice, a że było ich faktycznie dużo, profesor pochwalił mnie za pracowitość. Zaprojektowałam scenę baletową w szaro różowej tonacji. Po zaakceptowaniu projektu, przystąpiłam do malowania. Ten rodzaj malarstwa bardzo się różnił od tego, do czego się przyzwyczaiłam w malarstwie olejnym. Kładzenie farby na tynku było bardziej pracochłonne i wymagało więcej czasu i cierpliwości. Dobrze zaczęłam, ale przy trudnościach jakie ta technika stwarza, nie wszystko mi wyszło jak zaplanowałam. Nie mniej otrzymałam bardzo dobry stopień. Pan profesor okazał się wspaniałym pedagogiem, ale też służbistą i pedantem. Obok mnie malowała swój murek Masza, koleżanka z niższego roku, późniejsza żona poety i znanego dramatopisarza Ireneusza Iredyńskiego, a wtedy pełnego fantazji młodego chłopaka często przebywającego w murach akademii a także na naszych plenerach urządzanych gdzieś w kraju. Już wtedy sympatyzowali ze sobą. Próbował nawet Maszy pomagać w namalowaniu jej muralu. Niestety robił to mniej umiejętnie niż pisał i Masza miała potem konflikt z panem profesorem za nieudolne traktowanie pracy. Nie tylko studia mnie pasjonowały, choć trwałam bardzo przejęta w swoim malarskim żywiole. To był Kraków, bywały różne imprezy, wielka mnogość wystaw malarskich, mnie także pociągały koncerty w krakowskiej filharmonii. Zapamiętałam i przywiązałam się do niektórych utworów na zawsze, tak było choćby z koncertem b-moll Czajkowskiego. Wykonawcą był
światowej sławy rosyjski pianista, Światosław Richter, dotąd nigdy nie wypuszczany przez radzieckie władze za granicę. Gdy go teraz po latach znowu usłyszę, przypomina mi się Kraków. Po niektórych koncertach, na które chodziło wielu studentów ASP można było potem przez jakiś czas słyszeć na korytarzu akademii główne melodie czy lejtmotywy z granych utworów muzycznych, czy to śpiewane, czy gwizdane. Mój kuzyn Antoni Porębski wprowadził mnie także w inny świat muzyki, która teraz ożywała. Były to mające wówczas wielkie powodzenie koncerty jazzowe zespołu Kurylewicza, w których śpiewała Wanda Warska. Z przestawień teatralnych pamiętam szczególnie te z Teatru Poezji, który był kontynuacją Teatru Rapsodycznego, w którym w jego wojennych początkach występował też Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. Było też nowe kino, tak inne od tego czym nas raczyły filmy radzieckie. Mieliśmy specjalne pokazy takich arcydzieł filmowych jak dwuczęściowy Komedianci, potem filmy nowej włoskiej fali jak Cud w Mediolanie. W okresie letnim odbywały się plenery malarskie w różnych odpowiednio dobieranych miejscowościach, a w okresie zimowym odbywały się plenery zimowe na Harendzie w Zakopanem. Szczególnym plenerem z tych zimowych, gdy poza malowaniem pejzaży w najbliższej okolicy, był ten gdy odważyłam na wypad na narty na Gubałówkę i powrót na nartach przez Grapę, gdzie przypadkowo wjechałam na skocznię, którą sobie chłopcy zbudowali i niechcący wykonałam mój jedyny w życiu skok narciarski, niestety z upadkiem. To co nas
wszystkich uczestników na tym plenerze jednak bardzo pochłaniało, to słuchanie transmisji z konkursu szopenowskiego z Warszawy przez radio. Byliśmy zachwyceni i dumnie poruszeni, gdy ten konkurs wygrał krakowski pianista, przystojny, znany osobiście wielu naszym koleżankom Adam Harasiewicz. Przyjazd na ten plener miał także początek quasi muzyczny. To był rok 1955, nasz, bo tak już muszę powiedzieć, nasz wspólny czwarty rok studiów, Józka i mój. A więc staliśmy się parą. Nim to nastąpiło, byli przedtem jeszcze inni, ale o tym za chwilę. Przed samym wyjazdem pociągiem do Zakopanego zaznaliśmy uczty muzycznej. W Polsce zatrzymał się na dwa występy w drodze do Moskwy światowej sławy amerykański zespół operowy Every Man Opera z operą Gershwina Porgy and Bess z samymi czarnoskórymi wykonawcami. Jeden z dwu występów odbył się w Katowicach i dzięki hojności mej cioci, mającej wpływ na rozdział biletów mieliśmy z Józkiem tę wspaniałą okazję zobaczyć doskonałą inscenizację i usłyszeć wspaniałe wykonanie muzyczne nieco innego utworu, aniżeli dotychczas nam znane widowiska operowe z Bytomia. Potem nucono też w murach akademii główną melodię z tej opery: Summertime i inne popularyzowane przez radio. To było coś amerykańskiego, może przez komunistyczne władze tolerowane, bo widziano w tym folklor murzyński. W Krakowie powstawały w tym czasie pierwsze zespoły jazzowe i ta muzyka bywała grana w klubach studenckich. To też było amerykańskie. Władze próbowały to traktować jako wrogie i dosłownie zohydzać. W olbrzymim gmachu muzeum narodowego odbyła się w tym czasie wystawa pod tytułem Oto Ameryka. Pokazywano ten kraj tak wrogo jak
tylko się dało, kłamliwie i prawie rynsztokowo. Na ten spektakl w teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach przyszliśmy wtedy z Józkiem ubrani jak na narty, ze sprzętem narciarskim i płótnami oraz kasetami malarskimi. Nocna podróż pociągiem trwała dosyć długo. Byliśmy chyba ciągle pod urokiem spektaklu, sami w przedziale no i stało się, pocałowaliśmy się po raz pierwszy i już odtąd nie jedyny. Na samym początku jak już wspomniałam, był Wiesiek, ale po pierwszym roku wszystko się skończyło i przez jakiś czas to przeżywałam. Na kolejne wakacje dostałam od ojca skierowanie na wczasy do Żegiestowa. Tam poznałam Włodka. Staliśmy się na dwa tygodnie parą, która sporo wspólnie wędrowała po malowniczej górskiej okolicy. Zdarzyło się, że schodząc z Góry Parkowej w Krynicy, dokąd też dotarliśmy w naszych wędrówkach, spotkaliśmy znanego malarza samouka Nikifora wracającego z jakiejś wyprawy malarskiej. Próbowaliśmy z nim porozmawiać, ale malarza trudno było zrozumieć, jedynie to, że chciał nam sprzedać obrazek, lecz nie wykazaliśmy zainteresowania. Po dwu wspólnie spędzonych tygodniach, nastąpiło rozstanie z Włodkiem i dzieliła nas odległość. Włodek wrócił do Poznania, gdzie już pracował, a ja do Bytomia i Krakowa. Łączyła nas odtąd regularna co tygodniowa wymiana listów. Wtedy bardzo tęsknie wyczekiwałam na korespondencję, zaglądałam często do miejsca na odbiór listów na ASP. Moje uczucia i odczucia rozdwajały się jednak i na to czym zajmowałam się w czasie dalszych studiów. Byłam zawsze bardzo emocjonalnie nastawiona do wszystkiego co robiłam w ramach
studiowania na ASP. Cieszyły mnie moje małe sukcesy, które głęboko przeżywałam. Cieszyło mnie każde wystawienie moich prac na wystawach i pochwały profesorów. Byłam pilną i pracowitą studentką, jak każdy młody artysta pragnęłam osiągnąć sukces. Po długiej korespondencji z Włodkiem doszło wreszcie do spotkania w Poznaniu, gdzie mój ojciec w tym czasie pracował i go odwiedziłam. Były nowe spotkania, czy to w mieszkaniu Włodka, także w palmiarni, ale i na koncercie gdzie byliśmy w trójkę. Tym trzecim była prawdziwa sympatia Włodka, nie ona, a on. Włodek był gejem. Wtedy jeszcze nie określił swego stosunku do mnie, a ja nadal traktowałam nasze stosunki jak poprzednio. Czekałam nadal tęsknie na jego listy. Włodek odwiedził mnie w Krakowie, gdy byłam chora, był i u mnie w domu w Bytomiu. Było wiele zawiłych tłumaczeń, może i dawał mi w zakamuflowany sposób do zrozumienia swoją sytuację, ale wszystko zrozumiałam dopiero z listu napisanego bardzo symbolicznie czerwonym atramentem. Ostatecznym wnioskiem i jego zaleceniem w tym liście było to, żebym więcej do niego nie pisała. Zaskoczyło mnie to, przeżyłam to bardzo negatywnie, jeszcze się buntowałam i mimo jego zalecenia próbowałam jeszcze wysyłać listy do Włodka, choć już bez odzewu. Byłam bardzo młoda, kochałam i ufałam, może jeszcze zbyt mało życiowo doświadczona, trudno mi było zrozumieć sytuację damsko męską, w jakiej się znalazłam. Jednak i to minęło, bo pozostały studia, które dawały mi radość spełnienia się. Był jeszcze ciągle bardzo przyjacielski Józek, bo tak go traktowałam
do tej pory. Nie brałam pod uwagę jego ewentualnego stosunku uczuciowego do mnie. Bardzo dużo czasu przebywaliśmy razem, zbliżaliśmy się po prostu do siebie, bywało nam ze sobą dobrze. Był ten moment zbliżenia się w czasie jazdy do Zakopanego, no i stało się. Zostaliśmy parą. Jeszcze nie wiedzieliśmy wtedy, że na zawsze, do końca.
45